Ludobójstwo w Rwandzie wstrząsnęło opinią publiczną na początku lat 90. Tak samo jak wcześniej hekatomba II wojny światowej, masowe mordy Ormian, wojna trzydziestoletnia i epidemia Czarnej Śmierci. Dokładnie tak samo jak wojna na Bałkanach. Minęły wieki czy lata i ludzkość ma nowe problemy, nowe wojny i konflikty. Tamte z przeszłości zakończyły się; podpisano traktaty pokojowe, można więc było uznać je za rozwiązane i zacząć w końcu pisać historię. Tyle że historia, szczególnie ta podręcznikowa, o czasach pokoju zaledwie milczy. Milczy również na temat tego, co dzieje się z człowiekiem po zakończonym konflikcie. Syndrom stresu pourazowego nijak się więc nadaje do kolorowych książeczek dla szkolnej dziatwy. Cóż, wojna się kończy na kartach traktatów, natomiast zostaje w głowach. Szczególnie zaś gdy mówimy o wojnie ludobójczej, w trakcie której sąsiad chwyta za maczetę, aby zabić innego sąsiada. Z takim właśnie wydarzeniem mieliśmy do czynienia w Rwandzie. My, Polacy, mamy w swojej najnowszej historii rzeź wołyńską, która – chociaż minęło od niej ponad siedemdziesiąt lat – nadal rozpala emocje i staje się zarzewiem gwałtownych sporów – nie tylko polsko-ukraińskich, lecz tych wewnętrznych. Co mają więc powiedzieć Rwandyjczycy, których od ich ludobójstwa dzieli ledwie ponad dwadzieścia lat?

Francuski dziennikarz, Jean Hatzfeld, już nie pierwszy raz stara się przedstawić czytelnikom obraz tej właśnie tragedii. Jego „Więzy krwi” są szóstą ukazującą się w Polsce książką reporterską poświęconą wojnie domowej w Rwandzie. W poprzednich tekstach autor rozmawiał z bezpośrednimi uczestnikami tragedii, która rozpoczęła się w 1994 roku. Wówczas dwa afrykańskie plemiona zamieszkujące Rwandę, Tutsi i Hutu, skonfliktowane już od dawna, rozpoczęły wojnę. Agresorami byli członkowie Hutu, ofiarami – Tutsi. Konflikt ten rozpoczął się bezpośrednio od zestrzelenia prezydenckiego samolotu nad lotniskiem w Kigali. Pochodzący z Hutu prezydent Juvenal Habyarimana zginął w zamachu; następnego dnia zamordowano panią premier Agathe Uwilingiyimana. Fakty te, na początku kwietnia 1994 roku, stały się bezpośrednią prowokacją bojówek Hutu, które w przeciągu następnych stu dni wymordowały od ośmiuset tysięcy do ponad miliona Tutsi. Z wiadomych przyczyn szacunki te są tylko przybliżone. W poprzednich książkach Hatzfeld przyglądał się ocalałym z rzezi oraz ich mordercom. Tworząc teksty, redukował własną narrację do zera i pozwalał mówić wyłącznie swoim rozmówcom. Ten, podobny do poetyki dzieł Swietłany Aleksijewicz, sposób opowiadania pozwalał czytelnikom na wsłuchanie się w historie opowiadane przez mordujących i ocalałych. Reportaże autora, takie jak „Sezon maczet” czy „Strategia antylop”, były dzięki temu zabiegowi wstrząsającym świadectwem współczesnego ludobójstwa.

„Więzy krwi” stanowią dalszą część tych opowieści, tylko że głos świadków należy tym razem do pokolenia dzieci występujących przeciwko sobie Tutsi i Hutu. Ci młodzi ludzie, maksymalnie dwudziestoparoletni, w czasie rzezi byli zaledwie dziećmi. Pamiętają niewiele, przede wszystkim luźne obrazy i emocje. Głównym pomysłem Hatzfelda było pomieszanie opowieści: raz wypowiada się młody Tutsi, a raz – Hutu. Dzięki takiemu układowi fabularnemu, przypominającego mozaikę, można skonfrontować spojrzenia bohaterów. Znamienne okazuje się więc, że obie strony zachowały wobec siebie dość sporą rezerwę. Podkreślają one, że w dzisiejszej Rwandzie panuje pokój. Mówią, że nie ma dzisiaj powodów do rozlewu krwi, i wspominają o wzajemnym tolerowaniu się, ale nie widzą przyczyn, dla których miałyby utrzymywać ze sobą przyjacielskie i serdeczne relacje. Tutsi chłodno patrzą na potomstwo morderców ich ojców i matek, Hutu za to mają żal za preferencyjne traktowanie przez państwo dzieci ofiar własnych rodziców. I to jest najbardziej niepokojąca myśl „Więzów krwi”. Jak powiedział bowiem krajan francuskiego reportera, Albert Camus: bakcyl dżumy nie umiera nigdy.

Reportaż Hatzfelda jest również cenny z nieco innego powodu: mianowicie zawiera obraz współczesnej młodzieży afrykańskiej, która – chociaż ukazana wycinkowo – wydaje się wyznawać inne wartości jak jej odpowiedniczka ze świata zachodniego. Przede wszystkim może zaskakiwać fakt, że prawie każdy bohater tekstu wierzy w Boga i praktykuje swoją wiarę, chociażby chodząc do kościoła. Zaskakuje również o wiele mniejsze zainteresowanie internetem. Złośliwi powiedzieliby pewnie coś o chatkach z bambusa, jednak nie w tym rzecz. W porównaniu do świata Europy (nawet środkowej i wschodniej) Rwanda jest, co prawda, państwem ubogim; tu może więc leżeć jeden powód braku cyfrowego uzależnienia. Ważniejszą jednak przyczyną jest miejsce i rola rodziny. W Rwandzie bowiem, jak w wielu innych państwach afrykańskich, to rodzina jest prawdziwą wartością. Część czytelników być może jest skłonna pomyśleć, że wartości religijne i rodzinne nie uchroniły tego społeczeństwa przed masowymi rzeziami. I może pomyślą o europejskiej przeciwwadze: z rozpadem rodziny i erozją wiary, ale bezpieczną i bez ludobójstwa. Sprawa nie jest jednak taka prosta jak to banalne przeciwieństwo.

Pamięć o wojnie jest o wiele trwalsza niż jej skutki gospodarcze a nawet demograficzne. Jak pokazywała historia, po wielkich konfliktach wzrastała dzietność, a zdziesiątkowane społeczeństwa wracały do odbudowywania swoich struktur biologicznych. To, co w umysłach, okazuje się trwalsze niźli aspekty materialne. „Więzy krwi” starają się więc pokazać pamięć ludzi młodych, która składa się w połowie z zasłyszanych historii i własnych wczesnych wspomnień. Mówią, że trudno przezwyciężyć niechęć do wroga, nawet w kolejnych pokoleniach. Autor wysłuchuje tych historii z wyrozumiałością, nie osądzając nikogo. Czytelnik też będzie rozumiał racje jednych i drugich. Po lekturze będzie miał szansę spojrzeć z podobną empatią również na własne podwórko. No, chyba że czyta „Gazetę Wyborczą” i uważa, że Niemców trzeba kochać, a reparacje to samo zło.

Jean Hatzfeld, Więzy krwi, tłum. J. Giszczak, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 259.

Wakacje w Iranie? Czemu nie, szczególnie że mało jest okazji, aby zwiedzić ten specyficzny kraj. Niegdyś imperium Persów, dzisiaj państwo będące ośrodkiem islamu szyickiego, to miejsce, do którego turyści nie zapuszczają się w zatrważających ilościach. Owszem, nie jest to Korea Północna, do której jeździ się wyłącznie pod bacznym okiem tajnych służb Kim Dzong Ila (i nie będzie tu żaden jutuber bredził, że jest inaczej), ale Iran wciąż pozostaje miejscem pozbawionym swobód demokratycznych, szczególnie gdy zestawi się go z liberalnymi republikami zachodniej Europy. Na kilkutygodniowy wypad do państwa Persów wybrał się zatem niemiecki dziennikarz, publicysta „Spiegla” – Stephan Orth, a swoje refleksje opisał w tomie zatytułowanym „Couchsurfing w Iranie”. Cóż to takiego ten couchsurfing, zapytają niektórzy. Otóż jest to sposób na darmowe nocowanie. Za pośrednictwem serwisu internetowego można zgłosić własne lokum jako miejsce noclegu dla przyjezdnych z całego świata, albo – co stanowi drugą możliwość – samemu wybrać miejsce do spania. I jakoś to się kręci; oszustów pewnie nie brakuje, ale niemiecki dziennikarz na takich się nie natknął. Akcentuję jego niemieckość, bo to ciekawe w kontekście mentalności „młodych, wykształconych z wielkich miast” zza Łaby, którzy ani na jotę nie przypominają dumnych ze swojego dziedzictwa nordyków.

Stephan Orth jest trzydziestopięcioletnim chłopcem, nie mężczyzną, ale chłopcem właśnie (w każdym razie tyle lat miał, podróżując po Iranie), co sporo mówi o naszej nieszczęśliwej cywilizacji. Obserwacja mentalności tego młodego człowieka, który sto lat temu z pewnością miałby już żonę i wianuszek dzieci, jest chyba ciekawsza od informacji, które ten umieszcza w swoim podróżniczym reportażu. Sam obraz Iranu jest dość stereotypowy: mamy w nim polityczno-religijny system opresji oraz niezwykle serdecznych i uczynnych ludzi, co na Bliskim Wschodzie nie jest niczym odkrywczym. Forma podróży, jakiej podjął się autor, również nie sprzyja pogłębionym analizom. W rezultacie czytelnik otrzymuje sympatyczny, ale dość banalny wizerunek kraju, który przecież trudno zamknąć w kilkunastu ogranych impresjach. Autor bowiem na każdym kroku podkreśla opresyjny charakter irańskiej polityki wewnętrznej i pisze o trudnościach, jakich system ten przysparza zwykłym mieszkańcom. Ta egzotyka, szczególnie dla kogoś, kto wychował się w liberalnej demokracji, jest kompletnie nie do pojęcia. W tym ujawnia się słabość formacji intelektualnej młodego, ale nie zielonego przecież dziennikarza. Stephan Orth wydaje się nie ani w ząb nie rozumieć Bliskiego Wschodu. Nie rozumie, że Irańczycy w zasadzie chcą mieszkać w takim państwie i że nie przeszkadza im brak demokracji.

Orth jednak widzi inaczej, ale nie potrafi zrozumieć, że wybrał sobie tylko jeden typ ludzi, z którymi się kontaktuje. Bo żeby bawić się w coachsurfing, trzeba zdobyć się na oszukiwanie systemu. Ten proceder jest w Iranie nielegalny i tylko kontestatorzy potrafią nagiąć prawo, aby przenocować turystę ze zgniłego Zachodu. Tym ludziom Iran faktycznie wadzi. Natomiast autor nie zauważa jednego podstawowego prawidła: teokratyczne reżimy islamskie są silne, nie tylko militarnie, ale przede wszystkim pod względem tożsamości i mentalności ich obywateli. Przeciętny Irańczyk, w odróżnieniu od przeciętnego Europejczyka, nie przechodzi kryzysu identyfikacji i wierzy w Boga silną, niezachwianą wiarą, jaką na Starym Kontynencie spotyka się już tylko w chrześcijańskich katakumbach. A dla autora zakazy picia alkoholu, pozamałżeńskiego seksu, a nawet randkowania, są abstrakcyjne. Na kartach jego książki widać nie raz i nie dwa, że miałby ochotę przespać się z niejedną mieszkanką tego państwa, ale co ma chłopaczyna zrobić, skoro nawet nie może z żadną zostać sam na sam? I tak doszliśmy do wniosku, że „Couchsurfing w Iranie” jest ciekawszą pozycją, gdy potraktujemy go nie jako podróżniczy reportaż z tajemniczego państwa, ale opowieść o niedojrzałym mężczyźnie, który dwoi się i troi, aby zrozumieć obcą mu cywilizację, ale ni cholery nie jest w stanie wznieść się nad swoje liberalne klapki na oczach.




Bo gdzie nie może rozumem, tam próbuje drwiną. Stephan Orth często chowa się za politycznie poprawnym zachwytem nad gościnnością Persów, ale spod tej lukrowanej fasady wyziera najczystsza pogarda. Orth gardzi religią, zakazami i nakazami moralnymi, jest tak zeświecczony, że nie jest w stanie uwierzyć, że zaledwie kilka godzin lotu od Niemiec mogą żyć ludzie, dla których to wszystko brzmi śmiertelnie poważnie. Zwiedza sanktuaria, przebierając chudymi nóżkami, aby jak najszybciej stamtąd uciec, bo przecież na horyzoncie kroi się kolejna impreza czy esemesik od sympatycznej Iranki, której miłe słowa jest w stanie zrozumieć jedynie jako zachętę do flirtu. Nawet tutaj niemiecki dziennikarz okazuje się naiwny niczym dziecko. Znamienny jest też fakt, kto pojawia się na kartach tego reportażu jako pierwszy zbiorowy bohater. A jest to teherańska grupa miłośników sado-maso. Autor ubolewa, że ludzie ci muszą ukrywać swoje preferencje seksualne przed złym rządem.

„Couchsurfing w Iranie” nie jest więc złą książką, tylko powinno się jej nadać zupełnie inny tytuł. Może „Po omacku w Iranie” albo „Jak pojechać do Iranu i niczego nie zrozumieć”? Jak wspomniałem wyżej, jest ona ciekawym studium pewnego przypadku. A polega on na tym, że zdziecinniały, poszukujący uciech cielesnych i przyjemności zmysłowych Europejczyk zderza się ze światem, którego nie jest w stanie pojąć, ponieważ terminologia, jakiej używa, jest w tej rzeczywistości kompletnie bezużyteczna. Próbowali państwo kiedyś otworzyć drzwi kluczem francuskim? To właśnie robi Stephan Orth. W rezultacie powstała lekka, niezobowiązująca pozycja, szczególnie dla miłośników podróżniczej prozy, w której chodzi bardziej o ludzi, a mniej o głębsze zrozumienie odwiedzanego kraju. Gdy natomiast czytamy ten tekst jako rzecz o zderzeniu cywilizacji, nie jest już tak wesoło.

Stephan Orth, Couchsurfing w Iranie. (Nie)codzienne życie Persów, tłum. K. Markiewicz, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017, ss. 286.

O wolnomularstwie pisałem stosunkowo niedawno, przy okazji „Spowiedzi masona” Krynickiego. Ale że pojawiła się kolejna okazja, zamierzam się powtarzać. Kwestię tajnych stowarzyszeń porusza wielu, ale odnoszę wrażenie, że mało kto potrafi spojrzeć na nią w prawdziwy sposób. Wydawałoby się, że oficyna Wektory będzie gwarantowała taką właśnie optykę i że „Czarna księga masonerii” rzuci nieco światła na dżentelmenów w fartuszkach, ale tak do końca nie jest. Guido Grandt, niemiecki dziennikarz śledczy, bierze się za bary z tematem tajnych związków, jednak grzęźnie gdzieś na mieliznach, tworząc karkołomne teorie. Jeśli bowiem masoneria jest ruchem deistycznym i humanistycznym, to skąd jej związki z polityczną prawicą, o co podejrzewa ją autor? Chyba że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i wolnomularstwo stanowi jedynie platformę dla politycznych cyników, a jej rytualny charakter to jedynie propaganda dla naiwnych poszukiwaczy taniego mistycyzmu? Taka możliwość również istnieje, chociaż wydaje mi się mniej prawdopodobna. Ale żeby odrzucić bądź zaakceptować jakąś hipotezę, należałoby prześwietlić dokładnie wszystkie stowarzyszenia, nie tylko masonerię, a także kluby Rotary i Lions. Tego, jak wiadomo, zrobić nie można, pozostaje więc błądzenie we mgle.

„Czarna księga masonerii” nie jest zbyt pasjonującym opracowaniem. Najeżona faktami i karkołomnymi konkluzjami, może jednak rzucić pewne światło na wolnomularstwo. Uderza przede wszystkim jej niespójność. Autor próbuje dociec, czym jest, a czym  nie jest masoneria. Przedstawia teorie, bardziej lub mniej spiskowe, które przylgnęły do panów w fartuszkach. I ta pierwsza część jest najbardziej rzeczowym fragmentem opracowania. Dowiadujemy się bowiem, że wolnomularstwo to siedlisko humanistycznej hipokryzji. Może nie jest to odkrycie na miarę Nobla, ale mniej zaznajomieni z tematem towarzystwa spod znaku cyrkla i węgielnicy może zdziwią się faktem stosunku masonów do kobiet. A raczej do przyjmowania przedstawicielek płci pięknej w szeregi lóż. Jak wnioskuje Grandt, pogląd ten kłóci się z ideą powszechnej równości, wolności i braterstwa. Bo co, kobieta nie człowiek? Na te i inne wątpliwości autor „Czarnej księgi masonerii” próbuje znaleźć odpowiedzi u samych źródeł, czyli w lożach wolnomularskich. Nie zdziwimy się pewnie, gdy okaże się, że tylko jedyna z nich odpowiedziała na pytania wysłane doń przez autora i to raczej dyplomatycznie. Dziennikarz nie liczył raczej, że tajne związki będą tłumaczyć się ze swoich ezoterycznych spraw; zabieg ten staje się więc tylko retoryczny. Inną wątpliwością reportera jest kwestia członkostwa w masonerii polityków różnych opcji, co kłóci się z zasadami przejrzystości. Skoro dla polityka – pyta autor – ważniejszy niż interes jego ugrupowania jest interes loży? A jeśli oba te interesy pozostają w sprzeczności, co wówczas?

Innym problemem poruszonym w „Czarnej księdze masonerii” jest kwestia włoskiej loży P2 (Propaganda due), podejrzanej o przestępstwa i w rezultacie – przynajmniej oficjalnie – zdelegalizowanej. I w tym miejscu informacje, które przekazuje autor, kłócą się z powszechnie uznanymi faktami. Mianowicie, za lewacki terroryzm Czerwonych Beretów Grandt oskarża ukryte siły… prawicowe, współpracujące z tajnymi komórkami FBI oraz NATO. Jestem daleki od naiwnego spoglądania na wymienione powyżej organizacje, ale tezy publicysty idą chyba za daleko. Miałaby być loża P2 ukrytą agendą politycznego prawego skrzydła, która zagnieździła się również w Watykanie. Jasne jest, że pewni biskupi masonerii sprzyjają czy nawet do niej należą, ale robią to (przynajmniej jeszcze na razie) wbrew oficjalnemu stanowisku Kościoła katolickiego. W każdym razie nie słyszałem, aby Franciszek odwołał encyklikę Leona XIII „Humanum genus”, zwaną potocznie encykliką o masonerii. Odnoszę więc wrażenie, że w tej części książki prawda miesza się z przypuszczeniem, a rzeczywistość z jej wyobrażeniem.


Za to najmniej ciekawą kwestią, przynajmniej z punktu widzenia polskiego czytelnika, jest rekonstrukcja dziennikarskiego śledztwa w sprawie śmierci Uwe Barschela. Jasne, że tajemnicze samobójstwa często okazują się pozorowane, i to chciał przekazać Guido Grandt, jednak analizowanie zgonu lokalnego polityka ze Szlezwika-Holsztyna nie wciągnie nikogo, kto nie zna kontekstu niemieckiej polityki landowej. Trudno więc zweryfikować teorie autora, który dochodzi do wniosku, że rzekome samobójstwo było de facto rytualnym mordem stosowanym w masonerii wobec jej wiarołomnych członków. Przedzieranie się przez meandry niemieckiej walki politycznej w latach 80., i to na poziomie lokalnym, jest istną drogą przez mękę dla każdego, kto nie jest historykiem naszego zachodniego sąsiada.

„Czarna księga masonerii” pozostawia więc niedosyt. To rozczarowanie potęguje również fakt, że Guido Grandt wcale masonerii nie uznaje za zło. Co więcej, dowiadujemy się pod koniec, że wolnomularstwo ma wspaniałe zasługi w krzewieniu idei europejskiego Oświecenia, wraz z hasłami tolerancji oraz wolności, równości i braterstwa. Jeśli nie zapomnimy, że slogan Rewolucji Francuskiej jest w tym miejscu niepełny, widzimy, po której stronie stoi Guido Grandt i że na pewno nie jest to strona Leona XIII i jego encykliki. A ci, którym wydaje się, że wolność, równość i braterstwo jest szlachetnym zawołaniem, niech doczytają, jaka alternatywa czekała tych, którzy nie chcieli zaakceptować tych wytycznych. Bowiem po tych trzech rzeczownikach pojawiała się jeszcze alternatywa: albo śmierć!

Guido Grandt, Czarna księga masonerii, tłum. M. Gawlik, wyd. Wektory, Wrocław 2010, ss. 294.

Gdyby istniał literacki odpowiednik filmowych antynagród – Malin lub Węży – główny laur powinien przypaść oficynie Kagra, która co chwilę bije rekordy niechlujności. Nie dość, że tłumaczenia są koszmarne, to jeszcze w publikowanych przez firmę książkach roi się od błędów składniowych, ortograficznych, interpunkcyjnych oraz edytorskich. Z przykrością muszę więc zauważyć, że najnowsza publikacja Wojciecha Lisa jest chyba najgorzej pod tym względem wydaną pozycją. „Metalowe wersety” są bowiem kompilacją wywiadów, które autor na przestrzeni lat przeprowadził z muzykami i animatorami polskiej sceny metalowej. Ich opublikowanie polegało na tym, że Wojciech Lis wysłał surowy tekst, a wydawnictwo puściło go bez żadnej ingerencji edytorskiej, więc z błędami wszelkiej maści. Do tego doszły jeszcze zdjęcia i skany kilku numerów pewnego zina. Jeśli wydawnictwu zależy, aby publikować książki na poziomie komunistycznej Mongolii, to niech potem się nie dziwi, że ludzie psioczą i krytykują, na przykład w tym miejscu. Szkoda zatem, że w pewnej mierze zmarnował się potencjał publikacji, która jest pierwszym tego typu materiałem dotyczącym polskiej sceny metalowej.

„Metalowe wersety” przypominają „Grunt to bunt” Grzegorza K. Witkowskiego. Tamta czteroczęściowa pozycja również stanowi zbiór rozmów, ale z osobami związanymi z festiwalem w Jarocinie. Wypowiadają się w niej organizatorzy, fani i muzycy. Ci ostatni – o bardzo różnej proweniencji. Są wśród nich przedstawiciele środowiska bluesowego, punkowego, nowofalowego, reggae, ci grający klasycznego rocka, a w końcu przedstawiciele świata metalu. I podczas lektury wszystkich tomów „Grunt to bunt” widać jedno: najmniej do powiedzenia ci ostatni. Co więcej, przedstawiciele innych środowisk muzycznych nie traktują ich do końca poważnie. Bo gdy w latach 80. kapele punkowe i nowofalowe grają zaangażowane piosenki, to metalowcy uciekają w opowieści o szatanie i do fantastyki. Ten tani mistycyzm raczej nie zadawał szyku długowłosym jegomościom w dżinsowych kurtkach. I to właśnie ci jegomoście, niezbyt poważnie traktowani przez wrażliwych społecznie muzyków, mają głos w „Metalowych wersetach”. Opracowanie to ma więc zasadniczą zaletę: stanowi gotowiec do badań socjologicznych, jest nieopracowaną surówką, z której można sobie lepić przeróżne wnioski. I jeśli jako codzienna lektura nieco męczy natłokiem podobnych do siebie wywiadów, to jako materiał badawczy jest nieocenionym rezerwuarem informacji.

W „Metalowych wersetach” wypowiadają się nie tylko muzycy (byli lub obecni), ale również organizatorzy koncertów czy wydawcy fanzinów. Wywiady dotyczą przede wszystkim lat 80., czyli okresu młodości wszystkich rozmówców Wojciecha Lisa. Sam autor współtworzył to środowisko, najpierw jako fan, potem – twórca podziemnej gazetki, wiedział więc, o co i jak pytać. Zaletą jest więc otwartość, z jaką pytani odpowiadają na zadane kwestie. Natomiast jakość tych odpowiedzi nie zawsze jest zadowalająca. Bo jeżeli w „Grunt to bunt” poziom interlokutorów był, jak wspomniałem powyżej, zróżnicowany, w „Metalowych wersetach” jedynie mniejszość ma do powiedzenia ciekawsze i mniej standardowe rzeczy. Reszta, co trzeba z całą mocą zauważyć, grzęźnie w mieliźnie intelektualnej. Pierwszym, co widać szczególnie, jest tani antykatolicyzm, rodem z Urbanowego „Nie”. Odnoszę wrażenie, że ci dorośli już ludzie, wchodzący przecież w smugę cienia, pod względem poglądów na religię pozostali zbuntowanymi nastolatkami, nieposiadającymi w dodatku żadnej wiedzy historycznej czy teologicznej. Bredzą więc to samo, co bredzili, mając lat piętnaście. Innym wątkiem, często poruszanym przez metalowców jest picie alkoholu. Panie, kiedyś to było chlanie, ale dzisiaj wątroba już nie ta – zdają się mówić.

Naturalnie jednak wątkiem głównym tych rozmów pozostaje muzyka. Grający opowiadają o trudnościach ze sprzętem, o braku możliwości wydawania płyt, monopolu Tomasza Dziubińskiego na rynku muzycznym. Obraz, jaki wyłania się z tych rozmów, jest typowym szarym okresem schyłkowego Peerelu. Płyt słucha się w kilkanaście osób, bo kosztują tyle, co pół pensji. Muzykę nagrywa się z radia: albo na kasety, albo na szpule, ucieka się również ze szkoły, aby zdążyć na ulubioną audycję. Jeździ się też na koncerty, a że jest ich niewiele, to żal opuścić każdy z nich. Widać w tych wspomnieniach pasję i zaangażowanie, których próżno by szukać dzisiaj, gdy dostępność muzyki jest nieporównywalnie większa. Rozmówcy narzekają więc na młode pokolenie, które jest inne niż trzydzieści lat temu. W tym narzekaniu przypominają starych dziadów, którzy załamują ręce nad dzisiejszą cherlawą młodzieżą. Przyznać jednak trzeba, że warunki, w których dorastali ci młodzi kiedyś chłopcy, były w latach 80. o wiele bardziej surowe. I że od człowieka z pasją wymagały o wiele więcej inwencji. Nie było sklepów z koszulkami, toteż robiono je samodzielnie. Jeśli słuchało się muzyki, to całych płyt, uczono się też na pamięć kolejności utworów i składów kapel. Z punktu widzenia dzisiejszej młodzieży słuchającej losowej listy piosenek ze smartfona jest to kompletną egzotyką.

O tym wszystkim mówią metalowcy, jednak nie różnią się w tym względzie od interlokutorów, z którymi rozmawiał Grzegorz K. Wiśniewski we wspomnianym już jarocińskim opracowaniu. Tak żywe zaangażowanie było po prostu znakiem czasów; muzykę się szanowało, bo była trudno dostępna. Ciekawy jest również w „Metalowych wersetach” zbiorowy obraz fanów muzyki metalowej. Często byli to ludzie chętni do bitki, a postrachem w całej Polsce były grupy ze Szczecina, które zachowywały się jak część dzisiejszych kibiców piłkarskich. Nierzadkie były pobicia, rozboje, kradzieże (zwane eufemistycznie krojeniem). Za nieznajomość składu zespołu delikwent mógł pożegnać się z biletem na koncert, koszulką ulubionej kapeli, a nawet zębami. Mentalność szeregowego metalowca z lat 80. do złudzenia przypominała poziom dzisiejszego dresiarstwa, a fakt ten widać w całkiem sporej części wywiadów. Sam pamiętam, że dorastając pod koniec lat 80., długowłosych widywałem nieporównywalnie częściej niż dzisiaj, a że słuchałem post-punka i nowej fali, środowisko to było dla mnie dość egzotyczne. „Metalowe wersety” zaglądają więc za tę zasłonę egzotyki i są cennym źródłem historycznym, dobitnie pokazując również pustkę intelektualną i duchową pewnej części tego środowiska.

Wojciech Lis, Metalowe wersety, wyd. Kagra, Poznań 2017, ss. 541.

Spróbujmy wyobrazić sobie dwa demokratyczne państwa, które leżą na przeciwległych biegunach, nie tyle geograficznych, co mentalnych. Weźmy na początek Stany Zjednoczone – państwo, które kojarzone jest z wolnością gospodarczą, religijną oraz ogromnymi przestrzeniami. Amerykański folk, westerny, szaleństwo rewolucji obyczajowej, a z drugiej strony żarliwe chrześcijaństwo Południa. Dołóżmy teraz Finlandię, która kojarzy się z długimi nocami, rozbudowanym systemem socjalnym, surowym protestantyzmem oraz jedną z wyższych liczb samobójstw na głowę. Kulturowo kraj ten też ma o wiele mniej do zaoferowania niż USA: kino fińskie jest tak depresyjne, że bez prozacu nie sposób obejrzeć do końca żadnego filmu, najpopularniejszym zaś zespołem muzycznym jest Nightwish. Różnicę widać gołym okiem i wcale nie chodzi o to, że Nightwish jest koszmarną kapelą. Owszem jest, ale nie w tym rzecz. Należąca do wspólnoty krajów nordyckich, ale już nie skandynawskich Finlandia jest bowiem państwem opiekuńczym, w którym obywatel jest prowadzony przez rząd – od urodzenia do śmierci. W USA natomiast państwo nie wtrąca się do życia mieszkańców, w rezultacie więc mają oni więcej wolności. Stop! Jak więc wygląda rzeczywistość według autorki?

Anu Partanen, fińska dziennikarka, mieszkająca na stałe w Stanach Zjednoczonych, postarała się stworzyć kompendium wiedzy, które będzie analizą porównawczą fińskiego i północnoamerykańskiego systemu społeczno-politycznego. „Ameryka po nordycku” zbiera doświadczenia i fińskie, i te zza Wielkiej Wody, stając się cennym, nieoczywistym spojrzeniem na oba państwa. Oba zostają poddane dekonstrukcji, ale chyba bardziej dostaje się USA, mimo faktu że autorka nie kryje miłości do Stanów. Kraj ten zostaje w tym tekście ukazany jako większa plątanina biurokratyczna, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Dziennikarka, porównując na przykład systemy opieki zdrowotnej, dochodzi do konkluzji, że w jej rodzinnym kraju jest ona – co prawda – państwowa, ale bezpłatna i łatwo dostępna dla każdego. Kosztem, które ponosi każdy Fin, są wysokie podatki, jednak okazuje się, że po wyliczeniach nie mamy do czynienia z przepaścią. W USA bowiem obywatel uiszcza o wiele niższe opłaty państwowe, ale za to – pomijając pewne podstawowe formy opieki dla weteranów i nędzarzy – musi bulić za wszystko niemałe pieniądze. Anu Partanen dowodzi więc, że w sumie taniej wychodzi w Finlandii.

Inną ważną sprawą, którą porusza autorka, jest edukacja. Tu również dostaje się Stanom Zjednoczonym i to nawet mocniej. Jak wieść gminna niesie, fińskie szkolnictwo ponoć nie ma sobie równych; młodzież z tego kraju corocznie zajmuje bardzo wysokie miejsca w badaniu PISA. Natomiast w Stanach edukacja publiczna pozostaje wciąż na bardzo niskim poziomie, co jest bolączką dla wielu Amerykanów. Autorka dowodzi również, że nie było tak zawsze. Opisuje rozwój fińskiej edukacji, który odbywał się stopniowo od lat 70., gdy w ewolucyjny sposób zaczęto wprowadzać odważne reformy. Jednak, co trzeba zauważyć, różnice te wynikają przede wszystkim z odmiennej mentalności obu narodów. Nie sposób przecież mechanicznie przenieść rozwiązań, które sprawdzają się w jednym kraju, do drugiego. Partanen zdaje sobie sprawę, że to tak nie działa.

Natomiast fundamentalną kwestią, która powraca w tekście niczym bumerang, jest koncepcja nordyckiej teorii miłości. Ta mentalna struktura nie obowiązuje tylko w Finlandii, ale również w innych państwach północnych. Trudno ja zdefiniować w kilku zdaniach, ale mimo to spróbujmy to zrobić. Przede wszystkim chodzi w niej o niczym nieskrępowaną wolność jednostki, która najpierw musi zrealizować wszystkie swoje cele, a potem otworzyć się na drugiego człowieka. Rezultatem jest oschłość związków, zimny chów dzieci, nietowarzyskość oraz samotność. Według nordyckiej teorii miłości małżonkom nie wolno poświęcać się za siebie. Nie wolno im tego zrobić, bo ucierpiałaby na tym ich wolność, a to przecież ona jest najważniejsza. Według nordyckiej teorii miłości liczę się przede wszystkim ja i moje pragnienia, inni zaś mogą poczekać, aż się zrealizuję. Autorka widzi w tym systemie myślowym jedynie zalety, gołym okiem zaś widać, że coś tutaj nie gra. Wystarczy chociażby przywołać „Szwedzką teorię miłości” – dokument opowiadający o rozbitych małżeństwach, dzieciach z osłabioną psychiką, smutnej starości i w końcu o zwłokach, których nikt nie odbiera z kostnicy. Dziennikarka nie spostrzega niczego niepokojącego w umieszczaniu sędziwych rodzicach w domach starców, „rodzinach” homoseksualnych oraz coraz to nowych matkach i ojcach, do których muszą przyzwyczajać się zdezorientowane dzieci. Po prostu samorealizacja uber alles!

Z jakiegoś jednak powodu pisarka wybiera Stany Zjednoczone, które chociaż także trawione chorobą liberalizmu obyczajowego, pozostały w pewnej mierze wierne tradycyjnym wartościom. Może edukacja stoi tam na niskim poziomie, może system ubezpieczeń zdrowotnych i podatki są obwarowane gąszczem przepisów, może w końcu państwo nie troszczy się o obywatela tak jak w Finlandii. Anu Partanen wybiera jednak wolność, rezygnując z dużej dozy bezpieczeństwa, której doświadczyła we własnym państwie. Ale jak widać, bezpieczeństwo to wcale nie daje Finom szczęścia. Ci i tak narzekają na rząd, na lekarzy i na szkołę. Chciałaby autorka pogodzić ogień i wodę, stąd tytuł jej opracowania. Marzy jej się trochę Finlandii w USA, przede wszystkim rozumianej jako łatwiejsze przepisy, więcej państwa w państwie oraz nordycka teoria miłości przeszczepiona na amerykański grunt. Mam jednak nadzieję, że ta ostatnia nie tylko do Stanów nie dojdzie, ale zostanie, jako cywilizacyjny rak, wyleczona w Finlandii i okolicach.

Anu Partanen, Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia, tłum. A. Czwojdrak, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017, ss. 349.


Przyznam, że to było moje pierwsze spotkanie z prozą Wacława Holewińskiego. Nie sposób bowiem przeczytać wszystkiego, a że nadarzyła się okazja, aby sięgnąć po „Szwy”, zrobiłem to. Tym chętniej, że tematyka rozliczeń z komunizmem oraz historia najnowsza są mi bliskie. Lubię również bohaterów – samotnych wilków, którzy wymierzają sprawiedliwość, albo przynajmniej dążą do prawdy, obrywając przy okazji po głowie. To właśnie ci ludzie, wiedzeni „Przesłaniem Pana Cogito”, starają się odkryć tajemnice przeszłości i przy okazji dopaść paru łajdaków. Taki jest Maks, alter ego Wacława Holewińskiego, będący w podobnym wieku jak autor, mający również podobne doświadczenia życiowe. Maks jest pisarzem, byłym działaczem opozycji demokratycznej, rozwodnikiem uwikłanym w romans z młodszą o osiemnaście lat kobietą. Jest waleczny i sentymentalny, nieustępliwy i prawy, niczym Don Kichote III RP. Te wszystkie elementy kojarzą się nieco z beletrystyką Gadowskiego, Wildsteina czy Ziemkiewicza. A że wszyscy trzej są lepszymi publicystami niż prozaikami, tutaj już można się domyśleć, jaka będzie puenta. I może Holewiński ma na swoim koncie lepsze pozycje (obiecuję, że sprawdzę), natomiast „Szwy” to średnia krajowa, ot czytadło, przez złośliwych pewnie nazwane mianem prawicowego.

Przede wszystkim tytułowe szwy widzę, co z pewnością jest niezamierzone, w grubych niciach, którymi uszyte są postacie. On, Maks, jest ponury, zbolały i samotny, nawet w związku. Ona, Joanna, jest czterdziestolatką żyjącą teraźniejszością, z ojcem ubekiem w tle. Konflikt, jaki się więc tworzy, jest charakterystyczny dla powieści tendencyjnej. Z góry wiemy, kto w nim jakie pozycje zajmuje. Szkoda, bo można byłoby przynajmniej złagodzić go sarkazmem czy ironią. A w takim przypadku atmosfera przypomina kino moralnego niepokoju, w szczególności Kieślowskiego, którego – przyznaję się – nie cenię i nie jestem w stanie oglądać bez zgrzytania zębów. Celem Maksa jest odnalezienie zabójców Tomasza Miteńki, młodego studenta zamordowanego w latach 80. przez milicjantów. Cała historia jest nawiązaniem do prawdziwej tragedii, która miała miejsce w Olsztynie. Zabity faktycznie nazywał się Marcin Antonowicz i zginął w 1985 roku po mszy, która odbywała się w pierwszą rocznicę morderstwa księdza Popiełuszki. Problem, jaki powieść opisuje, jest więc ważny, tym bardziej że i powieściowi, i realni sprawcy nigdy nie zostali osądzeni. Jednak sposób, w jaki Holewiński tworzy postacie, powoduje, że cała jego opowieść staje się zbyt parciana.

Parciane są też relacje między kochankami. Poświęcam im nieco miejsca, bo bez tego nie obył się również autor „Szwów”. Powieść ta jest bowiem przykładem utworu, w którym sceny miłosne nie mają żadnego sensu, a gdy się pojawiają, stanowią osobliwy konglomerat między sentymentalizmem a biologizmem. Gdy tylko dochodzi do intymnych rozmów bohaterów, dialogi robią się drewniane. A przecież w reszcie tekstu wcale tak nie jest: pozostałe wymiany zdań są realistyczne i całkiem sensowne. W przypadku miłosnych zbliżeń postacie durnieją, a zwłaszcza Maks. Jest niczym solidarnościowy profesor Higgins z „Pigmaliona”, który chce nauczyć swoją konkubinę wrażliwości na patologie III RP. I szkoda, że powieść Holewińskiego skręca w tę romansową stronę; bez niej z pewnością wiele by zyskała.

Samo prowadzenie akcji jest w „Szwach” poprawne, ale również nie porywa. Szczególnie z powodu przewidywalności kolejnych kroków, które będzie podejmować główny bohater. Wiemy, że zależy mu na odkryciu zabójców Miteńki, a zbyt szybko dowiadujemy się, gdzie będzie ich szukał. Nie pojawia się więc w powieści niezbędne napięcie, dzięki któremu śledziłoby się akcję z większym zainteresowaniem. Maks często również bardziej snuje się niż działa, czym przypomina klasycznego polskiego inteligenta, także gęsto zaludniającego świat przedstawiony filmów moralnego niepokoju. Jak na ostrego gościa, na którego pozuje, jest jednak zbyt miękki. Przypomina Toma Hanksa w „Kodzie da Vinci”, skądinąd sympatycznego aktora, który jednak do roli detektywa zdecydowanie nie pasował. Taki jest też Maks – w gruncie rzeczy poczciwy sześćdziesięcioletni pisarz, który chciałby być większym kozakiem niż jest.

W końcu dochodzimy do części publicystycznej „Szwów”, bowiem ich bohater prowadzi zapiski zatytułowane „Dziennik z rozdartego podbrzusza” (okropna nazwa, nawiasem mówiąc). W zapiskach tych dostaje się (i słusznie!) Tuskowi, Platformie Obywatelskiej i całemu zjawisku, którym jest III RP. Jednak są one jedynie bieżącym komentarzem do wydarzeń politycznych, który za kilkanaście lat przestanie być czytelny. Cierpi na tym z pewnością literacka warstwa powieści, a szkoda, bo sam pomysł na nią uważam za trafiony. Zdecydowanie bardziej przekonują mnie utrzymane w podobnym tonie rozważania Piotra Wrońskiego, człowieka, który w latach 80. stał po drugiej stronie barykady, ale dzięki temu ma dzisiaj dość oryginalne przemyślenia. Szkoda więc, że „Szwy” są przeciętną powieścią z tezą, w dodatku obarczoną grzechem romansowego sentymentalizmu. Tematyka zbrodni komunistycznych, jak mało która, wymaga literackiego świadectwa, a nie zrobią tego ani Sylwia Chutnik, ani Cezary Michalski. Trzeba więc liczyć na to, że pisarze „prawicowi” nauczą się pisać bardziej uniwersalne historie.

Wacław Holewiński, Szwy, wyd. Zysk i ska, Poznań 2013, ss. 355.

Gdyby Solidarność, a raczej jej liberalna część, nie dogadała się z komunistami przy Okrągłym Stole, książki takie jak „Weryfikacja” Piotra Wrońskiego nie byłyby potrzebne. Trudno też jeszcze na zimno ocenić, czy to porozumienie było konieczne, czy można było liczyć na odmienne scenariusze, które bardziej oczyściłyby Polskę z komunistycznych złogów. Jednak coraz bardziej wiadomo, że przewrót roku 1989 nie był żadną demokratyzacją, w której skruszeni komuniści z potrzeby serca oddali władzę tym, których prześladowali. Okrągły Stół był skutkiem moskiewskich ustaleń, a że potem rzeczywistość nieco wymknęła się spod kontroli, to zupełnie inna sprawa. W każdym razie romantyczna legenda o wąsatym elektryku i szlachetnym bracie pewnego stalinowskiego prokuratora mieszkającego w Szwecji niech sobie leży włożona między bajki, którymi są szkolne podręczniki do historii. Wizja ta nie ma nic wspólnego z realnym przebiegiem zdarzeń, nie obejmuje bowiem przemożnej roli sowieckich mocodawców oraz tajnych służb. „Weryfikacja” jest powieścią, autor może więc powiedzieć w niej więcej, niż byłby w stanie we wspomnieniach czy pamiętniku. Omawiany już na tych stronach Piotr Wroński to długoletni pracownik wywiadu, zarówno w PRL, jak i w III RP. Jego podejście do sprawy może wydać się cyniczne, ale przecież taka jest polityka, a transformacja ustrojowa należy właśnie do zdarzeń politycznych.

Głównym bohaterem „Weryfikacji”, podobnie jak w pierwszej części zatytułowanej „Spisek założycielski”, jest alter ego autora, tu noszące imię Paweł. Ciekawe to imię, bo kojarzące się z biblijnym świętym, który pod wpływem spotkania z Chrystusem z prześladowcy chrześcijan stał się gorliwym świadkiem nowej wiary. Nie o wiarę jednak tutaj chodzi, ale o szczerą, chociaż świecką spowiedź. Znajdziemy w powieści podobne wątki, jakie poruszał Wroński w swojej „Spowiedzi życia”, czyli rozmowie z P. Wojciechowskim. Tam mówił niewiele, tutaj przyjmując poetykę literatury pięknej, pozwala sobie na wiele więcej. Poznajemy Pawła jeszcze na początku kariery, kiedy zaczyna pracę jako absolwent szkoły dla szpiegów. Odróżnia się on od reszty współpracowników, chociażby tym, że nie ma resortowego pochodzenia. Fakt ten nieco go wyobcowuje, bohater więc już na początku przywdziewa cyniczną maskę. Wydarzenia, w których bierze udział, toczą się od roku 1987 do 1991, nie licząc krótkiego współczesnego finału. Opisane są w sposób znany z powieści szpiegowskiej, zwłaszcza pod koniec. Sensacyjność akcji łagodzą jednak dość gorzkie, niczym u Johna LeCarre, przemyślenia dotyczące ludzkiej egzystencji oraz tego, czym tak naprawdę była transformacja ustrojowa.

„Weryfikacja” rozpoczyna się opisem skomplikowanej akcji mającej na celu rozgrywanie opozycji, bowiem już pod koniec lat 80. wiadomym było, że komuniści będą chcieli się dogadać z jej „konstruktywną” (czytaj: ugodową) częścią. Pojawiają się w niej znani opozycjoniści, tutaj występujący pod pseudonimami. Pan Przewodniczący jest aluzją do Lecha Wałęsy, Michał Adamski – Adama Michnika, Bartosz Pomorski – Tadeusza Mazowieckiego. Są też inni, których rozszyfrowanie pozostawiam czytelnikom. Są tutaj również postaci z drugiej strony barykady, chociażby Kazimierz Maszczyk będący aliasem Czesława Kiszczaka. Zabieg ten intryguje i stanowi zasłonę dymną, dzięki której nikt nie będzie miał pretekstu, aby pozwać autora w procesie o zniesławienie. Przecież to tylko powieść, a bohaterowie fikcyjni nie zniesławiają nikogo, prawda? A mogliby, bo obraz opozycji, a przynajmniej jej ugodowej części, to moralna nędza i rozpacz. Chodzi tylko o władzę, o pieniądze, o profity. Naród? Robotnicy? Szarzy członkowie Solidarności? Przecież to frajerzy, o których nie warto dbać. Patrząc na to, co się stało po Okrągłym Stole, widzimy wyraźnie, że powieściowe sytuacje prawdopodobnie miały miejsce i że fikcyjne postacie są bardzo podobne do swoich realnych odpowiedników.

W „Weryfikacji” może szokować, chociaż jest to obraz znany już z innych publikacji, poziom inwigilacji antykomunistycznego podziemia. Wydaje się, że każde przedsięwzięcie podejmowane przez komórki Solidarności było znane tajnym służbom, a sporo z nich, jak chociażby kolportaż i druk nielegalnych wydawnictw, było wręcz inspirowanych przez SB. Oczy i uszy Służby Bezpieczeństwa były wszędzie, a ciche przyzwolenie na działalność tajną stanowiło element rozgrywania opozycji. Smutne to, ale chyba bardziej zgodne z prawdą niż romantyczny obraz niezłomnej walki. Romantyczni i niezłomni są tu szarzy członkowie, naiwnie wierzący w szlachetność swoich mocodawców. Ci zaś umoczeni są we współpracę z komunistami i zacierają łapska na myśl o przyszłej władzy. Cóż, można się porzygać, widząc te same twarze, które wypowiadają frazesy o walce i historycznym porozumieniu. Taka jest jednak polityka i nie ma w niej miejsca na ładne i szlachetne gesty. Pisze przecież narrator: wiedziałem też, że ludzie zaczynają się domyślać właściwego sensu Okrągłego Stołu, a kiedy zlikwidowano pierwsze fabryki, sprzedano za bezcen budynki, zamknięto kopalnie, przestali się cieszyć i rozejrzeli się za swoimi przywódcami. Powoli do nich docierało, że ci panowie w luksusowych limuzynach i popijający koniak tylko fizycznie przypominają ich majstrów i kolegów.

Powieść Piotra Wrońskiego nie pozostawia zbyt wiele przestrzeni dla optymistów. Zdaniem narratora, przemiany ustrojowe to zamiana jednego kłamstwa na drugie, tylko że zamiast „Trybuny Ludu” teraz czyta się powieściową „Gazetę Elekcyjną” prowadzoną przez Michała Adamskiego. Postać Adamskiego jest w „Weryfikacji” jednym z kluczowych elementów, dzięki któremu można zrozumieć i powieściową, i realną rzeczywistość. Adamski to cynik, układający się z komunistami i tajnymi służbami, który w swojej gazecie straszy faszyzmem i dla którego słowo „patriotyzm” jest obce. Brzmi znajomo. Może niektórzy będą mieli pretensje do autora, że jako pracownik peerelowskich służb nie ma prawa wypowiadać się na temat szlachetnych opozycjonistów. Lecz po pierwsze, „Weryfikacja” jest powieścią, a po drugie, nawet bez Wrońskiego gołym okiem widać, co reprezentuje sobą część byłej opozycji antykomunistycznej.

Piotr Wroński, Weryfikacja, wyd. Editions Spotkania, Warszawa 2015, ss. 301.

Czy wiecie, że w latach 60. do samolotu pasażerskiego można było wsiąść prosto z płyty lotniska, bez odprawy i bez biletu? Przyznam się, że osobiście nie wiedziałem, iż loty traktowano wówczas tak liberalnie. Każdy mógł wnieść na pokład broń, narkotyki czy inne zakazane towary. Złota epoka – można by powiedzieć Wyobraźmy sobie jednak, że ten kompletny brak obostrzeń zostaje wykorzystany przez niecnych ludzi. Tak się właśnie zaczęło dziać w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat 60. i 70. Doszło wówczas do serii porwań, których naliczono około stu pięćdziesięciu. W najgorętszym okresie nie było tygodnia, aby choćby jeden samolot nie został uprowadzony. Zjawisko to nakłada się na rewolucję obyczajową, wybuchy antywojennych demonstracji oraz ciemne strony ideologii hipisowskiej. Nakłada się, a raczej stanowi – razem z wymienionymi powyżej – spójną całość, która każe spoglądać na zachodni świat w kontekście negatywnych zjawisk społecznych. Zjawiska te, owszem różnorodne, wpisują się w całościowo ujęty problem lewicowego terroryzmu. Bo kto porywał te samoloty? Często zwykli szaleńcy, z których duża część robiła to w proteście przeciwko wojnie lub dla poparcia światowej międzynarodówki komunistycznej. Nie bez przyczyny pierwsze lądowania uprowadzonych samolotów miały miejsce w Hawanie.

„Niebo jest nasze” Brendana I. Koernera to brawurowo napisany reportaż dotyczący tego właśnie zjawiska. Autor z zacięciem dziennikarza śledczego bierze się za bary z tematem, który wydaje się reporterskim samograjem. Tym ciekawiej czyta się tę książkę, że w odróżnieniu od schematycznych powieści sensacyjnych, pisanych zgodnie z modelem akcji, tutaj zdarzyć może się absolutnie wszystko i do końca nie jesteśmy pewni zakończenia. Aby zachować ciągłość opowieści, autor główną jej część poświęcił dwojgu porywaczy – Kathy Kerkow i Rogerowi Holderowi. Ona – biała prymuska i zdolna uczennica college’u, zafascynowana Czarnymi Panterami, on – amerykański Murzyn, weteran wojny w Wietnamie, borykający się z zespołem stresu pourazowego – oboje stanowili przestępczą parę, niczym Bonnie i Clyde ery wyzwolenia seksualnego. Zostali kochankami i towarzyszami niedoli w „faszystowskich” Stanach, aż w końcu nadszedł 2 czerwca 1972, kiedy oboje wsiedli do samolotu lecącego z Los Angeles do Seattle. Maszyna została porwana i tu zaczęła się epopeja terrorystycznego duetu. Służbom USA nie udało się aresztować Kerkow i Holdera, toteż oboje zostali na przymusowej emigracji, najpierw a Algierii, a potem we Francji, gdzie stali się bohaterami lewicowej bohemy. Kochali ich i podziwiali Yves Montand, Jean-Paul Sartre, ze Stanów przyjeżdżała Joan Baez – to wszystko pokazuje, jaki poziom etyczny i intelektualny prezentowała cała ta lewacko-hipisowska czeredka.

Nie zdradzam wielu szczegółów z życia pary, nie piszę również, jak zakończyły się jej losy, pozostawiając czytelnikowi satysfakcję z odkrywania prawdy. Drugim elementem składowym reportażu Koernera są informacje o innych porwaniach, które układają się w chronologiczny ciąg wydarzeń. Poznajemy w nim niewielu, najczęściej zaburzonych bohaterów, których wspólnym mianownikiem jest chęć zwrócenia na siebie uwagi. Okazuje się bowiem, że motywacją do porwań była nie tylko antywojenna postawa, ale na przykład kompleksy, niepowodzenie w pracy czy kłótnia z żoną. Liczba uprowadzeń samolotów narastała według zasady śniegowej kuli, a ich sprawcy rozbisurmanieni działaniami swoich poprzedników, żądali coraz większych okupów i coraz bardziej egzotycznych destynacji. Niektórzy wyskakiwali w locie, uprzednio żądając dostarczenia spadochronów. Pół biedy, jeśli mieli jakiekolwiek przeszkolenie w tej materii, gorzej, jeśli byli laikami.. Wówczas łatwo można się domyśleć, w co zmieniali się po zetknięciu z ziemią. Liczba porwań niepokoiła służby bezpieczeństwa i personel lotnisk, toteż stopniowo zaostrzano procedury. Nie były one, co może dziwić, dobrze przyjmowane przez przewoźników, którym wydawało się, że z ich powodu stracą zniechęconych kontrolami klientów. Że nic takiego się nie stało, widać gołym okiem.

Brendan I. Koerner napisał interesującą pozycję, która z pewnością jest jednym z najciekawszych opracowań w tegorocznej literaturze non fiction. Dzisiaj porwania samolotów stanowią absolutny margines, a ostatnie spektakularne uprowadzenie zakończyło się rozwaleniem wież World Trade Center 11 września 2001 roku. Dlatego też warto zajrzeć za tę kurtynę i stanąć twarzą w twarz z szaleńcami, którzy dopuszczali się tych aktów. Może właśnie dzisiaj, gdy widmo lewackiego terroru pojawia się na horyzoncie, a syte polityczne koty przestrzegają przed „populizmem” i „nacjonalizmem”, warto dowiedzieć się, co się dzieje, gdy do głosu dochodzą sfrustrowani maniacy, którym wydaje się, że imię wątpliwych ideałów humanitaryzmu i antywojennego bełkotu są w stanie uratować świat. Główni bohaterowie reportażu Koernera – Kerkow i Holder – skończyli zupełnie inaczej, niż sobie wymarzyli, i to jest najlepsza lekcja.

Brendan I. Koerner, Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego, tłum. B. Gadomska, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 293.

Pisząc o Petersburgu i nie nawiązując, nawet polemicznie do „Ustępu” III części „Dziadów”, robi się spory błąd. Tym bardziej, że zamiast Mickiewicza, autorka przywołuje – nie wiedzieć czemu – Krystiana Lupę i jego spektakl „Miasto snu”, który posłużył za tytuł całości reportażu. Książka Joanny Czeczott chce jednak być czymś więcej, niż jest. A jest zbiorem różnych tekstów reporterskich na temat dawnej stolicy Rosji, pisanych na przestrzeni lat, wśród których są te lepsze i te gorsze. „Miasto snu” pretenduje jednak do szkicu antropologicznego, czemu służy przywoływana przez autorkę z uporem maniaka aluzja do spektaklu awangardowego twórcy teatralnego. Jeśli chwyt ten miał służyć pogłębieniu analizy miasta, to spalił na panewce, bo zastosowany jest niepotrzebnie i niczego nie wnosi. Proste, pisane według schematu „Dużego Formatu” reportaże nie staną się nagle prozą eseistyczną. Pozostaną tym, czym są: mało skomplikowanymi tekstami poświęconymi pewnym aspektom związanym z Petersburgiem. Przeczytamy więc w nich o przeszłości miasta, o jego budowie, ale i oblężeniu z czasów II wojny światowej. Znajdziemy ustępy poświęcone rewolucji bolszewickiej i współczesnym zagadnieniom, wśród których autorka, jako dobra funkcjonariuszka mediów liberalnych koniecznie musiała poruszyć kwestię gejów i lesbijek.

Dla niektórych czytelników (chociaż pewnie nie tych, którzy czytają ten blog) temat społeczności LGBT jest najważniejszy na świecie. Autorka porusza go z pełnym zaangażowaniem i dramatyzmem, jakby ustawa rosyjskiej Dumy o zakazie propagandy homoseksualnej była najważniejszym problemem współczesnej Rosji. W każdym razie dla bohaterów jej reportażu sprawa ta urasta do największej przeszkody, która uniemożliwia im życie. Na szczęście „Miasto snu” nie jest zbiorem reportaży poświęconych jednemu tematowi. Jak pisałem powyżej, w książce wiele miejsca zajmuje historia Petersburga. Jest ona jednak specyficznie ujęta; zagadnienia historyczne przefiltrowane są przez losy współczesnych bohaterów. I tak, na początku zaznajamiamy się z genezą Miasta Snu (jak chce autorka), dowiadując się, że nie powstało ono na kompletnym odludziu, jak chciał Mickiewicz w „Dziadach”, lecz na miejscu osady, a nawet miasteczka o nazwie Nyen. Zamieszkiwali ją między innymi Wodowie, fiński lud, prześladowany najpierw przez carat, a potem przez komunistów. Okazuje się, że w dzisiejszym Petersburgu żyją jeszcze przedstawiciele tej etnicznej mniejszości. Żyją i mają się dobrze, chciałoby się powiedzieć, ale nie będzie to zgodne z prawdą. Wodowie dzisiaj również mają pod górkę. Mają problemy z założeniem muzeum, które wciąż jest podpalane przez „nieznanych sprawców”.

Innym ciekawszym reportażem jest fragment „Newa w okowach”, który opowiada o ujarzmianiu rzeki przepływającej przez Petersburg. Autorka wspomina o powodziach nawiedzających i pustoszących miasto, z których największa miała miejsce w 1824 roku, również opisana w Mickiewiczowskim dramacie. Ale Joanna Czeczott o tym cicho sza. W końcu okazało się, że Pierre-Dominique Bazaine, francuski inżynier, na początku XIX wieku wpadł na pomysł, jak zapobiec regularnym kataklizmom. Kluczową sprawą było dowiedzenie, że winę za powodzie ponosi nie słodka woda z Newy, ale słony prąd pochodzący z Zatoki Fińskiej. Łatwo się domyślić, że musiało przejść jeszcze sporo fal powodziowych, zanim władze rosyjskie (a potem sowieckie) postawiły tamę. Jej budowa rozpoczęła się równo sto sześćdziesiąt lat po największej powodzi, w 1984 roku.

Wyjątkowym czasem w historii miasta (wówczas Leningradu) była również jego blokada, która rozpoczęła się krótko po zerwaniu przez Niemcy paktu o nieagresji. Wówczas populacja miasta zmalała z 3 milionów do niespełna 800 tysięcy mieszkańców. Rozmówcy autorki szczędzą jej potwornych opisów kanibalizmu czy śmierci głodowej, skupiając się raczej na bohaterstwie tych, którzy przeżyli oblężenie. Miasto-bohater czy jak uczyliśmy się na lekcjach rosyjskiego w podstawówce, gorod-gieroj! Żadne ludożerstwo tylko sława i chwała. Mają Rosjanie tendencję do gloryfikowania własnej przeszłości, a wszystkie trudności i prześladowania, które przeżyli, wliczają w poczet koniecznych wyrzeczeń. Kiedyś podejmowanych w imię Józefa Stalina, dzisiaj – nie wiadomo kogo, może po prostu Wielkiej Rosji.

„Miasto snu” jest jednak nierównym zbiorem i chyba nie dość pogłębionym. Wydaje się, jakby autorka zadowalała się poznaniem jednej opinii. Nie drąży i nie dopytuje, co widać szczególnie w tym najsłabszym z reportaży, który poświęcony jest społeczności LGBT. Ale i po lekturze innych tekstów pozostaje niedosyt. Dowiadujemy się z nich, że większość Rosjan kocha Putina, że niezależni artyści mają trudności i że wszędzie dookoła panuje ruska smuta. Wygląda na to, że autorka pisała swoje teksty pod gotową tezę o złej Rosji, a raczej złej władzy (co nie jest niezgodne z prawdą). Warto jednak przypomnieć, że medium, dla którego również pisze Joanna Czeczott, jeszcze kilka lat temu przedstawiało Władimira Putina jako prawdziwego demokratę i przyjaciela Polski (zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej). Z tego powodu odbieram „Miasto snu” jako pozycję nieszczerą i ślizgającą się po powierzchni problematyki rosyjskiej.

Joanna Czeczott, Petersburg. Miasto snu, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 373.

Rewolucja bolszewicka była największym kataklizmem społecznym w dziejach ludzkości. Jej skutki odczuwalne są do dzisiaj, mimo faktu że komunizm jako system polityczny w Europie już nie istnieje. Istnieje jednak kulturowy marksizm, istnieją również ludzie, którzy komunizm pamiętają i żyją wciąż pod jego mentalnym wpływem. A istniejące dzisiaj, także w naszym kraju, organizacje komunistyczne są wbrew Konstytucji RP legalne i widoczne na ulicach podczas wystąpień i protestów. Jeden z ich przywódców nosi nawet bujną brodę, tym samym upodabniając się do swoich idoli: Marksa, Engelsa i Lenina. Jak widać, lewicowe ukąszenie jest jak zaraza, która nie umiera, ale przeżywa jedynie okresy cofnięcia się oraz remisji. Nie pomagają książki, artykuły naukowe czy filmy: ludzie marząc o sprawiedliwości i równości, są w stanie odświeżać zbankrutowane idee, które kosztowały ludzkość sto milionów ofiar śmiertelnych. Zawsze bowiem jest tak, że odwołując się w polityce do powszechnej równości, prześladuje się tych, którzy temu egalitaryzmowi rzekomo przeszkadzają. Respektowanie praw „seksualnych mniejszości” oznacza w praktyce dyskryminowanie religii, a „prawa kobiet” to wyłącznie chęć do aborcji na życzenie. Nic się więc nie zmieniło od wystąpienia Lenina (a tak naprawdę od rewolucji francuskiej), a żarliwość oraz fanatyzm dzisiejszych komunistów przypomina sytuację sprzed stu lat.

O tym, jak rewolta bolszewicka przeorała rosyjskie i sowieckie społeczeństwo, opowiada Orlando Figes w „Szeptach”. Publikacja ta jest jedną z bardziej znaczących rozpraw poświęconych temu najgorszemu systemowi politycznemu w dziejach świata i można ją postawić obok wznowionej w tym roku „Czarnej księgi komunizmu”. Wymieniona przed chwilą pozycja skupia się na politycznym i ludobójczym wymiarze czerwonego systemu, biorąc pod lupę wszystkie państwa, w których się on objawił. „Szepty” natomiast skupiają się jedynie na Związku Sowieckim, koncentrując się na historiach zwykłych ludzi, toteż można je nazwać historią życia prywatnego w ZSRS. Autor prowadzi czytelnika chronologicznie, począwszy od wystrzału z Aurory, wystąpienie Lenina, jego śmierć, w końcu zaś zwalniając tempo opowieści po objęciu władzy przez Józefa Stalina. Poznajemy kilkaset opowieści; niektóre z nich dotyczą tylko wybranego okresu historycznego, a kilka z nich ciągnie się od roku 1917 do czasów współczesnych. Urywanie historii wiąże się, rzecz jasna, ze śmiercią lub zaginięciem członków rodzin, o których mowa. Tylko nieliczni mieli szczęście przeżyć Lenina i Stalina, dożywając do spokojniejszych czasów Berii, Chruszczowa i Breżniewa. Największe żniwo niósł oczywiście stalinowski terror, który atakował falami, zwłaszcza w latach 1937-38 i krótko po zakończeniu II wojny światowej.

Orlando Figes przedstawia historie sowieckich rodzin w sposób uporządkowany, najpierw wprowadzając niezbędne tło polityczne, które pozwala lepiej zrozumieć ich losy. Ta monumentalna praca wymagała przeprowadzenia setek wywiadów, trwających niejednokrotnie po kilkanaście godzin, przekopania się przez rosyjskie archiwa i współpracy z organizacjami pozarządowymi Federacji Rosyjskiej. Dzisiaj, za rządów Putina, byłoby to możliwe w mniejszym stopniu, nie tylko z uwagi na podkręcenie cenzury, ale również z powodu zamykania rodzinnych archiwów. Pisze autor w posłowiu, że ludzie są dzisiaj (stan na rok 2007) mniej skłonni do zwierzeń niż w okresie rządów Gorbaczowa i Jelcyna. Wtedy Figes doskonale uchwycił moment, w którym ludzie będą chcieli rozmawiać na trudne tematy, nierzadko poruszając je po raz pierwszy. Pierwszym, co rzuca się w oczy szczególnie wymownie, jest parareligijny wymiar komunizmu. Nie jest on niczym nowym, bo poruszany był wielokrotnie przez historyków, jednak czytając pracę Orlando Figesa, spotykamy się ze świadectwami zwykłych ludzi, które nie są przefiltrowane przez historyczne analizy. Szokuje religijna wiara w Stalina, w system sowiecki, również u tych, którzy przeżyli zesłania, tortury, prześladowania – swoje i swoich bliskich. Autor przywołuje wypowiedź Jeżowa, w której stalinowski kat, swoją drogą zamordowany później przez dyktatora, jasno twierdzi, że gdyby wśród zamordowanych tylko 10% stanowili „wrogowie ludu”, i tak by się opłaciło przeprowadzić tę czystkę.





Na to, jak wyglądał komunizm w Związku Sowieckim i jak uniżenie traktowali go zwykli ludzie, ma również wpływ rosyjski fatalizm, tradycja władzy carskiej i bizantyjska religijność. Wygląda więc na to, że serwilistyczne społeczeństwo Rosji, bez zmrużenia oka słuchające batiuszki cara i padające plackiem przed prawosławnymi ikonami, zamieniło cesarza i Boga na Stalina i partię. Nawet po śmierci satrapy ci, którzy rozliczyli się ze swojej wiary w człowieka ze stali, najczęściej nie pozbywali się wiary w partię komunistyczną. Ich argumentacja była typowo religijna: to partia wiedziała lepiej, to partii wszystko zawdzięczali. „Szepty” doskonale dokumentują rosyjsko-sowiecką mentalność; dzięki nim można zrozumieć wybory mieszkańców ZSRS, którzy prawie wcale nie angażowali się w działania opozycyjne. Jeśli człowiek w tym kraju bał się własnej rodziny, to jak mógł ufać obcym?

W „Szeptach” wypowiadają się ci, których członkowie rodzin zostali zesłani na Syberię, mówią również ci, którym zabito najbliższych. Orlando Figes słucha również tych, którym udało się wrócić z obozów pracy; ci najczęściej zapłacili za swoje zesłanie zdrowiem psychicznym. Mówią w książce angielskiego autora zdeklarowani staliniści, mówią krytykujący Stalina leninowcy i trockiści. Do głosu dopuszczeni zostali również nieliczni antykomuniści – jest ich zaledwie kilku. Opowiadają ofiary i kaci, buntownicy i konformiści. Jednym z tych ostatnich jest główna postać tego opracowania Konstantin Simonow, sowiecki pisarz, zawsze płynący na fali i jedna z niewielu osób, która uniknęła jakichkolwiek represji. To on długo po śmierci Stalina czcił jego pamięć, to on również doprowadził do pierwszego wydania w 1966 roku spoczywającego w szufladzie żony Bułhakowa „Mistrza i Małgorzaty”. Ten wielogłos stanowi o sile „Szeptów”, które są drobiazgowo namalowanym freskiem historycznym, w którym w sposób bezprecedensowy historia państwa splata się z historią jego obywateli.

Orlando Figes, Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji, tłum. W. Jeżewski, wyd. Magnum, Warszawa 2014, ss. 760.

Ameryka Południowa to fascynujące miejsce. Bardziej niebezpieczne niż północna część kontynentu, ale i bardziej rdzenne. Gdy protestanci na północy wyrzynali Indian na potęgę, hiszpańscy i portugalscy katolicy na południu w kwestii tej byli bardziej powściągliwi. Stąd też odmienna uroda tubylców i małe szanse na wtopienie się w tłum. Mieszkaniec USA czy Europy Zachodniej widoczny jest tam jak na talerzu; wiążą się z tym faktem różne okoliczności. Nie wszystkie z nich bywają przyjemne, czego doświadczył Tony Kososki (faktycznie Przemysław Śleziak) na własnej skórze. A skąd Polak w Ameryce Łacińskiej? Tego można dowiedzieć się z pierwszej jego książki; „Wiedzieć więcej” jest drugą częścią podróżniczego reportażu. Tym razem autor przemierza autostopem Peru, Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę. Dla laika kontynent ten wydaje się monolityczny, a większość nie jest w stanie odróżnić od siebie poszczególnych krajów. Niżej podpisany również nie jest ekspertem w poniższej tematyce, stąd z zaciekawieniem sięgnął po „Widzieć więcej”. Czy faktycznie po lekturze wiem więcej niż przed nią? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta. I to nie z oczywistych przyczyn.

Tony Kososki jest człowiekiem bardzo młodym, w czasie podróży miał 22 lata, co w zdecydowany sposób odbiło się i na sposobie pisania, i na podejściu do refleksji z podróży. Wiek ten dla jednych czytelników będzie atutem, dla innych stanowi jednak przeszkodę. Zasadniczą zaletą tego reportażu jest jego plastyczny i żywy język. Autor bardzo sprawnie porusza się po polszczyźnie, potrafi uchwycić nastrój permanentnej wędrówki oraz wpleść w tekst emocje. Te – niekiedy euforyczne. W końcu mamy do czynienia z młodzieńcem, który po raz pierwszy został rzucony samotnie na obcy kontynent, gdzie całkiem nieźle sobie poradził. Z tego powodu odczuwa dumę i wielokrotnie o niej wspomina. Wspomina również o przezwyciężeniu kompleksów, które było możliwe właśnie dzięki dalekiej podróży za jeden uśmiech. Zasadą Kososkiego było niepłacenie za transport i wydawanie jak najmniejszej ilości pieniędzy. Dodatkowo na samym początku wędrówki autor stracił telefon i dostęp do karty bankomatowej. Nie oszukujmy się, wielu w jego wieku nie jest w stanie przeżyć godziny bez smartfona, toteż pewnie załamałoby się, chcąc do mamusi. Jednak częste podkreślanie przez Kososkiego terapeutycznego waloru tej podróży może czasem drażnić; autor robi to niezwykle często i dość kompulsywnie, jakby na siłę chciał krzyczeć: patrzcie, nie jestem takim frajerem, jak myśleliście.

Inną kwestią, do której muszę się doczepić, jest poziom refleksji, powiedzmy – filozoficznej, która co rusz pojawia się pomiędzy opisami drogi i spotykanych ludzi. Rozumiem, że autor jest dość młody i że Paulo Coelho pisze podobne kocopały w wieku sędziwym, ale mimo wszystko nie da się tego czytać. Oto kilka próbek. Po powrocie do kraju, podczas spotkania w Krakowie, analizując wszystkie jego dokonania, doszedłem do wniosku, że musiał być to naprawdę spoko koleś. Wyrwał się z ograniczonej Polski do europejskich Włoch i realizował swoje ukryte marzenia o podróżach, przy okazji robiąc tym bardzo dużo dobrego. Ten spoko koleś to Jan Paweł II, jakby ktoś nie wiedział. Wreszcie dotarło do mnie, że każdy człowiek jest jak niezapisana pusta kartka i tylko od nas zależy, co na niej znajdzie. Podobnie naiwny pogląd wypowiedział Rousseau, tyle że w wieku XVIII. I na koniec: Gdyby dla każdego z „wielkich przywódców” człowiek nie był tylko numerem płacącym podatki, lecz także najlepszym przyjacielem, to nigdy nie doszłoby do żadnej wojny. Przyznacie chyba, że nie są to najwyższych lotów przemyślenia, nawet jak na dwudziestoparolatka? Takich wtrętów jest w „Widzieć więcej” całkiem sporo i dla poszukiwaczy literackiego obciachu mogą być one całkiem interesujące.

Nie są natomiast obciachem te części tekstu, które koncentrują się na opisywaniu mijanych państw. Do najciekawszej części książki należą z pewnością rozdziały poświęcone Wenezueli, która od czasów Chaveza stała się miejscem marksistowskich eksperymentów gospodarczych. Widać więc tutaj obrazki, które co prawda dziwią autora, ale dla każdego, kto chociaż jak przez mgłę pamięta realny socjalizm, nie powinny być niczym nowym. Kolejki, racjonowanie żywności, chaos i niezadowolenie, a z drugiej strony deifikacja zmarłego już Hugona Chaveza to przecież nic nowego w socjalistycznej utopii i pojawia się za każdym razem, kiedy państwo zaczyna ręcznie sterować gospodarką. Inny obraz przedstawia kolejne państwo – Kolumbia. Autor opisuje ją jako państwo zmęczone narkotykowym szaleństwem, ale i pełne szlachetnych ludzi, bezinteresownie pomagających obcym. Tony Kososki przygotował się więc do tego zadania i przeczytał minimalną liczbę tekstów pomagających zrozumieć odwiedzane przez niego kraje. Zrobił więc to, czego nie robi większość podróżniczych vlogerów, którzy przynoszą wstyd swoją niewiedzą, tylko odhaczając na mapie kolejne odwiedzone miejsce.

„Widzieć więcej” jest również, pewnie mimowolnie, ciekawym studium dzisiejszych dwudziestolatków. Obraz ten daje dużo do myślenia i zgadza się z analizami socjologów, w których pokolenie to nazywane jest „pokoleniem ja”. Tony Kososki potwierdza te tezy, niemal na każdym kroku podkreślając, kto tu jest narratorem. Zwłaszcza w drugiej części książki, zamiast skupić się na temacie, z lubością powtarza się, pisząc o swojej niezwykłości. Zapewne niezwykłym jest fakt przejechania autostopem tysięcy kilometrów, ale gdyby autor nie wychodził z przechwałkami spomiędzy wierszy, czytelnik doszedłby do tego samego wniosku, co on. Inną cechą tej generacji jest skupianie się na wrażeniach, zamiast analizy rzeczywistości, co również – im bliżej końca reportażu – widoczne jest coraz mocniej. Kososki narkotyzuje się, nadużywa napojów wyskokowych, wchodzi w płytkie relacje międzyludzkie i zachwyca się własnymi przemyśleniami. Do tego jest tak otwarty, kosmopolityczny i tolerancyjny, że gubi gdzieś swój rozsądek. Nie jest przecież prawdą, że podróże każdemu pomagają; niektórzy z ich powodu stają się moralnymi relatywistami.

Tony Kososki, Widzieć więcej, wyd. Muza, Warszawa 2017, ss. 475.

Lewica żywi się kłamstwem, co zaczęło się od samego jej papieża – Karola Marksa. Jego filozofia, mimo że wykorzystuje prawdziwe informacje, robi to w sposób manipulacyjny. Rodząca się w ten sposób dezinformacja jest niczym wirus, który infekuje tych, którzy są mało odporni na medialne ściemy. Podobnie jest z ruchem antyfaszystowskim, w którego skład wchodzą faszyści w sensie dosłownym oraz tabuny bojówkarzy. Lewica, bazując więc na przeinaczeniach, przekręca znaczenie słów i powtarzając je, dochodzi do swoich celów. Wystarczy tylko dostateczna liczba powtórzeń, aby kłamstwo stało się swoją opozycją. Jak bardzo to niebezpieczny proceder, pokazuje historia XX wieku, w którym lewica – zarówno czerwona, jak i brunatna – wymordowała ponad sto milionów ludzi. Przy czym czerwonej, stalinowskiej lewicy udało się przedstawić jej niemieckich konkurentów spod znaku złamanego krzyża jako siłę prawicową. Kłamstwo to powtarzane jest nawet na uczelniach i nie ma sposobu, aby opinię publiczną przekonać, że Hitler również był lewakiem. Podobnie jak reszta socjalistów, opierał swoje poglądy na silnym państwie, nienawiści do chrześcijaństwa oraz inżynierii społecznej. Wydawałoby się, że ślepy powinien zauważyć to podobieństwo, a jest przecież inaczej.

Dlaczego tak się dzieje, tłumaczy „Dezinformacja”, książka autorstwa Iona Michaia Pacepy i Ronalda Rychlaka. Pierwszy z nich jest rumuńskim emigrantem, który uciekł z kraju Ceausescu do USA; w swoim państwie był jednym z ważniejszych urzędników rumuńskiej bezpieki. Drugi jest profesorem prawa międzynarodowego i historykiem religii. Obaj stworzyli pozycję, która stara się obnażyć kłamstwa lewicy i która wyprowadza większość jej działań dezinformacyjnych od tajnej służby Związku Sowieckiego, osławionego KGB. I chociaż taka teza wydaje się karkołomna, autorzy doskonale potrafią ją udokumentować, przytaczając sporą liczbę przypisów. Źródła nie pozostawiają wątpliwości: kłamstwa sowieckiego wywiadu przenikały na Zachód, do Europy i do Stanów, i tam w myśl zasady Mao dotyczącej powtarzanego kłamstwa stawały się elementami obowiązujących narracji. Autorzy w ciekawy sposób biorą na warsztat kilka powszechnych, również w naszym kraju, mitów dotyczących najnowszej historii, i rozprawiają się z nimi, drobiazgowo powołując się na fakty.

Do najbardziej kontrowersyjnych historii, które zostały zdemitologizowane w książce Pacepy i Rychlaka, należy sprawa Piusa XII, który powszechnie określany jest papieżem Hitlera. Liczba przekłamań, które przykleiły się do tej postaci, jest wręcz oszałamiająca, więc autorzy wysoko ustawili poprzeczkę, aby naprostować najważniejsze z nich. Co ciekawe dla laików, współcześni Piusowi XII badacze, a również przedstawiciele świata żydowskiego mieli jednoznaczne zdanie na temat Pacellego. Ten, ich zdaniem, w czasie wojny pomagał Żydom, koniec, kropka. Dopiero uruchomiona przez Związek Sowiecki machina propagandowa zmieniła obraz papieża, który dzisiaj dla większości wydaje się żydożercą kolaborującym z III Rzeszą. W sukurs politykom i tajniakom przyszli, a jakże, artyści! Sztukę szkalującą Piusa XII, która ukazała się pod tytułem „Namiestnik”, napisał Rolf Hochhuth, a wyreżyserował ją Erwin Piscator. Za nimi poszli inni pożyteczni idioci, którzy tłumaczyli i wystawiali ten paszkwil po obu stronach Atlantyku. Uważna lektura „Dezinformacji” nie pozostawia złudzeń, po czyjej stronie leży prawda. 




To nie jedyne działanie antyreligijne, które ma na sumieniu sowiecka tajna policja. Wystarczy dodać tutaj szkalowanie węgierskiego kardynała Józsefa Mindszenty’ego czy chorwackiego purpurata Alojzijego Stepinaca. Również te procesy dezinformacyjne zostają gruntownie omówione w książce Pacepy i Rychlaka. Natomiast w całym tekście autorzy nie skupiają się tylko na religii. Bardzo ciekawym wątkiem jest kwestia głasnosti i idącego za nią demontażu systemu komunistycznego. Ten ostatni, czego autorzy jednak do końca nie podejmują, nie wziął się przecież z buntu ludów Europy Środkowo-Wschodniej, co z woli samego Gorbaczowa, a przede wszystkim sowieckich służb. Przykład Kuby i Korei Północnej pokazuje bowiem, że nie ma takich trudności, które nie pozwalałyby trwać komunizmowi do dzisiaj. Autorzy bardziej skupiają się na samym pojęciu głasnosti, które oznacza wygładzanie wizerunku rządzących. Głasnosti takiej podlegał nie tylko Gorbaczow, ale i Chruszczow, który po Stalinie chciał się pokazać zagranicznej opinii publicznej jako demokrata. Jako demokrata prezentował się również Ceausescu. Ten sam, który został zabity w Boże Narodzenie 1989 roku i był jednym z okrutniejszych satrapów obozu ludowej demokracji.

Osobną kwestią poruszoną przez Pacepę i Rychlaka jest sowiecki czynnik sprawczy w zamachu na Johna Kennedy’ego. Autorzy dowodzą związku zamachowca z KGB i przedstawiają machinę dezinformacyjną mającą na celu zdyskredytowanie, ich zdaniem, Stanów Zjednoczonych, a przede wszystkim ich działań wojennych podejmowanych na Bliskim i Dalekim Wschodzie. Ruchy pacyfistyczne, antywojenne, anarchistyczne, co wiadomo przecież nie tylko z tej książki, były inspirowane przez sowieckie służby, a jedynie pożyteczni idioci widzieli w nich kwiaty we włosach, wesołą muzyczkę i hipisowskie pląsy. Przy czym, ta proamerykańska postawa Pacepy, który jako imigrant, od zawsze marzący o podróży do USA, jest czasami groteskowa. Razi ukazywanie USA jako raju (co autor pisze w sposób dosłowny), kraju przeanielonych ludzi, którzy nie popełniają zbrodni wojennych. To jest właściwie najsłabsza część „Dezinformacji”, ponieważ Pacepa nawet nie sili się na obiektywizm. A szkoda, by bezkrytyczne spojrzenie na Stany miało zaciemnić przekaz całości, która w celny sposób punktuje lewicowe działania dezinformacyjne.

Ion Mihai Pacepa, Ronald J. Rychlak, Dezinformacja, tłum. M. Machnik, wyd. Helion, Gliwice 2015, ss. 400.
O Bliskim Wschodzie niewiele wiemy, poza tym, co serwują nam wiadomości telewizyjne czy internetowe. Wiemy o wojnie w Syrii, pewnie słyszeliśmy o Państwie Islamskim, Iraku czy Afganistanie. Tylko że to jedynie kolorowe obrazki, w których dominuje jedna, uproszczona narracja. I jeśli w tej narracji usłyszymy coś o Kurdach, będzie to z pewnością informacja szczątkowa, dotycząca albo historycznych już ataków Saddama Husajna na ten naród, albo współczesnej ich walki z ISIS. Natomiast kim są Kurdowie, jaką wyznają religię, jakie państwa rozdzieliły sobie ich terytoria – nie dowiemy się z telewizji i radia. Możemy natomiast sięgnąć po reportaż Witolda Repetowicza wydany pod tytułem „Nazywam się Kurdystan”. I jeżeli wcześniej nie mieliśmy okazji pogłębić wiadomości na temat Kurdów, lektura omawianej publikacji będzie w tym niezwykle pomocna. Autor bowiem kreśli dzieje Kurdystanu w perspektywie historycznej i koncentruje się na jego dzisiejszych losach. A te są niełatwe, ponieważ Kurdowie nie mają własnego państwa i stają się celem ataku islamskich terrorystów oraz prześladowań etnicznych. Ziemie, do których się przyznają, leżą w granicach administracyjnych czterech państw: Syrii, Iraku, Iranu oraz Turcji.

Najlepsza sytuacja panuje w Iraku, w którym po interwencji amerykańskiej i obaleniu Saddama Husajna Kurdom zagwarantowano coś na kształt autonomii. Jak widać, mamy do czynienia z klasycznymi rozbiorami, których jako Polacy doświadczyliśmy ponad sto lat temu. Tylko że w naszym przypadku udało się zrzucić zaborcze jarzmo; Kurdystan pod tym względem jest w gorszej sytuacji. Każdy konflikt czy polityczne przetasowanie w tym regionie powoduje nadzieję na odzyskanie niepodległości, potem okazuje się jednak, że sytuacja wraca na stare tory. W tym kontekście nie dziwi więc ani walka partyzancka prowadzona przez Kurdów, ani przyłączanie się do wielu stron konfliktów bliskowschodnich. Bo też nie jest prawdą, że w Syrii walczą ze sobą dwie strony: ta popierająca Asada i jej opozycja. Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, co nakreśla w swojej książce Witold Repetowicz. Z tego względu jej lektura jest przedzieraniem się przez gąszcz faktów i niuansów, z których istnienia najczęściej nie zdajemy sobie sprawy. Przykładem takiego węzła zależności jest kwestia religii Kurdów. Ci, jako naród, nie wyznają tylko jednej. Są wśród nich muzułmanie różnych denominacji, ale również jest sporo chrześcijan. Spotyka się również Jazydów, przedstawicieli ciekawej religii, mającej swoje korzenie w starożytnym kulcie Zaratusztry.

I aby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, autor podaje fakty, z których wynika, że nieliczni Kurdowie walczą również po stronie Państwa Islamskiego. Jak widać, w świetle tych faktów, trudno obronić czarno-biały obraz Bliskiego Wschodu serwowany przez popularne media. Nie wpisywałby się w nieskomplikowany przekaz dnia, który zawsze trafia do większej liczby odbiorców. Pisałem już to przy okazji recenzji reportażu Marcina Mamonia, więc się powtórzę, ale Witold Repetowicz, podobnie jak wymieniony obok niego dziennikarz, nie siedzi po hotelach i nie pije kawy na koszt agencji, ale przemieszcza się po terenie, poznaje ludzi, zaprzyjaźnia się z nimi i w ten sposób staje się wiarygodny. A że podróże po tym newralgicznym obszarze wiążą się z niebezpieczeństwami, mało kto się na nie decyduje. Repetowicz opisuje więc spotkania z lokalną policją, które mogły skończyć się o wiele gorzej, wspomina również o przebywaniu w pobliżu linii frontu. A że do tego posługuje się żywym i komunikatywnym językiem, jego reportaż świetnie się czyta. Do tego autor nie przyłącza się do bezmyślnego chóru zwolenników przyjmowania do Europy nielegalnych imigrantów.

I na koniec jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że kwestia kurdyjska jest tak skomplikowana, mianowicie wewnętrzne skłócenie Kurdów. Wydawać by się mogło, że w walce o niepodległość narody się jednoczą. Zresztą nie trzeba daleko szukać: wystarczy poczytać historię Polski. Tutaj jest podobnie. Różnice religijne i polityczne nie pozwalają Kurdom zjednoczyć własnych sił. Rozbieżności te, z zewnątrz wydające się nieznaczne, definiują tożsamość poszczególnych jednostek, którym z kolei przejść do porządku dziennego nad nimi. W ten sposób wydaje się po lekturze reportażu Witolda Repetowicza, że nad narodem kurdyjskim wisi jakieś nieracjonalne fatum, niepozwalające na zgodę narodową w tak szczególnej chwili. Walka, jak widać, będzie trwała długo i nikt z nas nie wie, czy i kiedy Kurdowie odzyskają upragnioną wolność.

Witold Repetowicz, Nazywam się Kurdystan, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2016, ss. 300.

Lewica kocha nielegalnych imigrantów. Ten truizm znany jest nie od dzisiaj, szczególnie gdy chodzi o kwestię tak zwanych uchodźców. Miłość ta jest tak ogromna, że przewyższa uczucia do własnych narodów i grup etnicznych. Swoją drogą, współczesna ideologiczna lewica i patriotyzm to pojęcia dość mocno się rozjeżdżające. Chór wrażliwych społecznie istot ludzkich przychylających niebo (świeckie, oczywiście, najlepiej to z komunistycznego hymnu Lennona pt. „Imagine”) wszelkiej maści obcym (albo Innym, jak chciałby samozwańczy książę reporterskiego ściemniania), intruzom, a nawet terrorystom, zaczyna już lekko fałszować. Ten nieczysty ton wiąże się z zadyszką, którą złapała w ostatnich latach Europa Zachodnia. Mianowicie, polityka otwartych granic spowodowała niespotykany do tej pory kryzys imigracyjny, który w dziejach nowożytnych jest zjawiskiem bez precedensu. Niektórzy przedstawiciele lewicy, zetknąwszy się z rzeczywistością, zaczynają przeglądać na oczy. Jedną z jej przedstawicielek jest Hege Storhaug, norweska feministka, obrończyni praw człowieka oraz zadeklarowana ateistka. Jej książka „Islam. Jedenasta plaga” jest kijem w szprychy włożonym współczesnej lewicy. Nie pozostawia bowiem wątpliwości, że kryzys imigrancki nie jest okazją do ubogacania kulturowego, a raczej ponurą wizją nowego totalitaryzmu.

Swoją drogą, zastanawiam się nad recepcją tej pozycji w naszym kraju. Czy przeczytają ją tylko przekonani i zadeklarowani przeciwnicy współczesnej imigracji, czy może trafi również do jej zwolenników. Jeśli nawet tak się stanie, nie mam wątpliwości, że autorka zostanie obwołana islamofobką, rasistką, faszystką i zdrajczynią lewicowych ideałów. Cóż, pozostanie jeszcze mocniejsze przekonanie, że środowisko, z którego pochodzi Hege Storhaug, wiedzione nienawiścią do wartości europejskich wynikających z chrześcijaństwa, gra na zniszczenie cywilizacji łacińskiej, a imigrancka fala jest w tym bardzo pomocna. W każdym razie autorka wcale nie musi być chrześcijanką, aby w wyraźny i ostry sposób krytykować współczesny islam. Przybiera w tej krytyce nieprzejednany ton, czym zbliża się do Oriany Falacci, która również przejrzała na oczy w kwestii religii muzułmańskiej. „Islam. Jedenasta plaga” – aby dobrze sformułować swoje tezy – rozróżnia dwa islamy: mekkański i medyński. Różnica ta jest warunkowana dwoma etapami życia Mahometa. W pierwszym z nich prorok był założycielem nowej religii, pokojowo nastawionym do otoczenia. Po ucieczce do Medyny zaczął się wojowniczy etap w jego życiu. Współczesny islam, przede wszystkim w wydaniu salafickim i wahabickim, tę wojowniczość przyswoił sobie jak mało co.

Islam jest stosunkowo młodą religią i znajduje się na etapie ekspansji i dynamicznego rozwoju. Nie dziwi więc fakt, że ideologia dżihadu, rozumiana jako święta wojna przeciwko niewiernym, jest atrakcyjna dla wielu wyznawców religii mahometańskiej. Przy czym, jak tłumaczy autorka, religia ta jest skończonym systemem, który organizuje dosłownie wszystko, począwszy od życia politycznego, poprzez zwyczaje żywieniowe, aż do tego, której ręki należy używać w toalecie. Hege Storhaug wyciąga więc wniosek, że islam to nie tyle religia, co system totalitarny, od którego ucieczką może być tylko śmierć. Już widzicie, dlaczego współczesna lewica, włącznie z tak zwanymi antyfaszystami kocha islam i nie pozwoli na żadne słowa krytyki wobec niego? Stara miłość nie rdzewieje, a skoro Lenin i Stalin już nie żyją, należy znaleźć sobie nowego sojusznika w niszczeniu cywilizacji i religii chrześcijańskiej.

„Islam. Jedenasta plaga” jest więc donośną krytyką tytułowej religii i wiążącej się z nią imigracji. Jest książką niezwykle pieczołowicie udokumentowaną; posiada kilkaset przypisów, których weryfikacja nie powinna pozostawiać żadnych problemów. Autorka pisze o strefach no-go, uznawanych przez lewaków za prawicowy mit. Podaje przykłady francuskie, brytyjskie, szwedzkie i norweskie, podając liczby i konkretne przykłady przestępstw dokonywanych przez islamskich imigrantów: morderstwa, w tym zabójstwa honorowe, gwałty, okaleczanie kobiet, zmuszanie dziewięcioletnich dziewczynek do zamążpójścia (bo przecież Mahomet pojął Aiszę właśnie w tym wieku). Gdyby któryś z tych czynów dokonał biały człowiek, obywatel Szwecji czy Norwegii, długo by nie czekał na postawienie zarzutów. Muzułmańskim imigrantom w dużej mierze uchodzi to na sucho. Policja bowiem boi się oskarżenia o rasizm, poza tym jej pole działania jest ograniczone, a w strefach no-go prawie niemożliwe. Autorka pokazuje czarno na białym, że integracja i multikulturalizm są mitem, który założył Europie pętlę na szyję.

Cenny jest także fakt, że cała ta krytyka odbywa się z pozycji lewicowo-oświeceniowych. Hege Storhaug, jako osoba niewierząca, nie ma sentymentów do żadnej religii, ale zauważa, że to nie chrześcijaństwo generuje dzisiaj problemy w Europie. Te problemy generuje islam i wystarczy przeczytać omawianą pozycję, aby się o tym przekonać. Przy czym to nie terroryzm jest największym problemem. Najgorsze rzeczy dzieją się po cichu, a do nich należy podmiana etniczna, przejmowanie szkół oraz instytucji samorządowych, tak aby w podporządkowanych sobie enklawach wprowadzać religijne prawo szariatu. Podobnie, jak po II wojnie światowej komuniści, tak dzisiaj islamiści zakładają instytucje o neutralnie bądź przyjaźnie brzmiących nazwach, i póki nie dominują liczbowo, zachowują się familiarnie, rozpowiadając o religii pokoju. Dopiero potem, po cichym przejęciu, okazuje się, że to – jak śpiewał zespół Proletaryat – pokój z kulą w głowie.

Hege Storhaug, Islam. Jedenasta plaga, tłum. A. Nikolewicz, wyd. Stapis, Katowice 2017, ss. 335.

Podróże podobno kształcą, a w rzeczywistości tylko tych, którzy wiedzą dokąd i po co się w podróż wybrali. Tych niewykształconych jest mnóstwo, przy czym nie mam na myśli januszy last minute, ale podróżniczych celebrytów, którzy swoje wrażenia z egzotycznych wojaży najczęściej plagiatują, a na okładkach ich książek w centralnym punkcie widnieją ich nieskalane myśleniem oblicza. Na szczęście do tej grupy nie należy Wojciech Rogala, który w świecie podróżniczych literatów jest człowiekiem znikąd. Czytelnika nie obciąża więc fakt, że autor relacji czy reportażu z zagranicznej wyprawy jest znaną twarzą w światku pisarskim, dziennikarskim, aktorskim (niepotrzebne skreślić). Aktor czy dziennikarz (a może lepiej napisać „prezenter pogody”) napisze cokolwiek, co się wyda w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, przy czym kuleć będzie merytoryczna część jego publikacji. Autorzy-pasjonaci, do których zalicza się Wojciech Rogala, pod względem biznesowym mają trudniej, bo nie idzie za nimi fama nazwiska, ale najczęściej piszą o wiele bardziej rzeczowo. I z czystym sumieniem mogę to stwierdzić w przypadku „Witajcie w białej Afryce”. Reportaż ten nie jest może rewelacyjny pod względem literackim, wszakże jego autor w życiu codziennym zajmuje się czymś innym niż pisanie, ale faktograficznie stoi na wysokości zadania.

Sam oksymoron w tytule może drażnić, ponieważ Afryka jest kontynentem kojarzonym z ludnością murzyńską. A każdy, kto ośmiela się zauważyć, że niektóre państwa Czarnego Lądu zamieszkuje rdzenna ludność biała i że ma ona do Afryki takie samo prawo jak czarnoskórzy, jest przez wiadome środowiska okrzykiwany mianem rasisty. Swoją drogą, ci sami ludzie oburzają się, gdy część politycznych środowisk na naszym kontynencie uznaje Europę za naturalne środowisko dla ludności białej i z niechęcią odnosi się do kwestii przyjmowania uchodźców. Murzyn może być dumny ze swojej skóry i wprowadzać rasistowskie prawa dyskryminujące białego człowieka. Biały człowiek – absolutnie nie. Cóż, socjaliści i logika to dwa różne światy. Wydaje się, że Wojciech Rogala stoi w poprzek tym politycznie poprawnym sądom, o czym wielokrotnie daje do zrozumienia w swoim reportażu. Głównym tematem „Witajcie w białej Afryce” jest młode państwo, sąsiadująca z RPA Namibia, która – z tego, co pisze autor – jest jednym z najbezpieczniejszych państw afrykańskich. Przez 1990 rokiem stanowiła federacyjny organizm wspólnie z Republiką Południowej Afryki, a dzisiaj jest krajem, w którym odmiennie niż na pozostałych częściach kontynentu, rządzi demokratyczny rząd.

W Namibii biali ludzie stanowią sześć procent tego ponaddwumilionowego państwa. Językiem urzędowym jest angielski, ale częściej słyszy się afrikaans oraz niemiecki. Ten pierwszy to skutek ścisłego powiązania z RPA, a drugi – burzliwej historii kolonizacji. Niemcy, pod wodzą Bismarcka, prędzej chętne były, aby poszerzać swoją przestrzeń życiową w Europie, co boleśnie odczuli nasi rodacy w zaborze pruskim. Jednak polityczny wyścig kolonizacyjny powodował, że Rzesza nie chciała pozostawać w tyle. Skutkiem tego wyścigu było zasiedlanie południowo-zachodnich rubieży Afryki. Nie dziwi więc dzisiaj fakt, że niektóre miasteczka w Namibii przypominają poniemieckie miejscowości na Dolnym Śląsku. Autor staje tutaj w rozkroku, ponieważ podziwia zapał pionierów, budujących na pustyni swoje domostwa, linie kolejowe, sprowadzających materiały z całej Europy. Z drugiej strony widzi ludobójcze zapędy Niemców, które o kilkadziesiąt lat wyprzedziły II wojnę światową. Otóż, obozy koncentracyjne, eksperymenty medyczne na ludziach, idea podludzi i przestrzeni życiowej były testowane przez Niemców właśnie w Namibii. Widać więc, że prawdziwi Aryjczycy mają to we krwi. Czytając o tym, co Niemcy robili z czarną ludnością, wcale nie żałuję dzisiejszego losu ich potomków.

Faktem jest natomiast, że i biali i czarni mieli na swoim koncie podobne zachowania. Część rdzennych ludów na przykład prześladowała Buszmenów, nie uważając ich za ludzi, a jedni i drudzy tak samo odmawiali człowieczeństwa Basterom, czyli mieszankom afrykańsko-europejskim, którzy do dziś dnia czują się w Namibii obywatelami drugiej kategorii. Jak więc widać, myślącemu człowiekowi trudno zamknąć opowieść o Afryce we frazesach o rasizmie, kolonializmie, złych białych i szlachetnych dzikusach. Rzeczywistość jest bardziej zagmatwana, a Wojciech Rogala, obserwując Namibię z bliska, próbuje rozwikłać ten węzeł gordyjski. Dzisiejsza Namibia poszła bowiem drogą RPA, wprowadzając wzorem socjalistycznych państw w Europie Środkowo-Wschodniej punkty za pochodzenie. Ta akcja afirmacyjna nakazuje białym, którzy w większości rządzą gospodarką tego kraju, zatrudniać czarnych, również na kierowniczych stanowiskach. Natomiast jest to państwo przyjaźniejsze dla białego człowieka; nie giną tam farmerzy, co dzieje się w Zimbabwe i RPA, a przestępczość utrzymuje się na bardzo niskim, szczególnie w Afryce, poziomie.

„Witajcie w białej Afryce” pokazuje więc nieco inny obraz tego kontynentu. Do tego skupia się na państwie praktycznie nieobecnym w polskich mediach. O tym medialnym milczeniu rozmówcy autora wypowiadają się jednak pozytywnie. Bo przecież nie mówi się głośno o krajach, w których nic złego się nie dzieje. Nie jest z pewnością Namibia rajem na ziemi, ale – co podkreślają biali ją zamieszkujący – da się w niej żyć i to pomimo prowincjonalnej nudy. Jednak wszyscy zgodnie podkreślają, że nie identyfikują się z dzisiejszą polityką państwa, nie obchodzą świąt narodowych, a w dodatku zastanawiają się, ile potrwa ten spokój. Trudno orzec, jakie będą losy Namibii, ale jedno jest pewne: biały człowiek ma w jej przeszłości i teraźniejszości zapisane miejsce.

Wojciech Rogala, Witajcie w białej Afryce, wyd. Muza, Warszawa 2017, ss. 429.