wtorek, 7 czerwca 2016

Wojciech Lis - Decybelowy obszar radiowy. Złote czasy radia

Jadąc pekaesem, słucham radia. Siedząc u fryzjera, słucham radia. Robiąc zakupy, słucham radia. Nie z zamiłowania, niestety. Zapętlonych kilkadziesiąt hitów z ostatnich lat i wiecznych przebojów z różnych dekad – oto, co oferuje słuchaczowi przeciętnie sformatowana stacja radiowa. A między piosenkami głupawe gadki prowadzących z kiepską dykcją, debilne konkursy, a przede wszystkim reklamy. Bo radio nie jest od muzyki. Ta jest dodatkiem do reklamy, wszak trzeba sprzedawać, szczególnie w kolonialnym kraju, jakim jest III RP. „Włancza” się więc idiotom coraz niższe ceny, aby przestali być idiotami. W nagrodę za wysłuchanie porcji reklam mogą sobie wysłuchać kilku hitów-shitów i pobujać się z szeregiem niepotrafiących śpiewać ćpunów i kretynek. Kiedy to wszystko się zaczęło? Pod koniec lat 80. w „Magazynie Muzycznym” jeden z dziennikarzy napisał, że marzy mu się radio bez gadania, bez słuchowisk, bez żadnych słów, tylko z muzyką. Nie wiem, czy miał na myśli to, co dzisiaj radiem się zwie, ale ciekaw jestem, czy spędziwszy jeden dzień z którąś z komercyjnych stacji, odszczekałby swoje słowa. Jakie więc powinno być radio? Czym było kiedyś? I w końcu, gdzie dziś możemy zetknąć się jeszcze z radiem nieogłupiającym? 

Miał Wojciech Lis cwany pomysł na książkę, trzeba przyznać. Pomysł oczywisty dla każdego, kto w radiu poszukuje czegoś więcej niż kolejnego konkursiku i seplenienia prowadzących małpiszonów. I dobrze, że się go podjął, bo praca to pionierska, a co równie ważna, napisana ze swadą i znajomością tematu. Zresztą osobom siedzącym w cięższej muzyce nazwiska autora nie trzeba przybliżać. Kilka lat temu, wraz z Tomaszem Godlewskim, wydał „Jaskinię hałasu”, rzecz traktującą o polskiej scenie metalowej, publikował również dla szeregu pism i zinów. Dobrze więc, że tematem radia zajął się pasjonat muzyki, nie tylko tej mainstreamowej. Opowieści panów Manna i Niedźwiedzkiego są może i ciekawe, ale dla maniaków podziemia niespecjalnie interesujące. W „Decybelowym obszarze radiowym” wypowiada się drugi z nich, ale wielu z rozmówców autora prezentowało w swoich audycjach mniej komercyjne dźwięki. Oddać trzeba autorowi szacunek, że udało mu się nakłonić do zwierzeń kilkudziesięciu radiowców z różnych pokoleń, wśród których znajdziemy i Marka Gaszyńskiego, i Marka Niedźwieckiego, i Bogdana Fabiańskiego, ale i Przemysława Popiołka, i Bartosza Donarskiego czy Piotra Wierzbickiego. Wypowiadają się na łamach książki również Roman Rogowiecki, Grzegorz Brzozowicz, Maciej Chmiel, Hirek Wrona, Przemysław Thiele, Paweł Sito i wielu innych, również muzyków z metalowych i rockowych składów.

Te złote czasy radia, jak trzeba by powiedzieć za Woody Allenem, stają się w opowieściach rozmówców Lisa wiekiem świetności, do których ci powracają z nostalgią. W takim przypadku zawsze trzeba sobie zadać pytanie, na ile ta nostalgia odnosi się do czegoś faktycznie dobrego, a na ile jest ględzeniem starych dziadów, że kiedyś to, panie, było lepiej. Faktycznie, sporo w tej publikacji nostalgii i tęsknoty za bezpieczną, poznaną przeszłością. Pojawiające się wielokrotnie na łamach omawianej publikacji zdanie, że kiedyś radio promowało tylko dobrą muzykę, można między bajki włożyć, bo kto puszczał w eter Sabrinę, Modern Talking lub Perfect? Krasnoludki? Kto nie zauważał nowej fali oraz postpunka czy industrialu, wmawiając naiwnym słuchaczom w latach 80., że geniuszami muzyki wciąż są panowie z Pink Floyd czy Deep Purple? Z drugiej strony osobiście i tak wolę to nabzdyczone nieraz radio z realnego socjalizmu niż dzisiejsze szafy grające, nie do odróżnienia chyba przez nikogo.

Wątki poruszane w rozmowach zawartych w „Decybelowym obszarze radiowym” nie dotyczą jednak tylko mainstreamowych audycji prezentowanych w Polskim Radiu. Wojciech Lis sporo miejsca poświęcił radiowym buntownikom i odszczepieńcom, którzy wbrew estetycznym gustom swoich szefów prezentowali w eterze dźwięki brutalne, odpychające, agresywne czy eksperymentalne. Mowa tu chociażby o Tomaszu Ryłce, autorze metalowej audycji „Ryłkołak Horror Show” prezentowanej między innymi na falach RMF FM w latach 90. Pojawia się tu również Krzysztof Brankowski, autor legendarnej listy przebojów „Metal Top 20” i kilku programów prezentujących ostre dźwięki. Sporo miejsca poświęca autor również audycjom współtworzonym przez Macieja Chmiela: „Radiu Clash”, „Dzikiej Rzeczy” oraz „Ręce Boksera”, w których można było usłyszeć spore ilości punka, alternatywnego rocka oraz brzmień z Seattle, jeszcze przed boomem na muzykę grunge.
Interesujące są również ukazane w książce przemiany, które po 1989 roku zaczęły dotykać stacji radiowych. Śledzimy więc powstawanie pirackich stacji, zmiany następujące w programach państwowych, udzielanie pierwszych koncesji oraz dziki entuzjazm wczesnych lat 90., kiedy wydawało się, że można stworzyć nowoczesne radio, dalekie od politycznej propagandy i gadających głów, ale nadające ambitną muzykę. Widzimy, czytając „Decybelowy obszar radiowy”, jak omawiane medium kreowało gwiazdy polskiego rocka, z jaką atencją było słuchane. W końcu obserwujemy przemiany, które doprowadziły do stanu obecnego, gdy dominują szafy grające popelinę. Tych kilkunastu donkiszotów eteru, których przepytuje Wojciech Lis, wciąż robi swoje, na falach stacji internetowych lub państwowych. Na ile wystarczy im sił i czym będzie radio w przyszłości, zobaczymy. Sami występujący w książce mają na ten temat bardzo różne zdanie.

Wojciech Lis, Decybelowy obszar radiowy, wyd. Kagra, Poznań 2016, ss. 259.

0 komentarze:

Prześlij komentarz