piątek, 22 kwietnia 2016

Dennis Covington - Zbawienie na Sand Mountain. Sekta wężowników

Ukąszenie grzechotnika trzcinowego zabija dorosłego człowieka. Dawka jadu, którą wstrzykuje ten niebezpieczny gad, wystarczy do uśmiercenia kilku dorosłych mężczyzn. Corocznie tysiące osób giną od spotkań trzeciego stopnia z tymi biblijnymi potworami. Te czołgające się, syczące a niejednokrotnie grzechoczące monstra budzą lęk, przywołując zrozumiałe skojarzenia diabelskie. O wężach pisał także święty Marek Ewangelista. Powiedział, że tym, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśli co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Nie dziwi zatem fakt, że są tacy, którzy chcą tę Markową maksymę wypróbować w praktyce. Wężownicy, po angielsku snake handlers, to jeden z najmniej poznanych odłamów ewangelikalnego chrześcijaństwa. Zbyt absurdalny i dziwaczny dla starej Europy, odpowiedni zaś dla zapyziałego i zapomnianego przez ludzi amerykańskiego Południa. Mówiąc o USA, najczęściej przywołujemy Nowy Jork, Waszyngton czy Los Angeles, po macoszemu traktując stany takie jak Teksas czy Alabama. Niesprawiedliwie.

Oblicza południowej amerykańskiej religijności potrafią zaiste zadziwiać. Zarówno mormoni, jak i dosłownie wierzący w przekaz biblijny chrześcijanie. Branie węży do rąk to nie domena intelektualistów rozważających każde słowo i biorących je za metaforę. To zajęcie dla górników, kierowców ciężarówek i ich zaniedbanych żon. Tu nie ma się nad czym zastanawiać. Albo się wierzy, kładzie grzechotnika na ramiona i pije strychninę ze słoika, albo idzie się do piekła. Amerykańskie Południe nie jest krainą szaro-szarych niuansów. Tu mowa ludzka brzmi: tak, tak, nie, nie. W tej atmosferze wzrasta Dennis Covington, autor „Zbawienia na Sand Mountain”. Już jako dorosły człowiek, wraca na Południe, szukając swoich korzeni. Zaznajamia się z prostymi Amerykanami, którzy żarliwie wyznają wiarę i testują ją na sobie za pomocą dzikich węży. Picie trucizny również nie jest wyolbrzymieniem; ci ludzie naprawdę to robią. Mówią również językami, wpadają w psychotyczny trans, nazywając go upojeniem w Duchu Świętym. Zresztą to samo, może bez narażania się na ekstremalne przeżycia z wężami i trucizną, dzieje się w wielu wspólnotach, w tym rzekomo katolickich, jaką jest Odnowa w Duchu Świętym.

Trudno orzec, czym jest książka Covingtona. Z jednej strony to reportaż, bo autor wielokrotnie rozmawia ze świadkami, przemierzając pustkowia amerykańskiego Południa. Pyta ich o wiarę, o węże, ale również uczestniczy w ich nabożeństwach. Z drugiej strony zbliża się „Zbawienie na Sand Mountain” do swoistej fragmentarycznej autobiografii, ponieważ autor próbuje odnaleźć ślady własnych przodków i czynnie uczestniczy w wężowych rytuałach. Nie dystansuje się więc od przedmiotu własnych badań. Perspektywa Covingtona jest subiektywna, tyle że autor jest uczciwszy od wielu reporterów, którzy udając obiektywizm, udowadniają postawione we wstępach swoich publikacji tezy. Po trzecie, „Zbawienie na Sand Mountain” przypomina powieść. Za sprawą fabularnej struktury i występowania dialogów zbliża się do klasycznej powieści drogi, w której wędrówka w głąb tajemniczego świata wężowników okazuje się podróżą do mroków własnej duszy. Ta niejednorodność książki amerykańskiego autora stanowi o jej atrakcyjności. W sprawie wiarygodności musimy zaufać autorowi, że to, co opisuje, faktycznie przeżył.


Kościoły, o których wspomina Dennis Covington, to najczęściej małe wspólnoty, leżące z dala od uczęszczanych szlaków. To również budynki przerobione z dawnych stacji benzynowych, albo na wpół zrujnowane świątynie, w których hula wiatr. Wrażenie robi z pewnością prowizoryczność, prymitywizm i brzydota opisywanych miejsc. Nie ma w nich miejsca ani na barokowy przepych czy gotycką surowość katolicyzmu. Co więcej, nawet nie spotkamy się w nich z elegancką ascetycznością luteranizmu. Kościoły snake handlers to paskudne miejsca, w których gra się hałaśliwą muzykę i wpada w trans. Po co jeszcze zdobne portyki, ołtarze i święte obrazy. Taka brzydka świątynia jest nawet bliższa autochtonom, którzy w ciągu własnego życia również nie mają czasu na obcowanie z wyższą kulturą.

Te zamknięte społeczności wydają się więc egzotyczne, bardziej w duchu afrykańskiej prowizorki czy latynoamerykańskiego mañana. To prowincjonalne, nieufne wobec obcych, surowe grupy chrześcijan, dla których wyznacznikiem wiary jest literalne traktowanie biblijnego przekazu, nawet gdy grozi on kalectwem bądź śmiercią. Nie jest bowiem tak, że dotykanie groźnych węży i picie śmiertelnej trucizny uchodzi wszystkim na sucho. Wręcz przeciwnie, wielu umarło bądź straciło zdrowie za sprawą tych tajemniczych praktyk. Nie jest też prawdą, że Stany Zjednoczone to kraj jednoznaczny, o którym wiadomo już wszystko. Południu z jego szaleństwem bliżej przecież do Afryki i Azji niż stechnicyzowanej Ameryki Północnej. A ta specyficzna religijność jest argumentem, który popiera powyższe zdanie.

Dennis Covington, Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, tłum. B. Hlebowicz, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 198.

2 komentarze:

  1. Szalenie zainteresowała mnie ta pozycja, odkąd tylko o niej usłyszałem. Wydaje się, że zbliżające się święto książki będzie świetną okazją, aby ją nabyć i przeczytać. A co do amerykańskiego Południa to w pełni zgadzam się z Twoimi słowami, że niewiele się o nim mówi, chociaż jest to ono niezwykle ciekawą krainą geograficzną, historyczną i społeczną. Oryginalność tego obszaru poznawałem dzięki E. Caldwellowi oraz W. Faulknerowi. Teraz czas dać szansę Dennisowi Covingtonowi.

    P.S. Przypuszczam, że dokument "In Jesus' Name: Taking Up Serpents" miałeś okazję obejrzeć, ale na wszelki wypadek podaję link: https://www.youtube.com/watch?v=J79ThhMuxWg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za link! Dokumentu akurat nie widziałem, przejrzałem przed chwilą fragmenty, rzeczywiście robi wrażenie. Co co Caldwella, świetny! Lubię jego ironię.

      Usuń