Unia Europejska, jaka jest, każdy widzi. Rozrośnięta do granic absurdu biurokracja, socjalizm i obyczajowa urawniłowka. A podobno kiedyś było inaczej. Gdy powstawała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, mowa była tylko o gospodarce, nie o aborcji, eutanazji czy prawach małżeńskich dla gejów i lesbijek. Skoro miało być tak pięknie: prawicowo i normalnie, skąd dzisiaj te aberracje? Skoro ojcowie założyciele Unii – Jean Monnet i Robert Schuman – mieli poglądy konserwatywne, a ten drugi jest nawet kandydatem na ołtarze, skąd dzisiaj we wspólnocie europejskiej pomysły rodem z Dantego? Zagadkę tę trudno rozwikłać, jeśli patrzy się na świat zgodnie z obowiązującą narracją, która rzeczonych ojców założycieli traktuje jak świętych. A co, jeśli prawda jest nieco inna? Może tak naprawdę Monnet i Schuman mieli na myśli inne cele? Może wcale nie byli tacy święci, a kandydowanie Schumana do panteonu to kolejny dowód na nienormalność, która zapanowała we współczesnym Kościele katolickim? Jak wytłumaczyć fakt, że na przestrzeni kilkudziesięciu lat szlachetne założenia zmieniły się w ich przeciwieństwo? Nie da się zrobić tego inaczej, jak tylko raz jeszcze dokładnie przyjrzeć ojcom założycielom, tym razem bez różowych okularów.

Dokonał tego Philippe de Villiers, francuski pisarz i polityk, który wiele garniturów wytarł w paryskim oraz brukselskim parlamencie. Będąc śmiertelnym wrogiem ujednolicania wspólnoty europejskiej w jedno scentralizowane państwo, przyjrzał się źródłom jej powstania i życiorysom jej architektów. Efektem jego pracy jest fascynująca opowieść zatytułowana „Kiedy opadły maski”. Gros jej treści stanowi wiwisekcja poglądów politycznych oraz działań Schumana i Monneta, z której wynika, że obu panów znajdowało się jak najdalej od cnoty, którą nazywamy honorem. Otóż Robert Schuman podczas II wojny światowej dekował się po klasztorach, aby broń Boże nie dać Niemcom cienia podejrzeń o wspieranie ruchu oporu. Jego katolicyzm zaś można porównać do wiary otwartych katolików z koła poselskiego Znak; jako żywo staje przed oczami Tadeusz Mazowiecki. Z pochodzenia był Luksemburczykiem, a po ukończeniu studiów prawniczych sprawy prowadził w języku niemieckim. Do tego ocierał się o pacyfistyczne i demokratyczne kręgi katolickie, co z pewnością ukształtowało jego poglądy. W I wojnie światowej walczył po stronie niemieckiej, chociaż słowo „walczył” wydaje się użyte mocno na wyrost. Potem zaś przyjął obywatelstwo francuskie. Jest więc bardzo prawdopodobne, że w ten właśnie sposób ukształtował się kosmopolita, nieprzywiązany do żadnej ojczyzny, za to zafascynowany europejską federacją.

Podobnie Jean Monet, Francuz z pochodzenia, już we wczesnej młodości objawiał kosmopolityczne inklinacje. Zafascynowany Anglią, wyjechał do Londynu w interesach. Tam zajmował go biznes, a historia, sztuka i literatura śmiertelnie nudziły. Pierwszą wojnę przeżył, opływając w bogactwo i prowadząc szeroko zakrojone działania handlowe. Potem wyjechał za Ocean, gdzie z kolei zafascynował się Stanami Zjednoczonymi do tego stopnia, że przez niektórych nazywany był amerykańskim bankierem. W czasie II wojny światowej i pod jej wpływem wpadł na pomysł, że likwidacja narodów zagwarantuje światu trwały pokój. Od tego czasu robił wszystko, aby urzeczywistnić swoją ideę. Został emisariuszem Roosevelta, a De Gaulle, z którym spotykał się w czasie wojny z ramienia amerykańskiego rządu, miał go za sprzedawczyka.

Co w tym wszystkim najciekawsze, to fakt, że projekt Unii Europejskiej, oczywiście nie pod tą nazwą, okazuje się w książce De Villiersa projektem amerykańskim, zrealizowanym za amerykańskie pieniądze. Dowodzą tego setki dokumentów, w tym przelewy pieniężne i listy słane w obie strony. Rewelacje te rzucają zupełnie inne światło na genezę i dzisiejszy kształt wspólnoty i każą poważnie zastanowić się nad intencjami ich twórców. Oto bowiem dwóch kosmopolitów i konformistów, wynarodowionych i wewnętrznie wyjałowionych, to ci sławetni ojcowie założyciele, o których ciepłe słowa padają dzisiaj także z ust eurosceptyków. Ci ostatni powinni więc przeczytać to, co Philippe de Villiers ma im do powiedzenia.

Lecz nie tylko o Monnecie i Schumanie możemy przeczytać w jego publikacji. Drugą jej część stanowi analiza działalności i ideologicznego projektu Unii Europejskiej. Jest ona przedstawiona jako niezdolny do zreformowania się twór, który posiada podstawy antychrześcijańskie i antynarodowe. Pisze autor: poddano nas niezwykle niebezpiecznemu doświadczeniu, które prowadzi do powstania wielokulturowego anty-społeczeństwa i odcięcia nas od naszych korzeni. Taka Europa jest falsyfikatem, oszustwem, staje się spłaszczona, porusza się bez busoli, a z jedności europejskiej pozostaje jedynie nazwa. Przeznaczeniem obywateli Europy staje się rola konsumentów rzeczy i praw oferowanych na planetarnym rynku, gdzie spotyka się cała ludzka masa. Europa proponuje takim obywatelom życie bez narodu, bez rodziny, bez godności, bez ziemi i bez nieba. De Villiers zauważa tutaj dwie trucizny cywilizacyjne, które aplikowane są europejskim narodom przez unijnych mocodawców. Pierwszą z nich jest multikulturowość, która – zgodnie z poglądami Monneta – roztapia nacje w wielkim tyglu. Po to więc kult migranta, skwapliwie odprawiany także przez Watykan i papieża Franciszka. Drugą zarazą jest zamazanie granicy między mężczyzną a kobietą, która dzieje się za sprawą ideologii gender, oraz między zwierzęciem a człowiekiem, które pozwala przerywać życie ludzkie przed narodzeniem. Jednym słowem, znów kłania się John Lenin, który wita nas wszystkich w Babilonie.

Philippe de Villiers, Kiedy opadły maski, tłum. W. Golonka, wyd. De Reggio, Warszawa 2019, ss. 278.

Widzieliście „Polowanie” w reżyserii Thomasa Vinterberga? Film opowiada o fałszywym oskarżeniu, które omal nie kończy się dla głównego bohatera tragicznie. Akcja dzieje się w małym skandynawskim miasteczku, którego mieszkańcy wiedzą o sobie wszystko i żyją w surowym protestanckim etosie, narzucającym emocjonalny chłód. Ich relacje normowane są również przez polityczną poprawność. Jednak to prawie że patologiczne społeczeństwo wydaje się spajać jeszcze jedna zasada, której do niedawna nie byłem w stanie nazwać. Dzisiaj, po lekturze najnowszej książki Filipa Sprintera, wiem, że chodzi o prawo Jante, czyli specyficzny kodeks zachowań, które dotyczą specyficznie ujętej równości. Zasada ta, sformułowana przez Aksela Sandemose, norweskiego literata o duńskim pochodzeniu, w jego najsłynniejszej powieści „Uciekinier przecina swój ślad”, wydaje się definiować relacje międzyludzkie w państwach skandynawskich. Stereotypowy chłód i niechęć do obcych to tylko niektóre z symptomów tego charakterystycznego zbioru prawideł. Chociaż miłość Szwedów do nielegalnych imigrantów zdaje się trochę temu przeczyć, ale z drugiej strony afekt do politycznej poprawności może być silniejszy niż prawo Jante. Springer, do tej pory piszący o Polsce, wyruszył do Danii w ślad za tym enigmatycznym zestawem norm.

Efektem tej podróży jest „Dwunaste: nie myśl, że uciekniesz”, którego tytuł wprost odnosi się do jedenastu punktów prawa Jante. Jego nazwa bierze się od fikcyjnej mieściny sportretowanej przez Sandemose w jego słynnym utworze. Autor powieści norm tych nie wymyślił, ale je ponazywał, mając smutne doświadczenia życia na prowincji, gdzie wszyscy wszystkich znają, a ich życie jest poukładane do tego stopnia, że mali chłopcy wiedzą, że z pewnością pójdą w ślady swoich ojców i będą pracować w miejscowej fabryce. Sandemose wyjechał z miasta, aby powrócić do niego już jako znany pisarz. Tropem opisanego przez niego prawa pojechał polski autor. Znalazł w sumie niewiele, ot strzępki informacji na temat Duńczyków, a najważniejszego z nich, zafascynowanego Jante, nie udało mu się odszukać. Stworzył więc sobie postać fikcyjną, co jest najbardziej dyskusyjną częścią tego reportażu. Tym bardziej, że Ole jest najważniejszym bohaterem. I może się nie znam, ale drażni mnie przekraczanie kolejnych granic w prozie dokumentalnej. Od kiedy polski reportaż stracił dziewictwo, po ujawnieniu, że Kapuściński zmyślał, jego adepci coraz częściej, miast dbać o cnotę, udają się do domów uciechy i ochoczo, jawnie bądź w ukryciu, konfabulują, dopowiadają lub po prostu fantazjują. A krytycy pieją z zachwytu. Bez tego całego kontekstu, którym jest celowe zamazywanie granic między fiction a non-fiction, te fabularne wstawki Springera są po prostu nieciekawe.

Na szczęście autor „Dwunastego…” jest na tyle dobrym pisarzem, że póki co jego najsłabsze wydawnictwo i tak jest warte lektury. Przede wszystkim z powodu portretu zbiorowego Skandynawów, który może ostudzić co bardziej naiwnych, którym wydaje się, że emigracja do Szwecji czy Norwegii jest pochwyceniem Pana Boga za nogi. Otóż nie jest, a przede wszystkim za sprawą chłodu, a nawet emocjonalnego zimna. Skandynawia nie jest również dla tych, którzy lubią rywalizację i chwalenie się własnymi osiągnięciami. Wystarczy popatrzeć na nasze nowobogackie domy, z których każdy musi być wyjątkowy, oraz na kult świadectw z paskiem czy średniej powyżej pięciu. Rodzima mentalność kmiecia, który oderwał się od pługa i teraz chce wszystkim udowodnić, że ma najlepszy wóz, najwspanialszy dom i najcudowniejsze dziecko przynoszące ze szkoły same szóstki, w Danii, Szwecji czy Norwegii nie mogłaby rozkwitnąć. Po drugiej stronie Bałtyku leży bowiem druga strona medalu, równie trudna do zaakceptowania jak nasza pycha społeczeństwa na dorobku.

Atutem prozy Springera jest również umiejętność wykreowania, a raczej oddania specyficznego skandynawskiego klimatu, może nie do końca zgodnego z opinią fanów norweskiego black metalu, ale równie chłodnego i nieprzyjaznego, co potęgują fotografie duńskiego miasteczka, zrobione przez samego autora. Czuć w nich depresyjną atmosferę rodem z filmów Bergmana, dodatkowo wzmocnioną przez wieczorną porę. Na ulicach pustki, w oknach światła, jednak brak w nich firanek i zasłon, co każe zapytać o poziom prywatności. Wracamy więc do prawa Jante, którego ostatni punkt brzmi: myślisz, że nic o tobie nie wiemy? Podczas lektury w pokoju robi się jakby zimniej, a my cieszymy się, że urodziliśmy się pod inną szerokością geograficzną. Skandynawię pozostawmy Skandynawom, bo to w zasadzie inna planeta. Szkoda tylko, że Springer tematu nie pogłębił i niepotrzebnie skupił się na tworzeniu fikcji, bo czytanie o tak innych ludziach i odmiennej mentalności naprawdę kształci.

Filip Springer, Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz, wyd. Czarne, Wołowiec 2019, ss. 259.

O tym, że E. Michael Jones jest świetnym pisarzem, nie trzeba przekonywać nikogo, kto serce ma po prawej stronie. Autor ten zasłynął przecież monumentalnym „Libido dominandi”, które opisywało i analizowało kilka wieków demontażu moralności seksualnej. Napisał także „Zdeprawowanych modernistów”, w których obnażył życiorysy znanych i uznanych, stawiając tezę, że ich dorobek artystyczny i intelektualny był pokłosiem erotycznych zboczeń. W końcu jest twórcą trzytomowego „Jałowego pieniądza”, będącego krytyką lichwy uchodzącej za kapitalizm, oraz „Gwiazdy i krzyża”, która to pozycja wzięła pod lupę dzieje Żydów po Chrystusie. Nietrudno się więc domyślić, że z takim zestawem poglądów nie jest ulubionym autorem amerykańskich profesorów i studentów. Po ostatniej jego publikacji, która wyszła w Polsce niedawno, nakładem nieocenionego wydawnictwa Wektory, do swoich wrogów zaliczy go z pewnością spora część hierarchii kościelnej i kleru, nie tylko w USA, ale wszędzie tam, gdzie wkroczył postęp. Jego „Rebelia” jest zapisem trudnych zmagań Kościoła katolickiego z Babilonem, mianem którego określa się współczesny świat. Książka ta, można powiedzieć, zaczyna się tam, gdzie kończyło się „Libido dominandi”, czyli już po zmianach obyczajowych XX wieku, które wydały na świat i hipisów, i radykalne feministki.

Aby naszkicować tło, które jest niezbędnym kontekstem do opisania współczesności, Jones cofa się wpierw do wieku XIX, który dość wyraźnie określił swój sekularystyczny charakter. To wówczas polityka kulturkampfu, prowadzona przez Bismarcka, pokazała masom, że Kościół katolicki musi być prześladowany. Innym punktem zwrotnym, na który autor zwraca uwagę, jest Sobór Watykański II, który wprowadził do Kościoła zamęt i dał asumpt do poluzowania obyczajów w jego łonie. Nawet wówczas, gdy czyniono to wszystko wbrew oficjalnych pism, duch otworzenia się na świat, ułatwił przedstawicielom kleru i wiernym na przeprowadzanie oddolnych rewolucji. Tu jako przykład pojawia się Jean Cordova, zakonnica, która po wstąpieniu do klasztoru rychło dowiedziała się, że nie musi chodzić już na mszę, za to powinna brać udział w sesjach psychologicznych, które rozbudzają jej seksualność. Inną siostrą, która pod wpływem nowych tendencji straciła wiarę, była Mary Bejamin, która „dzięki” wstąpieniu do zakonu odkryła „miłość” lesbijską. To wszystko działo się z błogosławieństwem przełożonych.

Kryzys ten objął również duchownych, czego dowodem stała się spora liczba skandali pedofilskich oraz nieskrywane praktyki homoseksualne. W tym kontekście autor podkreśla dobitne znaczenie rewolucji obyczajowej lat 60., której skutki odczuwalne są aż do dzisiaj. Widzi w niej złowrogie cienie markiza de Sade, oświeceniowego zboczeńca, który wśród różnej maści artystów i historyków ma jednak dobrą prasę, oraz Wilhelma Reicha, architekta seksualnej rewolty, równie plugawą postać co francuski libertyn. Równie ważnym problemem dla Michaela Jonesa jest wojna o media, która zaostrzyła się wraz z liberalizacją tak zwanego kodeksu producenckiego. Ten zbiór przepisów, obowiązujący przez lata w Hollywood, utrzymywał amerykańską kinematografię w dość konserwatywnych ramach. Jego złamanie uruchomiło lawinę, która spowodowała, że Kościół przegrał kulturową bitwę. O jej wyniku przesądziły również skandale seksualne, odpowiednio pompowane i wyolbrzymiane przez media, chociaż nikt nie może zaprzeczyć, że nie miały miejsca. Seks w kulturze stał się wabikiem tak mocnym, że głos katolików stał się dla większości niesłyszalny, a kto go słyszał, najczęściej ignorował.

Kulturowa rewolucja zainfekowała ostatecznie nawet katolickie uczelnie, co zdaniem Jonesa jest szczególnym obrazem tego dramatu. Bowiem sól, która straci smak, nadaje się tylko do wyrzucenia. Teologia wykładana na tych uniwersytetach przestała być katolicka, zaś zwyczajną sytuacją stały się pochwały dla antykoncepcji czy aborcji i jawnie głoszone herezje. Znany w kościelnych kręgach USA ksiądz Richard McBrien w swoich publikacjach zaczął wprost przeciwstawiać się katolickim prawdom i to przy milczącej zgodzie hierarchii. Uznał, że katolik może sobie wybrać to, w co będzie chciał wierzyć, i to, czego będzie przestrzegał, a reszty, jak w przypadku wyboru dań z karty w restauracji, może nie zamawiać. Popierał chociażby aborcję i nie widział niczego złego w praktykach homoseksualnych.

Tutaj dochodzimy do sedna, a głównymi winowajcami, zdaniem Michaela Jonesa, są wolność religijna i dialog. O tym ostatnim autor pisze tak: dialog jest nieudanym eksperymentem. Nie miał on żadnych korzeni w tradycji. W prawie każdej kwestii, której dotyczył, wiązał się z tym, że biskupi poświęcali dla niego Ewangelię. Trudno się z autorem nie zgodzić, tym bardziej, że jego tezy są zbieżne z poglądami innego konserwatywnego krytyka zmian w Kościele katolickim, niemieckiego filozofa Dietricha von Hildebrandta ("Koń trojański w mieście Boga", "Spustoszona winnica"). Obaj piszą zgodnie, że spora część hierarchii zapomniała o starej zasadzie św. Augustyna: nienawidź błędu, kochaj błądzącego, zmieniając ją w istocie w swoje przeciwieństwo.

E. Michael Jones, Rebelia. Kościół katolicki i kulturowa rewolucja, wyd. Wektory, Wrocław 2019, ss. 240.

Większość środkowo czy wschodnioeuropejskich dyktatorów, w porównaniu do ich afrykańskich kolegów, blednie. Gdzie Husakowi czy Jaruzelskiemu do takiego Roberta Mugabe z Zimbabwe czy Isajasa Afewerkiego z Erytrei? A przecież i tak narzekaliśmy na to, co działo się u nas. Gdybyśmy jednak zechcieli popatrzeć na naszą rzeczywistość najnowszej historii z pewnego oddalenia i nabrać do niej dystansu, polecam wybrać się w intelektualną podróż do Afryki i zacząć ją od dekolonizacji. Ta ostatnia zyskała, zwłaszcza w świetle hipisowskich marzeń lat 60., swoją kolorową legendę, jednak prawda o niej jest trochę bardziej zagmatwana i ponura. Fakt, że z państw Czarnego Lądu poznikały rządy białego człowieka, wcale przecież nie oznacza poprawy losu Afrykańczyków. Najczęściej wręcz przeciwnie, ich życie radykalnie się pogarsza. Jakie czynniki mają wpływ na tę specyficzną sytuację? Otóż, jednym z nich są nienaturalnie wytyczone granice, w poprzek istniejących wcześniej plemion i ludów. Jedno z najkrwawszych żniw spowodowanych takimi uwarunkowaniami mieliśmy w latach 90. w Rwandzie. A przecież to nie wszystko. Z drugiej strony wyzwoliciele i bojownicy o supremację czarnej rasy w Afryce najczęściej okazują się chorymi na władzę maniakami, którzy w dodatku są zafascynowali ideologią komunistyczną.

Cały ten proces opisuje Paul Kenyon w „Ziemi dyktatorów”, niezwykle ciekawym kompendium wiedzy na temat losów Afryki w XX i XXI wieku. Począwszy od Libii, w której rządził zabity już kilka lat temu pułkownik Muamar Kaddafi, aż po ascetyczny i przerażający reżim w Erytrei, autor snuje ciekawą opowieść, w której Czarny Ląd stał się tytułową ziemią, na której leje się krew poddanych, a świry u władzy gnębią poddanych i boją się o własne życie. Przyznać muszę, że książka jest brawurowo napisana i dawno nie czytałem tak dobrze skonstruowanej pozycji z pogranicza historii i polityki. Grzechem głównym autorów tego typu publikacji jest często sztywny i hermetyczny język, natomiast Kenyon, mając doświadczenie dziennikarskie i odpowiedni warsztat, tak zbudował swój tekst, że czyta się go jak wartką powieść. Nie tylko chodzi tutaj o kompozycję, ale przede wszystkim o język, który korzysta z najlepszych reportażowych wzorców, wcale nie obniżając wartości merytorycznej „Ziemi dyktatorów”. Autor pisze obrazowo, wykorzystując swoją ogromną wiedzę oraz gdzieniegdzie wyrażając osobiste opinie. To wszystko robi wrażenie erudycyjnego wykładu, nie teoretyka, ale praktyka, który nie tylko w Afryce bywał, ale i mnóstwo na jej temat przeczytał.

Dzięki temu możemy się przyjrzeć dzieciństwu opisywanych postaci, poznać okoliczności, w jakich ci bohaterowie dorastali, oraz idee, którym ulegali. Wszystkich łączyła niechęć do kolonializmu, a większość była ludźmi wykształconymi, niejednokrotnie na uczelniach zachodnich. Wszyscy byli utopistami i w mniejszym czy większym stopniu pragnęli stworzyć swoim obywatelom rajskie warunki. Ale, jak wiadomo, utopia realizuje się zawsze jako dystopia, w Afryce zaś wyjątku od tej zasady nie było. Libia, która miała stać się państwem sprawiedliwości, została prywatnym folwarkiem Kaddafiego. Kongo, doświadczone przez belgijskie ludobójstwo pod koniec XIX wieku, miało z kolei zostać bogatą republiką, w której zapanuje dobrobyt. Jej dyktator – Mobutu Sese Seko – już postarał się, aby tak się nie stało. Ten groteskowy władca rąbał również tysiące hektarów lasu, aby wybudować luksusowy pałac, na który fundusze znalazł z wydobycia diamentów. Nazywany Wersalem z dżungli kompleks budynków był wyrazem kompleksów nikłego moralnie człowieka, który musiał posuwać się do terroru, aby zdobyć posłuch w swoim państwie.

Dyktatorzy ci czerpali więc swoje dochody z eksploatowania złóż naturalnych: złota, diamentów, ropy naftowej a nawet kakao. Naturalnie, czerpią je nadal, co nie przeszkadza międzynarodowym korporacjom i wielkiemu biznesowi. Tym stykom przedsiębiorczości oraz władzy autor również poświęca baczną uwagę. Pokazuje, jak biały człowiek co prawda wycofał się z tworzenia w Afryce polityki, ale nie zrezygnował z działalności gospodarczej, która daje o wiele większe profity niż rządzenie krajem. I chociaż teza Kenyona jest może za ostra, to daje odpowiedni ogląd sytuacji, bowiem z dóbr Czarnego Lądu korzystamy wszyscy. Z drugiej strony jednak to nie biali tworzą groteskowych satrapów i nie oni są odpowiedzialni za ich absurdalne i zbrodnicze decyzje: morderstwa, prześladowanie obywateli, przenoszenie stolic do rybackich wiosek czy przywłaszczanie majątku państwowego.

Biali nauczyli Afrykańczyków, czym jest komunizm i wiążąca się z nim dyktatura, natomiast ci drudzy dołożyli do niego plemienną mentalność i okrucieństwo. Okazali się pojętnymi uczniami, którzy niejednokrotnie przerośli swoich mistrzów, rujnując państwa i zmieniając je w obozy koncentracyjne, jak chociażby w Erytrei. Jeśli więc kolonizacja była pomyłką historii, to co powiedzieć o dekolonizacji, która spowodowała o wiele poważniejsze skutki? Czy biały człowiek zrobił większy błąd, eksploatując Afrykę i zajmując rdzenne tereny jej mieszkańców, niż wtedy, gdy sobie poszedł i dał zielone światło rewolucjonistom, romantycznym bohaterom walki o wolność i subtelnym intelektualistom wyuczonym na europejskich uczelniach?

Paul Kenyon, Ziemia dyktatorów. O ludziach, którzy ukradli Afrykę, tłum. J. Gilewicz, wyd. UJ, Kraków 2019, ss. 479.

Nie znam nikogo, komu udałoby się dotrzeć do Norylska. Nie dlatego, że to daleko. W końcu to największe miasto leżące za kołem podbiegunowym. Powód jest inny: trzeba mieć specjalną przepustkę. W tym właśnie mieście, zaliczanym do jednych z najbrzydszych na świecie, kwitnie przemysł oparty na wykorzystaniu rzadkich metali. Stąd tajemnica państwowa i utrudnienia przy wjeździe. A jak już się tam dostanie, można wdychać cała tablicę Mendelejewa, bo Norylsk to nie tylko miasto bardzo brzydkie, ale jeszcze porządnie zanieczyszczone. Udała się ta sztuka Michałowi Milczarkowi, o którym nie wiedziałem nic, dopóki nie przeczytałem jego debiutanckiej książki. Jeszcze zanim zacząłem czytać, rzuciłem okiem na okładkę i wyjątkowo irytujący blurb autorstwa Ziemowita Szczerka. Tego ostatniego nie poważam, bo mu wartości narodowe przeszkadzają; jego pochwała debiutu Milczarka zapaliła mi więc czerwoną lampkę. Nie, żebym się zraził, bo jednak zacząłem lekturę z nadzieją na ciekawą literacką przygodę. Na końcu jednak musiałem przyznać, że oprócz bardzo dobrych zdjęć niewiele w głowie zostało.

„Donikąd” miał być w zamyśle reportażem. A może dziennikiem z podróży? Może esejem? Pamiętnikiem? Trudno powiedzieć, bo najbliżej mu do tak zwanego reportażu gonzo, który zdarzało się też uprawiać chwalcy Milczarka – Szczerkowi. Polega on z grubsza na wzmocnieniu subiektywizmu i środków wyrazu, za pomocą których czytelnika się bulwersuje. Jeśli więc rzeczona publikacja jest gonzo, to wiele tłumaczy. Jeśli bowiem autor nie ma nic do powiedzenia, to zaczyna eksperymentować. Albo dorabia sobie gębę kogoś, kto łamie konwencje i wychodzi z ciasnych ram reportażu. Robi tak Mariusz Szczygieł, którego ostatnich rzeczy nie da się czytać. Zrobił tak też Michał Milczarek, po którego tekście spodziewałem się czegoś więcej. Tym bardziej, że odwiedził nie tylko wymieniony wyżej Norylsk, ale i Workutę, i Magadan czy Dudinkę. Zjeździł ogromne połacie Sybiru, rozmawiał z ludźmi, widział to i owo, a rezultat wyszedł mu dość nijaki. Szkoda tym bardziej, że z jego słów wynika wieloletnia pasja do północnej Rosji, która zaczęła się już w dzieciństwie. Zawsze go ciągnęło tam, gdzie pozornie niczego nie ma, gdzie jest paskudnie, zimno i postsowiecko. Kierunek nietypowy, ale właśnie dzięki temu liczyłem na pogłębione spojrzenie na sprawę.

Zamiast tego otrzymujemy osobiste notatki z podróży, które rozczarowują swoją miałkością. Nawet gdy natrafiamy na ciekawe fragmenty – obserwacje księżycowych krajobrazów lub rozmowy z ludźmi – zaraz wszystko ginie w słownej wacie. Autor wielokrotnie powtarza, zaznaczając swoje zdziwienie, że tam, gdzie pojechał, zakrzywia się czasoprzestrzeń czy zieje taka pustka, jakiej wcześniej nie doświadczył. Te ciągłe powroty do takich sformułowań po prostu irytują. Wkurza również ton lekkiej ironii, który unosi się nad całością książki. „Donikąd” wpisuje się bowiem w pisanie o Rosji z pogardą i poczuciem wyższości. Milczarkowi nie chce się zajrzeć pod powierzchnię; wystarcza mu pobieżna obserwacja. Fakt, że słowem operuje świetnie i nieraz udaje mu się stworzyć sugestywny opis surowej Północy czy oddać klimat jakiejś obyczajowej scenki, ale co z tego, jak to jego samego jest tej prozie najwięcej. Autor pisze więc przede wszystkim o sobie, o tym, co sam czuje, co sam przeżywa. Czasem rzuci wulgaryzmem, aby podkreślić swoją irytację lub zdziwienie, ale częściej po prostu pustkę i zakrzywianie odmienia przez przypadki. Słucha samego siebie bardziej niż ludzi, których spotyka. Czy w Workucie lub w Norylsku jest jakieś życie? Czy ludzie stamtąd mają jakieś pasje, czy coś ich dręczy, coś zachwyca? W końcu, co robią, aby zabić nudę? Aby otrzymać odpowiedzi, trzeba zrobić coś więcej niż spędzić z plecakiem kilka dni w jednym miejscu. To, co nie udało się Milczarkowi, wyszło doskonale Marcinowi Michalskiemu i Maciejowi Wasielewskiemu w „81:1” – zbiorze reportaży z Wysp Owczych.

Pisanie o Rosji udaje się również Wojciechowi Grzelakowi, Maciejowi Jastrzębskiemu, Krystynie Kurczab-Redlich czy Jackowi Mateckiemu. Jaki znaleźć klucz do ich powodzenia i tym samym do fiaska autora „Donikąd”? Może wiek? W końcu całą czwórkę łączy doświadczenie komunizmu w Polsce. Może dłuższy pobyt czy w końcu większa wiedza ogólna? Mam więc wrażenie, że taką książkę, jaką jest debiut Michała Milczarka, można by napisać o każdym miejscu na świecie, podmieniając jedynie niektóre realia. A szkoda, bo widać w niej pewien potencjał: plastyczny język czy fragmenty narracji, z których chciałoby się wyciągnąć o wiele więcej. W końcu kierunek podróży, jaki obrał autor, jest na tyle intrygujący, że domaga się głębszej, dłuższej i ciekawszej opowieści, w której autorskie „ja” nie przesłoni opowieści innych ludzi.

Michał Milczarek, Donikąd. Podróże na skraj Rosji, wyd. Czarne, Wołowiec 2019, ss. 269.

Oświecenie jest najbardziej fatalnym okresem, który przydarzył się kulturze europejskiej. W Polsce jest ponadto czasem, gdy w tragiczny sposób zakończyła się nasza państwowość, w rezultacie czego I Rzeczpospolita została złożona do grobu na 123 lata. Grabarzem Polski był oczywiście ostatni król – Stanisław August Poniatowski, władca, który ze zrozumiałych powodów nie ma dobrej prasy, chociaż są i tacy, którzy próbują go bronić, chociażby z powodu jego zasług na polu kulturalnym. Do najbardziej zajadłych krytyków króla Stanisława należy przedwojenny publicysta Karol Zbyszewski, znany chociażby z artykułów zamieszczanych przez niego w narodowym periodyku „Prosto z mostu”. Zbyszewski władcy nie oszczędza, nazywając go Kluchosławem. Rozumiem jego wzburzenie, bo osobiście również Poniatowskiego nie poważam, a argumenty za jego działalnością na rzecz ludzi kultury i sztuki uważam za chybione. Zresztą sam Zbyszewski sposób myślenia obrońców króla porównuje do tych, którzy morderców rodziców pochwalą za ładne fiołki na ich grobie. Autor poświęca ostatniemu władcy Polski studium zatytułowane „Niemcewicz od przodu i tyłu”; głównym bohaterem jest w nim autor „Powrotu posła”, a tuż zza niego wyziera pomadowana facjata króla Stanisława per Kluchosława.

O „Niemcewiczu od przodu i tyłu” pierwszy raz usłyszałem na studiach od dr. T. Chachulskiego, który starał się nas studentów pierwszego roku zainteresować epoką Stanisławowską. Trudne było to zadanie, gdyż literatura oświeceniowa jest po prostu nudna. Przy okazji przewalania osiemnastowiecznego gruzu dowiedziałem się o rzeczonej pozycji, aby na długie lata o niej zapomnieć. Wpadła mi w ręce dopiero ostatnio, a jej lektura pozostawiła niezapomniane wrażenia. Gdyby w 1939 roku, czyli w momencie publikacji, istniało pojęcie hejtu czy mowy nienawiści, z pewnością rzuciłyby się na autora tabuny rozwścieczonych obrońców tolerancji i upiekły go na wolnym ogniu w swoich postępowych mediach. Zbyszewski bowiem od samego początku nie bierze jeńców i jasno określa swój stosunek nie tylko do króla, ale do wszystkich oświeceniowych elit. Jego zdaniem, to ludzie albo sprzedajni, jak Poniatowski, Rzewuski czy Szczęsny Potocki, albo w najlepszym przypadku naiwni i łatwowierni. Do tych drugich zalicza autor tytułowego bohatera. Jako żywo, sytuacja Polski przypomina na łamach „Niemcewicza…” dzisiejsze losy – jak mówi Stanisław Michalkiewicz – naszego nieszczęśliwego kraju.

Co ciekawe, „Niemcewicz od przodu i tyłu” był planowany jako rozprawa doktorska Zbyszewskiego. Tak się jednak nie stało, ponieważ szanowne gremium uniwersyteckie zarzuciło autorowi, że jego praca nie spełnia kryteriów naukowości. Brakuje w niej przypisów, a w dodatku napisana jest językiem nader publicystycznym. Zbyszewski zirytował się na dane mu dictum i we wstępie napisał, co sądzi o środowisku naukowym. A państwo się orientują, co to jest profesor? To człowiek, który wie dużo rzeczy, które trzeba wiedzieć lepiej od niego, żeby wiedzieć, że on nic nie wie. Jeżeli słowa te dotyczyły profesorów przedwojennych, o wiele lepiej przecież wykształconych niż dzisiejsi, to tym bardziej pasują do wielu współczesnych wtajemniczonych w arkana wiedzy uniwersyteckiej. Szczególnie na kierunkach humanistycznych. Zbyszewski podobnie cięty jest, gdy opisuje oświeceniowe elity, w tym i Niemcewicza, i Poniatowskiego. Czyni to w porządku chronologicznym, dzieląc książkę na krótkie rozdziały, w których opisuje żywot poety i dramatopisarza na tle burzliwych dziejów ostatnich lat polskiej państwowości.

Znamienne jest też, że czytając „Niemcewicza od przodu i tyłu”, zaczynamy od gromkiego śmiechu, bo przecież jego soczysty język, nieoszczędzający nikogo i niczego, taką właśnie funkcję pełni. Jednak im dalej postępujemy w lekturze, tym częściej śmiech zamienia się w smutek. Bo tak naprawdę książka to smutna, tak jak smutne jest przegranie Polski w politycznych targach, co stało się udziałem naszego ostatniego władcy. Ironia i sarkazm wynikają w niej z bezsilności autora wobec zdrady części elit i indolencji ich reszty. A to powoduje, że tak naprawdę nie ma się z czego śmiać, chyba że przez łzy.

Karol Zbyszewski, Niemcewicz od przodu i tyłu, wyd. Zysk i ska, Poznań 2013, ss. 470.

Od kiedy Zygmunt Freud zaciągnął na kozetkę pierwszego pacjenta, narodziła się współczesna psychologia. Ta, oznaczająca w starożytnej Grecji naukę o duszy, dziedzina filozofii, zmieniła się w nowoczesną naukę, która do dziś dzień stanowi najtwardsze jądro każdego uniwersyteckiego programu nauczania o ludzkim wnętrzu. Również od kiedy Pablo Picasso namalował pierwszy kubistyczny obraz, zmieniła się bezpowrotnie historia sztuki. Twórcy i publiczność zauważyli, że nie trzeba odzwierciedlać rzeczywistości, ale że można ją do woli deformować. Z kolei gdyby nie pewna książka Margaret Mead, być może rewolucja seksualna nie miałaby miejsca. Gdyby autorka nie przedstawiła mieszkańców Samoa jako wyzwolonych erotycznie szlachetnych dzikusów, jej idee nie zostałyby podchwycone przez dużą część młodzieży zachodniego świata. Co łączy więc te trzy przypadki? Pioniera nowoczesnej psychologii, rewolucyjnego malarza i słynną antropolog? Otóż, wziął je pod lupę konserwatywny amerykański pisarz E. Michael Jones i zdemaskował. Zdaniem autora, zarówno Freud, Picasso i Mead stworzyli swoje dzieła za sprawą nieuporządkowanego życia erotycznego. „Zdeprawowani moderniści” to więc książka o tym, w jaki sposób łamanie szóstego przykazania wpływa na głoszone idee. A jest to wpływ większy, niż nam się wydaje. 

Jest to więc główna teza „Zdeprawowanych modernistów”. Każda z omówionych przez Jonesa postaci borykała się z własnym grzechem i tej walki nie wygrała. Stąd porzucanie wiary przez niektóre z nich, stąd również podporządkowywanie głoszonych zasad własnemu duchowemu zamętowi. Zjawisko to widać doskonale na przykładzie malarstwa Picassa. Autor zauważa w jego procesie twórczym interesującą zależność: malarz, będąc lubieżnikiem i mizoginem, wiązał się z coraz młodszymi kobietami (naturalnie, posiadał również żonę, którą więc regularnie zdradzał). Na początku każdego związku jego portretowanie rzeczywistości zbliżało się do poetyki realistycznej, a przynajmniej do jako takiego naśladowania świata. Natomiast gdy już nudził się kolejnymi podbojami i zaczynał ze swoimi kobietami walczyć, wracał znów do deformacji. Autor zauważa więc w tym przypadku prosty mechanizm, który wprost wywodzi się od erotycznego pożądania (albo – jak w drugiej fazie związków Picassa – od wstrętu).

Margaret Mead z kolei ukazana jest jako pospolita intelektualna oszustka, której teorie na temat seksualnego wyzwolenia ludów Samoa nie mają żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Autorka „Dorastania na Samoa” nie przeprowadziła żadnych badań, spędziła tam kilka tygodni, podczas których nawet nie rozmawiała z autochtonami, ponieważ… nie znała miejscowego języka. Za to jej brednie do dzisiaj funkcjonują jako podstawa studiów antropologicznych. Równie mocno bredził Freud, którego koncepcja kompleksu Edypa, rzekomo tłumacząca wszystkie zachowania człowieka, wzięła się z jego pożądania do własnej szwagierki. Oczywiście pożądanie to zostało spełnione, jak na otwarty i nowoczesny umysł przystało. Michael Jones zadaje więc między wierszami pytanie: jaką wartość mają teorie i twórczość oparte z jednej strony na seksualnych aberracjach ich twórców, a z drugiej – na jawnym fałszu, gdyż przypadki Freuda i Mead pokazują, że w ich sytuacji wszystko, co wymyślili, było jedynie wyobrażeniem. „Zdeprawowani moderniści” są więc mocnym głosem oskarżycielskim w kierunku współczesnej nauki i każą patrzeć na psychologię oraz antropologię kulturową nie jak chcieliby ich przedstawiciele – nauki ścisłe, ale niewarte funta kłaków rojenia zwane współczesną humanistyką.

„Zdeprawowani moderniści” nie skupiają się jednak tylko na tych trojgu. Ich bohaterami są na przykład Alfred Kinsey, wyjątkowy degenerat, którego biografia wskazuje na uprawianie seksu z dziećmi, czy lokalne uniwersyteckie gwiazdki z młodości autora – Stanley Fish i Jane Tompkins. Michael Jones miał to szczęście, albo nieszczęście, że jako student rzucony był w sam środek rewolucji kulturalnej roku 1968. Miał wówczas dwadzieścia lat, więc będąc młodym człowiekiem, uczestniczył w kampusowo-uczelnianym życiu młodej lewicy. Alfred Kinsey był zaś jednym z jej idoli. To on właśnie sfałszował badania, z których wynikało, że przeciętny Amerykanin jest bardziej zboczony, niż wydaje się społeczeństwu. Przeprowadził kilkanaście tysięcy wywiadów dotyczących życia seksualnego, zaś fałszerstwo polegało na tym, że jego rozmówcami byli przede wszystkim homoseksualiści, bywalcy burdeli czy prostytutki. Mając takie źródła informacji, mógł z łatwością przekonać społeczeństwo, że niestandardowe zachowania seksualne są zjawiskiem częstym, więc w zasadzie pożądanym i chwalebnym.

„Zdeprawowani moderniści” to ciekawe studium pewnej choroby, która nieleczona zdecydowała o zepsuciu dzisiejszego świata. Jest nią grzech przeciwko szóstemu przykazaniu i to na wielu różnych płaszczyznach. Myśliciele i artyści, których opisał amerykański autor, mieliby z pewnością wiele w tej kwestii do powiedzenia. Ich moralność pozostawiała wiele do życzenia, a tezy, które głosili, były konsekwencją ich wyborów etycznych, a nawet estetycznych, jak w przypadku Pabla Picassa. Wedle starej zasady złe drzewo nie może rodzić dobrych owoców, jedynie zatrute, tak jak twórczość intelektualna bohaterów niniejszej publikacji.

E. Michael Jones, Zdeprawowani moderniści. Nowoczesność jako usprawiedliwienie seksualnej amoralności, tłum. J. Morka, wyd. Wektory, Wrocław 2013, ss. 264.

Na pytanie, czy w Kościele katolickim dzieje się źle, przestano w ostatnich miesiącach (na szczęście!) odpowiadać zgodnie z propagandą o wyjątkowej wiośnie tegoż Kościoła. Wpływ na ten stan rzeczy ma niewątpliwie film Tomasza Sekielskiego, chociaż nie tylko. Część mediów katolickich od dawna widzi niejasności w pontyfikacie Franciszka, a niektórzy kapłani jak Isakowicz-Zaleski od kilkunastu lat mówią o homoseksualnym lobby, w które uwikłani są nawet niektórzy biskupi. Już chyba tylko część charyzmatyków wydaje się odseparowana od rzeczywistości, nabrana na ewangelię sukcesu i poszukująca uzdrowień czy innych cudów. Nawet media katolickiej lewicy widzą, że w Kościele brzmi jakaś fałszywa nuta. Naturalnie, ten fałsz spostrzega gdzie indziej niż media tradycjonalistyczne i skłonna jest wierzyć w łzawe opowieści o biskupach włączających prąd ludziom dobrej woli. Osobiście jestem przekonany, że rację mają dzisiaj świeccy katolicy zrzeszający się po umownie nazwanej prawej stronie Kościoła, konserwatywnej i ceniącej tradycyjną liturgię. 

Efektem przemyśleń tejże właśnie strony jest „Alarm dla Kościoła”, czyli seria wywiadów przeprowadzonych przez zasłużonych dla polskiego katolicyzmu publicystów – Tomasza Rowińskiego i Pawła Milcarka. Obaj kojarzeni są z rzymską liturgią, obaj również nie stronią od trudnych tematów. Skoro należą do laikatu, żaden biskup nie nakaże im milczenia, co najwyżej nie dostaną imprimatur. Ale skoro imprimatur dostaje już literatura protestancka, to widać, że nadruk ten dzisiaj nic nie znaczy. Można by złośliwie zapytać, czy lepiej dostać imprimatur od biskupa Rysia, czy lepiej się bez niego obyć. Sapienti sat! Mimo że bez imprimatur, „Alarm dla Kościoła” jest ważną lekturą, obok której żaden świadomie myślący katolik nie może przejść obojętnie. Jak w soczewce skupiają się w niej wszystkie prawie bolączki współczesnego katolicyzmu, który wyraźnie zagubił się w ostatnich latach. To zagubienie może pokazywać sytuacja, której świadkiem byłem dosłownie kilka dni temu. Byłem mianowicie na pokazie filmu dokumentalnego „Rewolucja totalnej wolności”, zorganizowanym przez pewne stowarzyszenie tradycyjnych katolików. Jednym z wątków tego dokumentu była protestantyzacja Kościoła i idące za nią emocjonalne przeżywanie wiary. Po pokazie, jakby nigdy nic, zaproszono widzów na szereg wydarzeń związanych z ewangelią sukcesu i gitarkowymi uniesieniami. Fakt ten pokazuje zagubienie dzisiejszego katolicyzmu, a o nim opowiada właśnie rzeczona publikacja.

Emocjonalne podejście do wiary, pentekostalizacja, homolobby, kult tandety i bylejakości w liturgii i poza nią, naiwne podejście do „uchodźców”, herezje głoszone przez biskupów, rozmywanie prawdy, w końcu przemiana Kościoła w organizację charytatywną – to najważniejsze wątki rozwijane przez gości Rowińskiego i Milcarka. Wśród nich znajdują się wspomniany już wyżej ks. Isakowicz-Zaleski, Grzegorz Górny, ks. Andrzej Kobyliński, Tomasz Terlikowski, Paweł Lisicki, a nawet dominikanin ojciec Jacek Salij – zasłużony kaznodzieja i publicysta miesięcznika „W drodze”. Nie mówią oni, na szczęście, jednym głosem, niekiedy dość mocno różniąc się stawianą diagnozą i poglądami. Łączy ich natomiast jedno: autentyczna troska o Kościół. Najmocniej wypowiada się ks. Jacek Hrabicz (pseudonim; rozmówca chciał pozostać anonimowy), który nie widzi wzorców dla współczesnych kapłanów. Jego zdaniem, młody ksiądz, który chce być kimś więcej niż tylko urzędnikiem, sam musi szukać, często po omacku, odpowiednich ideałów. Co ciekawe, widzi również zdziecinnienie współczesnej szkolnej katechezy, którą określa jako samobójczy błąd Kościoła. Zwraca uwagę na dobór biskupów, którzy zamiast pasterzami stają się biuralistami.

Ważne sprawy porusza również o. profesor Jarosław Kupczak, mówiący o kruszeniu instytucji małżeństwa, która odbywa się za sprawą papieskiej adhortacji „Amoris laetitia”. O samym papieżu i papiestwie wypowiadają się także sami autorzy, zwracając słuszną uwagę na fakt posłuszeństwa wobec biskupa Rzymu tylko wówczas, kiedy ten głosi prawdy zgodne z tradycją Kościoła. Warto o tym pamiętać i nie brać jako oficjalnego nauczania Kościoła katolickiego prywatnych wypowiedzi Franciszka, choćby wydawały się jak najbardziej świątobliwe. Jak widać, „Alarm dla Kościoła” stanowi odtrutkę na przeróżne opinie zamieszczane w katolickich albo katolickopodobnych mediach. W dzisiejszym okresie zamętu, gdy kapłani i biskupi podważają tradycyjne nauczanie, gdy pląsają przy gitarkach i zapraszają do parafii coachów i szamanów, gdy nie mają szacunku dla liturgii (nawet nowej), warto sięgnąć po zdrową naukę, chociażby nawet wydawałaby się przygnębiająca. Warto zdawać sobie sprawę z tych zagrożeń, aby oddzielić to, co katolickie, od tego, co tylko na takie wygląda.

Paweł Milcarek, Tomasz Rowiński, Alarm dla Kościoła. Nowa reformacja?, wyd. Demart, Warszawa 2019, ss. 310.

Już dawno chciałem przeczytać „Białystok” Marcina Kąckiego. Do lektury skłoniły mnie cyrki związane z marszem tęczowo usposobionej lewicy, który natrafił na opór mieszkańców miasta. Po tym fakcie media zaczęły się prześcigać w szkalowaniu stolicy Podlasia, która – jak wiadomo – jest stolicą polskiego obskurantyzmu i ciemnogrodu. Wtedy właśnie, w pełni lata, postanowiłem sięgnąć po słynny reportaż poświęcony miastu, które zalazło za skórę wszystkim postępowcom. Nie rozczarowałem się, ponieważ „Białystok” bawił mnie przez całą lekturę. Znów poczułem się jak student, który zmuszony jest czytać powieści produkcyjne albo tendencyjne nowelki mówiące o tym, że po raz kolejny biją Żydów na mieście czy zły dziedzic sprał chłopa na kwaśne jabłko. Naturalnie, styl Kąckiego jest bardziej strawny niż kwadratowe zdania Konopnickiej czy Orzeszkowej, a tym bardziej wczesnego Konwickiego czy bezimiennych już socrealistów węszących amerykańskiego spisku na polu kartofli. Kącki pisać umie, co udowodnił w niezłym  „Maestro”, który poświęcony był zboczeńcowi prowadzącemu pewien poznański chór. Dzisiaj autor takiej książki by nie napisał, bo pedofilii szuka się w Kościele katolickim, jednocześnie bagatelizując ten sam proceder w środowisku artystycznym (na przykład sprawę pewnego dżezmena). 

„Białystok” jest więc reportażem tendencyjnym, a lepiej by rzec, że jest produktem, który reportaż udaje. Produkty takie powstają na pęczki w pewnym dodatku do pewnej gazety codziennej, którą Grzegorz Braun nazywa „Gwiazdą śmierci”. Przeglądając roczniki tego dodatku, z łatwością można wyróżnić kilka grup tych reportaży, tworzonych przez nadwrażliwych aktywistów politycznych, dla niepoznaki nazywających się dziennikarzami. Proszę więc bardzo: prześladowanie gejów, przepracowani nauczyciele (oczywiście o lewicowych poglądach), źli księża, albo z kolei księża, którzy już księżmi nie chcą być. Mam wymieniać dalej? Żydzi, sędziowie, aktywiści miejscy, weganie oraz rowerzyści. Większość z tych dyżurnych tematów znalazło się w „Białymstoku”, który jest w zasadzie kompilacją reportaży, a nie ciągłym tekstem.

Najpierw więc bohaterowie pozytywni. Są tutaj geje, którym źle się żyje w stolicy Podlasia. Są Żydzi, których nikt tutaj nie pamięta, bo przecież źli Polacy są współodpowiedzialni za holokaust. Pojawiają się lokalni działacze, którzy nie chcą, aby pamięć o Żydach z Białegostoku znikła. Wśród nich pojawia się sam Rafał Gaweł, wówczas jeszcze przed wyrokiem i ucieczką do Norwegii. Ten błędny rycerz walczący z „faszyzmem” wyrasta w reportażu Kąckiego na współczesnego świętego (niczym święta Greta, patronka klimatu). Pozytywnymi postaciami są czeczeńscy oraz indyjscy imigranci, którzy przecież są łagodni jak baranki i nawet muchy by nie skrzywdzili. W końcu jest i pan doktor, który jako pierwszy wykonał zabieg in vitro. Trudno nie polubić się z tą ideologiczną czeladką.

Nie brakuje również szwarccharakterów. Przede wszystkim są to narodowcy i kibice, bo każdy pijak to złodziej. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego się tutaj znaleźli. Są księża, którzy nie lubią Żydów, a wnioski takie autor wysnuwa po własnych przeczuciach. Podobnie jak Jacek Hugo-Bader, który wysmarował się czernidłem i taki udał się na Marsz Niepodległości. Pojawia się także zły katecheta, bo jak wiadomo, każdy katecheta jest zły, a szczególnie ten, który ma poglądy prawicowe. Autor pewnie marzy o katechetach rodem z magazynu „Kontakt” albo z „Więzi” czy innego organu dla księży-patriotów. Negatywnymi bohaterami są również Żołnierze Wyklęci, co ciekawe, partyzantka białoruska to dla pana pisarza sam miód. I last but not least, pojawia się bohater zbiorowy. To mieszkańcy Białegostoku, niewrażliwi na ból osób nieheteronormatywnych, Żydów, Cyganów, Czeczenów, uchodźców, Rafała Gawła, antyfaszystów, rowerzystów oraz wegan. Swołocz po prostu, która powinna żreć schabowe, słuchać disco polo i trzymać ryj na kłódkę, bo samym swoim istnieniem po prostu obraża światłą i wrażliwą inteligencję.

Marcin Kącki nawet nie udaje obiektywności, ustawia się po jednej stronie i wali cepem w stronę drugą. A że pióro ma lekkie, jego książkę się lekko czyta. Jest ona jednak nie tylko zabawnym, niezamierzonym pastiszem reportażu. Co gorsza, jest lekturą szkodliwą, zwłaszcza dla młodego i nieprzygotowanego na dezorientację czytelnika. Wystarczy tylko zaznaczyć miejsca, w których autor pisze o tym, co czuje, co mu się wydaje, jakie odnosi wrażenie, aby stanąć twarzą w twarz z typową, książkową wręcz manipulacją. Przecież emocje i przeczucia to nie fakty. Tych jest zaś jest tutaj mniej, niż można by się było spodziewać. Przeważa emocjonalny szantaż, łzawe opowiastki z czarno-białym obrazem świata i wszechobecna pogarda do naszego narodu. Gadania o złych narodowcach można sobie między bajki włożyć, bo w „Białymstoku” są oni jedynie pretekstem do postawienia tezy o cywilizacyjnej i kulturowej niższości Polaków.

Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 280.

Futurologia jest jak wróżenie z fusów, a na wróżeniu można dobrze zarobić. Przykładem nie są tylko szarlatani występujący po północy w telewizji, ale naukowcy, którzy bardzo szybko również okazują się szarlatanami. Na przykład taki Yuval Noar Harari, izraelski historyk, niezwykle modny nie tylko u nas, ale i za granica. Jak mówi blurb, jego książki poleca na przykład Bill Gates. Jego „21 lekcji na XXI wiek” są trzecią wydaną na naszym rynku pozycją, po „Homo deus” oraz „Sapiens. Od zwierząt do bogów”. To, co pisze ten niezwykle poczytny autor, można postawić obok Richarda Dawkinsa. Jest, podobnie jak Brytyjczyk, ateistą zafascynowanym naukami biologicznymi, ale i transhumanizmem. Studentki kognitywistyki mają więc kolejnego guru, który potrafi wytłumaczyć im świat. Lecz nie tylko one. Również inni, którym wydaje się, że coś wiedzą, są w stanie uszczknąć sporo z pisaniny Izraelczyka. Ten posługuje się nieskomplikowanym, plastycznym językiem i operuje prostotą, aby nie powiedzieć – banałem. Stąd bliżej jego publikacjom do pseudofilozoficznych rozważań brazylijskiego maestro Paolo Coelho niż do poważnych naukowych tomów. Oto jak można sprzedać gawędy chłopka-roztropka, ubierając je w szaty naukowości.

Harari wychodzi z wątpliwego filozoficznie i moralnie założenia, że jesteśmy zwierzętami, którym brakuje wolnej woli. Ten wulgarny determinizm dominuje w całej książce. Nie trzeba mówić, jakie skutki społeczne mogą ciągnąć za sobą takie tezy. Ponadto są one po prostu nieprawdziwe. Fakt istnienia w człowieku instynktów nie zaprzecza, że jako jedyny gatunek potrafi on wznieść się ponad zwierzęcość. Autor tego nie zauważa, co staje się jego błędem kardynalnym, który każe krytycznie spojrzeć na „21 lekcji”. Nie można zgodzić się również z jego naiwnym optymizmem, który towarzyszy mu podczas omawiania kwestii transhumanizmu. Harari całkiem poważnie deliberuje nad przeniesieniem umysłu człowieka do… internetowej chmury. Cieszy się także na myśl, że w przyszłości ludzkie ciało będzie mogło być sprzężone z maszyną. Dzięki temu, zdaniem autora, rozpocznie się nowa świetlana era w dziejach człowieka. Czytając jego rozważania, można zwątpić w to, czy pisane są one poważnie, czy tylko jako prowokacja dla samej prowokacji. Jeszcze bardziej dziwi rozdział poświecony mediom społecznościowym. Pomijam fakt, że jest on peanem na cześć Marka Zukerberga, co każe poważnie zapytać o czystość intencji autora. Ten przez kilkanaście stron rozpływa się w dywagacjach na temat Facebooka. Widzi w nim narzędzie, oczywiście po lekkiej modyfikacji, do której namawia Zukerberga, które będzie łączyć ludzi lepiej niż świat rzeczywisty. Chyba ktoś tu nie odrobił lekcji z podstaw psychologii!

Harari jako ktoś, kto sprzeciwia się koncepcji wolnej woli, walczy również z wolnością obywateli. Jego bogami są algorytmy i to w nich widzi przyszłość rozwoju ludzkości. Skoro algorytmy są w stanie odgadywać ludzkie emocje szybciej niż drugi człowiek – pisze – to pozwólmy im na decydowanie w każdej kwestii. Na przykład w wyborze muzyki. Tu autor ponownie daje się ponieść swojej przenikliwości i stwierdza, że ideałem jest świat, w którym muzykę będą za nas wybierały boskie algorytmy, a co więcej, może kiedyś nauczą się ją pisać. Na wątpliwość dotyczącą jakości takiej tworzonej przez autonomiczne komputery muzyki odpowiada niefrasobliwie, że przecież i tak większość tej pisanej przez ludzi jest kiepskiej jakości. Cóż, mądrego czasem dobrze posłuchać. Innym błędnym poglądem Harariego jest zdanie dotyczące cywilizacji. Zdaniem pisarza, na świecie występuje tylko jedna cywilizacja. Nie ma żadnych różnic między kulturami, bo przecież trwa globalizacja. Trudno to nawet skomentować albo podać kontrprzykład, bo autor zapewne tego tekstu nie przeczyta.

Widać więc wyraźnie, że „21 lekcji na XXI wiek” to produkt o jakości filmików na jutubie i skrojony pod odbiorcę popowej papki naukowej. Nawet te rozdziały, w których muszę zgodzić się z autorem, te dotyczące geopolityki, są przecież pisane na poziomie wystąpień na konferencjach TED. Wynika z nich tyle, że w przyszłości wybuchnie wojna, albo nie wybuchnie. Taka metoda przedstawiania faktów dominuje w rzeczonej publikacji. Autor najpierw podaje śmiałą wizję przyszłości, a potem cofa się trzy kroki, twierdząc, że tak będzie, albo nie będzie. Zapewne zniknie religia, bo jest niepotrzebnym reliktem ewolucji, ale może pojawią się nowe. Stare więzi zanikną, ale może stworzą się nowe, za sprawą fejsbuka, albo wcale się nie stworzą. To na dłuższą metę męcząca metoda, gdyż nic z niej nie wynika. Rozumiem, że futurologia to ciężki kawałek chleba, bo jej wizje prawie nigdy się nie sprawdzają, ale mógłby Harari przynajmniej trochę zagrać przed czytelnikiem.

Dostaliśmy więc publikację, która jako żywo przypomina czytanki dla dzieci, poświęcone świetlanej przyszłości w Związku Radzieckim. Harari jawi się tutaj jako Łysenko nowego wspaniałego świata, który snuje radosne wizje. A tych nie powstydziłby się ani Zamiatin, ani Huxley, ani Orwell. Oni jednak w swoich antyutopiach przestrzegali odbiorców przez mogącą spełnić się przepowiednią. A izraelski autor nie tyle nie przestrzega przed swymi i naiwnymi, i w sumie upiornymi wizjami, co namawia do ich realizacji i cieszy się z faktu, że może kiedyś się spełnią. „21 lekcji na XXI wiek” są więc nie tylko rojeniami szalonego naukowca, który przyszłość widzi w kolorach tęczy, ale przedstawiają świat, którego pragnie dzisiaj postępowa część ludzkości. Świat bez religii, bez nacjonalizmu i bez wolnej woli (jak śpiewał John Lenin w Imagine). Świat ludzkich automatów zjednoczonych z maszynami, które co prawda nie toczą wojen, ale żyją, realizując swoje chucie i pragnienia, nie dbając ani o sztukę, ani o wartości duchowe. W tym świecie będzie się tylko żarło, spółkowało i odpoczywało. Bo przecież wszystko za nas zrobią maszyny.

Yuval Noah Harari, 21 lekcji na XXI wiek, tłum. M. Romanek, wyd. Literackie, Kraków 2018, ss. 452.