Wyobraź sobie, Szanowny Czytelniku, że trafił ci się nagły pobyt w szpitalu, który musi skończyć się skomplikowaną operacją. Leżysz zatem w łóżku, a do sali wchodzi lekarz dyżurny i proponuje dwie możliwości. W pierwszej zabieg będzie wykonywał doktor, który na studiach nie szczędził czasu na naukę i zdał egzamin na ocenę bardzo dobrą, w drugiej – taki, który kończył demokratyczną akademię medyczną, a w niej nie było ani ocen, ani egzaminów. Dyplom dostawali wszyscy. Teraz druga sytuacja: jedziesz ciężarówką z maksymalnym obciążeniem i musisz przejechać przez rzekę. Do wyboru masz dwa mosty: jeden, zaprojektowany przez zdolnego inżyniera, który w małym palcu ma matematykę i fizykę, a w dodatku już na studiach wyróżniał się kreatywnością, i drugi. Ten z kolei stworzył kolektyw inżynierski składający się z osób, których zdolności matematycznych nikt nie badał. Akademia, na której uzyskali dyplomy, nie stawiała ocen i jako wykładowców zatrudniała socjologów i politologów, zamiast fachowców od nauk ścisłych. Banalny wybór, prawda?

Nie dla Mikołaja Marceli, którego „Selekcje” kupiłem, zachęcony uprzednio przez jutubera Krzysztofa Maja, którego zdarzało mi się oglądać i z którym (coraz rzadziej) zgadzam się w wielu kwestiach. Rzeczony twórca internetowy niejednokrotnie przedstawiał Marcelę jako wizjonera, a jego książkę jako niezwykle nowatorską i odważną wizję opowiadającą, jak powinna wyglądać edukacja. Bo z tą ostatnią jest źle. Problem w tym, że nie jestem postmodernistą, a Maj i Marcela to postmoderniści w ścisłym tego słowa znaczeniu. W związku z tym kwestia prawdy, dyscypliny czy kanonu jest dla nich zupełnie zbędna. Widać to doskonale po omawianej pozycji, w której autor ma ochotę skonstruować jakąś pluszową edukację, zakładając, że wszyscy uczniowie to nadwrażliwe śnieżynki, którym jakakolwiek presja kończy się traumą. To tak, jakby nauka nie wymagała żadnego wysiłku. A przecież wymaga sporej ilości „przemocy” (mówił i pisał o tym nieoceniony ś.p. Krzysztof Karoń); bez zmuszania się bowiem rzadko kiedy Kraków zbudowano. Chyba że chodzi w tym wszystkim o to, aby przyszłe pokolenia dostały za darmo jakieś guano-studia, potem dochód podstawowy, konsolę do VR i narkotyki do łapy, a światem zarządzać będzie wąska, naturalnie, wykształcona elita. Marcela uważa również, za Janem Jakubem Rousseau, że ludzie z natury są dobrzy i szlachetni, a psuje ich między innymi szkoła. Z tego względu wpisuje się w utopistyczne koncepcje, które już dawno zostały obalone. Boli również autora, że uczniowie są w szkole oceniani. Pyta więc Marcela, komu to potrzebne, tak jakby nie wiedział, że człowiek jest oceniany przez całe życie i to na wielu płaszczyznach.

Książka Marceli stanowi więc przypis do pomysłów Klausa Schwaba i jego izraelskiego akolity – Harariego. Ukształtowani według opisywanych w niej wzorców edukacyjnych obywatele będą podatnymi na manipulację idiokratami z kieszonkowych miast, wierzącymi w każdą medialną bzdurę i grającymi w gry. Wszak kolega i wierny giermek autora – wspomniany już wyżej Maj – uważa, i to zupełnie na serio, że to właśnie gry komputerowe wymagają największych umiejętności. Co tam książka, to dobre dla elit, plebs ma pykać w gierki i stulić twarz. Po to właśnie powstają takie książki jak „Selekcje”.

Mikołaj Marcela, Selekcje: jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat, wyd. Znak, Kraków 2021, ss. 308.


Na Islandii jest super. Jedna z ulic w Reykjaviku jest wymalowana w kolory tęczy, ksiądz (czy pastor) machaniem pozdrawia paradę równości, chłopcy mogą trzymać się za ręce i nikt im nic nie powie, są wysokie podatki, wszyscy są serdeczni i uśmiechnięci, jest sporo imigrantów i tak dalej, i tak dalej. Ilekroć stykam się z tak zwaną polską szkołą reportażu, wydaje mi się, że już gorzej nie można. Kolejne spotkanie z tą literaturą pokazuje, że dno jest muliste, więc granica, za którą widnieje, przekroczona została jeszcze bardziej. Taka przypadłość to cecha „Islandii i Polaków” napisanej przez dwie autorki, byłe dziennikarki gazety, której nazwy wymawiać nie wolno. A wszystko to publikuje wydawnictwo „katolickie”.

 

„Islandia i Polacy” to banalne czytadło, które aspiruje do bycia rzeczowym reportażem, a staje się, wbrew czy zgodnie z wolą piszących, folderem reklamowym Islandii oraz folderem antyreklamowym Polski. Bo wiecie, w Polsce są wąsate janusze, wszyscy smutni, strefy wolne od LGBT, nielubiana partia u władzy, rozwrzeszczane bachory i prawo dość mocno uniemożliwiające ich zabijanie. A na Islandii, panie kochany, eutanazja, aborcja, narkotyki, pani premier u władzy, fajne zespoły, czyli dolce vita. Wszystkie teksty, z których składa się ta książka, poza jednym, to pean ku czci tego północnego państwa. Każdy z nich pomija trudności, z jakimi musi mierzyć się imigrant, i przedstawia życie w obcym kraju jako niemal bezproblemowe. Dobór rozmówców jest więc jednostronny i chociażby z tego powodu trudno potraktować „Islandię i Polaków” jako rzetelne źródło informacji. Skoro wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi, to gdzie ci, którym się nie udało? Owszem, funkcjonują niekiedy jako niechciane tło, rzucające wulgaryzmami, pracujące na budowach. Jeden z bohaterów z przekąsem stwierdza, że jego rozmówca wcale, ach wcale nie zwiedza Islandii, jak on hipsterzyna z otwartym umysłem, bo kładzie rury i nie ma czasu, a poza tym jest zimno i wieje.

 

Książka ta wpisuje się więc jako kolejny dowód na to, że polska lewica brzydzi się robotnikami, którzy brzydko pachną, przeklinają i z pewnością nie słuchają Sigur Ros. I pewnie boją się zaryzykować. Zaryzykować boją się też ci, którzy zostają w Polsce, bo każdy, kto tu żyje, ten frajer. Takie tezy kolejny dowód na odklejenie lwiej części lewej strony politycznego sporu od rzeczywistych problemów. Zamiast trudu imigranta, utrzymującego rodzinę w Polsce, zapieprzającego za najniższe stawki, mamy trud dwóch chłopaków, którzy będąc jeszcze w kraju, nie mogli trzymać się w parku za ręce. A na Islandii mogą! I to jest sukces na miarę naszych możliwości oraz dowód na to, że Polska wuje, a Islandia pany.

 

Aleksandra Kozłowska, Mirella Wąsiewicz, Islandia i Polacy. Historie tych, którzy nie bali się zaryzykować, wyd. Znak, Kraków 2023, ss. 390.