Istnieją pewne grupy etniczne, które krytykę znoszą gorzej niż inne. Są również takie, które nie tolerują absolutnie żadnej negatywnej opinii, same oczywiście wypowiadając się pejoratywnie o innych zbiorowościach. Łatwo zgadnąć, że chodzi o Żydów. Antysemityzmem może być więc wszystko: stwierdzenie, że większość funkcjonariuszy UB należała do narodu wybranego, opinia, iż rok 1968 w PRL był tylko wewnątrzpartyjną rozgrywką, czy po prostu krytyka polityki Izraela. Bardzo dobrze, że głosy krytyczne wobec specyficznego charakteru Żydów pochodzą od nich samych. Mowa tu o Normanie Finkelsteinie, autorze chociażby „Przedsiębiorstwa Holocaust”, albo o twórcy omawianej pozycji, Shlomo Sandzie. Jego esej „Dlaczego przestałem być Żydem” nie stanie się ulubioną lekturą czytelników „Gazety Wyborczej”, chociaż sam Sand powiela w nim sporo stereotypów charakterystycznych dla filosemitów.

Ale od początku. Autor z początku zaznacza, że jego tekst nie jest przeznaczony dla antysemitów. Fakt, kłamstwa oświęcimskiego tutaj nie ma, ani też pseudonaukowych opinii na temat rzekomych ewolucyjnych mankamentów Żydów. To nie bibuła dla dziarskich chłopców, ale cenna rzecz, która tłumaczy, w prosty i łopatologiczny sposób, to, kim są dzisiaj Żydzi. Z tożsamością tej grupy etnicznej są problemy i to nie od dzisiaj. Shlomo Sand, jako ateista, niezwiązany nijak ani z religią ani obrzędowością współczesnego judaizmu, zadaje pytanie, czy tożsamość Izraelczyków jest w jakikolwiek sposób powiązana z czynnikami pozareligijnymi. Odpowiedź, jakiej udziela, jest negatywna. Nie mogąc znaleźć swojego miejsca w społeczności, której jedynym spoiwem jest religia, dokonuje dekonstrukcji własnej tożsamości. To jest dopiero początek. Wiadomo: są dwa sposoby, jakimi można stać się obywatelem Izraela. Pierwszym jest udowodnienie własnego pochodzenia z matki Żydówki. Drugim – przyjęcie religii.

Nim przeanalizuję rzeczony esej, kilka słów na temat przekłamań pojawiających się na jego początku. Posługując się wytartymi kliszami na temat historii Żydów, Sand omawia historię diaspory swojego narodu. Nie zauważa specyfiki I Rzeczpospolitej i faktu, że była ona państwem bez stosów. Dokąd z całej Europy uciekali Żydzi? W Polsce na poziomie państwowym nikt nie wymagał od nich zmiany religii, co działo się na zachodzie Europy. Oczywiście, że na płaszczyźnie prywatnej zdarzały się zatargi, ale pamiętać musimy o dwóch rzeczach. Primo, były to zatargi mające obopólne źródło. Secundo, nie wolno nam oceniać antyżydowskich wystąpień miarą holokaustu, a takie ahistoryczne myślenie dominuje we współczesnym dyskursie dotyczącym Żydów. O tym wszystkim Shlomo Sand nie wspomina, dając nieco krzywdzący dla gojów obraz przedwojennej rzeczywistości europejskiej.

Wróćmy do meritum tekstu. A zawiera on sporo niepopularnych, chociaż powszechnie znanych faktów. Przede wszystkim nie pasuje autorowi wyższość, z jaką Żydzi spoglądają na gojów, czyli tych, którzy Żydami nie są. Źródła takiego traktowania bliźnich znajdują się już w Starym Testamencie i Talmudzie. Tworzenie się żydowskiej diaspory miało swój początek nie tylko w wygnaniu, ale również w poczuciu moralnej i społecznej wyższości, którą czuli i czują Żydzi w stosunku do innych obywateli. Konsekwencją takiego myślenia jest agresywna polityka międzynarodowa i wywiadowcza Izraela. Polityka społeczna, której pokłosiem staje się wysyłanie młodych Izraelczyków na wycieczki do Auschwitz-Birkenau oraz podsycanie poczucia krzywdy i nienawiści, skrytykował już żydowski reżyser Yoaw Shamir w głośnym dokumencie „Defamation” (w polskiej wersji „Dezinformacja”, chociaż powinno być raczej „Zniesławienie”). Skoro i Finkelstein, i Shamir, i Sand widzą nieprawidłowości w funkcjonowaniu własnego społeczeństwa, a jest to głos żydowski, nie ma co krzyczeć o antysemityzmie, ale raczej porzucić mity narzucane przez niektórych przedstawicieli tego narodu.

Jednym z nich, rozpowszechnionym na Zachodzie, jest narracja o wyłącznie antyżydowskim charakterze II wojny światowej. Na mocy tej opowieści zdarzały się sytuacje, w których do głosu nie dopuszczano ofiar spośród Cyganów. Bo przecież na cierpienie monopol może mieć tylko jedna nacja. Inny przykład. Nie mówi się, że w obozach zagłady zginęło około 11 milionów ludzi, i że tylko połowa z nich należała do narodu wybranego. Prześledziwszy popularne publikacje historyczne ukazujące się na Zachodzie, zobaczymy, że liczba ofiar stopniała do 6 milionów, i że obecnie w kontekście lagrów niemieckich wspomina się tylko o Żydach. O skandalicznym stosunku osadników żydowskich do własnych, ocalałych z holokaustu współziomków pisał już w „Siódmym milionie” Tom Segev. Określenie „mydło” padające w stronę migrujących do Izraela było powszechne.

Konstatacją eseju staje się teza, że współczesny Izrael jest państwem ksenofobicznym, natomiast jego społeczeństwo jest jednym z najbardziej rasistowskich. Jako lewicowiec, socjalista, Shlomo Sand, nie jest w stanie zrozumieć i tolerować motywacji, jakie rządzą jego narodem. A że ten oparty jest jedynie na spoiwie religijnym, wypisuje się z niego. I może ten gest jest zanadto egzaltowany, staje się ważnym głosem w dyskusji, której głośno prowadzić nie można. Chyba, że chce się być obwołanym antysemitą. Nawet, gdy cytuje się autora, który do antysemityzmu ma stosunek jednoznacznie negatywny. Jak pisał pierwszy rabin osadniczej wspólnoty w Palestynie: różnica między duszą Żyda, z jej wiarygodnością, wewnętrznymi pragnieniami, żądaniami, jakością i postrzeganiem, a duszą wszystkich nie-Żydów, jest większa i głębsza aniżeli różnica pomiędzy duszą człowieka a duszą zwierzęcia.

Shlomo Sand, Dlaczego przestałem być Żydem: spojrzenie Izraelczyka, tłum. I. Badowska wyd. Dialog, Warszawa 2014, ss. 139.

Daleka Północ od dawna fascynowała – najpierw badaczy, potem reporterów. Życie w skrajnie nieprzyjaznych dla człowieka warunkach to wyzwanie, któremu czoła stawiali Fridtjof Nansen czy Roald Amunsen. Ten drugi zresztą zginął podczas wyprawy w okolice Bieguna Południowego. Interesujące jest przyglądać się ludziom żyjącym w takich warunkach z własnej woli. Chociaż technika przyszła im z pomocą i nie muszą oni własnoręcznie przygotowywać lamp z foczego tłuszczu, lub kryć się przed zimnem w odwróconej łodzi jak Nansen ze swoją drużyną, dzień polarny, noc polarna oraz niskie temperatury nie są dla nich naturalnym środowiskiem. Przebywająca od 2010 roku na Spitsbergenie autorka „Białego” Ilona Wiśniewska spróbowała zmierzyć się z polarną materią. Pisarka mieszka tam na stałe, w życiu prywatnym związana jest z Amundsenem Birgerem, redaktorem naczelnym lokalnej gazety; bo i taka tam się ukazuje.

Zacznę od życia prywatnego, bo to widoczny mankament tej książki. Wiśniewska wpada w sentymentalną manierę i miejscami jej reportaż niebezpiecznie zbliża się do granicy, za którą zaczyna się „Dom nad rozlewiskiem”. Życie w cieniu starszego od niej o trzydziestu lat męża może nadawałoby się na jakiś polarny romans, ale nie na tekst, który ze swojej definicji powinien być zobiektywizowany. A z pewnością już reporter ma zostać przezroczysty. Dołącza więc autorka do niesławnego pokolenia Kolosów, które przemierza świat, krzycząc następnie: ja widziałem, ja przeżyłem, ja doświadczyłem. Ja, ja, ja! Opisywany świat staje się tylko tłem dla narcystycznego ja, które staje się w opowieści najważniejszym jej elementem. A przecież nie na tym polega reporterskie opisanie świata. Może odkryję przed Wiśniewską Amerykę, ale czytelnika naprawdę nie interesują szczegóły z życia prywatnego autorki. One nie wnoszą nic do historii. Gdybym nie wiedział, że Birger to mąż reporterki, straciłbym cokolwiek? Wręcz przeciwnie, opowieść zyskałaby na obiektywizmie. A opieranie się na relacjach osoby, z którą pozostaje się w związku uczuciowym, to z pewnością jeden z grzechów głównych niedoświadczonych dziennikarek.

Opisywany w książce Spitsbergen to wyspa – azyl, na której dominują Norwegowie, ale najliczniej występującą mniejszością narodową są… Tajowie. Zaskakujący fakt. Oprócz nich licznie występują Rosjanie. I gdy myślimy o tych ostatnich, powinniśmy wzorem Związku Sowieckiego, poszukać opuszczonych miast. Naturalnie, takie również na wyspie się znajduje, a nazywa się Piramida. Jest także obecny akcent rodzimy w postaci Polskiej Chatki, do której od kilkudziesięciu lat przyjeżdżają ekipy badawcze. Nie obyło się od akcentów polityczno – historycznych; o wprowadzeniu stanu wojennego uczeni dowiedzieli się dopiero kilka dni później. Jeden z nich momentalnie uciekł, prosząc w Norwegii o azyl. Największe miasto Spitsbergenu Lonyearbyen liczy sobie około czterech tysięcy dusz, co również może dziwić laików. Rodzą się dzieci, wypełniają się przedszkola, od czasu do czasu odbywają się koncerty, w tym cykliczne bluesowe i jazzowe festiwale. Tylko szkoda, że black metalu nie ma (albo autorka nie odrobiła pracy domowej i o niczym nie wie, czemu bym się nie dziwił), bo kolebka drugiej fali tego gatunku i sroga zima powinny być naturalnym środowiskiem dla tej stylistyki. Jazz, blues i muzyka elektroniczna – hipsterstwo pełną gębą nawet na Spitsbergenie, ale trudno dziwić się takiemu spojrzeniu, gdy sponsorem książki jest radiowa Trójka (przez złośliwych nazywana Trujką).

Te anegdotyczne historie stanowią jasny punkt „Białego”. Widać, że autorka parę zim na wyspie przeżyła i rozmawiała już z niejednym jej mieszkańcem. Natomiast, czytając reportaż, nie mogłem wyrzucić z pamięci innego tekstu. Mowa o relacji Macieja Wasielewskiego i Marcina Michalskiego z pobytu na Wyspach Owczych, która kilka lat temu ukazała się pod tytułem „81:1”. Gdy zestawimy ze sobą te dwie książki, jasno ukaże się nam, kto w tym pojedynku wygrywa. Brakowało mi w opowieści Wiśniewskiej większego zagęszczenia świrów, którzy przecież daleką Północ wybierają. Nie było wódki, więc nie było historii. Autorka do tematu podchodzi grzecznie, niczym licealistka. Kulturalnie rozmawia, pyta i otrzymuje odpowiedzi, najczęściej czyni to z cienia męża, który na Spitsbergenie jest już instytucją. I potem te grzeczne odpowiedzi łączy w reportaż, w którym absolutnie nie ma flaków, nie ma żadnej duchowości, jest tylko opis świata młodej hipsterki, która dostrzega tylko to, co na powierzchni. Dlaczego nie ma w tej opowieści religii? Kościół jest, więc wystarczyło wejść i powęszyć. Dlaczego autorka poświęca tak niewiele miejsca na opisanie prywatnych pasji i pokrętnych życiowych dróg swoich rozmówców? W końcu ludzie wybierający z własnej woli mieszkanie w tych rejonach nie są typowymi zjadaczami chleba. Uciekają przed czymś, chcą zapomnieć, zacząć nowe życie, albo w spokoju doczekać do śmierci. Ale trzeba pytać, a nie występować jako żona sławnego męża.

Ilona Wiśniewska, Białe: zimna wyspa Spitsbergen, wyd. Czarne, Wołowiec 2014, ss. 205.

Jeśli czytał ktoś „Rzeźnię numer 5” Vonneguta albo „Paragraf 22” Hellera, może zapadło mu w pamięć nazwisko tłumacza. Lech Jęczmyk, bo o nim mowa, nie jest znany tylko z translacji klasyki powieści amerykańskiej XX wieku. To również postać związana przez długie lata z redakcją „Fantastyki” oraz „Nowej Fantastyki”, współtworząca ten znamienity miesięcznik od początków jego istnienia. Ten urodzony w Bydgoszczy, ale związany z Warszawą człowiek, jest również twórcą dwóch cyklów felietonów, a może i krótkich esejów, wydanych pod wspólnym tytułem „Nowe średniowiecze” i „Jeszcze nowsze średniowiecze”. Uprawiał również judo! Powiedzieć by można, człowiek renesansu. I jeśli chcemy mówić o polskich elitach umysłowych, a nie mamy ochoty wymieniać „autorytetów moralnych” spod znaku mediów jedynie słusznych, możemy śmiało wskazać nazwisko Lecha Jęczmyka.

„Dlaczego toniemy, czyli jeszcze nowsze średniowiecze” czytałem już kilka lat temu i w związku z oryginalnym podejściem ich twórcy do tematów polityki, religii, światowych spisków czy historii ucieszyłem się, że wydał on wspomnienia. Pierwsza myśl: dlaczego takie krótkie? I jeżeli omawiana pozycja posiada jakieś wady, to właśnie jej objętość może być jedyną z nich. A tak naprawdę poza wziętą w cudzysłów kwestią lakoniczności tych memuarów nie ma się do czego przyczepić. Chłonie się te wspomnienia od samego początku do ostatnich stron. Jęczmyk to nie tylko znawca literatury współczesnej, czego daje niejednokrotnie swój wyraz, jest on człowiekiem religijnym, ale po przejściach, jest patriotą, ale nie patrzy w oczywistym kierunku, jest prawicowcem, ale bez pakietu poglądów, które koniecznie trzeba wyznawać, gdy nim się jest. Te drobne różnice stanowią o tym, że nazwałem go jednym z członków polskiej elity umysłowej. Dzieje się tak, ponieważ autor „Światła i dźwięku” jest człowiekiem posiadającym niezwykle szerokie horyzonty, oryginalny zestaw poglądów, a nie wyuczonych klisz, powtarzanych przez akolitów pewnych stronnictw politycznych czy religijnych. Jego podejście do materii polityki, religii i historii jest wynikiem autentycznych, pogłębionych procesów myślowych, nie zaś wytresowanym odruchem.

Co ciekawe, Jęczmyk twierdzi, że ma bardzo dobrą pBlogger jest bezpłatnym narzędziem oferowanym przez firmę Google, służącym do publikowania blogów i łatwego dzielenia się swoimi przemyśleniami z całym światem. Blogger ułatwia publikowanie tekstu, zdjęć i filmów w blogu osobistym lub blogu zespołu.amięć i potrafi przywołać mnóstwo wspomnień od momentu bycia dwuletnim pacholęciem. Nie wiem, na ile w tym kokieterii rzucanej w stronę czytelnika, a ile prawdy. Nie mam jednak powodu, aby autorowi nie wierzyć. Nasi intelektualiści, zwłaszcza ci z lewej strony politycznej barykady, zwykli są wynosić się ponad motłoch i nauczać go z mównicy. Lech Jęczmyk w „Świetle i dźwięku” niczego takiego nie czyni. Nie narzuca, nie perswaduje, nie podpowiada czytającym, że szczęściem jest przyjęcie jego spojrzenia na świat. Skromnie opisuje swoje życie, począwszy od wczesnego dzieciństwa, w czasie którego obserwował działania wojenne. Pisze o trudnej egzystencji w czasach stalinizmu, o znajomości własnego ojca z rotmistrzem Witoldem Pileckim, przypomina fakty, które dzisiaj zostały zapomniane, na przykład mówiąc o powojennej wysyłce polskiej żywności do biednej Anglii. Wszystko to przyprawia celnymi spostrzeżeniami dotyczącymi dzisiejszego życia społeczno-politycznego.

Czytając „Światło i dźwięk”, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że autor jest tym typem człowieka, którego zwykło się nazywać realistą. Niektórzy, złośliwi rzekliby może „pesymista”, ale to moim zdaniem zbyt daleko idąca samowola. Nie jest Lech Jęczmyk człowiekiem zgorzkniałym, ale raczej z racji swojego wieku dawno pozbył się złudzeń. Dobiega do osiemdziesiątki i zdaje sobie sprawę z faktu, że rewolucja Solidarności nie zmieniła tak wiele, jak wydaje się na oficjalnych obchodach przeróżnych świąt i uroczystości. Jako że w latach 90. bawił się w tworzenie od zera pewnego politycznego stronnictwa, zna doskonale mechanizmy rządzące rządzącymi i partiami, z których oni się biorą. Nie skacze z radości na wieść o kolejnej rocznicy 4 czerwca, zdając sobie sprawę, że polityki nie uprawia się ani w rządzie, ani w parlamencie, ponieważ istnieją zupełnie inne ośrodki władzy, ulokowane z dala od medialnego szumu.

I chyba najciekawszą kwestią związaną ze „Światłem i dźwiękiem” jest wyławianie takich perełek, od których roi się w felietonach Jęczmyka. A związane są one z nieortodoksyjnym, jak już wcześniej wspominałem, podejściem autora do spraw społecznych oraz politycznych. Dzięki temu, czytając wspomnienia autora, ma się wrażenie uczestniczenia w niezwykle ciekawej gawędzie. Gawędzie, która posiada rozmach, ciekawą fabułę, intrygujące spostrzeżenia. A źródła tych spostrzeżeń leżą w obserwacji świata, wyciąganiu zeń wniosków, czy formacji intelektualnej oraz duchowej. Do mistrzów Jęczmyka należą między innymi o. Bocheński i prof. Wolniewicz, czyli jednostki równie oryginalnie myślące jak autor. I powiem to jednak na koniec: szkoda, że tak krótko! Sporo zostało niedopowiedziane, a ciekawość woła o więcej.

Lech Jęczmyk, Światło i dźwięk: Moje życie na różnych planetach, wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2013, ss. 276.

Fanem Vadera nie byłem nigdy, natomiast doceniam ich pierwsze wydawnictwa, szczególnie debiut „The Ultimate Incantation”, wydaną później epkę „Sothis” oraz drugi album, mocny i zwarty „De Profundis”. Później było lepiej lub gorzej, lecz granie to ani mnie nie ziębiło, ani nie grzało. Ot, solidny death metal, jednak bardziej rzemieślniczy niż artystyczny. I gdy dziesięć lat temu pisałem recenzję „The Beast” na nieodżałowany portal Millennium Metal (którego tradycje kontynuuje dzisiaj metalzine.pl), dałem do zrozumienia, że zespół zjada własny ogon i niczego nowego raczej już nie wymyśli. Kilka dni po publikacji tekstu dostałem mail z pogróżkami, naturalnie od anonimowego nadawcy, jednak z ciechocińskiego serwera. A w Ciechocinku nie tylko dom zdrojowy stoi, a mieściła się tam (i chyba mieści się do dzisiaj) siedziba managera grupy. Mądremu dość, jak mówi klasyk z Torunia. Dekadę później ukazuje się biografia polskiej grupy, pióra Jarosława Szubrychta. I wiem, że pozycja ta musi znaleźć się na mojej półce.

„Wojna totalna” jest jedną z tych biografii, które czyta się jednym tchem, ponieważ napisana jest niczym powieść sensacyjna. To jest wciągająco, z pasją, znajomością tematu, również doskonale w warstwie językowej, co nie jest oczywistością jeśli mówimy o książkach o metalowcach dla metalowców. Szubrycht z wykształcenia jest polonistą, pisze nie od dzisiaj, w dodatku lideruje reaktywowanej ostatnio kapeli Lux Occulta. Gust ma szeroki i dość wyrafinowany, na metalu się zna autentycznie, a nie jak redaktorzy „jedynego rockowego pisma w Polsce”. Interesujący jest fakt, że autor nie skupił się tylko na historii Vadera, ale szczególnie w początkowych fazach biografii naszkicował szerokie tło opisujące rozwój muzyki metalowej w kraju. A przypomnieć należy, że lata 80., w których rodził się zespół oraz rozwijał rodzimy metal, nie były łatwe dla muzyki. Metalowcy i tak mieli łatwiej niż inne zespoły alternatywne, bo ich płyty ukazywały się jednak w większej liczbie niż albumy kapel grających punk czy nową falę. Kat, Destroyers, Turbo, Open Fire, Stos, Hammer, VooDoo, Alastor – może to niezbyt wiele, gdy porównamy tę skromną liczbę do warunków dzisiejszych, ale i tak więcej niż w przypadku załóg punkowych i nowofalowych.

Jest więc etos, styropian i walka z systemem, na szczęście autor nie popada w przesadę i nie czyni z bohaterów opowieści antykomunistycznych wojowników. Możemy za to obserwować szarą rzeczywistość przedostatniej dekady wieku XX: kłopoty ze zdobyciem sprzętu do grania, organizacją koncertów, ale i romantyczny mit jedności podziemia, który – jak doskonale wiadomo – jest tylko mitem, niczym więcej. Metalowcy z lat 80. w dużej mierze byli agresywni niczym dzisiejsi kibice, a głupi niczym dresiarze. Taka prawda i być może kogoś ona oburzy, ale świętości po to są, aby je szargać, a legendy – odbrązawiać. Taki ponury, ale i barwny z drugiej strony opis, serwuje nam Szubrycht. W takiej atmosferze, w prowincjonalnym pruskim Olsztynie, powstaje pierwszy polski muzyczny towar eksportowy. To właśnie Vader, zespół deathmetalowy, grający muzykę, której w tamtym czasie bała się zdecydowana większość społeczeństwa, zdobył rynki zachodnie. Nie Budka Suflera, nie Edyta Górniak (ona próbowała w latach 90.), ale „brudasy” i „sataniści” – jak nazywają metalowców ich adwersarze. Musimy pamiętać, że to nie były jeszcze czasy, w których Nergal brylował na Pudelku, bo o tym drugim nikomu jeszcze się nie śniło, a ten pierwszy dziecięciem był w nadmorskim Danzigu.

Głównym bohaterem biografii jest lider kapeli – Peter – i to dlatego, że skład kapeli zmieniał się od zawsze, co pewnie pozostanie normą już do końca dni zespołu. Jawi się Peter jako generał, sam siebie tak określa, i tak pisze o nim autor. Generał, jadąc autokarem w czasie trasy, ma wydzielone piętro, na którym rozmawiać można jedynie o metalu lub na tematy, które zainteresowany podrzuci. Inne – surowo wzbronione. Nie ma więc żartów, bo to jest metal, a metal – jak wiadomo – jest wojną. Wojną są również stosunki panujące w zespole, więc przez całą historię kapeli winni są ci, co odeszli. Nie Peter, albo manager – Mariusz Kmiołek. Rację ma tylko generał. O wojnie jednak Piotr Wiwczarek śpiewać nie chce, woli o piekle i demonach. Wojenny epizod w tekstach uważa za pomyłkę. Tylko dziwi fakt, dlaczego pięćdziesięcioletni facet woli liryki o pierdołach, zamiast prawdziwego życia. Skąd zamiłowanie do okultyzmu? Po co szatan? To jest już nudne, szczególnie w wykonaniu kogoś, kto wyrósł już z krótkich gaci i buntu przeciwko księdzu proboszczowi. Z kart „Wojny totalnej” wyłania się jeszcze jeden obraz Petera, nie mniej interesujący niż inne, a mianowicie lekko dziadowski i konserwatywny. Mamy więc do czynienia z człowiekiem, który wszedł na ściśle określoną ścieżkę i kurczowo jej się trzyma. Nic w tym nie ma złego, gdyby nie wrażenie jakiegoś skostnienia, tworzenia na siłę i na siłę udowadniania, że Vader to wciąż ta nieokiełznana bestia, która w swoich początkach raziła dość skutecznie.

Bohater jest zmęczony i to widać mimo buńczucznych wypowiedzi dotyczących najnowszej płyty „Tibi et igni”, która jest taka, jaka jest: przewidywalna, niespecjalnie porywająca. Letnia jak cały zespół od czasów „Litany”. Zmęczenie to widać pomiędzy wierszami i ciekawie je sobie konfrontować z oficjalną linią promocyjną zespołu, która wkracza gdzieś na karty książki. Szubrycht jest jednak zbyt dobrym dziennikarzem, aby tuszować wady swojego bohatera. One wychodzą same. „Wojna totalna” zaś jest jedną z najciekawszych pozycji biograficznych dotyczących szeroko pojętej muzyki rockowej, nawet gdy jej główna postać od dawna ani ziębi mnie ani grzeje, gdyż Vader dzisiejszy to cień dawnego zespołu, który na początku lat 90. zawojował swoim potężnym death metalem cały świat.

Jarosław Szubrycht, Wojna totalna, wyd. Sine Qua Non, Kraków 2014, ss. 429.

Alpinizm od zawsze wymagał ofiar. Na samym początku, gdy wysokie góry zaczęto odkrywać i eksplorować przy pomocy prymitywnego – z dzisiejszego punktu widzenia – sprzętu. Tak samo jest dzisiaj, gdy sprzęt jest nieporównywalnie lepszy, nowocześniejszy i bardziej pomaga przetrwać. Gdy w dodatku zawiodą jeszcze ludzie, o tragedię nietrudno. Tak stało się zimą 2013 na Broad Peak, gdy zginęło dwóch himalaistów. Werdykt był jednoznaczny: stało się tak dlatego, że pozostali uczestnicy wyprawy, zamiast poczekać na spóźniających się kolegów, pospieszyli do bazy. Przez polskie media przetoczyła się lawina oskarżeń i niezdrowych emocji. Najbardziej dostało się Adamowi Bieleckiemu. Czy sprawiedliwie, czy nie, można się nad tym zastanawiać. A można również wybrać się śladem zaginionych, tak jak zrobił to Jacek Hugo-Bader.

Jeden z głośniejszych i bardziej kontrowersyjnych reporterów współczesnych, od lat związany z „Gazetą Wyborczą”, również kontrowersyjną gazetą codzienną, Jacek Hugo-Bader, na tę wyprawę dosłownie się wprosił. W niedawno udzielonym portalowi dwutygodnik.com wywiadzie przyznał się, że musiał nieco przekoloryzować, aby uzyskać zgodę. Koloryzował również w swojej książce. I to nie pierwszy raz. Nie bez przyczyny w dziennikarskim slangu używa się zwrotu „polecieć Baderem”. Co znaczy zmyślić, dokonać konfabulacji, czy po prostu nieco nagiąć fakty. Tak działo się w rosyjskiej trylogii autora, tak zapewne dzieje się w „Powrocie na Broad Peak”. Cała sztuka polega na odgadnięciu, w których miejscach autorskie opinie te fakty naginają. Aby to uczynić, trzeba być w tych miejscach, co reporter, albo sięgnąć do innych źródeł. Reportaż, zdaniem Hugo-Badera, ale i w opinii Kapuścińskiego, jest przede wszystkim literaturą, więc czytelnik nie powinien się dziwić, skoro odnajdzie w nim sceny, które się nie wydarzyły w rzeczywistości.

Skoro nie sposób oddzielić faktów od fikcji, przyjrzyjmy się warstwie fabularnej dzieła. Obraz himalaistów, jaki się z niego wyłania, jest mocno antypatyczny. Czytając tekst, widzimy ludzi zafiksowanych na jednym temacie tak mocno, że alienują się oni od pozostałych elementów życia, a czasem wręcz sobie z nimi nie radzą. – Przed czym uciekacie – pyta w pewnym momencie Hugo-Bader jednego z uczestników wyprawy poszukiwawczej, która miała na celu odnalezienie dwóch ciał zaginionych w poprzednim sezonie wspinaczy. Bo nie ulega wątpliwości, że himalaizm jest formą ucieczki. Staje się również formą psychicznej aberracji, jak każda pasja, która polega na igraniu z własnym życiem. Nie zdradzę żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że podczas tych kilku tygodni, które autor spędził w Himalajach, zginęło jedenastu członków innych wypraw eksplorujących okolice Broad Peak. Trochę ponura statystyka, trzeba przyznać. – Dlaczego to robicie – ponownie pyta Hugo-Bader. – Bo góry są – słyszy w odpowiedzi.

Udało się autorowi odmalować trudne, wręcz diabelnie trudne charaktery polskich himalaistów, również udało się zedrzeć nieco romantyzmu, którym obleczeni są dla laików górscy wspinacze. Że niby tacy szlachetni, mający kontakt z naturą. Chłopomania się przypomina – trochę to inna kwestia, ale mechanizm chyba podobny. Alpiniści również bywają ze sobą skłóceni, niczym nasz polityczny światek, również robią sobie pod górę i są po prostu nieprzyjemni. Taka górska arystokracja mówiąca: my podróżnicy wspinamy się, a co wy szarzy zjadacze chleba o tym wiecie? Skoro nie wiecie nic, to krytykę schowajcie do kieszeni. A krytyce podlegać może wszystko. Skoro można protestować przeciwko dziełom kultury, można również polemizować z trybem życia, jaki prowadzą himalaiści. A wydają się oni żyć wedle zasady: żyj krótko, umieraj młodo. Mają rozwalone życie rodzinne, rozregulowane organizmy niczym rockandrollowcy po długiej i wyczerpującej trasie.

Krytykować Bieleckiego i Małka publicznie nie zamierzam, bo sprawa jest świeża, a przez internet przelała się swego czasu powodziowa fala hejtu. Wystarczy. Nie byłem tam, nie wiem, jak oddycha się na ośmiu kilometrach nad poziomem morza. Z drugiej strony „Powrót na Broad Peak” napisany jest w ten sposób, że każdy może wyrobić sobie swoją opinię. Osobiście taką posiadam i można ją odczytać z akapitu powyżej. Za górską arystokracją (zresztą za każdą) po prostu nie przepadam i z tego powodu utwierdziłem się tylko w moich przekonaniach. Co jeszcze tu jest ważne, to cisi bohaterowie – bliscy zmarłych tragicznie himalaistów. Oni nigdy nie pogodzą się ze śmiercią swoich najbliższych. Czy dla kupy kamieni warto ryzykować aż tak wiele?

Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, wyd. Znak, Kraków 2014, ss. 330.

Jeśli wskazać by zespół, który stał się inspiracją dla jak największej liczby innych wykonawców, w czołówce znalazłby się brytyjski kwartet Black Sabbath. Jakoś trudno sobie wyobrazić sytuację, w której rzeczona grupa nie powstaje. Jak wyglądałby wtedy metal? Czy tkwiłby w bluesowych harmoniach, bo tak podyktowały tradycję Deep Purple i Led Zeppelin? A może w ogóle by nie powstał? Ciężar, bo przede wszystkim z tą kategorią kojarzymy Black Sabbath, stał się podstawową wartością dla większości zespołów metalowych, które w jakikolwiek stopniu chcą  być traktowane poważnie i liczyć się na scenie. Nie dziwi więc fakt, że na polskim rynku po wielu latach pokazuje się druga biografia tego sławnego zespołu. Pierwszą może pamiętają starsi czytelnicy z początku lat 90. Jej autorem był dziennikarz brytyjskiej edycji „Metal Hammera” Chris Welch. Mam ją na półce, chociaż dawno do niej nie zaglądałem. Tę również postawię obok, chociaż mówiąc szczerze, przyznać muszę, że spodziewałem się więcej.

Nie lubię standardowych muzycznych biografii polegających na realizacji schematu: opis przygotowań do nagrywania albumu, analiza piosenek na płycie, wspominki z trasy koncertowej. Ktoś powie, że się czepiam, bo właśnie tak wygląda życie dziewięćdziesięciu procent kapel. Nagrywają płytę, jadą w trasę, a potem znów wchodzą do studia – w koło Macieju. W porządku, to napiszmy w ten sposób biografię jakiegokolwiek pisarza. Adam Mickiewicz wydawał literaturę piękną przez osiem lat, później tej działalności zaprzestał. Realizując wyżej wymieniony schemat, twórca pozycji biograficznej artysty musiałby się skupić jedynie na literackim aspekcie życia poety. A przecież wiemy, że ono nie tylko składa się z tworzenia tekstów, wydawania tekstów, sprzedawania tekstów. Zabrakło mi w „Sabbath Bloody Sabbath” Joela McIvera szerszego kontekstu twórczości zespołu, koniecznego przecież, aby porządnie opisać jego pierwszy okres egzystencji. Po krótkiej retrospekcji do lat dzieciństwa i wczesnej młodości muzyków i charakterystyce miasta, skąd ci pochodzili – Aston – autor zaczyna żmudną narrację opisującą w kolejności wszystkie albumy Black Sabbath. Nieraz przetyka swój wywód obserwacjami stosunków między muzykami, nie analizuje genezy zespołu, nie dotyka kontrowersyjnego zainteresowania okultyzmem; nie istnieje dla McIvera szerszy kulturowy kontekst istnienia tej grupy.

Rezultat jest taki, że jeżeli zwykle muzyczne biografię połykam w przeciągu jednej doby, to w omawianym przypadku męczyłem się z książką kilka dni. Poza tym chyba autor pomylił proporcje, bo z powodu swojego „ozzycentryzmu” stara się jak najwięcej miejsca  poświęcić życiu pierwszego i obecnego wokalisty zespołu – Ozzy’ego Osbourne’a. Naprawdę wolałbym dowiedzieć się czegoś więcej na temat pierwszych lat działalności Black Sabbath niż czytać wynurzenia na temat osławionego reality show, w czasie którego zamroczony alkoholem śpiewak Black Sabbath robił z siebie pośmiewisko. A jeśli autor już musiał połowę swej książki poświęcić na analizę koncertów kapeli w XXI wieku, na opisy Ozzfestu – festiwalu organizowanego przez żonę Osbourne’a – Sharon, mógł śmiało rozbudować wątki początkowe. 

Nie mówię, że „Sabbath Bloody Sabbath” nie posiada walorów poznawczych i że jest niestrawnym daniem. Skłamałbym, gdybym tak stwierdził. Na encyklopedię wiedzy na temat zespołu nadaje się nieźle. Nie jest natomiast pełnoprawnym dziełem literackim, a do takich zaliczam na przykład Jarosława Szubrychta biografię Slayera, czy dziś kupioną historię polskiej ikony death metalu – Vadera. To są książki napisane z werwą, z literackim zacięciem, z talentem do opisywania ciekawych historii. A przecież jeden z pierwszych zespołów używających w swojej twórczości odniesień do chrześcijańskiej demonologii to historia – samograj. Wystarczyło tylko odejść od schematu studio – płyta – trasa. Cóż, nie udało się.

Ostatnim kamyczkiem do ogródka jest koszmarne wręcz tłumaczenie omawianej biografii. Nie wiem, kim są Katarzyna Gościej i Maciej Cisowski, ale ich znajomość języka polskiego stoi pod wielkim znakiem zapytania. Każdy w miarę ogarnięty gimnazjalista wie, że w naszej gramatyce konstrukcja „półtorej roku” nie istnieje i że napisać „tą katastrofę” to jak puścić bąka na przyjęciu u cioci. Ale naszym dzielnym rycerzom pióra takie faux pas widocznie nie przeszkadza. Do tego dodać trzeba chaotyczne stosowanie zasad interpunkcji, chociażby przed przysłówkiem „niestety”. Niestety, przecinki raz się po nim pojawiają, a innym razem nie. Takich językowych błędów jest w omawianej biografii zatrzęsienie, a dominuje niedbała, kalkowana z języka angielskiego składnia. Dopiero na końcu tekstu sytuacja się poprawia, bo rozdział 31 przetłumaczył, a ostatni napisał Bartosz Donarski. Nie rozumiem, dlaczego wydawnictwo nie powierzyło mu roboty translatorskiej na potrzeby całego utworu.

No i pod koniec tej recenzji do akcji powinien wkroczyć Hamlet, zadając odwieczne pytanie: kupić albo nie kupić. A ja się wykręcę od odpowiedzi, bo uczniem już dawno nie jestem, i powiem: to zależy. U mnie na półce stoi; jako kompendium wiedzy o jednym z największych zespołów rockowych wszech czasów, jest to pozycja przydatna. Napisana i przetłumaczona jest dość koślawo w myśl zasady, że metalowcy pewnie i tak książek nie czytają, więc na co im poprawny język w publikacji, której nie ruszą, albo postawią na półce obok telefonu z empetrójkami Behemotha. Trudna sprawa, bo zapowiadało się naprawdę interesująco, i literacko, i poznawczo, a otrzymaliśmy ledwie produkt, który, co prawda, skarbnicą wiedzy jest, ale do czytania w całości specjalnie się nie nadaje.

Joel McIver, Sabbath Bloody Sabbath, tłum. K. Gościej, M. Cisowski, B; Donarski, wyd. Kagra, Poznań 2014, ss. 460.

Za rodinu, za Stalina – krzyczeli czerwonoarmiści idąc w bój w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Ciekawe, czy krymska samoobrona wydawała z siebie równie wojownicze wrzaski, podmieniając jednak nazwisko krwawego Gruzina na obecnie miłościwie panującego Władimira Putina. Zważywszy na kult jednostki, jakim obrasta obecnie miłościwie panujący prezydent Federacji Rosyjskiej, widać, że taki scenariusz wcale nie musiałby być nieprawdopodobny. O Putinie na polskim rynku ukazało się sporo książek, ja czekam na obiecaną od kilku lat biografię autorstwa znawczyni Rosji Krystyny Kurczab-Redlich. Ale skoro w międzyczasie pojawiła się inna pozycja, czemu do niej nie sięgnąć? Napisana piórem brytyjskiego korespondenta BBC Angusa Roxburgha rzecz może sugerować, iż jest biografią rosyjskiego przywódcy. Natomiast jest ona nie tyle historią życia Władimira Putina, co krótkim zarysem wzajemnych stosunków dyplomatycznych między Stanami Zjednoczonymi a Rosją.

I od razu muszę zaznaczyć, że mimo uproszczeń, które pojawiają się w „Strongmanie” (już sam tytuł stanowi taką banalizację), cieszy mnie fakt, że nie został on napisany przez autora amerykańskiego. W takim przypadku pewnie nie byłoby czego czytać. Jedyne, pogłębione książki o współczesnym obliczu Federacji Rosyjskiej, które miałem w rękach, to dwie pozycje Daniela Kadlera: „Zagubiony kosmonauta” i „Dziwne teleskopy”. Co więcej, lepsze od czegokolwiek, co o tym kraju czytałem. Tyle, że Kadler wtopił się w rosyjski tłum i podejmował się różnych zajęć, a Roxburgh wycierał sobie spodnie na dyplomatycznych fotelach. Jest więc różnica. Jego opracowanie to, jak wspomniałem powyżej, krótki przelot dotyczący wzajemnych relacji między dwoma krajami aspirującymi wciąż do bycia mocarstwami na skalę światową. Przykład ignorancji autora? Proszę bardzo: gdyby Roxburgh spoglądał na świat nie tylko ze swojej, arystokratycznej, brytyjskiej perspektywy, wiedziałby, że określenie „kontynent” używane przez mieszkańców Kołymy na położoną od niej na zachód część Rosji ma inne pochodzenie niż autor insynuuje. Ale to szczegół.

Roxburgh pisze nieźle, jeśli skupia się na kwestiach dyplomatycznych. Opisy spotkań na szczycie, skróty przemówień Putina, relacjonowanie iskrzących momentów – w tym jest dobry. Natomiast, jak każdy niesłowianin, wali na oślep, próbując zrozumieć tak zwaną rosyjską duszę. W momentach naiwności autorowi wydaje się, że wszyscy na świecie kochają demokrację i chcą, aby panowała ona w ich państwach. Nie odrobił brytyjski korespondent lekcji i nie zadał sobie trudu, aby przeczytać chociażby Pipesa, nie mówiąc już o historykach polskich. Ale co on, dumny Brytol, z Polaczkami będzie gadać. Dość, że cytuje – w kontekście Pomarańczowej Rewolucji – Kwaśniewskiego i Sikorskiego. To aż nadto. Wzmiankę o Lechu Kaczyńskim, działającym na rzecz pokojowego rozwiązania konfliktu między Rosją a Gruzją, musiał dopisać polski konsultant książki. Ale dość znęcania się nad biednym autorem, przejdźmy do walorów tego opracowania.

Jednym z nich będzie zapewne fakt, że prezentuje ono, w czytelny i bardzo popularny sposób ostatnie lata historii Rosji: wojny w Czeczenii, zamachy terrorystyczne na Dubrowce i w Biesłanie, zakulisowe działania FSB mające na celu likwidację wrogów systemu, zabójstwa Politkowskiej i Litwinienki, konflikt w Gruzji, w końcu wewnętrzne rozgrywki między partyjnymi frakcjami, zamiany na fotelach prezydenta i premiera, czyli tandem Putin – Miedwiediew. Możemy więc z lotu ptaka popatrzeć sobie na ostatnie dwadzieścia lat naszego wschodniego sąsiada: umacnianie się imperialnej retoryki Putina, flirt z Zachodem, a następnie gwałtowne zerwanie i narastającą niechęć do niego. Jeśli jeszcze ktoś uważa, że Polska (i cała Europa Środkowo-Wschodnia) nie stanowi zadry w oku Putina, to może się srodze zdziwić, czytając „Strongmana”. Wejście naszego kraju, Czech i Węgier, potem zaś państw nadbałtyckich, Rumunii i Bułgarii do NATO, było policzkiem wymierzonym w rosyjskie poczucie dumy – tak ta sprawa wygląda z perspektywy Putina i wielu Rosjan, którzy wciąż żyją odbiciem blasku i chwały ZSRR.

Pozycję tę powinni przeczytać wszyscy, którzy ostatnio uznali Putina za człowieka obłąkanego i niespełna rozumu, a uczynili to w kontekście aneksji Krymu i dalszych zakusów dotyczących Ukrainy. Nie, moi drodzy, to, co zrobiła Federacja Rosyjska, jest po prostu dalszym ciągiem historii opisanej, co prawda pobieżnie i bez zwracania uwagi na niuanse, przez Angusa Roxrurgha. Michaił Gorbaczow, który rozpoczął rozmontowywanie systemu sowieckiego w ZSRR, uznawany jest w Rosji za antybohatera. Stalin zaś w plebiscycie na największego gieroja Matuszki Rossiji zajął miejsce trzecie. To znaczy, znalazłby się na pozycji pierwszej, natomiast, aby uniknąć skandalu, niczym w wyborach do Dumy, dokonano ręcznych przesunięć. Wot, tiechnika! Uroki demokracji suwerennej, jak się patrzy. Borys Jelcyn, który jako jedyny próbował wprowadzić do Rosji prawdziwą, nie sterowaną demokrację, poległ z kretesem i stanowi antytezę obecnego prezydenta. Tamten, otyły alkoholik o mętnym spojrzeniu, a ten bohater gaszący pożary lasów, obłaskawiający polarne niedźwiedzie, judoka, który nie pije i z wód przybrzeżnych Morza Czarnego przypadkiem wyciąga antyczne wazy. Kogo wybiorą Rosjanie? Pytanie to retoryczne, a może i głupie.

Angus Roxburgh, Strongman u szczytu władzy: Władimir Putin i walka o Rosję, GW Foksal, Warszawa 2014, ss. 480.

Paweł Konjo Konnak to znana osobowość polskiego podziemia i nadziemia artystycznego. Związany z trójmiejskim Totartem, który był w latach 80. prawdziwą – jak sami twórcy o nim mówili – ariegardą polskiej kultury. A tak de facto był on awangardą, czerpiącą garściami z futurystów i punkowej bezczelności. Na rynku ukazały się już dwie pozycje poświęcone ogólnie pojętej alternatywy artowej Gdańska i Gdyni. Mowa tu o „Artystach, wariatach, anarchistach” napisanych przez Konnaka wspólnie z Krzysztofem Skibą i Jarosławem Janiszewskim, oraz o „Gangrenie”, tym razem stworzonej przez samego Konja. Dwie poprzednie książki dotyczyły lat 80., natomiast „Karnawał profuzji” wkracza w szalone lata 90., po transformacji ustrojowej, gdy w miejsce siermiężnego komunizmu pojawił się równie siermiężny mafijny kapitalizm z wąsami i łóżkiem polowym. Trzeba przyznać, że edytorsko opracowanie to przygotowane jest wzorowo; to znowu ogromny tom zawierający setki zdjęć, skanów fanzinów i przede wszystkim intrygującą treść.

Natomiast w miarę obcowania z tym tomiszczem, ciężkim niczym cegła z Nowej Huty, pojawia się pewien zgrzyt. I nie jestem do końca pewien, czy jest on winą autora i prezentowanych przez niego treści, czy samej idei Totartu, która – jak każda awangarda – zestarzała się i coraz mniej pasowała do nowych czasów. Przyznać trzeba, że niektóre akcje opisane w poprzednich tomach budzą do tej pory zdumienie i wydają się wciąż obrazoburcze oraz absurdalnie nonsensowne. Anarchiczne prowokacje w środku smutnego reżimu Jaruzelskiego jawiły się niczym łyk ożywczej wody na pustyni. Albo raczej wody z czymś jeszcze. Wprowadzały one do tej ponurej jak myśli komunisty z Komitetu Centralnego rzeczywistości jakiś ładunek groteski, która miała wielką nośną siłę i demontowała system w umysłach ludzi, którym mogło się wydawać, że PZPR będzie rządzić wiecznie. Paweł Konnak opisuje moment, gdy na chwilę skończyła się historia i nagle można było już wszystko. Cenzura, ta oficjalna, upadła i wielu ludzi zachłysnęło się wolnością.

„Karnawał profuzji” jest opisem komercjalizowania się działalności Konja, który z niszowego artysty – performera stał się profesjonalnym showmanem współpracującym z najbardziej znanymi gwiazdami polskiej estrady. Proces, który do tego doprowadził, rozłożony jest na szereg drobnych kroków, w czasie których nie widać wyprzedawania ideałów podziemia, jak powiedziałby zagorzały miłośnik artystycznego undergroundu. Przedzieramy się więc przez dziwaczną dekadę, w czasie której spotykamy postkomunistycznych aparatczyków od kultury, którzy nie rozumieją, że przyszło nowe i wciąż chcieliby organizować rockowe koncerty w salach z krzesłami i z wykorzystaniem zapyziałych wzmacniaczy. Widzimy mozolne, oddolne działania, aby samodzielnie tworzyć i promować alternatywne działania artystyczne. W końcu kapitalizm się rodzi i można wziąć sprawy w swoje ręce. I wreszcie uświadamiamy sobie, że do połowy lat 90. Rzeczpospolita Polska praktycznie nie miała muzyki pop, która teraz zalewa nasze media w najbardziej tandetnej, rodzimej odmianie. Koncerty rockowe cieszyły się ogromną popularnością. W komercyjnych stacjach radiowych można było w paśmie dziennym posłuchać Kultu, Dezertera, Heya, Republiki oraz setek innych kapel, w tym punkrockowych.

Oglądamy więc dziwny, dziwny czas, jak śpiewał Tomek Lipiński. I jeszcze dziwniejszą widzimy woltę światopoglądową, jedną w wersji ciężkiej, drugą – w lżejszej. Opowiada nam Konjo o Zbigniewie Sajnógu, jednym z ojców założycieli Totartu, który stał się jednym z mroczniejszych osobowości sekciarskiej III RP. Z anarchisty w kosmitę – takie to były przemiany. I patrzymy, ale już skromniej na przemianę duchową, którą przechodzi niegdysiejszy twórca „bruLionu”, jednego z najciekawszych pism literackich, które ujrzały światło dzienne w naszym kraju. Robert Tekieli, bo o nim mowa, za moment przestanie być awangardzistą i obrazoburcą, stanie się katolickim radykałem, jednym z nawróconych na chrześcijaństwo demaskatorów popkultury.

Co więc w tym opracowaniu zawodzi? Tak jak wspomniałem, dwie rzeczy. Styl Konja, obrazowy, oparty na absurdalnych skojarzeniach może czasem męczyć, tak jak męczyć zaczyna sam Totart, połykający własny ogon i zachwycający się sam sobą. Zaczynają rozczarowywać dawni bohaterowie walki z idiotyzmem systemu, teraz angażujący się w proaborcyjne agitki. Rozmienia się na drobne humor Big Cyca, powoli wchodzimy w normalność, w której za moment pojawią się koszmarki pseudokabaretowe, a anarchistów nikt nie będzie chciał już słuchać. Drugą kwestią jest formuła tego tomu, która pod koniec zaczyna nieco nużyć: kronika i omówienie, kronika i omówienie, i tak w kółko. Natomiast nie jest „Karnawał profuzji” złą pozycją, szczególnie dla historyka sztuki, a przede wszystkim dla odbiorców kultury, którzy zainteresowani są tym, co dzieje się pod jej powierzchnią. Alternatywny rock, jass, awangarda, happeningi, zlewy poetyckie, sztuki plastyczne – Totart obejmował to wszystko i jest już trwałym śladem w kulturze.

Paweł Konjo Konnak, Karnawał profuzji, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013, ss. 464.

Druga wojna światowa jest niewyczerpalną kopalnią tematów. Każdego roku ukazują się setki, jeśli nie tysiące książek poświęconych tym sześciu latom, które trwale zmieniły porządek całego globu. Rzadziej jednak możemy obcować z tekstem, który konflikt ten ukazuje nie z pozycji zawodowego historyka badającego przebieg bitew albo kulisy politycznych decyzji. Norman Lewis zajrzał za tę nieczęsto odsłanianą kurtynę i opisał życie codzienne w okupowanym przez aliantów Neapolu, na przełomie lat 1943-44, w momencie rozmontowania przez nich faszystowskiego państwa pod wodzą Mussoliniego. W tym samym czasie w Polsce pryskają złudzenia dotyczące przyszłego porządku kraju, ponieważ coraz więcej wiadomo o nowym ustroju, który został nam „podarowany” w Jałcie. Natomiast Włochy połowy wieku XX to kraj w pełni zachodni pod względem politycznym, ale zupełnie nietrzymający się zachodnich standardów w kwestiach społecznych i religijnych. Z takiego zderzenia rodzi się fascynujący dokument.

Wojna wszędzie wygląda identycznie, więc Lewis szczędzi nam relacji z tego teatru, tym bardziej, że w Neapolu nie ma frontu. Kim jest autor tego reportażu? To młody angielski pracownik wywiadu wojskowego, który pod koniec 1943 roku trafia na południe Włoch jako element sztabu armii Stanów Zjednoczonych. Jego zadaniem będzie lustracja miejscowej ludności. Lewis zacznie przeglądać tony donosów na sąsiadów, zbierze grupę informatorów, którzy chętnie opowiedzą o miejskich brudach, czy zadenuncjują za kilka konserw nielubianego kochanka żony. Szybko dojdzie do wniosku, że jego praca jest tak potrzebna jak piasek na pustyni. Spostrzeże absurd nie tylko swojego zajęcia, ale również całej wojny, która od początku dziejów oszczędza królów i generałów, a kosi (ta śmierć) ludność cywilną, w tym kobiety, dzieci i starców. Okrucieństwo opisywane przez Lewisa pozbawione jest patosu, pojawia się nieśmiało, jako jeden z elementów układanki, którą jest egzystencja w południowych Włoszech. Gwałty, znęcanie się nad więźniami i jeńcami to nie tylko domena sowieckich hord barbarzyńców, to nieodłączna część wojny, o czym nie chcą pamiętać jej romantyczni obrońcy.

Spojrzenie na wojnę, z którym spotykamy się w „Neapolu ‘44” bliskie jest obserwacjom Josepha Hellera w „Paragrafie 22”. Zawsze obrywają ci, którzy zawinili najmniej, a główni prowodyrzy grzeją tyłki w cieple sztabowych pokojów. W całym reportażu nikt ani razu nie zająknął się o bohaterstwie. Na takie frazesy może pozwolić sobie dobrze odżywiony generał, któremu włos z głowy nie spadnie. Natomiast ci, którzy dostają po dupie, czyli cywile, chcą po prostu przetrwać i nie w głowie im bajeczki o obronie ojczyzny. Za takie podejście próbowano zniesławić Białoszewskiego, który w „Pamiętniku z Powstania Warszawskiego” przedstawił punkt widzenia obserwatora kryjącego się po piwnicach. O sensowności tego zrywu pisał już Zychowicz, więc zamilknę, tym bardziej, że moim zadaniem jest przybliżenie książki Lewisa.

Co w niej uderza najbardziej, to obraz Włoch. Czytając tę niewielką pozycję, uświadomiłem sobie poziom mojej niewiedzy w kwestii Italii. Autor fascynująco opisuje relacje międzyludzkie, bardzo specyficzne, oparte na specyficznej mieszance średniowiecznego honoru, chrześcijańskiego (w wydaniu katolickim) miłosierdzia oraz mafijnej mentalności. W końcu rejon, w którym przyszło mu przebywać, nazwany został pasem Camorry – włoskiej mafii opisanej kilka lat temu przez Roberta Saviano. „Neapol ‘44” ma więc walory nie tyle historyczno – wojenne, co etnograficzne i antropologiczne. Lewis zauważył w swojej książce charakterystyczne dla neapolitańczyków podejście do seksu, zwracając uwagę na zjawisko powszechnej prostytucji. Dobrze potrafił oddać ducha tej południowej metropolii, nazwanej kilkakrotnie wioską. Zauważył jej hermetyczność, mimo pozornej otwartości Włochów. Ta odrębność kulturowa, zupełnie nieeuropejska zaczyna pod koniec wciągać autora i budzić jego coraz większe zaciekawienie. Szalony, pogański katolicyzm z procesjami biczowników, coroczne oczekiwania na cud rozpuszczającej się krwi świętego Januarego, płaczące krwią kamienie – to coś egzotycznego nawet dla ludowej religijności w Polsce.

I mnogość ludzkich typów niczym z „Dekameronu”: drobne cwaniaczki, zawodowy wujek z Rzymu wynajmujący się na pogrzeby, tajemnicze wdowy, nierządnice o niewinnych uśmiechach. Dziesiątki romansów z oszołomionymi tą odmiennością brytyjskimi żołnierzami i sprytnymi Włoszkami. A w tym wszystkim echo świetności Rzymu i Grecji, złowieszcze pomruki Wezuwiusza, picie wina, o którym pisał już Horacy – tak pisałby Herbert swojego „Barbarzyńcę w ogrodzie”, gdyby zawitał do Italii w tym czasie, co Lewis. Zresztą pióro tego ostatniego nie pozostawia wątpliwości: kiedyś umiejętności w tym zakresie były większe. Znajdźcie mi dzisiaj oficera wywiadu, który posługuje się tak precyzyjnym, a dodatkowo poetyckim językiem. Z tego powodu „Neapol ‘44” czyta się jak powieść.

Lewisowi nie brakuje empatii, szczególnie gdy zaprzyjaźnia się już z mieszkańcami i zaczyna rozumieć ich osobliwy świat. Pisze wtedy: ponad rok temu uwolniliśmy ich od faszystowskiego monstrum, a oni wciąż robili dobrą minę do złej gry – głodni jak zawsze, nękani chorobami bardziej niż kiedykolwiek, w ruinach pięknego miasta, w którym przestało istnieć prawo i porządek. I w imię czego to wszystko zrobili? W imię odrodzenia demokracji. I po kilku zdaniach dodaje: w porównaniu z dzisiejszą sytuacją rządy Benita Mussoliniego muszą im się wydawać rajem utraconym. Niech te zdania zapamiętają wszyscy obrońcy rzekomo najdoskonalszego ustroju na świecie, którzy mając na ustach okrągłe frazesy, niszczą w nieswoich państwach zastany porządek, który wydaje się im zły i niemoralny.

Norman Lewis, Neapol ’44: Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch, tłum. J. Ruszkowski, wyd. Czarne, Wołowiec 2014, ss. 212.

Jeśli spróbować by wskazać dziesięciu najbardziej wpływowych i znaczących wykonawców muzyki rockowej, musiałby wśród nich znaleźć się zespół Joy Division. Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Ten, założony w drugiej połowie lat 70. band, który wydał zaledwie dwie studyjne płyty, okazał się katalizatorem przemian zachodzących w rocku. I chociaż nie wyszli poza lata 70., bo drugi album „Closer” ukazał się w roku 1980, będącym ostatnią wiosną siódmej dekady XX wieku, stali się ojcami chrzestnymi muzyki postpunkowej, nowofalowej, gotyckiej. Patrząc dzisiaj na komercyjne sukcesy Editors, White Lies, lekko zakurzonego Interpolu, czy twórcze poszukiwania awangardzistów z amerykańskiego Soft Moon, nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie istnienia tych zespołów bez skromnego dorobku kwartetu z Manchesteru. Na polskim rynku ukazała się właśnie druga pozycja dotycząca wymienionych w poprzednim zdaniu muzyków. Pierwszą z nich była książka żony Curtisa, Deborah, wydana pod tytułem „Przejmujący z oddali”. Teraz otrzymujemy rzecz pisaną równie z bliska, ponieważ jej autorem jest basista kapeli Peter Hook.

Wielka Brytania drugiej połowy lat 70. to kraj wstrząsany paroksyzmami punkowej rewolty artystycznej. Malcolm McLaren i jego „boysband” zwany potocznie Sex Pistols rządzą na tamtejszej scenie. Równie wielką estymą cieszą się bardziej stonowani The Clash, The Damned czy The Undertones (płaczący za mamami na miesięcznej trasie koncertowej!). Ruszono z posad bryłę świata, wysyłając w kosmos artystowskie granie o siedmiu zbójach, czyli tak zwany rock progresywny. Młodość dodała punkowcom skrzydeł, ale romantyczna energia pulsująca w nagraniach młodych grup podejrzanie szybko zaczęła się wytracać. W takich warunkach powstaje kolejna załoga punkowa, grupa Warsaw, której trzonem jest właśnie autor książki, grający na basie Peter Hook. Przeciwnicy punk rocka, jako muzyki o robotniczym, plebejskim rodowodzie, znajdą w jego książce argumenty za tym, dlaczego słuchają Yes, a nie Buzzcocks. Hook nie szczędzi nam wrażeń i opisuje całą otoczkę nowego muzycznego ruchu: anarchizm obyczajowy, notoryczne łamanie prawa, bójki i wszechobecny syf małych, zapyziałych klubów muzycznych. Koncert bez mordobicia? Zapraszamy na Pink Floyd! Punkowcy krew lubili i lubili, gdy było głośno. Lumpenproletariat szalał, nikomu nie śnił się jeszcze intelektualnie zaangażowany punk w klimatach dzisiejszych miłośników „Krytyki Politycznej”.

W takich właśnie warunkach powstaje Warsaw, protoplasta Joy Division, a de facto nie ma między tymi zespołami wielkiej różnicy. Muzycy z pewnych względów musieli zmienić nazwę, pozostając nadal tym samym bandem co przedtem. Hook również aniołkiem nie był, rozrabiał w szkole, dokonywał drobnych kradzieży, bił się z innymi. Ot żywot przeciętnego angielskiego nastolatka z klasy niższej. Dlatego dojście do zespołu Iana Curtisa, człowieka, który czytał Kafkę i chodził do galerii na wystawy, musiało zaowocować silnym fermentem, z którego wyrosła niezwykle oryginalna twórczość. Co jest interesujące, Peter Hook ani razu nie przestaje określać muzyki Joy Division mianem punk rocka. Może to dziwić słuchaczy zespołu, którzy słusznie zaprotestują, że na płytowych nagraniach grupy punka po prostu nie ma. Ale słuchając Warsaw czy wczesnych piosenek umieszczonych na kompilacjach takich jak „Still” i „Substance”, widać, że od surowej stylistyki nie było muzykom daleko.

Hook snuje swoją opowieść, zaczynając od własnej biografii. Jak wspomniałem wyżej, możemy w niej być świadkami ponurej angielskiej rzeczywistości od końca lat 50. do siódmej dekady XX stulecia włącznie. W tym wszystkim widać aspekty życia, które dzisiejszym początkującym muzykom muszą wydawać się wzięte z kosmosu. Szczególnie tym na Zachodzie, bo u nas taka siermiężność wciąż jest na czasie. Co prawda, kłopoty młodocianych grajków chcących rzępolić na trzech akordach były nieporównywalnie mniejsze od tych, które spotykały ich ziomków zamkniętych za żelazną kurtyną, w krajach demokracji ludowej. Jednak wydaje się dzisiaj, że organizacja koncertów, nagrywanie płyt, szczególnie w środowisku kapel alternatywnych, było o wiele bardziej spartańskie niż dzisiaj. Hook obrazowo opisuje przeróżne podejrzane speluny, w których jego zespół grywał aż do końca kariery. Zresztą słowo „kariera” pozostaje wzięte w cudzysłów nie bez powodu. Joy Division związali się z początkującą, niezależną wytwórnią Factory Records i w związku z tym faktem pozostali zespołem artystycznie wolnym. Natomiast ceną, którą muzycy płacili, był brak klasycznie pojętej kariery.

W książce nie może zabraknąć oczywiście głównego aktora spektaklu, którym jest charyzmatyczny wokalista Ian Curtis. Hook konfrontuje jego spiżowy i gotycki wizerunek, który jest jego zdaniem tylko subiektywną opinią przebywającym z nim kobiet: żony oraz kochanki, z ludzkim i nieco niesfornym, chłopackim obliczem ziomka z sąsiedztwa. W jego oczach Curtis nie jest tylko nawiedzonym, nadwrażliwym poetą rocka, ale łobuzem, który potrafi sikać do śmietnika w pokoju hotelowym, albo pokazywać kolegom z zespołu monstrualnie wielką kupę, którą zauważył w szalecie. Zresztą autor wspomina niejednokrotnie, że Curtis zagubił się w rolach, które grał. Zadaje pytanie, czy tak skrajne maski, które przyoblekał wokalista, były szczere w każdym przypadku. Samobójstwo lidera Joy Division do tej pory pozostaje nierozwiązaną tragedią; Hook widzi w nim również swoją winę.

Ważnym elementem książki są objaśnienia do utworów zespołu, chociaż tylko do tych znajdujących się na regularnych albumach – „Unknown Pleasures” i „Closer”. Hook odkrywa także pewną tajemnicę unikatowości brzmienia zespołu. Bez producenta obu płyt, Martina Hannetta, debiut kapeli byłby według autora kolejną punkową płytą opatrzoną banalną okładką i zawierającą takąż muzykę. I mimo faktu, że Hook pozostał czynnym muzykiem, odnoszącym późniejsze sukcesy w reinkarnacji Joy Division, jaką był New Order, odnosi się on do swojej późniejszej twórczości z lekceważeniem, albo i pogardą. Bo legendy pozostają wieczne.

Peter Hook, Joy Division od środka: nieznane przyjemności, tłum. A. Wyszogrodzka, wyd. Bukowy Las, Wrocław 2014, ss. 391.

Tekst pochodzi z portalu wNas.pl. Kultura jest w każdym w nas.

JOY DIVISION od środka. Legendy pozostają wieczne. RECENZJA