Im więcej słucham papieża Franciszka, tym jestem coraz bardziej zmieszany. Jego pontyfikat rozpoczął się świeckim „dzień dobry”, zamiast tradycyjnym katolickim powitaniem, odwołującym się do Pana Boga. A potem było jak w filmach Hitchcocka – po trzęsieniu ziemi napięcie wciąż rośnie. Z początku część prawowiernych katolików myślała, że dziwne wypowiedzi pontifeksa trzeba złożyć na karb złej woli dziennikarzy czy niedokładnych tłumaczeń. Natomiast od kiedy, po ogłoszeniu encykliki „Amoris laetitia”, Franciszek w liście do biskupów argentyńskich poparł ich zgodę na udzielanie komunii rozwodnikom żyjącym w nowych związkach, dłużej nie dało się pudrować faktu, że nauczanie papieża rozmija się zasadniczo z teologią katolicką. Jedyne twarde i tradycyjne opinie, jakie wypowiada dzisiaj biskup Rzymu, to te dotyczące aborcji. Z drugiej jednak strony Joe Biden utrzymuje, że podczas rozmowy z papieżem ten nazwał go „dobrym katolikiem”. A jakie poglądy na temat przerywania ciąży ma prezydent USA, wszyscy wiemy. Papieżem Franciszkiem, w związku z tym zamętem, interesuje się dzisiaj wielu katolików, którzy patrzą na Watykan z coraz większą dezorientacją. Jednym z bardziej zaniepokojonych, czemu niejednokrotnie dawał wyraz w swoich książkach, jest włoski dziennikarz Antonio Socci. W wydanej niedawno publikacji „Kościół czasu Antychrysta” kontynuuje swoją myśl.


Punktem wyjścia do rozważań o kondycji współczesnego papiestwa są dla niego dwa, dawno już wydane, dzieła. Pierwszym z nich jest „Krótka opowieść o Antychryście” Sołowiowa, drugą - „Władca świata” Bensona. Każda z nich patrzy na Antychrysta w podobny sposób, zgodny zresztą z biblijną egzegezą. Mianowicie, postać ta jest tyranem. Głosi też humanitaryzm, a jej idee oparte są na falsyfikacji Ewangelii, przez laika nie do odróżnienia od tych chrześcijańskich. W miejscu tym zapewne rodzi się pytanie, czy zdaniem autora, obecny papież mieści się w tej definicji. Odpowiedź Socciego jest negatywna – to nie Franciszek jest Antychrystem. Opinie, które przytacza autor, skupiają się raczej na tym, że papież jest pogubiony, i określają go jako kogoś bliższego działaczowi partyjnemu niż władcy ciemności. Kto nim w takim razie jest? Pytanie to zostaje wciąż aktualne, a autor nie wypowiada się na ten temat jednoznacznie. O czym w takim razie opowiada „Kościół czasu Antychrysta”?

Głównym problemem stawianym przez autora jest zamęt w Kościele katolickim. Kryzys ten ma swoje początki w modernizmie – herezji, która pojawiła się na przełomie XIX i XX wieku. W skrócie, idea ta zamienia miejsca człowieka i Boga, czyniąc tego pierwszego ważniejszego od Najwyższego. Taka zmiana akcentów, dla większości katolików dzisiaj zupełnie niezauważalna, powoduje, że Watykan zaprzestaje mówić o zbawieniu dusz, a wypowiada się o zmianach klimatycznych, przyjmowaniu uchodźców czy preparatach genetycznych, które rzekomo pomagają w walce z najmodniejszą chorobą świata. Książka ta zresztą powstała jeszcze przed programem sanitarnego terroru, zwanym dla niepoznaki pandemią, sądzę zatem, że Antonio Socci patrzy dzisiaj na Franciszka z jeszcze większą dozą krytycyzmu.

Kierowany przez niego Kościół, zdaniem autora, bardziej przypomina kolejną agendę Organizacji Narodów Zjednoczonych niż wspólnotę religijną, której cel powinien być przede wszystkim nadprzyrodzony. W opinii Socciego nauczanie Franciszka stoi również w jawnej sprzeczności z nauczaniem Jana Pawła II, bądź co bądź papieża posoborowego, więc legitymizującego ustalenia Vaticanum II. Czy więc taka wersja Kościoła katolickiego tworzy się po to, aby organizacja ta zachowała swoje istnienie w epoce Nowego Ładu, której początki właśnie się wykuwają? Przemiany dokonujące się w nauczaniu papieskim są zatem ukazane przez Socciego jako nierozerwalnie połączone z przemianami dokonującymi się w świecie. Narracja ta pokazuje, że Kościół katolicki, przynajmniej na szczeblu hierarchicznym, jest kolejną agendą globalistów. Istnieje natomiast druga prawda o Kościele, która każe Socciemu na końcu książki przyjąć optymistyczną postawę. Są nią słowa Jezusa Chrystusa, wypowiedziane do świętego Piotra o bramach piekielnych, które nie przemogą tej wspólnoty. Może dzisiejsza sytuacja, zdaje się pytać autor, to próba mająca przygotować świat do paruzji i test wiary.

Antonio Socci, Kościół czasu Antychrysta, tłum. M. Masny, wyd. AA, Kraków 2021, ss. 261.


Jedną z największych tragedii współczesności była rewolta młodzieżowa roku 1968, zwana inaczej rewolucją seksualną. Wówczas do głosu doszła radykalna lewica, która pod hasłami wolności i równości sięgnęła po władzę nad ludzkimi duszami. Ten przewrót, odbywający się w sporej części bezkrwawo i mający w kulturze romantyczne oblicze, był w rzeczywistości operacją na globalnej świadomości Zachodu. Patrząc globalnie, należałoby dodać, że był również konsekwencją wcześniejszych idei, sięgających przynajmniej do Oświecenia, które jako pierwsza epoka w dziejach świata, w sposób jawny i jednoznaczny odrzuciła Boga i religię chrześcijańską. Rewolta młodzieżowa była więc, jako konsekwencja „wieku rozumu”, równie bezbożna jak on sam. Czy powinien więc dziwić fakt, że do tego radykalnego ruchu przyłączyło się postępowe duchowieństwo? W końcu polskie Oświecenie również zostało wprowadzane rękami katolickich kapłanów.

 

Problemowi temu poświęca uwagę Yves Chiron w swojej publikacji „Rewolucja '68. Swąd szatana w Kościele”. Jej tytuł w bezpośredni sposób nawiązuje do znamiennych słów Pawła VI, wypowiedzianych już po Soborze Watykańskim II, gdy papież zauważył, że sporo spraw poszło nie tak. Ogłoszone na soborze aggiornamento, czyli otworzenie okna na świat, zaowocowało tym, że kilka lat później zaroiło się od ludzi Kościoła, którzy angażowali się w antykatolickie inicjatywy. Autor, opisując włączanie się „zwykłych księży” (skąd znamy to hasło?) w proces marksistowskiej pierekowki, koncentruje się przede wszystkim na Francji. Zwraca uwagę na opowiadanie się kapłanów katolickich za wyzwoleniem seksualnym, wyzwalaniem klasy robotniczej pod płaszczykiem komunizmu czy emancypacją młodzieży i upadkiem autorytetów. Wrogiem dla rewolucjonistów stał się wówczas mieszczanin, członek klasy średniej, który obwołany został wrogiem publicznym numer jeden przez zapatrzonych w Marksa i Fromma rebeliantów. Charakterystyczny dla ówczesnego francuskiego Kościoła stał się ruch księży-robotników, którzy poza sprawowaniem sakramentów (pytanie, czy z wiarą) zajmowali się przede wszystkim pracą w fabrykach oraz robotą ideologiczną.

Takie marksistowskie ukąszenie części katolickiego kleru wpisywało się w specyfikę tamtych czasów. Nierzadko organizowano „rekolekcje”, które bardziej koncentrowały się na sprawach politycznych niż duchowych. Ale czy dzisiaj Watykan nie zajmuje się tym samym? Papież Franciszek to przecież, bardziej niż duchowy przewodnik dbający o zbawienie dusz, aktywista lewicowy mający na uwadze kryzys klimatyczny, uchodźców czy magiczne eliksiry przeciwko najmodniejszej chorobie świata. Czy więc w tym świetle powinno dziwić nas ówczesne poparcie sporej liczby księży dla teologii wyzwolenia lub ruchów robotniczych? Znamienny jest także fakt, że ci sami kapłani, nawołujący do pokoju i emancypacji politycznej radykalnej lewicy, nie potępiali aktów przemocy związanych z demonstracjami w Paryżu oraz innych ośrodkach studenckich.

Wydarzeniem, które wywołało spory wstrząs u postępowych katolików, idących ręka w rękę z Marksem, było ogłoszenie przez Pawła VI encykliki „Humanae vitae”, w której papież przeciął pojawiające się tu i ówdzie spekulacje, że Kościół katolicki być może złagodzi swoją etykę seksualną. Napalone towarzystwo wolnomyślicieli roiło sobie bowiem, że jego sposób życia zostanie usankcjonowany przez Watykan. Niestety, tak się – ich zdaniem – nie stało. Wystarczyło poczekać jednak czterdzieści kilka lat i dzisiaj mamy to, co mamy. Nie trzeba głośno mówić. Sapienti sat. Warto więc przestudiować „Rewolucję '68” Chirona, ponieważ pozwala ona na zrozumienie przemian, które przewalają się jak walec również dzisiaj, nie oszczędzając Kościoła katolickiego (vide: droga synodalna).


Yves Chiron, Rewolucja '68. Swąd szatana w Kościele tłum. M. Żurowska, wyd. AA, Kraków 2021, ss. 286.


Nie lubię kina moralnego niepokoju – filmów Agnieszki Holland czy Krzysztofa Kieślowskiego. Męczą mnie inteligenckim etosem i wydumanymi problemami. Weźmy takie „Bez końca”. Główna bohaterka filmu traci męża i mimo iż ma dla kogo żyć, bowiem żyje jej kilkuletni syn, z premedytacją popełnia samobójstwo. Albo „Przypadek” - ten z kolei bohater cierpi, nawet uprawiając seks, a miłość to dla niego katorga. Literackim ojcem takich snujów (czyli filmów i powieści, w których bohater nic nie robi, a rozmyśla jedynie, łażąc wte i wewte) jest Stefan Żeromski, którego „Ludzi bezdomnych” najchętniej wrzuciłbym tam, gdzie Tomasz Judym wrzucił był niejakiego Krzywosąda. Nie lubię też powieści inteligenckiej, czyli literackiego odpowiednika kina moralnego niepokoju. Nudzi mnie, nie potrafię utożsamić się z bohaterem, nie ma dobrych dialogów, nie ma akcji. Tak dzieje się w powieści Wojciecha Kudyby „Imigranci wracają do domu”. Jej autor znany był do tej pory z publikacji naukowej i poezji, ale postanowił spróbować swoich sił w prozie. Wyszło jak w polskim filmie obyczajowym: dialogi niedobre, bohater bez tożsamości, a świat to smutne miejsce.


Jednym z grzechów jest acedia – czyli smutek pomieszany z rozpaczą i apatią. Przypomina depresję, a może nawet nią jest. Główny bohater powieści Kudyby, Karol Tracz (nie Janusz, to ważne), wydaje się dotknięty tą przypadłością. Powodu w zasadzie ma, został bowiem dotknięty amnezją, po której przypomina sobie dawne życie. A nie było to życie wesołe, wręcz powiedzieć trzeba, że dość smutne i szare, jak to życie imigranta, szczególnie w Niemczech. Fakt, gdybym miał mieszkać w Niemczech, też bym z pewnością był smutny. Tak naprawdę to Tracz wcale smutny nie był, ale po zdrowotnym wstrząsie, jadąc pociągiem i rozmawiając ze starszą kobietą (sam jest przecież niemłody) dochodzi do wniosku, że jego poprzednia egzystencja nie miała sensu. Coś tam projektował, zarabiał niemałe pieniądze, ale brak mu było przeżyć duchowych. Można powiedzieć, typowy imigrancki los, który zwykle zamyka się w schemacie praca – zarabianie kasy – wydawanie kasy. Tutaj jednak trzeba przestać sobie dworować, bo ilu z nas żyje w ten sposób. Tracz doszedł do wniosku, że wróci do Polski i zerwie z tym bezcelowym wzorcem.

Można było tę powieść rozegrać inaczej, bo temat – mimo swojego banału – dałoby się opowiedzieć o wiele ciekawiej. Sęk jednak w tym, że „Imigranci wracają do domu” to powieść przeciętna fabularnie. Bohater na dłuższą metę nie potrafi sobą zainteresować, a jego wspomnienia zaczynają przypominać magmę, w której próżno szukać jakiejś twardszej skały. To klasyczny, sentymentalny polski inteligent, który po prawie że skończonej karierze zawodowej okazał się przegrywem. Otwiera się przed nim jakaś nowa możliwość, ale jest ona skażona kieślowszczyzną i zanussizmami. Wszystko to opisane jest jednak dobrą polszczyzną, bo autor – na swoje szczęście – potrafi składać zdania, a pod względem formalnym jego proza jest elegancka i wysmakowana. Tak samo jak filmy Kieślowskiego, w których, poza walorami zewnętrznymi, próżno szukać jakichś bardziej wartościowych treści, a przede wszystkim fabularnego mięcha.

Wojciech Kudyba, Imigranci wracają do domu, PIW, Warszawa 2018, ss. 182.

 

Dawno już nie czytałem żadnej pozycji dotyczącej Korei Północnej. Mam w swojej kolekcji kilkanaście zbiorów reportaży, wspomnień, w końcu tekstów geopolitycznych, dotyczących tego regionu, ale od kilku dobrych lat nie znalazłem niczego, co wzbogaciłoby moją wiedzę. Pojawiają się, co prawda, coraz to nowe teksty, utrzymane zazwyczaj w sensacyjno-wspomnieniowym klimacie, ale każdy z nich powiela ten sam schemat. Zdaję sobie sprawę (o ile, rzecz jasna, nie są to reportaże pisane zza biurka), że za wszystkimi utworami tego typu kryją się ludzkie dramaty, jednak od literatury oczekuję czegoś więcej, zwłaszcza od literatury faktu. Tym bardziej, że konkurencja nie śpi, czasu coraz mniej, a czytać trzeba. Stało się jednak tak, że w ręce wpadły mi wspomnienia Masaji Ishikawy wydane przez Znak pod tytułem „Za mroczną rzeką”. Cóż, po długiej przerwie od tej tematyki postanowiłem się z nimi zmierzyć.

 

Od razu należy rozdzielić dwie kwestie. Co innego może dać ta książka komuś, kto dopiero zaczyna interesować się Koreą Północną, a co innego osobie, która już sporo na ten temat czytała. Początkujący adept tematyki dziwnego systemu politycznego znajdzie w „Za mroczną rzeką” sporo informacji na temat reżimu Kimów, a przede wszystkim zetknie się z niewyobrażalną dla sytych ludzi Zachodu nędzą i ludzką tragedią. Główny bohater i narrator tych wspomnień opowiada bowiem, że wybierając ucieczkę z tego kraju, zostawił w nim całą rodzinę. A jak kończą rodziny uciekinierów, wie każdy, kto chociaż powierzchownie interesuje się tą tematyką. Jest niemal pewne, że ludzie ci trafiają do obozów pracy o reżimie porównywalnym do sowieckiego i nazistowskiego. Chociażby dlatego książka ta ma swój ciężar emocjonalny, z którym warto się zmierzyć. Druga sprawa to brak jednoznacznego happy endu, rzecz znamienna we wspomnieniach północnokoreańskich uchodźców. Targają nimi wyrzuty sumienia z powodu, że zostawili na pastwę losu swoje rodziny, a ponadto mają oni problemy z adaptacją w nowym środowisku. To ostatnie często nie chce mieć z nimi do czynienia. Wszystko zaś powoduje, że uciekinierzy z KRLD wcale nie są do końca pewni słuszności swoich decyzji.

Inną kwestią są jednak walory poznawcze. Osobiście nic mnie w tych wspomnieniach nie zaskoczyło, ani nie zdziwiło. Jest to kolejna pozycja książkowa zbudowana według tego samego schematu fabularnego, który – jak wspomniałem powyżej – przypomina budowę filmu bez szczęśliwego zakończenia. Może tylko jedna rzecz jest tutaj nowa – mianowicie Ishikawa (nazwisko jak najbardziej japońskie) nie jest Koreańczykiem, a urodził się w Japonii. Do Korei Północnej sprowadził – go i całą rodzinę – ojciec, zindoktrynowany przez swoich kolegów, którzy naopowiadali mu bzdur na temat raju na ziemi. My, tutaj w Europie, znamy skądś ten schemat: tak samo, jak muchy do lepu, zlatywali się do Związku Sowieckiego przeróżni intelektualiści, szukając w nim paradisum dla ludzi pracy. Potem zazwyczaj kończyli śmiercią albo długoletnią katorgą w łagrach.

„Za mroczną rzeką” to więc kolejne wspomnienia kolejnego uciekiniera z Korei Północnej, które nie pozostawiają złudzeń co do natury systemu panującego w tym państwie. Lektura to smutna, zmuszająca do refleksji nad ludzką kondycją, zwłaszcza dla początkujących. A także dla tych, którzy mają jeszcze złudzenia, że człowiek jest w stanie zbudować raj na ziemi.


Masaji Ishikawa, Za mroczną rzeką, tłum. J. Kukian, wyd. Znak Horyzont, Kraków 2021, ss. 268.


Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy śledzeni. Nie tylko dzięki kamerom monitoringu w każdym niemal miejscu, nie tylko przez kamery w telefonie lub laptopie, a także przez lodówki, pralki i dziecięce zabawki. Jesteśmy śledzeni i, co najgorsze, zgadzamy się na to, nie protestując. W końcu warto zapłacić cenę za to, że w internecie wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Ale czy na pewno wszystko? Właśnie tu leży pies pogrzebany. Najbardziej popularna wyszukiwarka, czyli Google, ma z tyle wspólnego z wyszukiwarką co preparaty genetyczne przeciwko kowidowi ze szczepionkami starego typu. Zadać należy więc pytanie, kto szuka i kto znajduje odpowiedzi. Z pewnością nie jest to pojedynczy człowiek wpisujący frazę w swoim telefonie. Bo nie chodzi tutaj o znajdowanie informacji (które i tak dostajemy starannie wyselekcjonowane), ale czegoś zupełnie innego. To nie jednostka z telefonem czy komputerem szuka informacji, to ona staje się informacją. A szukający są ukryci w cieniu. Wszystko natomiast rozbija się o pieniądze, które zdobywa się, sprzedając na rynku nasze zachowania w sieci, te realne i te przewidywalne.

Pamiętacie jeszcze grę „Pokemon Go”? Kilka lat temu świat oszalał na jej punkcie. Tysiące, i to nie tylko młodych, ludzi uganiało się po miastach w poszukiwaniu tych japońskich stworków. Były wszędzie: w bankach, na prywatnych posesjach, w knajpach, szkołach i na uczelniach. Kto był wówczas szukającym, a kto szukanym? Nie, to nie goniący pokemony człowiek szukał, i to nie bohaterowie kreskówek byli szukani. To system szukał nas samych. Wystarczyło umieścić wirtualną rzeczywistość w pobliżu popularnej restauracji, a ta zaczynała zwiększać dochody. Największym beneficjentem tego systemu był właściciel gry, który wykorzystał dane behawioralne, aby je zmonetyzować. Odpowiednie ustawienie pokemonów na mapie służyło zwiększaniu zysków firm, które ustawione były przy trasie, a najwięcej zarabiał ten, kto wytyczył odpowiednią drogę. Gra ta pokazała więc, że człowiek jest istotą, która zgodzi się na największe głupstwo (bo czym w końcu jest gonitwa za nieistniejącymi stworzeniami), aby tylko zaangażować własne emocje.

Gra ta to tylko jeden z licznych sposobów eksperymentowania na ludzkich zachowaniach, a te eksperymenty są podstawą systemu, który autorka Shoshana Zuboff nazywa kapitalizmem inwigilacji. Stawia przy tym tezę, że największe firmy sieciowe jak Google, Facebook czy Amazon, służą zdobywaniu naszych danych behawioralnych. Poprzez rozwiniętą sieć sztucznej inteligencji oraz czujniki w urządzeniach elektronicznych są w stanie dowiedzieć się o nas o wiele więcej, niż my świadomie o sobie wiemy. Tutaj ważny jest każdy szczegół: na jakie punkty ekranu patrzymy, gdzie dłużej, a gdzie krócej przytrzymujemy wzrok, jak wodzimy kursorem. Przy czym sztuczna inteligencja operuje na mikrosekundach, stąd jej analizy są niezwykle dokładne. Według autorki, człowiek w tym systemie staje się produktem, który poddawany jest drobiazgowej obróbce, a potem sprzedawany reklamodawcom, którzy mogą w ułamku sekundy skierować do nas spersonalizowany przekaz.

Kapitalizm inwigilacji jest, według autorki, systemem bezprecedensowym. W tej obszernej książce Shoshana Zuboff dokładnie to pokazuje, dowodząc, że znane nam totalitaryzmy oraz inne systemy niewolące człowieka są czymś zupełnie innym. Tutaj stoimy za to przed nowym wyzwaniem, a wizja, która nas czeka, to nie „Rok 1984”, a raczej „Nowy wspaniały świat”, czyli opresyjna rzeczywistość, która prawie wszystkim się podoba, bo jej niewolniczy charakter nie jest odczuwalny. „Wiek kapitalizmu inwigilacji” został napisany jeszcze przed pseudopandemią koronawirusa, ale czyta się go tym bardziej interesująco, im więcej wiemy o czasach, które stworzyli nam psychopaci w typie Gatesa czy Schwaba. Szczególnie cenne są w tym kontekście mechanizmy manipulacji behawioralnej, czyli dotyczącej ludzkich zachowań, którym od prawie dwóch lat poddał się cały zachodni świat.

Z jednym tylko nie jestem w stanie zgodzić się z autorką, która zauważa kluczową rolę mediów społecznościowych w dezinformacji. Generalnie jestem zdania, że największe fake newsy tworzą oficjalne media i ci, którzy rzekomo demaskują fałszywe wiadomości. Wcale nie są to filmiki z żółtymi napisami i legendarne ruskie fabryki trolli. Autorka twierdzi więc, że social media to rozsadniki ekstremizmów, szczególnie prawicowych. Tutaj każdy, kto wie, jakie treści blokowane są na fejsie, rozumie, że to nieprawda. To jednak drobna rysa w tym monumentalnym dziele, które jest jedną z najważniejszych książek traktujących o naszych czasach. Bez jej lektury zrozumienie teraźniejszości jest niemożliwe.

Shoshana Zuboff, Wiek kapitalizmu inwigilacji, tłum. A. Unterschuetz, wyd. Zysk i ska, Poznań 2020, ss. 831.


Adin, dwa, tri… Wielu z nas pamięta jeszcze słynne seanse Anatolia Kaszpirowskiego, nadawane w telewizji w burzliwych czasach transformacji ustrojowej. Gromadziły one przed odbiornikami wielomilionową publiczność i były jednym z najchętniej – obok brazylijskich seriali i „Dynastii” – oglądanych programów. Wytworzyła się więc swoista kultura Kaszpirowskiego, aby nie powiedzieć – kult. Ale to nie wszystko. Rosyjski hipnotyzer był równie chętnie wpuszczany do kościołów, gdzie uprawiał swoje gusła; podobne rzeczy wyprawiał wówczas Clive Harris. To zblatowanie się polskiego Kościoła katolickiego z podejrzanym czarownikiem może dziwić tym bardziej dzisiaj, bo sam zainteresowany nie wypowiada się w najlepszym tonie ani o chrześcijaństwie, ani o Jezusie Chrystusie. Taki jednak mieliśmy wówczas klimat – po prezbiteriach i salkach parafialnych kręcili się bioenergoterapeuci, różdżkarze (w tym księża), wahadełkowcy i inni pomniejsi guślarze, zamawiający swoje czary i łapiący na nie naiwnych. Jak to się więc stało, że Anatolij Kaszpirowski zyskał taką popularność? Próbuje na to odpowiedzieć Gabriel Michalik, tytułując swoją książkę „Sen o wszechmocy”.

Cała opowieść rozpoczyna się w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, gdzie bohater reportażu praktykował jako psychiatra. Bardzo szybko wpadł w konflikt z innymi lekarzami, czego powodem były niestandardowe metody leczenia pacjentów. Od początku więc słynny hipnotyzer, zanim nim został, przejawiał skłonności do nonkonformizmu. Od początku również żywo interesował się wpływaniem na innych ludzi. Jeszcze wcześniej zaczął trenować boks, co nauczyło go kontrolować swoje ciało i jego reakcje na różnorakie bodźce. Tutaj od razu chciałoby się wprowadzić sensacyjny wątek szpiegowski, który wielu podnosi – według niego Kaszpirowski miał być agentem KGB czy GRU. Autor zbija te argumenty, ale z drugiej strony nikt nie wie jak było. Biografia tego człowieka jest dziurawa niczym szwajcarski ser i obfituje w tyle białych plam co życie typowego bohatera romantycznego. Michalik próbuje więc rozeznać się w jego życiorysie, co rusz natrafiając na ślepe uliczki i fałszywe flagi. Jedno wiadomo – Kaszpirowski jest (wciąż żyje, o czym niektórzy nie mają pojęcia) człowiekiem tajemniczym, niechętnie dzielącym się swoim życiem.

Udało się autorowi uchwycić mało charakterystyczny rys osobowości swojego bohatera, mianowicie sporą chimeryczność – Kaszpirowski często zmienia zdanie, przeczy sam sobie, a także obraża się na dociekliwych dziennikarzy. Wydaje mi się, że to ważniejsze, niż mogłoby się wydawać. W połączeniu z nietypowymi zdolnościami hipnotyzera stanowi ciekawy punkt wyjścia do dalszych rozważań nad tym intrygującym ale i irytującym człowiekiem. Kwestia jego paranormalnych zdolności, stanowi w tej książce, to rzecz oczywista, jedno z głównych zagadnień. Autor nie rozstrzyga, czy faktycznie były prawdą, czy tylko sprytną szarlatanerią. Istotnie, Kaszpirowski raz zaskoczył prawie wszystkich, znieczulając na odległość pewną pacjentkę, która w rezultacie, nie czując bólu, była operowana w szpitalu specjalistycznym, kilkaset kilometrów od miejsca, z którego nadawał hipnotyzer. Wszystko zaś oglądała za pośrednictwem telewizji, w sali operacyjnej. Równie ciekawe, ale bardziej znane, były fenomeny obserwowane na bezpośrednich z nim spotkaniach. Ludzie mdleli, wpadali w trans, padali na ziemię – robili dokładnie to samo, co na spotkaniach z charyzmatykami, sądzącymi, że posiedli moc Ducha Świętego.

Ta moc była z Polakami przez kilka lat, a potem ucichła, bo społeczeństwo na dorobku zajęło się nieco innymi sprawami. Również podnosił się powoli stopień sceptycyzmu wobec tego typu zjawisk. Okazuje się jednak, że Kaszpirowski działa do dzisiaj, szczególnie w Kazachstanie i w Izraelu, czyli tam, gdzie mieszka jeszcze wielu Rosjan. W samej federacji jest niemile widziany, co zdaniem Gabriela Michalika zadaje kłam tezie o jego agenturalności. Człowiek ten wciąż wykorzystuje swoje rzekome zdolności paranormalne, ale jego popularność jest o wiele mniejsza niż trzydzieści lat temu. Stanowi to znak czasów, które potrzebowały cudotwórców, którzy tu i teraz potrafią człowieka uzdrowić i dać mu nadzieję na lepszą przyszłość. Dzisiaj na takie usługi jest o wiele mniejsze zapotrzebowanie, ale kto wie, co będzie działo się w przeciągu najbliższych lat, kiedy uderzy nas kryzys gospodarczy spowodowany błędnymi decyzjami polityków, spowodowanymi przez fałszywą pandemię.

Adin, dwa, tri… Historia Kaszpirowskiego, opisana w „Śnie o wszechmocy”, jest więc bardzo interesująca, ale pozostawia sporo niedosytu. Nie jest to winą autora, który dwoił się i troił, aby ze skąpego materiału ułożyć kompletny obraz. Przyczyny tego stanu rzeczy należy szukać w samym bohaterze, który przedstawiał sprzeczne wersje wydarzeń, a o niektórych zabronił autorowi pisać. Jest więc pewne, że sporo tajemnic zabierze ze sobą do grobu, w tym tę dotyczącą jego współpracy z tajnymi służbami oraz prawdziwą rolą, jaką pełnił w Europie środkowej na przełomie dwóch ostatnich dekad XX wieku. Bo że nie był to tylko biznes, ale operacja psychologiczna, ćwierkają od dawna niejedne wróble.

Gabriel Michalik, Kaszpirowski. Sen o wszechmocy, wyd. Agora, Warszawa 2020, ss. 327.


Pisanie o Żydach wiąże się z jednym zasadniczym ryzykiem. Jeśli nie pisze się o nich na kolanach, będzie się oskarżonym o antysemityzm. Tym ostatnim jest już nawet krytyka polityki państwa Izrael. Antysemicki jest również Nowy Testament, a więc całe chrześcijaństwo. Najbardziej zaś katolicyzm, mimo histerycznego ekumenizmu i padania na twarz. Za antysemicką została swego czasu uznana „Historia Żydów” Paula Johnsona, znanego brytyjskiego historyka, autora niemniej ważnych „Intelektualistów”. Rzeczą oczywistą jest więc fakt, że za antysemicką została zapewne uznana rozprawa Michaela Jonesa „Gwiazda i krzyż”, która w amerykańskim oryginale nosi zupełnie inny tytuł, mianowicie „The Revolutionary Jew and His Impact on World History”. Z tego tytułu wynika jasno, że autor skupiał się będzie na związkach narodu żydowskiego z rewolucjami i przewrotami, które wybuchały na przestrzeni dwóch tysięcy lat – od buntu przeciwko Rzymianom po zburzeniu Świątyni, po rewoltę obyczajową XX wieku. Ten ostatni problem Jones często porusza w swoich tekstach, nie dziwi więc, że znalazł się on również w „Gwieździe i krzyżu”.

 

Polski tytuł sugeruje, że książka niniejsza opowiadać będzie o relacjach żydowsko-chrześcijańskich i po trosze tak jest, wszak do XIX wieku włącznie można naszą cywilizację nazwać właśnie tym mianem. Sprawa komplikuje się w XX wieku i przyspiesza po II wojnie światowej, II Soborze Watykańskim i rewolucji młodzieżowej przełomu lat 60. i 70. poprzedniego stulecia. W dodatku pozycja ta jest skrócona niemal o połowę w stosunku do oryginału, co tłumaczy wydawca. „Gwiazda i krzyż” porusza bowiem wiele wątków amerykańskich, które, jego zdaniem, mogłyby być niezrozumiałe dla polskiego czytelnika. Nie mnie oceniać, jak byłoby naprawdę, natomiast te prawie pięćset stron historii dość wyczerpująco opisuje wzajemne relacje między diasporą żydowską a resztą świata. Relacje te od początku były trudne i burzliwe, czego nie ułatwiały – z jednej strony – nieufność wobec obcych, a z drugiej – wyraźna izolacja Żydów od reszty. Powodem, zdaniem Michaela Jonesa, jest Talmud. Zresztą judaizm talmudyczny, nie tylko w opinii tegoż autora, jest religią nowszą niż chrześcijaństwo, pisze o tym na przykład ks. Waldemar Chrostowski. Religia ta powstała na bazie judaizmu starotestamentalnego, ale w opozycji do chrześcijaństwa, co jest niezwykle istotne. A Talmud, jako zbiór przepisów organizujących drobiazgowo życie religijnych Żydów, pełen jest lapsusów – mówiąc łagodnie – dość nietolerancyjnych wobec wyznawców Chrystusa. Stąd elitaryzm oraz izolacjonizm tego narodu.

Michael Jones, pisząc swoją publikację, miał na uwadze nie tylko rewolucyjne zaangażowanie Żydów, ale również ich częsty akces do tajnych stowarzyszeń jak Różokrzyżowcy, Iluminaci i masoneria. Zresztą te trzy mocno inspirowały się mistyką hebrajską, przede wszystkim Kabałą. Związek ten jest w zasadzie nierozerwalny. Późniejsza rewolucja francuska czerpała z dorobku wolnomularstwa, przede wszystkim w walce z religią Jezusa Chrystusa. W pewnych momentach książki, chociażby wymienionych przed chwilą, nieraz traci się z oczu głównych bohaterów. Dzieje się tak również podczas omawiania przedrewolucyjnych intryg i spisków angielskich Wigów, mających na celu destabilizację sytuacji politycznej na kontynencie europejskim. Wówczas głównym tematem przestają być Żydzi, ale przede wszystkim Szkoci i Anglicy. Mam więc wrażenie, że ten główny problem czasami mimowolnie znika z kart tej pozycji.

Inną nierozerwalnie związaną z tym narodem cechą jest mesjanizm. Żydzi, którzy nie uznali Chrystusa, są zdaniem pisarza, zdeterminowani, aby poszukiwać mesjasza. Na początku czynili to w łonie swojej religii, a potem im bardziej postępowała ich laicyzacja, tym chętniej przenosili się w tym kontekście na płaszczyznę polityki. I tak, na początku XIX wieku wielu Żydów upatrywało politycznego zbawcy w Napoleonie, a za sto lat zbawicielem miała stać się ideologia komunistyczna. Na tym jednak nie koniec, bo rewolucja jest jak rower – co powiedział Che Guevara – musi wciąż jechać, bo inaczej się przewróci. Wiek XX to zmiany obyczajowe lat 60. i 70. oraz podmiana na rynku idei – mianowicie zastąpienie trockizmu neokonserwatyzmem. Autor ma w tym względzie ciekawe spostrzeżenia, bo stwierdza, że jedna i druga polityczna idea są swoimi bliźniaczymi siostrami.

Warto sięgnąć po „Gwiazdę i krzyż”, tym bardziej, jeśli interesuje nas nie tylko historia Żydów, ale mechanizmy powstawania rewolucji – tych na papierze, w sferze idei, i tych jak najbardziej namacalnych i pełnych zapachu prochu. Czy jednak jest to książka antysemicka? Nie sądzę. Jones napisał ją z perspektywy katolickiej, rozgraniczając szacunek do człowieka przy jednoczesnej krytyce jego działań. Przecież absurdem i brakiem logiki jest sądzić, że istnieją na świecie narody wybrane, których działania nie powinny podlegać ocenie.

Michael Jones, Gwiazda i krzyż, tłum. J. Morka, wyd. Wektory, Sadków 2007, ss. 440.


Masoneria liczy sobie już ponad trzysta lat. Jej powstanie zbiegło się nieprzypadkowo z początkami Oświecenia, które z kolei wydało z siebie, pod sam koniec, Wielką Rewolucję Francuską. Epoka ta, jak żadna inna, inspirowana była ideami wolnomularskimi, do których, oprócz wolności, równości i braterstwa, zalicza się także tolerancję. Można więc powiedzieć, że epoka rozumu i masoneria to jedno. Obie jednym głosem wypowiadają się chociażby na temat religii katolickiej, obie na piedestale stawiają człowieka, który w myśl ich idei jest w stanie osiągnąć maksymalny rozwój duchowy oraz intelektualny, jeśli tylko porzuci religijne przesądy. Do czego prowadzi porzucanie tych ostatnich, niejeden raz pokazała historia kilku ostatnich wieków. W każdym razie idealistyczna legenda wolnomularstwa głosi, że to organizacja (wcale nie tajna) filantropijna oraz filozoficzna, której celem jest ukształtowanie nowego człowieka, a ten ma być obdarzony wieloma pozytywnymi przymiotami. Masoneria, zarówno w rycie francuskim, jak i szkockim, zdaje się, że na stałe weszła do krajobrazu politycznego i społecznego liberalizmu. Jednak dla niektórych systemów politycznych była konkurencją, stąd walka z nią w Związku Radzieckim i hitlerowskich Niemczech.

Z kolei we Francji, gdy nastał gabinet marszałka Petaina, zwany również rządem Vichy, dla masonerii francuskiej nadeszło kilka chudych lat. Można na ten rząd patrzeć tak jak większość, jak na władzę kolaboracyjną, współpracującą ze zbrodniczym reżimem. Ale można również spróbować wyrobić sobie zgoła inna opinię, która zauważy niuanse i szarości, które zwykle pojawiają się w takich sytuacjach. Te kilkadziesiąt miesięcy to również próba walki z lożami masońskimi, co ocenić trzeba jednoznacznie pozytywnie. Walka ta nie zniszczyła lóż nad Sekwaną, jedynie pozwoliła na wnikliwe przyjrzenie się ich działalności, jak zwykle utajnionej. Przy okazji, co zapewne bardziej zainteresuje czytelnika francuskiego, poznaliśmy wiele nazwisk, które miały w swym życiorysie wolnomularskie epizody. Niektóre nawet dość długotrwałe. Dominują wśród nich socjaliści i liberałowie, co nie powinno nikogo dziwić. W końcu swój ciągnie do swego.

A skąd to wszystko wiemy? Otóż, w latach 1941-44 w Vichy ukazywał się miesięcznik „Dokumenty  Masońskie”, redagowany przez Bernarda Fay. Człowiek ten, będący również zwolennikiem restauracji monarchii, był po II wojnie więziony, a następnie w 1951 roku uciekł z kraju. W czasopiśmie tym ukazywały się demaskatorskie teksty, ujawniające niewygodne fakty z życia wielu adeptów masońskiej religii, a także i takie, które ujawniały sekrety organizacyjne oraz filozoficzne tej organizacji. Wartość historyczna tych materiałów jest bezcenna, a ich wyselekcjonowany wybór został przedstawiony polskiemu czytelnikowi w „Archiwach masonerii francuskiej” wydanych przez nieocenioną oficynę Wektory. Mamy więc nie lada okazję, aby zajrzeć za kurtynę nie tylko wolnomularstwa, ale słabo znanego okresu historii Francji, który kojarzy się jedynie z kolaborancką władzą. Fakt, że rzeczywistość tamtych lat była bardziej skomplikowana, przeziera z kart omawianej książki. Rządy marszałka Petaina były, zdaniem autorów zebranych artykułów, ratunkiem przed socjalizmem, który przed II wojną światową działał destruktywnie na francuskie życie społeczne i gospodarcze.

Zebrane w „Archiwach masonerii francuskiej” teksty pod kątem faktograficznym są dość zróżnicowane. Pierwszą grupę stanowią artykuły, które przybliżają masońską symbolikę i filozofię, dość zbieżną z okultyzmem oraz kabałą, a także nawiązującą do oświeceniowych idei. Inną jest zbiór tekstów, w których autorzy omawiają strukturę organizacyjną wolnomularstwa. Czytelnik dowie się z nich również o wpływie tajnych struktur na historię ostatnich dwóch wieków, a także przyjrzy się francuskim ludziom władzy, którzy masonerii oddali swoje całe dorosłe życie. Ocena autorów jest jednoznacznie negatywna; widza oni w wolnomularstwie ogromne zagrożenie oraz przyczynę historycznego i politycznego zła. Stąd blisko już do spekulacji oraz spiskowych teorii. Jedną z nich jest śmierć Rasputina i rodziny cara Mikołaja II interpretowana jako rytualne morderstwo. Autor opracowania przedstawia sugestywne poszlaki, które każą przyjrzeć się tym dwóm mordom jako czemuś więcej, ale wydaje się, że w swoich dywagacjach idzie za daleko i podkłada gotową tezę pod argumenty. Z drugiej jednak strony czy taki obrót wydarzeń nie mógłby być możliwy. W takiej sytuacji warto pozwolić sobie na wątpliwości dotyczące oficjalnej wersji zdarzeń. „Archiwa masonerii francuskiej” są więc ciekawym źródłem, które próbuje zakryć wiele białych plam, z którymi mamy do czynienia zawsze, gdy mowa o wolnomularstwie.

Archiwa masonerii francuskiej, tłum. M. Masny, wyd. Wektory, Wrocław 2020, ss. 429.

Lewiatan to biblijny potwór morski, oznaczający również diabła. Lewiatan to również tytuł rosyjskiego filmu wyreżyserowanego przez Andrieja Zwiagincewa. I dwa te, oczywiste dla mnie skojarzenia, wiążą się z debiutancką powieścią Marcina Cieleckiego. Autor jest mi znany już z tomu esejów „Miasto wewnętrzne”. Jego szkice zawarte w wymienionym przed chwilą tomie pokazały, że w prozie czuje się nieźle i pisząc ją, wychodzi obronną ręką. Jednak eseje to nie powieść, a moim zdaniem łatwiej stworzyć dobry szkic niż dłuższy utwór epicki. Ten pierwszy nie musi mieć wartkiej akcji, a wystarczą mu jedynie erudycja i piękna polszczyzna. W literaturze fabularnej potrzeba jednak czegoś więcej – mianowicie znajomości życia i słuchu, szczególnie do dialogów. Z tego właśnie powodu sporej części beletrystyki współczesnej nie daje się czytać. A jak sprawa wygląda z „Archipelagiem Lewiatana”? Czy go również nie da się czytać?

Zacznę może od dostojewszczyzny. Gdyby sam autor nie podrzucał takich tropów, uznałbym je za zbyt banalne skojarzenie. No, ale skoro Marcin Cielecki to robi, czuję się usprawiedliwiony. Kanwą fabularną jego powieściowego debiutu jest zbrodnia. Od początku wiemy, kto zabił, i jest to główny bohater – Bartek Ostrowski. Wiemy również, kto zginął, chociaż w miarę lektury dowiemy się więcej. Ukryty jest za to motyw, a gdy już go poznamy, trudno nam odrzucić przeświadczenie o słuszności tego morderstwa. „Archipelag Lewiatana” zdaje się więc manipulować czytelnikiem i na tym pierwszym poziomie nie pozostawia złudzeń. Brutalny czyn dokonany przez głównego bohatera, opisany z dużą dawką przemocy, jest odpowiedzią na inny brutalny czyn. Czy gorszy? Tu również powieść Cieleckiego przypiera nas do muru i jedyną sensowną odpowiedzią wydaje się potwierdzenie. Czy jednak tak jest naprawdę? Raskolnikow zabił, bo czuł wewnętrzny przymus bycia młotem Boga na ziemi. Czy to samo czuje Ostrowski? Postać Dostojewskiego w końcu udaje się na katorgę i tam próbuje przyjąć do siebie światło Ewangelii. Natomiast u bohatera „Archipelagu Lewiatana” próżno szukać dążenia do pokuty i ekspiacji. Ten czuje się jak Bóg, a czytelnik chętnie przyznaje mu rację.

Przestrzenią, w której rozgrywa się większa część powieści, jest klasztor. To tam udaje się bohater po dokonaniu zabójstwa. To tam próbuje przeczekać i nieraz umiera ze strachu, podejrzewając wszystkich dookoła o to, że za chwilę wydadzą go policji. W końcu zabił z zimną krwią i w brutalny sposób. Klasztor ten budzi skojarzenia z innym rosyjskim obrazem kinowym, mianowicie z „Wyspą” Pawła Łungina. Znów jednak z tą różnicą, że film traktuje o odkupieniu, natomiast zbiór wysp Marcina Cieleckiego to utwór o braku poczucia winy i braku odpowiedzialności za wyrządzone zło, chociaż ten, który zginął z ręki głównego bohatera, uczynił rzecz jeszcze gorszą. W przestrzeni sacrum, gdzie toczą się kolejne dni, Ostrowski, poznaje szereg postaci, z którymi próbuje wchodzić w relacje. Jest butny, ale i zamknięty w sobie, co nie dziwi, wszak chce się ukryć. W dawnych czasach klasztory stawały się azylami dla zbrodniarzy; w powieści tej uświęcone miejsce pełni podobną rolę. Zresztą kolejne jej rozdziały noszą tytuły kolejnych modlitw Liturgii Godzin. Czyżby życie bohatera było modlitwą? Jeśli tak, czym może być modlitwa człowieka, który uznał się za Boga i uzurpuje sobie prawo do oczyszczania ziemi ze zbrodniarzy? Taki to Dexter świata moralnego niepokoju?

Debiutancką powieść Marcina Cieleckiego jest więc próbą zmierzenia się z tematem winy i kary, a jest to próba udana. Autor pokazał, że potrafi stworzyć sugestywną sytuację, w której, jako czytelnik, muszę zadać sobie kilka ważnych pytań. Czy jednak „Archipelag Lewiatana” daje gotowe odpowiedzi? Zostawia raczej w poczuciu dyskomfortu, bo z jednej strony rozgrywa się w przestrzeni sakralnej, a z drugiej bohater zabawił się w Boga. Po trzecie, mimowolnie mu kibicujemy. Tu trzeba zadać pytanie najważniejsze. Gdzie leży główny problem? Czy to przerażający czyn zwyrodnialca, na który jedyną odpowiedzią była brutalna zemsta? Czy może my współcześni jesteśmy już tak przeżarci modernizmem (a to matka wszystkich herezji), że zło w imię dobra nie budzi naszego moralnego sprzeciwu?

Marcin Cielecki, Archipelag Lewiatana, wyd. JanKa, Pruszków 2020, ss. 399.


Religia i władza to dwie rzeczywistości, które we współczesnej Rosji lubią się przenikać. Tak było zresztą od zawsze, z przerwą na komunizm, chociaż w czasie panowania tego ostatniego trudno powiedzieć o całkowitym zaniku cerkwi prawosławnej. Ta została raczej przejęta przez sowieckie władze i wykorzystywana jako wentyl bezpieczeństwa, przy jednoczesnym panowaniu tak zwanego ateizmu naukowego. Dzisiaj sprawa wygląda nieco inaczej, i chociaż Rosjanie nie są przesadnie wierzącym społeczeństwem, istnieją wśród nich niewielkie grupy, które swoje prawosławie traktują poważnie. Władza zaś lubi podkreślać, że troszczy się o religię i w oficjalnych wystąpieniach często podkreśla swój związek z chrześcijaństwem. Jakiś czas temu na rubieżach naszej prawicy pojawiła się koncepcja Władimira Putina jako katechona, który rzekomo stanowi przeciwwagę dla zdegenerowanego Zachodu, a sama Rosja miałaby zostać trzecim Rzymem i dopełnić czasów. Ten ostatni pomysł nierzadko wybrzmiewa wśród rosyjskich prawosławnych, którzy – podobnie jak część polskiej prawicy – uznaje Rosję za forpocztę chrześcijańskiej awangardy, będącej znakiem sprzeciwu wobec tak zwanej Gejropy.

Takim właśnie ludziom przygląda się Albert Jawłowski, czego skutkiem jest świeżo wydane „Miasto biesów”. Punktem wyjścia dla autora staje się osobliwa pielgrzymka, której celem jest miejsce kaźni ostatnich Romanowów, czyli pewien loch w Jekaterynburgu. W tym właśnie miejscu komuniści zgładzili carską rodzinę i jak mówią niektórzy rosyjscy zwolennicy spisków, było to morderstwo rytualne. Sam spotkałem się z tą koncepcją podczas lektury „Archiwów masonerii francuskiej”, ale szczerze mówiąc, nie jestem specjalnie do niej przekonany. To raczej legenda, mająca dodać jeszcze więcej dramatyzmu do tej i tak tragicznej historii. Jej happy endem, jeśli można tak rzec, jest beatyfikacja cara Mikołaja II. Tutaj widać właśnie ten styk polityki i religii, który każe zastanowić się mocno nad rosyjskim prawosławiem. Toteż Jawłowski wybiera się do Rosji i próbuje zadawać pytania, wykorzystując dogodną sytuację, którą jest wspomniana powyżej peregrynacja. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że zadaje je dość nieśmiało, bo zamiast chóru głosów świadków otrzymujemy monolog autora, z rzadka jedynie przerywany wypowiedziami kogoś z zewnątrz.

W ten sposób „Miasto biesów”, zamiast być reportażem, staje się analizą współczesnego rosyjskiego życia politycznego, społecznego i religijnego. Przyznać trzeba, że miejscami dość ciekawą, ale jednak pozostawiającą niedosyt, bo nie tego spodziewał się czytelnik. Przez większość tekstu Albert Jawłowski pisze jednak jak rasowy akademik, który na swojej alma mater odebrał solidne teoretyczne wykształcenie, a w dodatku pozbył się przesądów, a nabawił lewicowo-liberalnego światopoglądu. Nie różni się w ten sposób od całej reszty, co przekłada się na banalność „Miasta biesów”. Nie potrafi autor wyjść poza stereotypy, które każą pisać mu o religijnych maniakach, wschodnich szurach oraz biednych, zapóźnionych cywilizacyjnie Rosjanach, wierzących w jakieś niestworzone banialuki o świętym carze i potężnym Putinie. Gdy poza nie wychodzi, poświęca karty swojej publikacji burzliwym dziejom Rosji za czasów panowania Borysa Jelcyna, ewentualnie przedstawia nieznane polskiemu czytelnikowi meandry współczesnej polityki. Gdy z kolei pisze o ludziach, wychodzi z niego poczucie wyższości, a narracja oscyluje wokół motywu foliarstwa. Owszem, ciekawe jest to foliarstwo, ale autorowi zabrakło z jednej strony empatii, a z drugiej bezstronności.

Czasem nawet nie kryje irytacji spowodowanej tym, że musi rozmawiać z jakąś nawiedzoną kobietą, której poglądów się domyśla, a życia prywatnego nie jest ciekawy. Tak się nie robi reportażu, chyba że w „Gazecie Wyborczej”. Wydaje się więc, że autor pojechał do Rosji z gotową tezą, jak uniwersytecki mądrala, który wszystko wie i wszystko już widział. Na skutek takiego podejścia do tematu, został on w dużej mierze zmarnowany, bo przefiltrowany przez jego osobiste poglądy polityczne i religijne. Rozumiem, że kult Mikołaja II może śmieszyć, że bawić mogą konferencje naukowe, na których omawia się niestworzone teorie historyczne, rozumiem również, że podobnie jak bawić, mogą te zjawiska irytować. Zwłaszcza kogoś, kto już jedną nogą stoi na zachodzie Europy, gdzie nie wierzy się już w nic, nie tylko w Mikołaja II. Gdzie z kościołów robi się burdele i restauracje. Nie zamierzam tutaj powiedzieć, że Rosja jest idealną przeciwwagą Zachodu, czy idealizować tego kraju. Mam jednak wrażenie, że autor „Miasta biesów”, zetknąwszy się z czymś dziwnym, co wymyka się postępowemu racjonalizmowi, stracił orientację i, zamiast oddać głos swoim bohaterom, wolał mówić za nich jako ten mądry pan, który zawsze ma więcej do powiedzenia od tępych dzikusów.

Albert Jawłowski, Miasto biesów. Czekając na powrót cara, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, ss.247.