poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Maciej Krzywiński - Faith No More. Zapiski o dziwnym zespole

Kiedy w 1990 roku ukazał się „Epic” – singlowy przebój Faith No More, mało kto był w stanie odważyć się, aby połączyć rap z rockowymi gitarami. Dziś, gdy muzyka gitarowa w zasadzie uległa stagnacji i nic już nikogo nie dziwi, gdyż wszystkie granice zostały przekroczone, „Epic” może istnieć jako powód do wzruszenia ramion. Dwudziesto- i trzydziestolatkowie słyszeli już nie takie połączenia. Aby zrozumieć fenomen Faith No More, zespołu, który w latach swojej świetności, uznawany był za eklektyczny i odważny, trzeba cofnąć się prawie o trzy dekady. Przełom lat 80. i 90. to nie tylko wyraziste różnice między rockowymi gatunkami, ale i czas, gdy gitarowe brzmienia, elektronika, pop, czy hip hop były osobnymi światami. Światy te na komercyjnym rynku muzycznym nie stykały się ze sobą, a wzajemne obwąchiwanie się raperów i szarpidrutów podjęły tylko hardrockowy Aerosmith oraz thrashmetalowy Anthrax. Co prawda, zespoły podziemne dokonywały jakichś nieśmiałych fuzji międzygatunkowych, ale tak czy siak, szeroka publiczność połączenie te traktowała w najlepszym przypadku jako dziwactwo. Dziś eklektyzm stał się tak banalny, że trudno wyobrazić sobie modne zespoły pseudorockowe (tak zwane indie), które nie wykorzystują elektroniki w swoich piosenkach.

Najpierw pojawił się Faith. No Man – zespół współtworzony przez Roddy’ego Bottuma, Mike’a Bordina i Billa Goulda. Był rok 1982 i młodzi Kalifornijczycy, którzy już niedługo stworzą trzon swojej macierzystej grupy, nagrali jeden singiel. Tej krótkiej, zawierającej dwa nagrania, płytki można dzisiaj posłuchać na Youtube. W dobie internetu nic się bowiem nie ukryje. I chociaż nie słychać w tych dwóch nagraniach stylistyki Faith No More (bardziej Killing Joke i nowej fali), stanowią one początek muzycznej drogi trzech dżentelmenów, którzy za chwilę będą łamać granice rockowej stylistyki. Przyznać trzeba, że Maciej Krzywiński, autor omawianej właśnie książki, z dużym pietyzmem odtwarza ten wczesny etap historii zespołu. Trzyma się faktów i nie odchodzi za mocno w niepotrzebne dygresje.

Później, gdy na kartach „Królów życia”, pojawia się już Faith No More, efekt jest równie dobry. Autor ze znajomością wydarzeń snuje chronologiczną opowieść o zespole. Dzięki umiejętnościom budowania ciekawej narracji nie wpada w zabójczy dla wszystkich muzycznych biografii schemat: płyta-trasa-płyta. Owszem, bazując na chronologii, nie dało się uniknąć takiego prostego sposobu opowiadania. Natomiast autor umie coś więcej niż tylko przepisywać wikipedię i wypowiedzi z wywiadów. Opisuje historię kapeli w szerszym kontekście, w którym mieszczą się inne zjawiska muzyczne oraz działalność wokalisty Faith No More – Mike’a Pattona. Trudno mi uwierzyć, że jakiś fan rzeczonego zespołu nie ma pojęcia o szerokim spektrum muzycznym, w którym porusza się Patton, oraz o mnogości prowadzonych przez niego przedsięwzięć, ale gdyby tak w istocie było, omawiana biografia pomoże również w nadrobieniu luk. Bo nie tylko Faith No More rozmyli granice między skrajnymi nieraz gatunkami muzycznymi, jak chociażby thrash metal, hardcore czy pop; to przede wszystkim Patton, jeszcze przed wstąpieniem w szeregi zespołu, w celu zastąpienia Chucka Mosleya, anarchicznie bawił się muzyką w projekcie Mr. Bungle. Potem, albo solo, albo w przeróżnych projektach, nagrywał muzykę skrajnie odmienną, zawsze jednak mającą ambicje większe niż to, co nagradzane jest Grammy.

Maciej Krzywiński opisuje również schyłek Faith No More oraz ponowne, rodzące się w bólach, pojawienie się zespołu na scenie, którego zwieńczeniem jest wydana w zeszłym roku płyta „Sol invictus”. I chociaż zebrała ona recenzje skrajne, była dowodem na to, że zespół powrócił do świata żywych. Dla mnie osobiście nie był to powrót udany, ale jest wielu, którzy twierdzą, że jest zgoła inaczej. W przypadku każdej biografii zespołu, który funkcjonuje, kończy się ona otwartym rozdziałem. Nie inaczej jest w przypadku „Królów życia”. Czas pokaże, co stanie się z zespołem w najbliższej przyszłości.

Z pewnością Faith No More, nawet jeśli dzisiaj nie szokuje estetycznie i nie zaskakuje, jest zespołem, który ma zarezerwowane stałe miejsce w panteonie rocka. Dziwnie natomiast zestawiać dziarskich jeszcze pięćdziesięciolatków z sześćdziesięcio- lub siedemdziesięciolatkami z klasycznych rockowych lub heavymetalowych kapel. Przede wszystkim ze względów estetycznych. Faith No More z pewnością są ikoną, ale o wiele mniej znaną przez młodą publiczność niż dziadki z Iron Maiden czy Metalliki. Trzeba w tym miejscu również oddać sprawiedliwość autorowi, że jako fan Faith No More, nie uległ pokusie pisania na kolanach. Jego biografia nie jest wiernopoddańczym hołdem lennym oddanym królom i władcom z rockowego zespołu. Jest za to naturalnie i lekko napisana, bez wchodzenia z butami w życie prywatne muzyków, ale z odpowiednią dawką ciekawostek, a co ważniejsze – wierna faktom. Co do ciekawostek: we wczesnych latach działalności wokalny epizod zaliczyła w grupie niejaka Courtney Love. Wiedzieli Państwo?

Maciej Krzywiński, Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia), wyd. In Rock, Czerwonak 2016.

1 komentarze:

  1. Świetny post! Zapraszam do mnie: http://kacikkkociary.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń