Czy istnieją na tym świecie intelektualiści nielewicowi? Z pewnością dla tych z lewej strony odpowiedź musi być negatywna, w myśl zasady: kto nie z nami, ten przeciwko nam. Natomiast dla tych drugich, wykluczonych w myśl tolerancji represywnej, sprawa nie jest już taka prosta. Okazuje się bowiem, że świat myśli i idei – jak wszystko – jest podzielony, i to według przeróżnych kategorii. Religijnych, społecznych, gospodarczych czy w końcu politycznych. Fakt tego podziału prowokuje zatem do istnienia sporów światopoglądowych, lecz te – dziwnym trafem – toczą się na dwa sposoby. Albo stanowią pozorny spór w światku lewicowych intelektualistów, albo wychodzą ze świata myślicieli konserwatywnych i nie są przez lewicę zauważane. Chyba że jako przyczynek do kpiny i cynicznych uśmieszków. Toteż Roger Scruton, znany i uznany brytyjski filozof, nie ma złudzeń. Jego praca, co zaznacza w ostatnim zdaniu „Myślicieli nowej lewicy”, jest daremna. Naturalnie więc rodzić się musi pytanie, w jakim celu pojawiła się jego książka, będąca krytyką sposobu myślenia pogrobowców Karola Marksa? Być może to ostatnie zdanie jest zaledwie grą podjętą z czytelnikiem, który doszedł do końca tekstu, a być może wynika ze zjadliwego angielskiego sarkazmu, od którego skrzy się ta publikacja.

Fakt ten nie jest jednak najważniejszy, bo przecież nie może nam przesłonić faktów, które zdają się krzyczeć z każdej strony „Myślicieli nowej lewicy”: ta ostatnia jest współczesną gnozą, wiarą religijną, która w świecie bez religii ma stać się językiem nowej, świeckiej transcendencji. Może to i uproszczenie, ale Scruton pisze przekonywająco, analizując meandry i bezdroża myśli przedstawicieli tak zwanej Nowej Lewicy. Jego wykład jest chronologiczny, bo zaczyna się od Brytyjczyka Erica Hobsbawma, publikującego krótko po II wojnie światowej, a kończy się na Slavoju Žižku, idolu współczesnych studentów kulturoznawstwa. Co jest zatem punktem wspólnym tych wszystkich przedstawionych przez Scrutona ideologów? Co stanowi wspólny mianownik dla wyżej wymienionych, ale i dla Sartre’a, Habermasa, Foucaulta, Lacana, czy w końcu Gramsciego? Jest to z pewnością rewolucyjna wiara w to, że można zmienić naturę człowieka tak, aby był on w stanie stworzyć utopię. Jednym słowem, jest to głupstwo stare jak stary jest dzisiaj Karol Marks. Autor w ostatnim rozdziale nie może wyjść ze zdumienia, że idee marksizmu-leninizmu, które zdawał się pogrzebać raz na zawsze upadek komunistycznej Europy, odżyły znów w najmłodszym pokoleniu myślicieli. Zastanawia się więc, skąd ta atrakcyjność.

Można zobaczyć ją na poziomie języka, bowiem lewica komunistyczna zawsze dokonywała jego dekonstrukcji, tworząc nowomowę, która dzisiaj buduje ideę politycznej poprawności. Lewica więc, pragnąc równości, sama sobie zaprzecza, twierdząc, że w społeczeństwach istnieją ludzie, którzy w publicznym dyskursie nie powinni istnieć (na przykład liberałowie gospodarczy, nacjonaliści, chrześcijanie itd.). Innym źródłem atrakcyjności jest mglista obietnica iluminacji, która roztaczana jest przed odbiorcami filozoficznych tekstów lewicy. Analizując ich język, Scruton dochodzi do wniosku, który być może wzbudzi furię w tymże środowisku, że większość dzieł omówionych przez niego autorów to po prostu bełkot. A bełkot, zdaniem konserwatysty, jest sposobem na zaciemnienie przekazu i na ukrycie go pod pseudointelektualnym slangiem, którego odszyfrowanie zwiastuje dotknięcie tajemnicy, niczym u alchemika zgłębiającego okultystyczne księgi.

Jednym z najbardziej niedorzecznych pomysłów na formę tekstów, które mają zaciemniać ich właściwy przekaz, jest używanie symboli matematycznych. Czynili tak Jacques Lacan i Alain Badiou – ten pierwszy, jak twierdzi Scruton, bez znajomości matematyki. Co więcej, Lacan w jednym ze swoich pseudomatematycznych twierdzeń zastosował pierwiastek z liczby minus jeden. Fakt ten mówi sam za siebie. Po odarciu tych tekstów z pozorów naukowości okazuje się więc, że kryją się za nimi dwie rzeczy: po pierwsze pustka, widoczna chyba najbardziej u Jeana Paula Sartre’a, a po drugie nienawiść do wszystkiego, co kojarzone z konserwatywnym sposobem życia: kapitalizmem, klasą średnią, religią. Język tych filozoficznych traktatów, zanim (albo jeśli w ogóle) dojdzie się do ich sedna, składa się zatem z zaklęć, ukutych ze słów, które w ustach ich autorów dawno straciły swoje prawdziwe znaczenie.

Co zatem stanie się, gdy odrzemy je z tego bełkotu? Ukażą się stare koncepty, znane już od czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Pogarda dla odmiennych poglądów, chęć eksterminacji inaczej myślących i totalna destrukcja, po której ma zapanować nowy ład. Jaki, tego nikt z rzeczonych myślicieli nie tłumaczy. W tym świetle nie będzie więc dziwił fakt, że Slavoj Žižek wychwalał „terror humanistyczny” Robespierre’a, a z drugiej strony ganił to samo zjawisko w hitlerowskich Niemczech. Tenże słoweński filozof stwierdził również, że różnica między stalinowskim gułagiem a nazistowskim obozem zagłady była w danym momencie historycznym różnicą między cywilizacją a barbarzyństwem. Inni, jak Alain Badiou, pisali peany na cześć Lenina oraz Mao, nie mogąc nachwalić się rewolucji kulturalnej w Chinach. Ten, tak naprawdę, nihilizm myślicieli Nowej Lewicy, najlepiej podsumowuje sam Roger Scruton: o jaką sprawę chodzi? Odpowiedź znajdziecie na każdej stronie ich bezmyślnej paplaniny. O żadną.

Roger Scruton, Głupcy, oszuści i podżegacze. Myśliciele Nowej Lewicy, tłum. F. Filipowski, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2018, ss. 427.

Potencjał tkwiący w polskiej fantastyce wydaje się wręcz niewyczerpany. Fantastyka bowiem, jako gra z wyobraźnią, może w dowolny sposób łączyć elementy świata przedstawionego, i chociaż powinna bardziej niż literatura głównego nurtu dbać o logikę opowieści, ma prawo pozwolić sobie na większą swobodę. Może wchłaniać w siebie nie tylko elementy stricte nierealistyczne, ale wykorzystywać inne aspekty prozy gatunkowej. Może również sięgać po tak zwaną literaturę wysoką, zadając kluczowe pytania, które ta pierwsza tak naprawdę przestała zadawać, gdy utonęła w egzystencjalistycznym i postmodernistycznym bagnie. Bo oto mam przed sobą „Miraż” mało znanego pisarza, Zbigniewa Wojnarowskiego, który jest kolejną odsłoną niezwykle ciekawej serii „Zwrotnice Czasu. Historie alternatywne” wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury. Tym razem ta historia, w założeniu pomyślana jako dzieje Polski, jest zaledwie tłem, na którym rozgrywają się niesamowite wydarzenia. Ich głównym, łączącym je wszystkie motywem, jest tytułowe kino, w którym wyświetlane są filmy związane z konkretną epoką – począwszy od przedwojnia aż do czasów nam współczesnych. Dzięki temu zabiegowi „Miraż” może być interpretowany jako powieść, ale również jako zbiór opowiadań – każdy z rozdziałów ma bowiem zupełnie innych bohaterów. Łączy je tylko zabieg szkatułki – wszystkie są snute przez tę samą postać, starego operatora, pracującego przez długie lata w tytułowej placówce.

Głównym bohaterem powieści jest więc kino. To tutaj pojawiają się wszyscy główni bohaterowie, a każdy rozdział ma innego protagonistę. Tutaj pojawiają się filmy, związane z epoką, w której powstały. Tutaj w końcu dochodzi do zmiany rzeczywistości – to kino „Miraż” jest bramą do alternatywnego świata, który przypomina ten, tylko jest jakby bardziej spotęgowany. Z tej alternatywnej rzeczywistości nie ma ucieczki; bohater wszedłszy w nią, zostaje w niej na zawsze, natomiast na pierwszym poziomie znika bez śladu. Ten ciekawy zabieg, chociaż spotykany wielokrotnie w literaturze i filmie, został w utworze Wojnarowskiego ujęty dość oryginalnie. Czy to epoka przedwojenna, czy okupacja hitlerowska, stalinizm, czasy Gomułki albo Stanu Wojennego – każdy staje się w tym drugim świecie swoją gorszą wersją. Atmosfera gęstnieje, a bohaterowie domyślają się, że stąd nie będzie ucieczki. To więc nie zagadka czasoprzestrzeni, którą można rozwiązać niczym w „Interstellar”, ale wieczność – piekło polskiej historii, które nigdy się nie skończy. Przy czym to nie historia jest w „Mirażu” najważniejszą kwestią. Ta, stanowiąc zaledwie tło rozgrywających się wydarzeń, odpowiada za nastrój opowieści.

Innym bohaterem jest miasto, ukazane tak anonimowo, jak to tylko możliwe, jednak kojarzyć się może z wieloma ośrodkami średniej wielkości. Nie jest to zapewne stolica, nie jest też zupełnie prowincjonalna dziura. „Miraż” ukazuje, rozdział po rozdziale, czy opowiadanie po opowiadaniu, zmienność tej lokacji. Przed wojną i w jej czasie jest to mała mieścina, natomiast w czasach komunizmu podlega ona metamorfozom, którym podlegały wszystkie polskie miasta. Pojawiają się nowe budynki, do niektórych wprowadzają się budzące grozę instytucje państwowe, zmieniają się również nazwy ulic. Jest jakby nowocześniej. Historia Polski jest tutaj więc bardziej historią życia prywatnego niż opisem dziejów politycznych. Wojnarowski przy tym zadbał o szczegóły; dzięki tym umiejętnie dobranym detalom jego opowieść staje się wiarygodna. Nie trzeba się wstydzić za autora, bo odrobił on pracę domową, tworząc tło wydarzeń tak, aby faktycznie przypominało czasy, o których pisze.

Występuje w tej powieści również ludzki bohater główny, który łączy ze sobą wszystkie części. Jest on słuchaczem gawęd starego Geibla, operatora kina „Miraż”. Musi odgadnąć pewien sekret, który w finale połączy go ze wszystkimi usłyszanymi historiami, czego naturalnie się nie domyśla. Ten zabieg zbliża tekst Wojnarowskiego do powieści kryminalnej, która w zakończeniu powinna przecież połączyć ze sobą wszystkie nici. Jest to natomiast kryminał metafizyczny, w którym rozwiązanie – tak jak cała reszta powieści – należeć będzie do fantastycznej warstwy utworu. Zabieg ten kojarzy się z rozwiązaniem fabularnym „Gniazda światów” Marka S. Huberatha, chociaż nie angażuje bezpośrednio czytelnika jak tamta powieść. Zarówno więc powierzchniowa warstwa fabularna, jak i podskórne aluzje do polskiej historii XX wieku stanowią o wysokiej wartości literackiej „Mirażu”/’Miraża”. Tytuł bowiem może oznaczać nazwę kina, jak i widmowość naszej historii. Ta, niczym tytułowe zjawisko, ulegała w ubiegłym stuleciu wielu poważnym przeobrażeniom.

Zbigniew Wojnarowski, Miraż, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2011, ss. 534.

O Krzysztofie Karoniu zrobiło się głośno kilka lat temu. Oto bowiem pojawił się człowiek znikąd (on sam niewiele o sobie mówi), który z uporem maniaka zaczął piętnować współczesne oblicza marksizmu. Widział go tam, gdzie niewielu było w stanie go zobaczyć. I chociaż zdaniem niektórych konserwatywnych publicystów, jak na przykład Adam Wielomski, jest to ze strony Karonia nadużycie, trzeba oddać rację autorowi „Historii antykultury”. Marks, niczym Lenin, jest wiecznie żywy i pojawia się tam, gdzie specjalnie się go nie spodziewamy. O samej książce też była mowa od przynajmniej kilkunastu miesięcy, toteż wielu słuchaczy i widzów internetowych pogadanek jej autora czekało na nią z niecierpliwością. W końcu słowo stało się ciałem i to, co Karoń mówi w wywiadach czy swoich wystąpieniach, zostało usystematyzowane i wydane w formie książkowej. Czy efekt jest zadowalający? Myślę, że dopisek „wersja robocza” sporo tutaj tłumaczy.

Druga część tytułu „Historii antykultury” brzmi „Podstawy wiedzy społecznej”, toteż tak trzeba traktować tę publikację. Jako zaledwie zarys (chociaż przy dużej objętości tekstu) pewnej problematyki, dodatkowo ujętej w sposób podręcznikowy i popularnonaukowy. Stąd zapewne rezygnacja z przypisów oraz specyficzny układ treści, podzielonej na drobne paragrafy ułatwiające odbiór całości. Fakt ten może stanowić główne źródło krytyki tejże publikacji. Innym może być jej dygresyjność, ponieważ autor nierzadko przerywa główny wywód i aby wyjaśnić pewne zjawiska, sięga myślą wstecz, przytaczając pewne przykłady z zupełnie innej epoki. Z drugiej strony taki zabieg pomaga w powiązaniu ze sobą pewnych faktów i ujrzeniu ich jako konsekwencji wcześniejszych wydarzeń oraz idei.

„Historia antykultury” składa się z trzech zasadniczych części. W pierwszej z nich, „Pojęciach podstawowych” autor definiuje kluczowe terminy, których będzie używał później: człowieka, Boga, w końcu kulturę. Dobór tematów jest w niej dość swobodny, od antropologii, poprzez biologię, teologię, a na końcu ekonomię. Siłą rzeczy jest to skrótowe wprowadzenie, które ustawia niejako lekturę całego tekstu. W drugiej części Krzysztof Karoń skupił się na przeglądzie historii świata, z naciskiem na kulturę chrześcijańską. W „Erracie do historii kultury” wybrzmiewa więc teza, że chrześcijaństwo, a dokładniej rzymski katolicyzm, było jedyną w dziejach Europy formacją, która widziała człowieka w pełni jego godności. Ostatnią partią książki jest już tytułowa „Historia antykultury”, która omawia nowożytne zjawiska filozoficzne, mniej lub bardziej ukrycie odwołujące się do konceptów myśli Karola Marksa. Ten szeroki dobór tematów zbliża publikację do przekrojowych prac Feliksa Konecznego czy E. Michaela Jonesa, którzy podobnie łącząc ze sobą pozornie niepowiązane fakty, tworzą syntezę wiedzy społecznej. Czy słusznej? Na odpowiedź przyjdzie zapewne poczekać.

Można przecież nie zgadzać się z autorem w kwestii doniosłości katolicyzmu w formowaniu nauki o człowieku, jednak przykłady, które ten podaje, są mocne. Pisze chociażby o bulli „Sublimis Deus”, opublikowanej przez Pawła III w 1537 roku, która odpowiadała na pojawiające się nadużycia w stosunku do Indian. Papież stwierdził w niej, że ci posiadają duszę, zatem są ludźmi wolnymi i nie wolno, pod karą ekskomuniki, ich eksterminować. To więc Kościół katolicki, jako pierwsza instytucja, przysłużył się sprawie praw człowieka. Takich przykładów jest oczywiście o wiele więcej i autor o nich pisze. Obala też mity związane z Renesansem, który widziany jest jako epoka światłego humanizmu. Nietrudno przecież, nawet historycznemu laikowi, połączyć ze sobą dwóch faktów. Mianowicie Renesans był epoką, w której do głosu doszło klasyczne dziedzictwo antyku. A skoro tak, to przecież nie tylko dramat antyczny i grecka liryka, ale specyficzne rozumienie człowieka, które w swoich założeniach było dalekie od Ewangelii i chrześcijaństwa. Renesans (zresztą podobnie Oświecenie i Pozytywizm), skutkował również powrotem do okultyzmu, czarów, magii czy tego wszystkiego, co chwalcy zwą wiedzą tajemną, katolicy zaś zabobonem. Z tego też powodu palenie czarownic stało się problemem nie w Średniowieczu, gdy czary uznawano jedynie za przesąd. Stało się nim właśnie w epoce Odrodzenia, kiedy odrodził się pomysł, że może z tymi czarami faktycznie coś jest na rzeczy.

Innym cennym elementem „Historii antykultury” jest jej część ostatnia, w której, niczym w kalejdoskopie, pojawiają się kolejne marksistowskie i zabobonne koncepcje, z którymi przyszło dzisiaj walczyć wszystkim tradycyjnie myślącym: new age, gender, eurokomunizm, rewolucja seksualna, apoteoza homoseksualizmu. Pewne zagadnienia są w niej zaledwie zasygnalizowane i aby je zgłębić, należałoby sięgnąć po inne publikacje. Jednak zasadniczą zaletą jest zebranie ich wszystkich w jednym miejscu, według czytelnego układu, który pozwala na efektywne studiowanie. Może więc „Historia antykultury” jest książką niedoskonałą, która nie spełnia rygorów pracy naukowej, ale przecież stanowi dobry punkt wyjścia do dalszych badań i na pewno jest dowodem erudycji jej autora.

Krzysztof Karoń, Historia antykultury. Podstawy wiedzy społecznej, wyd. własne, Warszawa 2018, ss. 540.

Obrona wiary, inaczej apologetyka, jest obecnie tematyką niszową. Zajmują się nią przede wszystkim internetowi hobbyści, którym nie jest wszystko jedno, czy coś jest katolickie, czy nie. Cała reszta wyznawców zdziecinniała i tańczy na stadionach, machając flagami „dla Jezusa”. Dla tej owładniętej szamańskimi sztuczkami masy nie istnieje teologia, a co dopiero mówić o obalaniu błędnych twierdzeń, rzekomo związanych z rzymskim katolicyzmem. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że spora część literatury religijnej skupia się dziś na „osobistej relacji z Jezusem”, zamiast podawać wierzącym twardą wiedzę. Rezultat łatwo sobie wyobrazić: nawet ci, którzy uważają, że znajdują się blisko Boga, są w dużej mierze ignorantami powtarzającymi bzdurne opinie na temat ciemnego Średniowiecza czy zbrodniczej Inkwizycji, która spaliła na stosie dziewięć milionów czarownic. Nawet w niektórych, nominalnie katolickich grupach religijnych (neokatechumenat) powtarza się mit o złych i ciemnych wiekach średnich, które zdegenerowały chrześcijaństwo. Podejrzane stało się też samo słowo „religia”, jakby kult Boga był czymś nagannym. Niewątpliwie w tych czasach zamętu (chociaż niektórzy wolą, zamiast o zamęcie, mówić o robieniu rabanu, co przecież jest tym samym) potrzebne są publikacje jak „Nie mów fałszywego świadectwa” Rodneya Starka, które w jasny i klarowny sposób obalają najpopularniejsze antykatolickie mity.

Co ciekawe, ale również niezmiernie ważne w kontekście omawianej pozycji, jej autor nie jest katolikiem. Jest amerykańskim baptystą, profesorem na baptystycznym uniwersytecie w stanie Teksas. Nic go więc nie łączy z „watykańską sektą”, jak mówią o rzymskim katolicyzmie jego niektórzy protestanccy przeciwnicy. Dzięki temu książka ta może uniknąć wielu oskarżeń o brak obiektywizmu; sam Stark pisze, że jest ona nie wynikiem jego zgodnej z katolicyzmem wiary, ale dbałości o historyczną prawdę. Autor skupił się na dziesięciu najbardziej rozpowszechnionych mitach dotyczących Kościoła katolickiego, które stanowią główne zarzuty wobec tej instytucji, począwszy od komentarzy czy internetowych memów, aż po sale uniwersyteckie, które przecież wcale nie chronią przed niewiedzą. Co więcej, „Nie mów fałszywego świadectwa” jest wolna od naukowego żargonu (chociaż opatrzona wieloma przypisami), co ułatwia jej lekturę laikom. Przyjrzyjmy się teraz tematyce, którą omówił Rodney Stark.

Autor zaczyna swój wywód od oskarżeń o antysemityzm, zaznaczając, że odnalezienie prawdy w tej kwestii musi wiązać się z rzetelnie przeprowadzoną analizą porównawczą. Fakt, że istnieją w Nowym Testamencie zjadliwe ustępy odnoszące się do wyznawców religii żydowskiej, nie oznacza, że należy je czytać bez uwzględnienia kontekstu. To wyrwanie z kontekstu wydaje się jednym z najpoważniejszych skrótów myślowych, które powstają w umyśle tego, który rzuca w stronę Kościoła katolickiego nieprzemyślanie kalumnie. Innym rozpowszechnionym mitem, który stara się obalić Stark, jest pozytywny stosunek Watykanu do instytucji niewolnictwa. Samo niewolnictwo, które pojawiło się w Europie wraz z nadejściem epoki Renesansu, było przecież dziedzictwem prawa rzymskiego. Samo zaś zjawisko było oceniane przez papieży jednoznacznie negatywnie. Na przykład po kolonizacji Wysp Kanaryjskich przez Hiszpanów papież Eugeniusz IV wydał bullę Sicut dudom, w której pod groźbą ekskomuniki nakazał kolonizatorom przywrócenie wolności wszystkim ich rdzennym mieszkańcom. Jako analogię można by przywołać mszę dziękczynną za kadencję pewnej pani prezydent pewnego dużego miasta, o której wiadomo, że tolerowała w swoim grajdole mafijne działania wywłaszczeniowe. Fakt ten wcale nie oznacza pochwały Kościoła dla łamania siódmego przykazania, a jedynie pewną samowolę lokalnej hierarchii.

Innym rozpowszechnionym mitem jest ten dotyczący rzekomej ciemnoty epoki Średniowiecza. Tak naprawdę pojawił się on dopiero w Oświeceniu, za sprawą Woltera i Edwarda Gibbona. Bez średniowiecznych wynalazków nie byłoby postępu Renesansu – wydaje się mówić autor i niewątpliwie ma rację. Wystarczy wymienić chociażby młyn wodny, który nie jest przecież odkryciem szesnastowiecznym, czy rewolucję w rolnictwie, którym była pojawiająca się nawet w książkach do szkoły podstawowej trójpolówka. Z „wieków ciemnych” blisko już do terroru inkwizycji, co też autor obala. Fakt, że trybunały inkwizycyjne, jako pierwsze wprowadziły instytucję adwokata, i że proces prowadzony przed nimi był łagodniejszy niż analogiczny przed sądem świeckim, jakoś umyka wiedzy tych, którzy odsądzają inkwizycję od czci i wiary. Pewnie, że literacko to temat bardzo wdzięczny, bo któż nie lubi, siedząc wygodnie w fotelu, czytać okropieństw o dawnych czasach? Zwłaszcza gdy te dzisiejsze są przecież bardzo bezpieczne. Temat inkwizycji nie umknął również ćwierćinteligentom z gitarami, stąd setki, jeśli nie więcej, piosenek metalowych poświęconych tej właśnie tematyce. Innym tematem tych utworów są z kolei biedni i tolerancyjni poganie, którzy zostali wycięci w pień przez złych chrześcijan. Tu, nawiasem mówiąc, dochodzimy do pewnego paradoksu. Jeśli katolicy byli tacy źli i okrutni, to dlaczego stali się czarnym ludem dla autorów tekstów satanistycznych piosenek? Powinno być zupełnie na odwrót! Przecież taki gruby biskup, wycinający z sadystycznym uśmiechem święty gaj, powinien być pozytywnym bohaterem tej metalowej bajki.

To nie wszystkie przekłamania, które z iście amerykańską swobodą obala autor „Nie mów fałszywego świadectwa”. Stark pisze również o rzekomo zatajonych ewangeliach, obala mit krwiożerczych krucjat (a raczej próbuje powiedzieć, aby nie oceniać ich wedle niezgody z konwencją genewską ONZ), a także omawia „prześladowania” naukowców przez Kościół. Na koniec pochyla się nad stykiem autorytaryzmu rządów świeckich i religijnych oraz obala mit postępowej reformacji. I to wszystko pisze amerykański protestant, który nie ma powodów, aby bronić Kościoła katolickiego, sam przecież jest prawnukiem buntu Marcina Lutra.

Rodney Stark, Nie mów fałszywego świadectwa. Odkłamywanie wieków antykatolickiej narracji, tłum. J. Kabat, PIW, Warszawa 2018, ss. 304.

O istnieniu Michaela O’Briena dowiedziałem się parę lat temu, oglądając materiał dotyczący kondycji Kościoła katolickiego w Kanadzie. Jaka ona jest, wie chyba każdy, kto chociaż trochę interesuje się współczesną religijnością. Tym bardziej dziwi fakt, że kraj klonowego liścia, znajdujący się w awangardzie postępu, może pochwalić się katolickim pisarzem, który nie tylko z nazwy, ale i z praktyki jest katolikiem, i to nawet ortodoksyjnym. Pisarstwo O’Briena dotyka więc spraw duchowych, czego najlepszym wyrazem jest powieść „Ojciec Eliasz. Czas Apokalipsy”. Jest ona sensacyjnym thrillerem przyglądającym się z niepokojem kondycji współczesnego świata, a przede wszystkim Kościoła katolickiego. Warto również zwrócić uwagę na późniejszy „Dziennik zarazy”, który pod maską futurystycznej opowieści przemyca impresje ze współczesnej Kanady pod znakiem tęczowego premiera Justina Trudeau. Wydana zaś w zeszłym roku w Polsce „Opowieść ojca” to najbardziej monumentalne dzieło Kanadyjczyka, liczące przeszło tysiąc stron i porównywane do klasyków rosyjskich. Nierzadko czytałem więc o podobieństwach tejże powieści do prozy Lwa Tołstoja, ale i do biblijnej przypowieści o Synu Marnotrawnym. Jednak wkradł się do niej pewien niepokojący rys, który o wiele mocniej dał o sobie znać w najnowszej książce autora – „Podróży do Alfa Centauri”. Chodzi o przegadanie i wiążącą się z nim dojmującą nudę.

„Opowieść ojca” można by odchudzić o jedną czwartą, co wyszłoby na zdrowie całej powieści; zyskałaby ona większa dynamikę. Natomiast „Podróży do Alfa Centauri” najlepiej pomogłoby radykalne przeredagowanie, bo ta ponad osiemsetstronicowa kobyła jest bodajże najsłabszym tekstem, który wyszedł spod pióra pisarza. Opowiada on o podróży statku kosmicznego, który pod koniec XXI wieku wyruszył w stronę układu planetarnego, którego głównym ośrodkiem jest najbliższa Ziemi gwiazda, Alfa Centauri, położona niespełna pięć lat świetlnych od naszego globu. Technika pozwala bohaterom powieści przemierzać wszechświat z prędkością bliską pół roku świetlnego w przeciągu miesięcy, mogą więc oni mieć nadzieję na ujrzenie nowej planety za około osiem lat. I tak faktycznie się dzieje. Głównym bohaterem utworu jest Neil Ruiz de Hoyos – podwójny noblista, genialny fizyk, ale i renegat oraz buntownik wobec systemu. Bowiem świat końca wieku XXI to nie nieśmiała już próba osiągnięcia świeckiej utopii bez Boga, ale pełna realizacja neomarksistowskich postulatów. W świecie tym zakazana jest chociażby  kawa, a formy tradycyjnego kultu religijnego zeszły do podziemia. Można więc powiedzieć, nihil novi, bo fantastyka antyutopijna podobne rzeczywistości opisywała już wielokrotnie, i czyniła to o wiele lepiej niż O’Brien. Czytając jego „Podróż…”, mam brzydkie wrażenie obcowania z prozą tendencyjną, a bardzo bym tego nie chciał.

Lecz mimo wszystko istnieją w tej powieści ciekawsze fragmenty. Najbardziej ujmującą jej częścią jest część środkowa, w której narrator opisuje (w formie pamiętnika głównego bohatera) eksplorację nowej planety. Co najciekawsze, ekspedycja odkrywa nań inny statek kosmiczny, który datowany jest na kilka tysięcy lat przed Chrystusem. Im bliżej poznajemy jego dzieje, tym silniejsze aluzje biblijne. Przyznać trzeba, że wpadł autor na dość ciekawy koncept. Rozegranie sprawy zaginionej cywilizacji na nowym globie jest najciekawszą częścią „Podróży do Alfa Centauri”. Za to rozdziały opisujące zarówno podróż z Ziemi, jak i w jej kierunku zbliżają się do moralizującej powiastki, w której oprócz typowej dla O’Briena krytyki współczesnej cywilizacji Zachodu pojawiają się znane chociażby z „Opowieści ojca” czy „Dziennika zarazy” sentymentalne wstawki rodzinne. Powraca motyw ojca, tak charakterystyczny dla pisarstwa Kanadyjczyka, tutaj natomiast niespecjalnie przekonujący. Powraca również znana z poprzedniej powieści rusofilia autora. W „Opowieści ojca” dało się jeszcze ją znieść, natomiast tutaj była najbardziej irytującą częścią fabuły. Widać ją w postaci szlachetnego barbarzyńcy Paula – oficera statku kosmicznego, siłacza o gołębim sercu, który w dodatku mówi wyjątkowo zniekształconym językiem. Ten zabieg ma podkreślić rosyjskość postaci, natomiast sprawił, że ucieszyłem się z jej zgonu. W końcu Paul przestał się odzywać!

Fantastyka naukowa nie jest dla każdego. Michael O’Brien dotychczas jej unikał, a to działo się z dobrym skutkiem dla jego utworów. W „Podróży do Alfy Centauri” przeszarżował, co w rezultacie dało zaledwie średnią powieść. Powieść ta nie przekonuje, a razi zbytnim dydaktyzmem, co więcej – nie potrafi utrzymać uwagi czytelnika przez dłuższy czas. Dzieje się tak z powodu akcji, która przez mniej więcej połowę dzieła jest po prostu nudna. Postacie lecą w kosmos, rozmawiają i nic ciekawego z tych konwersacji nie wynika. Nieraz tylko, po kilkudziesięciu stronach nudy, pojawia się jakiś zwrot, który za kilka chwil i tak nie przynosi konkretnego rozwiązania. Takie rozwiązanie tylko drażni, bo wiemy, że i tak najważniejszym elementem tekstu jest jego warstwa dydaktyczna. Co więcej, właściwa akcja kończy się prawie sto stron przed właściwym zakończeniem książki. To, co pozostaje po finale, jest najmniej interesujące. Nie będę oczywiście zdradzał, jak kończy się „Podróż…”, ale gdyby nie zawarto w niej tego specyficznego epilogu, nikt by nie stracił.

Michael D. O’Brien, Podróż do Alfy Centauri, tłum. Krzysztof Zabawa, Ed. Św. Pawła, Częstochowa 2018, ss. 849.

Wszystko zaczyna się od imienia. To ono naznacza człowieka najmocniejszym piętnem. I chociaż niczego nie determinuje – mamy wszak wolną wolę – może zmienić wiele. Można nazywać się na przykład Faust, co po niemiecku oznacza pięść, ale jest również mocnym tropem kulturowym. Można również mieć na imię Faustyna, co od kilkudziesięciu lat stanowi antytezę swojego męskiego odpowiednika. Pakt z diabłem kontra miłosierdzie. A co jeśli bohaterka powieści nosi miano Fausty? Nie nazywa się Faustyna, lecz Fausta. Co ma począć z takim imieniem? A z nazwiskiem? Bo jeśli nazywa się Blachnicka, czy musi, za śladem księdza Franciszka Blachnickiego, angażować się w przykościelne wspólnoty młodzieżowe? Co w końcu zrobimy z innym bohaterem noszącym pseudonim Sarto? Ten chuderlawy metalowiec i sympatyk satanizmu swoją ksywkę – pewnie nieświadomie – zapożyczył od Giuseppe Melchiore Sarto, znanego z historii jako papież Pius X. Wczytując się dokładnie w „Fausterię”, przedostatnią powieść Wojciecha Szydy, możemy z łatwością odczytać inne aluzje kulturowe. Autor ten, już w swoim mocnym debiucie („Hotel Wieczność”), zastawiał pułapki na erudycję czytelników. Tutaj, w porównaniu do wymienionej wyżej powieści, czyni to bardziej oszczędnie. Jednak nie sposób nie zauważyć, że w utworze tym pojawiają się ślady Szekspira, Wyspiańskiego, Eliota, a nawet muzyki rozrywkowej. 

Najokrutniejszy miesiąc – kwiecień – tak zaczyna się jeden z rozdziałów „Fausterii” (czytelne odwołanie do „Austerii” Stryjkowskiego). Te słowa, pochodzące z „Ziemi jałowej” T. S. Eliota, będą wybrzmiewać w powieści Wojciecha Szydy niejednokrotnie. Związane ze śmiercią i przemijaniem, na kartach tego utworu zyskują jeszcze głębsze znaczenie. Bowiem główna bohaterka – Fausta – od początku naznaczona jest cierpieniem. To nadwrażliwa studentka sztuk pięknych, która w dzieciństwie straciła siostrę i wikła się w tajemniczy pakt z siłami ciemności. Punktem wyjścia jest więc Goethe, a punkt dojścia stanowi nauka o miłosierdziu Bożym, pochodząca z mistycznych wizji świętej Faustyny Kowalskiej. Po drodze pojawiają się psychiatrzy, nawiedzeni wykładowcy akademiccy, dziwni koledzy i przyjaciele. Można więc powiedzieć, że powieść Szydy opowiada o zbłądzeniu. Bo czym, jak nie zbłądzeniem bohaterki, jest jej pomysł namalowania bluźnierczego rewersu obrazu Jezusa miłosiernego, na którym zamiast Syna Bożego pojawia się anioł ciemności? Fascynacja diabłami pojawia się jednak u bohaterki o wiele wcześniej. Trudno powiedzieć jednoznacznie, z czego wynika. Z samotności? Z pychy? A może z sugestywności kultury popularnej, która bardzo często nawiązuje do postaci upadłego anioła?

A może przyczyna tkwi jeszcze gdzie indziej? Z pewnością Fausteria, bo takie miano nadaje sobie Fausta, jest osobą egzaltowaną i przekonaną o swojej wyjątkowości. Jako żywo przypomina fanki metalu i muzyki gotyckiej, które jeszcze kilkanaście lat temu pojawiały się na większości koncertów. Dzisiaj stanowią relikt muzealny, co nie znaczy, że sprawy, którymi żyją i którymi się zajmują, nie bywają niebezpieczne. Bohaterka powieści, uznając swoją dorosłość i dojrzałość, jest tylko zmanierowaną panienką, która popełnia błąd za błędem. Wydaje jej się, że można żyć poza dobrem i złem. A Szyda zadaje pytanie, czy cokolwiek może istnieć poza moralnością i etyką? Czy poza tymi kategoriami możemy umieścić sztukę? W swoim umiłowaniu artyzmu i dekadencji Fausteria przypomina nieco bohaterów „Robinsona w Bolechowie” Macieja Płazy (chociaż Płaza napisał swoją powieść później). Jednak nie trudno nie odnieść wrażenia, że Szyda pisze mądrzej. Tam gdzie pisarstwo Płazy tchnie rozpaczą i nihilizmem, Szyda pozostawia miejsce na nadzieję. Poza tym świat jego (Szydy) utworu jest głębszy, niezamykający się na rzeczywistość duchową. Może dlatego łatwiej znieść aberracje jego bohaterów. Ich życie się jeszcze nie domknęło, a póki to nie nastąpi, są oni w stanie dokonać zmiany myślenia. Mimo całej mizerii egzystencji Fausty autor lubi swoją bohaterkę.

Istnieje w powieści Wojciecha Szydy jeszcze jedna płaszczyzna, która nieśmiało wygląda spoza współczesnej akcji. Jest nią alternatywna rzeczywistość, w której epoka stalinowska wydaje się nigdy nie kończyć. Prześladowania, mordy polityczne, łagry, totalitaryzm – to oblicze tego świata. Wyziera on spomiędzy wydarzeń i zdaje się je komentować. Realia liberalnej demokracji, w której wszystko wolno i w której dzieje się główny wątek powieści, są przecież nazywane pełzającym totalitaryzmem. Bo przecież wolno wszystko, o ile nie jest to zbyt katolickie. Świat alternatywny pozbawia więc czytelnika złudzeń: oto, do czego dojdziemy, jeśli będziemy konsekwentnie realizować społeczną utopię. Ale to drugie oblicze rzeczywistości może być również światem, w którym miłosierdzie Boże się nie pojawiło, światem, w którym św. Faustyna się nie urodziła. Może więc musimy powtórzyć za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów? Mimo wszystko?

Jakość utworów beletrystycznych mierzy się ich uniwersalnością. O ile są one w stanie mierzyć się z najważniejszymi pytaniami ludzkości – o Boga, miłość i śmierć – o tyle przybliżają się do ideału. „Fausteria” Wojciecha Szydy, jak zresztą inne jego teksty, przynależy do szeroko pojętego gatunku fantastyki. Od dawna jestem zdania, że akurat w fantastyce znajdziemy większy odsetek dzieł mądrych i wartościowych niż w literaturze głównego nurtu. I chociaż spór ten – pomiędzy nagradzanym mainstreamem a fantastami – trwa dość długo i dzisiaj jest po prostu przebrzmiały, jest faktem. Pisarze fantastyczni, właśnie z powodu zadawania pytań metafizycznych, znajdują się bliżej natury rzeczywistości niż ci, którzy węszą z nosem przy ziemi, szukając kolejnych ideologicznych kawałków.

Wojciech Szyda, Fausteria, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2012, ss. 280.

29 czerwca 1972 roku, w dniu święta Apostołów Piotra i Pawła, papież Paweł VI wypowiedział pewne słowa. Mówił o swądzie szatana, który wdarł się przez jakąś szczelinę do Kościoła. Dodał potem: należało sądzić, że po Soborze słońce zajaśnieje nad Kościołem, zamiast słońca mamy chmury burze, ciemności, szukanie, niepewność. Czyżby zdanie to miało być samokrytyką złożoną przez przywódcę religijnego? Czy nie kryło się za nim rozczarowanie kondycją Ecclesia Catholica Romana dziesięć lat po rozpoczęciu Soboru Watykańskiego II? Obserwując zmiany, które zachodzą dzisiaj w Watykanie, śledząc decyzje i słowa Franciszka, można dojść do wniosku, że są one konsekwencją podjętych wówczas postanowień. Jednym z bardziej gorliwych krytyków tych nowych porządków eklezjalnych był amerykański ksiądz, ex-jezuita, Malachi Martin. Wystąpiwszy z zakonu, kapłaństwa nie porzucił, a wedle jego własnych słów Paweł VI zezwolił mu na prywatne odprawianie Mszy świętej w łacińskim rycie, co czynił do końca życia. W 1978 roku wydał zbeletryzowaną powieść dokumentalną „Ostatnie konklawe”, która miała okazać się pod wieloma względami prorocza. 40 lat po amerykańskiej premierze została w końcu wydana w naszym kraju, co jest niewątpliwą zasługą wydawnictwa Antyk Marcin Dybowski.

Publikacja ta dzieli się na dwie części. Pierwszą z nich jest historia pontyfikatu wymienionego już powyżej papieża Pawła VI. Druga zaś stanowi sfabularyzowany opis hipotetycznego konklawe, które mogłoby mieć miejsce po jego śmierci. Obie części to niezwykle cenny materiał, chociażby dlatego że stosunkowo mało znany. Omawiając dzieje panowania Pawła VI, autor skupia się przede wszystkim na nowinkach, które papież ten wprowadzał do Kościoła. Wiedziony duchem Soboru Watykańskiego II i otwarcia na świat zwanego aggiornamento, biskup Rzymu zbliżył się chociażby z marksistami, przyjmując politykę, która zamiast konfrontacji i obrony bastionów miała na celu dialog. Z marksizmem miał poza tym kłopot prawie cały Kościół południowoamerykański, w którym wybrzmiewały hasła teologii wyzwolenia. Teologia ta widziała ewangelię jako rewolucyjne narzędzie do zaprowadzenia sprawiedliwości społecznej; efektem byli księża-komuniści, widywali czasami z karabinami i usprawiedliwiający mordowanie przeciwników politycznych. Pontyfikat ten upłynął również pod znakiem afer finansowych będących skutkiem działań watykańskiego bankiera Michele Sindony, notabene członka loży masońskiej Propaganda Due. Przełom lat 60. i 70. w Kościele Katolickim był więc nie tyle radosną wiosną, co przygnębiającą jesienią, ale ubraną w oficjalne szatki dialogu, ekumenizmu oraz otwarcia na świat. Już wówczas – tu cytuję klasyka – robiono raban, ale bardziej dyskretnie.

Dzieje tego rabanu opisane są za to w drugiej części książki, gdy z jej kart znikają postacie realne, a zaludniają je fikcyjni bohaterowie, których znawcy najnowszych dziejów Kościoła z pewnością bez trudu zidentyfikują. Ten rodzaj literackiej maski pozwolił Malachi Martinowi na prawdziwe pokazanie współczesnych tendencji myślowych, które pod koniec lat 70. XX wieku dominowały wśród najważniejszych biskupów. I chociaż imiona i nazwiska następców apostołów są tutaj zmyślone, prawdą są opisane przez autora eklezjalne frakcje jak tradycjonaliści, konserwatyści czy postępowcy. Dla laika najmocniejszym elementem tej części „Ostatniego konklawe” będą chyba opisane w niej intrygi i walki frakcyjne pomiędzy purpuratami. Każda z tych nieformalnych grup posiada bowiem przekonanie o osobistej asystenturze Ducha Świętego i w związku z nią próbuje przekonać resztę do swoich racji. Wszystkie zaś posiadają w zanadrzu mocne argumenty, co nie zmienia faktu, że przecież prawda musi leżeć po którejś z opisanych stron. Na pewno nie leży zaś pośrodku, jak uczy nas niezbyt rozsądne przysłowie ludowe. Dla autora, czego domyślić się nie jest trudno, najważniejsze racje posiadają tradycjonaliści, którzy chcą cofnięcia większości reform ostatniego soboru, a przede wszystkim tych zmian, które nastąpiły już po nim.

Równie mocnym akcentem są treści wystąpień kardynałów postępowych, którzy nie kryją się ze swoim nazbyt liberalnie rozumianym ekumenizmem czy poparciem dla marksizmu. Padają tutaj słowa o potrzebie aliansu między lewicową filozofią a Kościołem, nawet wówczas gdy bohaterowie książki zdają sobie sprawę z sytuacji religii katolickiej w ZSRS czy Chinach. Sytuacja geopolityczna, która opisana została w tle „Ostatniego konklawe”, napawa purpuratów niepokojem, ponieważ rok 1978 był momentem, w którym komunizm nie tylko czuł się jeszcze świetnie, ale według analityków i politologów realnie zagrażał Europie Zachodniej. Słowa liberalnych biskupów, które wybrzmiewają na łamach tej dwutomowej publikacji, napawają grozą, ale przecież dzisiaj słyszymy je coraz częściej, również z samego serca Watykanu. Warto sobie uświadomić, że diagnoza stanu Kościoła Katolickiego, postawiona przez Malachi Martina, jest jak najbardziej słuszna. W łonie tej organizacji, która powinna być przecież monolitem pod względem doktrynalnym, co rusz pojawiają się kolejne teksty czy opinie, które z ortodoksją nie mają wiele wspólnego. Co ma powiedzieć katolik, gdy zdaniem wielu teologów palenie węglem w piecach staje się większym przewinieniem niż bycie członkiem młodzieży LGBT?

Robienie rabanu zazwyczaj prowadzi do szaleństwa, z czym „Ostatnie konklawe” wydaje się zgadzać. Odchodzenie od tradycji i pogoń za nowościami może więc zgubić nawet najtęższe głowy, zwłaszcza gdy te obrastają w pychę. Fakt ten widać doskonale na kartach tej fabularyzowanej relacji. Natomiast gdy Kościół porzuci drogę słuchającej Marii i niczym  Marta ulegnie pokusie krzątania się, wejdzie na drogę aktywizmu, która w tekście Martina oznacza angażowanie się w partyzantkę komunistyczną w Ameryce Łacińskiej, dzisiaj zaś deifikację nielegalnych imigrantów lub poparcie dla idei zrównoważonego rozwoju. Dokąd nas ta droga zaprowadzi?

Malachi Martin, Ostatnie konklawe, wyd. Antyk Marcin Dybowski, [Komorów] 2018, ss. 373 [część 1.] + 302 [część 2.]

Druga połowa ubiegłego roku upłynęła pod znakiem społecznej akcji oznaczonej hasztagiem #metoo. Oto bowiem kolejne gwiazdy filmu zwierzały się po latach, że były molestowane. Moralne rozpasanie Fabryki Snów jest raczej tajemnicą poliszynela i kwestią czasu było, kiedy na jaw wyjdą skrywane przez długi czas sekrety jej ważnych osobistości. Akcja ta była w dodatku osobliwym połączeniem oskarżeń i autopromocji niektórych aktorek, którym przypomniało się, że do łóżka szły nie do końca z własnej woli. Niechaj Szanowny Czytelnik mi wybaczy i nie pomyśli, że broń Boże naśmiewam się z ofiar molestowania seksualnego, ale niech i przyzna, że w całym tym cyrku było coś żałosnego. W końcu nie o gwałty chodzi, lecz o dobrowolne spółkowanie w zamian za profity w świecie filmu. Podobne wrażenie nieszczerości miałem przy lekturze reportażu Jona Krakauera „Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim". Pozycja ta, jako żywo, przypomina mi pisaninę dwóch polskich reporterów, którzy znani są z tego, że robią z igły widły. Mowa o Marcinie Kąckim i Marcinie Wójciku. Ich książki pisane są pod określone tezy; to samo zrobił Krakauer, z miejsca dając wiarę tylko jednej stronie konfliktu. „Missoula” opowiada o zjawisku gwałtów towarzyskich na kampusie lokalnej uczelni w północnym stanie Montana.

Czym jest gwałt towarzyski i skąd w ogóle taka nomenklatura? W odróżnieniu od stereotypowej napaści seksualnej, w której agresor jest ofierze nieznany i działa z zaskoczeniu, termin ten określa przekroczenie granic intymności w znanym kobiecie środowisku i przez znanego sprawcę: kolegę czy partnera. I takie dwa przypadki opisuje Krakauer. Pierwszą wspomnianą przez niego parą są Alison Huguet oraz Beau Donaldson. Tych dwoje młodych ludzi przyjaźniło się od wczesnego dzieciństwa i razem dorastało w siedemdziesięciotysięcznej Missouli. Wydawało się, że tej bezpiecznej relacji mało co jest w stanie przeszkodzić. Jednak pewnej nocy, co potwierdzili śledczy, Donaldson zgwałcił Huguet, wykorzystując sytuację, że ta spała. Drugą parę stanowią natomiast Cecilia Washburn oraz Jordan Johnson. Ten gwałt miał miejsce w nieco innych okolicznościach, gdyż dziewczyna sama zaprosiła partnera do łóżka, a dodatkowo oboje pili wcześniej alkohol. I jak zeznała ofiara, mężczyzna, nie zważając na jej obiekcje, wykorzystał ją seksualnie. W obu przypadkach ważną rolę gra również fakt, że obaj studenci byli zawodnikami lokalnego klubu futbolu amerykańskiego. Jak pisze autor, Missoula hołubi swoich zawodników, a rozgrywki z ich udziałem zawsze są ważnymi momentami w życiu miasta oraz uczelni. Tak więc konflikt przebiegał między miejscowymi celebrytami a anonimowymi studentkami.

Konflikty takie jak te bardzo trudno rozwiązywać, ponieważ zazwyczaj mamy w nich wyłącznie słowo przeciwko słowu. Kobieta twierdzi, że mężczyzna zgwałcił, bo przekroczył granice przyzwolenia, ten zaś uważa całkowicie na odwrót. Warto wspomnieć, że z podobną kabałę wplątał się pod koniec 2017 roku polski deathmetalowy zespół Decapitated. Mianowicie podczas trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych pewna młoda kobieta oskarżyła członków kapeli o gwałt zbiorowy. Muzycy zostali aresztowani i groził im poważny proces. Na szczęście okazało się, że domniemana ofiara to notoryczna konfabulantka i muzyków wypuszczono na wolność. Przez pewien czas jednak sprawa rysowała się ponuro. Czytając „Missoulę”, przypominałem sobie tamten epizod i nie mogłem opędzić się od myśli: a co, jeżeli jeden z tych studentów (drugi został uniewinniony) został osadzony tylko dlatego, że jego przyjaciółka minęła się z prawdą? Przecież nie tak dawno, bo w latach 90. USA przeżywały histerię na temat molestowania seksualnego w dzieciństwie. Nagle znaleźli się psychologowie, gotowi udowadniać każdemu, że w wieku pacholęcym przeżył traumę, której – rzecz jasna – nie pamięta. Przez sądy przeszedł więc pochód skazanych, słusznie bądź nie, wyimaginowanych oraz rzeczywistych sprawców. Historia z gwałtami towarzyskimi każe myśleć, że w tej sprawie może być podobnie.

Jon Krakauer dał się poznać jako sprawny narrator w „Pod sztandarem nieba”, w której to książce opisywał powstanie i rozwój ruchu mormońskiego w USA. Natomiast w „Missouli”, zwłaszcza pod koniec reportażu, pojawia się dojmujące uczucie nudy. Autor relacjonuje, dość drobiazgowo, przebieg procesu sądowego, a potem jego skutki prawne. I nie wynika z tych opisów nic konstruktywnego – tezę przecież znamy już na początku lektury. W jej myśl największym złem jest biały mężczyzna, a w dodatku sportowiec. Niewinną ofiarą jest zaś kobieta i to ona zawsze ma rację. Przykro mi, ale z tego dobrze zapowiadającego się tomu pod koniec wyziera teatralny grymas Krakauera, który zdaje się mówić: jestem feministą, więc z definicji wierzę kobietom, i co mi zrobicie? Nie bagatelizuję bynajmniej opisanego przez autora zjawiska, bo jest ono poważne i jak najbardziej godne napiętnowania. Mierzi mnie za to specyficzny sposób relacjonowania faktów, dzięki któremu od razu wiemy, kto jest winny, nawet gdy wysoki sąd postanowi inaczej. I jeszcze ten tytuł, podobnie jak „Białystok” Kąckiego. Autor w ten sposób stawia pod pręgierzem całe miasto; Missoula jest więc, podobnie jak stolica Podlasia, winna wybrykom jego mieszkańców. Oczywisty to dowód, że dzisiejszą prozą tendencyjną jest właśnie reportaż, na czele z Kapuścińskim i jego „Cesarzem”.

Jon Krakauer, Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim, tłum. S. Tekieli, wyd. Czarne, Wołowiec 2018, ss. 429.

Mało jest historii tak zakłamanych jak oficjalne dzieje Republiki Południowej Afryki. Kraj ten, w mniemaniu szerokiej opinii publicznej, to ziemia Czarnych, odzyskana po wielu wiekach białej supremacji. Że tak nie było, jest jasne, i wystarczy chociażby lektura „Ostatniej walki Afrykanerów” Grzegorza Bębnika. Natomiast to, co dzieje się z białymi farmerami, kazałoby raz na zawsze zakończyć eksperyment, jakim jest rządzona przez Murzynów RPA. Kraj ten bowiem od zawsze był własnością przybyłych doń Europejczyków; w momencie zasiedlania ziemie te nie należały do nikogo. Zakłamana jest również tak zwana walka o wolność, w której Nelson Mandela ukazywany jest niczym święty, który bez przemocy został politycznym przywódcą Południowej Afryki. Jak zwykle, rzeczywistość jest bardziej złożona, bo Mandela miał komunistyczną i naznaczoną terroryzmem przeszłość. Zdarzało mu się również śpiewać rasistowski hymn czarnych mieszkańców RPA „Zabij Bura, zabij farmera”. Pamiętać też należy, że mimo polityki apartheidu Republika Południowej Afryki była najbogatszym państwem kontynentu, do którego w poszukiwaniu pracy, mimo kontrowersyjnych przepisów prawnych, migrowała spora część Afrykańczyków. Nie taki diabeł straszny? To zaś, co dzieje się dzisiaj w RPA, można nazwać błyskawicznym wyścigiem ku nędzy i komunizmowi.

W tymże kraju, jeszcze na początku lat 90., przyszłość nie była jednoznacznie określona. Biali zaczynali łagodzić swoją politykę wobec Czarnych, a Czarni zdobywać władzę. Nelson Mandela został laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, a oczy całego świata zwrócone były ku RPA – państwu, które jeszcze niedawno było na cenzurowanym wszystkich liberalnych demokracji świata. Patrząc w kierunku Południowej Afryki, nie sposób było przeoczyć pewnego tajemniczego zabójstwa, którego głównym aktorem był Polak – Janusz Waluś. Ofiarą był zaś Chris Hani, współtowarzysz Mandeli, oskarżany o komunizm i skrajnie rasistowskie poglądy na temat białych mieszkańców kraju. Hani zginął przed własnym domem i momentalnie stał się męczennikiem walki z apartheidem. Waluś za to pół godziny po morderstwie był już aresztowany. Sprawą zabójstwa Haniego, jak i samego Janusza Walusia, zajął się dziennikarz Michał Zichlarz, znany z nieco innej tematyki. Mianowicie, jako reporter sportowy, zajmował się Mundialem, który RPA organizowała osiem lat temu. Mało znane nazwisko, brak związków z „Gazetą Wyborczą” – te dwa fakty dawały nadzieję na obiektywny tekst. I tak się w istocie stało. „Zabić Haniego” nie kłania się ani tym, dla których Waluś jest bohaterem walki z międzynarodowym komunizmem, ani tym, dla których jest czarnym charakterem, ponieważ podniósł rękę na człowieka o innym kolorze skóry. Ideologii w tym reportażu nie ma, i bardzo dobrze.

Zichlarz pyta za to, jak to się stało, że spokojny imigrant został zabójcą, który zlikwidował jedną z ważniejszych osób w politycznym teatrze RPA lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Waluś przybył bowiem do Południowej Afryki pod koniec 1981 roku, niespełna dwa miesiące przed ogłoszeniem stanu wojennego. Jak wielu, uciekał przed niewolą komunizmu, dodatkowo szukając okazji do lepszych zarobków, niż w pogrążonej w kryzysie Polsce Ludowej. Jego brat przyjechał tam pięć lat wcześniej, więc Janusz zaczął robić z nim interesy. Potem pracował na własny rachunek w firmie transportowej. Zaczął również interesować się polityką i wszedł w orbitę Partii Konserwatywnej, która nieufnie odnosiła się do likwidacji apartheidu. Mózgiem tej partii był Clive Derby-Lewis. To z nim Waluś współpracował przed dokonaniem zabójstwa. Lecz jaka tak naprawdę była jego rola, nie jesteśmy w stanie się dowiedzieć. Zabójca bowiem milczy, podając tylko oficjalną wersję wydarzeń, według których nie było żadnego spisku, a on podjął decyzję wspólnie z Derby-Lewisem. Trudno więc powiedzieć, co tak do końca w tej historii jest prawdą. Póki co jesteśmy skazani na jeden wariant zdarzeń i całą masę domysłów. 

Autor, aby te domysły potwierdzić lub nim zaprzeczyć, kilkakrotnie na potrzeby tej książki spotkał się z Januszem Walusiem. I w myśl dziennikarskiej rzetelności nie dopowiadał sobie innych wersji niż ta, którą usłyszał. Można powiedzieć, że to nieco asekurancka postawa, ale chyba lepiej pisać w ten sposób, niż naginać fakty i dopowiadać sobie według własnego widzimisię. Tak, zdaniem Walusia, wyraźnie rozżalonego postawą reportera, postąpił Wojciech Jagielski. A z jaką gazetą Jagielski jest związany? Mądremu dość, jak mawiał klasyk. Michał Zichlarz niczego więc nie nagina, ale przedstawia losy Walusia na tle najnowszej historii Republiki Południowej Afryki. Kraj ten jest o tyle ciekawy, że z najbogatszego państwa Czarnego Lądu awansował do kraju o jednym z najwyższych poziomów przestępczości. Codziennie w RPA popełnia się 50 morderstw, co oczywiście tworzy czarną legendę, z którą pewnie nie zgodzi się wielu turystów. Cóż, mieli szczęście.

„Zabić Haniego” jest interesującym spojrzeniem w historię i teraźniejszość Południowej Afryki, tym bardziej, że w mediach niewiele się mówi na jej temat. Czasem tylko usłyszymy o kolejnych zamordowanych białych farmerach, albo coś na temat wyborów parlamentarnych. Dobrze więc, że Michał Zichlarz zabrał się za ten temat, opowiadając o dziejach Janusza Walusia i Chrisa Haniego, a tak naprawdę przedstawiając obraz RPA wolny od politycznej poprawności. Temat ten, ugryziony przez Jagielskiego, Tochmana czy Ostałowską, byłby bowiem ukazany w jedyny słuszny sposób.

Michał Zichlarz, Zabić Haniego. Historia Janusza Walusia, wyd. Replika, Zakrzewo 2013, ss. 307.

Dla przeciętnego odbiorcy pojęcie rosyjskiego undergroundu muzycznego jest tak samo abstrakcyjne jak metalowa scena w Syrii (jest taka!). Ten stan rzeczy może wydać się dziwny, ale w rzeczywistości da się go w prosty sposób wytłumaczyć. Jeśli zinterpretujemy go, idąc za myślą Feliksa Konecznego, okaże się, że panuje tam (w Rosji) zupełnie inna cywilizacja. Stąd pewnie bliżej większości z nas do popkultury zachodniej, niż tej powstałej na przecięciu Europy i Azji. A że w Federacji Rosyjskiej istnieją ogromne przestrzenie kontrkultury, jest rzeczą pewną. Pewne jej odpryski możemy zobaczyć w internecie, w postaci chłopaczków z domu dziecka śpiewających „Biełyje rozy” albo dziewcząt skandujących, że chcą „takiego jak Putin”. W obrębie tych zjawisk mieszczą się także wariaci skaczący na śnieg z czwartego piętra bloku czy wspinający się na wysokie konstrukcje architektoniczne. Jest to jednak tylko wierzchołek góry lodowej, pod którą kłębi się wielka masa zjawisk, niedostrzeganych przez odbiorców kultury. Czy są one faktycznie wartościowe, jak pisze ich badacz Konstanty Usenko, to zupełnie inna kwestia. Nazwisko autora powinno być znane tym czytelnikom, którzy śledzą mój blog od samego początku. Bowiem pierwsza notka dotyczyła debiutu Usenki zatytułowanego „Historia radzieckiej zabawki”. Tam autor skupiał się na rockowej scenie Sowietów, kończąc już na latach 90. Jelcynowskiej Rosji.

W „Buszującym w barszczu” Usenko idzie o logiczny krok dalej, bo zaczyna od miejsca, w którym skończył, a kończy na dzisiejszej dekadzie. Punktem wyjścia są więc takie zjawiska jak punkrockowa Grażdanska Oborona, albo pretendujący do najważniejszego elementu na rockowej scenie ZSRS zespół Kino. Ta nieistniejąca już grupa, prowadzona przez charyzmatycznego wokalistę Wiktora Coja, stała się dla wielu, również najmłodszych przedstawicieli rosyjskiego undergroundu, bardzo ważnym punktem odniesienia, niekiedy nawet głównym. I to nie tylko dla zespołów rockowych. Rocka jest jednak w książce Usenki niewiele. Dominuje za to elektronika czy muzyka eksperymentalna. W końcu dzisiaj rock nie jest żadnym objawieniem, stanął raczej w miejscu, oddając pałeczkę hiphopowi. Sporo więc miejsca autor poświęca scenie rapowej. Ta niezwykle modna dzisiaj muzyka, nie tylko w Rosji, zdała się zawładnąć sercami młodych ludzi. I chociaż pod względem muzycznym jest to twórczość miałka i nijaka, przede wszystkim operuje tekstem. Nie inaczej jest w Rosji; Usenko poświęca sporo miejsca na omówienie takich zjawisk jak szalenie popularny Oxxxymiron czy bardziej niszowy Husky. Interesująco jest czytać jego publikację, jednocześnie słuchając tych wszystkich wykonawców, o których pisze. Okazuje się wówczas, że to, co na podstawie opisu wydaje się zjawiskiem z głębokiego kosmosu, w rzeczywistości jest nieraz półamatorskim i nieporadnym graniem.

Docenić należy bowiem drobiazgową znajomość faktów przez autora. Jako trochę Polak a trochę Rosjanin Usenko widzi kontrkulturę Federacji w szerokim kontekście: politycznym i społecznym. Widać od razu, że w Rosji bywa i zna ją od podszewki. Dzięki temu „Buszujący w barszczu” jest wartościową pozycją, która nie tylko dotyczy zjawisk artystycznych, ale i społecznych. Natomiast jako entuzjasta opisywanych przez siebie wykonawców Usenko niekiedy nie jest w stanie obiektywnie ocenić, którzy tak naprawdę są wartościowi, a którzy publikują jedynie radosną twórczość, znaną tylko im samym i najbliższych kolegom. Odnoszę wrażenie, że dla niego wszystko jest równie ważne: i zespół Kino, i pośledni raper, o którym w przyszłości mało kto będzie pamiętał. Cennym elementem książki są również obszerne fragmenty tekstów zespołów przytaczane przez autora. Dzięki nim widać, czym żyje środowisko kontrkulturowe w Rosji. Nietrudno się domyślić, że kontestowana jest władza (chociaż bardzo rzadko wprost), ale i stosunki społeczne czy współczesna Cerkiew. Sporo tych tekstów jest o wiele mądrzejszych niż analogiczne utwory z naszego kraju. Sporo jest jednak również bełkotu, który udaje lirykę z wyższej półki.

W tekstach tych widać szeroką gamę tematów, od lewicowych, a nawet skrajnie lewicowych postulatów, aż do narodowego szowinizmu. Jednak zdają się w nich dominować postawy krytyczne wobec religii i władzy. Rosyjska Cerkiew prawosławna – w myśl utartego zwyczaju – idzie ręka w rękę z władzą, więc krytykując tę drugą, artyści często stawiają się w kontrze wobec religii. Niektórzy z nich przeciwstawiają się jedynie sojuszowi tronu z ołtarzem, nie brakuje również tych (należą do nich performerki z Pussy Riot), którzy występują z radykalnymi hasłami współczesnej zachodniej miejskiej lewicy. Bliskie są im postulaty środowisk LGBT, a solą w oku jest ustawa o zakazie propagandy homoseksualnej. Rosyjski underground opisany w „Buszującym w barszczu” jest więc wypadkową zachodnich trendów (hip-hop, anarchizm, feminizm) oraz wschodniej specyfiki będącej połączeniem słowiańskości i azjatyckości. Czyli melancholii i dzikości, łagodności i egzotyki. Dzięki istnieniu na przecięciu kultur jest czasami zaskakujący, czasami niepokojący, a nieraz po prostu zabawny. Po prostu Europa i Azja za jednym zamachem!

Konstanty Usenko, Buszujący w barszczu. Kontrkultura w Rosji sto lat po rewolucji, wyd. Czarne, Wołowiec 2018, ss. 397.