„Emiraty francuskie” są książką ważną, szczególnie dziś, gdy Europę zachodnią zalewają dwie fale: lewackiego frontu ideologicznego złożonego z feministek-genderystek, aborcjonistów i zwolenników eutanazji dla wszystkich, oraz islamskiej imigracji. Jej autor, Bogdan Dobosz, pokazuje bowiem, jak na przestrzeni ostatnich lat zmienił się społeczno-polityczny klimat nad Sekwaną. A jego diagnozy są słuszne tym bardziej, że autor mieszka w Paryżu od wielu lat.

Mieszka Pan we Francji wiele lat, obserwując zmiany obyczajowe, jakie w tym okresie przechodziły nad Sekwaną. Kiedy to wszystko się zaczęło? Można postawić tezę, że praprzyczyną tego eksperymentu społecznego jest Rewolucja Francuska?
Historycznie można mówić o pewnym wahadle. Od czasów rewolucji sytuacja wielokrotnie się zmieniała. Weźmy na przykład stosunek republiki do Kościoła katolickiego. W 1905 roku weszła w życie inspirowana przez masonerię ustawa o rozdziale Kościoła i państwa. Przepisy te uszyto właściwie dla Kościoła katolickiego. Ustawa ta wyraźnie zakazywała na przykład pomocy państwa w budowie nowych świątyń. Zakazywano też używania symboliki religijnej w przestrzeni publicznej (poza cmentarzami), zakazywano wykorzystywania kościołów do zebrań politycznych, ograniczono nawet możliwość noszenia na ulicach sutann, czy habitów zakonnych. Kościelne dzwony mogły dzwonić na Anioł Pański lub wzywać na Mszę św. dopiero po uzyskaniu odpowiedniego pozwolenia od władz lokalnych. W następnych dziesięcioleciach nastąpiły jednak pewne zmiany. Na przykład po I wojnie światowej, uwzględniając „daninę krwi katolików”, zezwolono w 1920 roku na pomoc państwa w budowie kościołów.

Pewne komplikacje przyniosło tu nowe zamieszanie z islamem otwarcie wchodzącym w przestrzeń publiczną. Powrócono do idei przestrzegania laickości, co miało być panaceum na islam. Lekarstwo nie pomaga, a pewne przepisy obracają się na przykład przeciw katolicyzmowi. Można tu wspomnieć o fali rugowania z przestrzeni publicznej bożonarodzeniowych szopek, czy nawet „mocno świeckich” Mikołajów.

Od kilku lat, po przejęciu władzy przez lewicę, można też mówić o ideologicznym „dokręcaniu śruby”. Jeszcze generał de Gaulle mówił, że „państwo jest laickie, ale Francja jest chrześcijańska”. Były socjalistyczny minister oświaty Vincent Peillon ostatnio definiował laickość państwa „powracając” do skrajnej i wrogiej religii rewolucji. Warto tę definicję przytoczyć. Rewolucja ma być „wydarzeniem, które nie przynależy do chronologii, ale jest absolutnym początkiem; to teraźniejszość i uosobienie sensu jednej generacji, zmazanie winy narodu francuskiego w 1789 roku. To bezprecedensowy rok, gwałtowny, historyczny skok, pojawienie się nowego człowieka. Rewolucja jest wydarzeniem metahistorycznym, to znaczy wydarzeniem religijnym. Rewolucja implikuje całkowite zapomnienie tego, co było przed rewolucją. Dlatego szkoła ma rolę fundamentalną, ponieważ musi ona pozbawić dziecko wszystkich skojarzeń przed-republikańskich, wychować je tak, by stało się obywatelem. Jest to nowe narodzenie, przeistoczenie, które dokonuje się w szkole i przez szkołę; jest to nowy kościół ze swoim nowym kapłanem, swoją nową liturgią, swoimi nowymi tablicami praw”. Nasza chrześcijańska era zostaje skrócona i zastąpiona erą porewolucyjną. Tutaj mamy początek „nowego świata”. Można też uzupełnić wypowiedź Peillona o pewne tezy pojawiające się w oficjalnych dokumentach francuskiej masonerii, na przykład o tym, że „o ile w historii Francja była »najstarszą córką Kościoła«, to w przeciwieństwie do tamtej epoki, republika umiała dokonać zbawczej emancypacji wobec religii, wytwarzając w długotrwałym i trudnym procesie koncepcję laickości”. 

W starciu z islamem owa koncepcja laickości jednak zawodzi. Mamy tu przykłady skrajnych stanowisk. Od prób obłaskawiania islamu (wizyty polityków w meczetach, życzenia z okazji ramadanu, czy wciągnięcie na postępową listę „grzechów głównych” islamofobii,). Dobrym przykładem jest tu socjalistyczny mer miasta Valence, który przesłał przez internet noworoczne życzenia dla imamów. Wychwalał w nich „cnoty islamu, waszej pięknej religii” i deklarował, że „jedynie serca uspokojone bezgraniczną ufnością w Bogu znają szczęście”. Przypomniał też swoje zasługi dla rozbudowy miejscowego meczetu i budowy rytualnej ubojni, a życzenia zakończył po arabsku tekstem „Niech pokój i pokłon Allacha będzie z wami!”. Co ciekawe, podobne pokłony dla biskupa katolickiego raczej socjaliście nie przeszły przez gardło... A z drugiej strony mamy próby „dyskryminacji pozytywnej” za czasów Sarkozyego, czy pomysły Hollande’a o odbieraniu islamskim terrorystom obywatelstwa, jeśli byli Francuzami naturalizowanymi. Tak, jak gdyby dla ich ofiar miało znaczenie, jaką narodowość miał wpisaną do paszportu zamachowiec...

Mnie osobiście najbardziej zadziwił fakt, że młodzież francuska nie uczy się ani o Ludwiku XV, ani o Napoleonie. Przecież to tak, jakby w Polsce nie uczyć o Sobieskim, bo to islamofob i o Piłsudskim, bo przemoc stosował.
Rzeczywiście, historia stała się w edukacji francuskiej przedmiotem marginalnym. Trochę wyjaśnia to przytoczona wcześniej definicja ministra oświaty, dla którego prawdziwa historia zaczyna się w roku 1789. Chodzi tu zapewne o koncepcję, w której nie ma miejsca na utrwalanie postaw patriotycznych, bo te mogą rodzić nacjonalizmy, szowinizm etc. Pozostawienie pewnych tematów na boku miało też eliminować ewentualne konflikty w wieloetnicznej przecież szkole. Przyczyniło się jednak do utraty przez szkołę zdolności integracyjnych i w konsekwencji problem pogłębiło.

W czasach Sarkozyego próbowano nawet wprowadzić pewne elementy wychowania obywatelskiego, patriotyzmu. Rozpoczęcie roku szkolnego miało uświetnić odczytanie w szkołach listu młodego komunisty zabitego przez Niemców Guya Moqueta. Pomysł sprytny, bo pożegnalny list przepełniony jest młodzieńczym patriotyzmem, a jego autor jako komunista powinien być dla lewicy strawny. Jednak ten pomysł Sarkozyego spotkał się i tak z mocną krytyką. We francuskiej szkole nie ma już miejsca na funkcje wychowawcze.

Trzeba tu dodać, że większość francuskich nauczycieli to od lat zwolennicy lewicy i na partie lewicy głosujący. W nauczaniu historii dominuje zaś marksizm. Zamiast Ludwika mamy gender, wątki feministyczne. I tu ma Pan rację. W takim standardzie Napoleon jest niezbyt sympatycznym dyktatorem, który pogrzebał ostatecznie dorobek rewolucji, a Sobieski też byłby traktowany jako postać nie do końca pozytywna. Zwłaszcza, gdyby nauczyciel musiał w polskiej szkole mówić o nim w klasie, gdzie w ławkach zasiadłaby na przykład połowa uczniów pochodzenia... tureckiego. Pewnie dla świętego spokoju król wyleciałby z programu nauczania obowiązkowego historii.

Smutne jest, że ten ideologiczny walec działa na zasadzie trzech kroków do przodu i ewentualnie chwilowego zatrzymania, gdy do władzy dochodzi prawica. Z drugiej strony widać było dość liczne protesty społeczne, gdy władza chciała przeforsować „małżeństwa” homoseksualistów. To oznaka przebudzenia czy przedśmiertne drgawki?
Już od dawna twierdzę, że teoria politycznego wahadła to przeszłość. Za każdym razem wychyla się ono mocniej na lewo. Homośluby są tu dobrym przykładem. Masowe protesty, wręcz przebudzenie, ale i przepchnięcie lewicowego pomysłu. Politycy prawej strony, którzy wspierali protesty i obiecywali odejście od tej ustawy, dość szybko nabrali wody w usta i obecnie przyznają, że nawet po odsunięciu PS od władzy tej ustawy już nie ruszą. Całą scena polityczna przesuwa się po prostu na lewo. Należy pamiętać, że nawet jeśli chodzi o lobby homoseksualne, to swoją grupę mają partie centroprawicowe, a takie lobby istnieje nawet w uważanym za skrajnie prawicowy Froncie Narodowym.

Nie wiem, czy masowe protesty były przebudzeniem, czy rodzajem agonii. Wydaje się jednak, że istnieją dwie Francje, które mają z sobą coraz mniej styczności.

W ten cały lewacki i niszczycielski nurt wchodzi, niczym nóż w masło, radykalny islam. Która wizja przyszłości jest dla Pana bliższa? Ta opisana przez Jeana Raspaila w „Obozie świętych”, pełna gwałtów i przemocy, czy miękkie oddanie państwa w „Uległości” Houellebecqa?
Zgadzam się, że to ideologia lewicowa, owe „postępy postępu” razem z pochwałą wielokulturowości, tolerancji, laickości państwa i polityczną poprawnością, spowodowały samorozbrojenie społeczeństwa, podkopanie jego tożsamości i pozwoliły na ekspansję islamu. Republika wychowała sobie całe pokolenie ludzi nienawidzących swojego państwa. Islam, który nie jest tylko religią, ale i propozycją niemal całościowego systemu społecznego, trafia ze swoją ofertą na podatny grunt. Radykalizuje swoich wyznawców w opozycji do permisywizmu państwa. Staje się odpowiedzią na kryzys. Warto zwrócić uwagę, że ludzie oczekują często pewnych wymagań, jasnego przekazu moralnego. Roli tej nie spełnia już na przykład katolicyzm, a islam staje się jakąś alternatywą. W kręgu chrześcijańskiej Francji przyrost dusz notują tylko katoliccy integryści i to też o czymś świadczy.

Wspomniani przez pana autorzy to wizjonerzy. Osobiście jest mi bliższy Jan Raspail. Nie ośmieliłbym się jednak stawiać jakichkolwiek prognoz co do przyszłości. Jest źle, zawsze może być gorzej, ale jest też pewna dynamika zachodzących procesów, która wymusza pewne otrzeźwienie elit. Warto zwrócić uwagę, że po zamachach, w słowniku politycznej poprawności wzięto na przykład w nawias pojęcie „islamofobii”. Socjaliści zaczęli mówić momentami językiem Frontu Narodowego. Poprawni polityczni autorzy nagle stają się niemal islamożercami, nawołującymi do promowania tożsamości francuskiej. Poza wygłupami w rodzaju kolejnych marszów, iluminacji budynków, czy kolejnych „je suis”, pokuszono się o diagnozę sytuacji, a zdiagnozowanie choroby to początek leczenia.

Problemem będzie sama kuracja. Wszyscy zdają sobie sprawę, że mamy kryzys integracji. Lewica tłumaczy to jednak po swojemu. Za kryzys odpowiedzialna jest ekonomia, czy wysokie bezrobocie, na przykład wśród młodzieży. Młodzi uciekają w islam, bo jak każda religia, stanowi „opium dla ludu”, czyli rodzaj ucieczki od rzeczywistości. Wystarczy jednak naprawić ekonomię, wprowadzić kolejne programy aktywizacji, dać pracę i problem w końcu zniknie. Wątpliwe. Coraz bardziej przebija się też jednak i teza o tym, że za zaistniałą sytuację odpowiada relatywizm, permisywizm moralny, właśnie brak tożsamości. Tykającą bombą są nie tylko nowi emigranci, ale też i sytuacja demograficzna. Muzułmanie mają większy przyrost naturalny, a zupełnie nowym zjawiskiem, które zaskoczyło francuskich socjologów, jest fakt, że w drugim pokoleniu emigrantów następuje dość szeroki powrót do praktyk religijnych i kulturowych korzeni.

W komentarzu pod recenzją Pańskiej książki pewna czytelniczka napisała, że mieszka we Francji od pięciu lat i widzi, że nie każdy muzułmanin jest zły, a – co więcej – wielokulturowość wciąż ma swoje dobre oblicze. Czytając „Emiraty francuskie”, odniosłem przeciwne wrażenie, że to multi kulti właśnie jest jedną z przyczyn wzrostu działań terrorystycznych.
Trudno się nie zgodzić z tezą, że nie każdy muzułmanin jest zły. Nigdy i niegdzie tak nie twierdziłem. Nie wiem natomiast, o jakie „dobre oblicze” wielokulturowości Czytelniczce chodziło? Może o to, że różnorodności kultur łatwiej, na przykład o oryginalną urodę ludzi spotykanych na ulicach, o różnorodność propozycji kulinarnych, sympatycznych restauracji etnicznych i kafejek, o wpływy owej różnorodności na modę, a może o to, że można nie ruszając się z Paryża i nie tracąc pieniędzy na bilety, dotknąć namacalnie jakiejś egzotyki? Pozytywy można też dostrzec w sporcie. W wieloetnicznym i wielokulturowym społeczeństwie znajdą się zawsze osoby bardziej predestynowane na przykład do biegów, czy skoków w dal. Warto jednak przede wszystkim zdawać sobie sprawę także z pewnych zagrożeń. We Francji każde napięcie pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami powoduje wzmocnienie policyjnej ochrony synagog, kiedy Turcja zadziera z Kurdami i na odwrót, trzeba dodatkowo patrolować okolice Placu Republiki (mieszkają tu duże mniejszości etniczne tych narodów), kiedy Algieria grała na Mundialu, francuskie MSW z ulgą odetchnęło, kiedy ta drużyna w końcu odpadła. Każdy mecz Algierczyków kończył się bowiem zamieszkami na ulicach i podpalaniem aut. I działo się to na ulicach Paryża, a nie... Algieru. Kiedy dochodzi do akcji terrorystycznej na tle wyznaniowym czy etnicznym, zamachowcy mogą liczyć na solidarność współbraci, czy ziomków, nie ma też problemu z werbunkiem. Kiedy terrorysta Mohamed Merah został zastrzelony przez policję, jego nazwisko można było znaleźć wypisywane na wielu osiedlach francuskich przedmieść jako bohatera i męczennika.
W czasie zeszłorocznych zamachów w Paryżu przebywał Pan we Francji? Ciekaw jestem, co na ten temat – i na temat imigrantów – mówi francuska ulica, kiedy jeszcze może mówić, nie będąc zdławiona przez polityczną poprawność.
Akurat byłem w Polsce, ale odwiedziłem Paryż kilka dni później. Ulica wolna jest od politycznej poprawności, czasami tylko... ścisza głos. Niewątpliwie urosły akcje Frontu Narodowego, ale chyba zbyt mało, by osiągnąć wygraną w wyborach prezydenckich. Swoją drogą, pozytywnie oceniono także działania prezydenta Hollande’a, któremu na krótki czas, ale w końcu wzrosły notowania.
Reakcje Francji, ale i całej Europy na zagrożenie masową imigracją to czysty absurd. Jak Pan myśli, głupota, krótkowzroczność, a może misja samobójcza motywowana nienawiścią do cywilizacji łacińskiej?
Jednak uważam, że jest to przemyślany projekt. Nie uważam, by dużą rolę odgrywał tu na przykład spadek kolonialny. Niemcy po I wojnie kolonii już nie miały, chociaż w ich przypadku może chodzić o dodatkową karę za II wojnę, tak, żeby się już jako naród nie podnieśli. W pewnym momencie usiłowano we Francji poprawić sobie demografię i ściągnąć przy dobrej koniunkturze nowych robotników. Ciekawa jest teoria, że generał de Gaulle celowo zgodził się na niepodległość spacyfikowanej właściwie Algierii, bo przewidywał skutki włączenia tych departamentów jako części metropolii. Mieszkający od pokoleń w północnej Afryce Francuzi zostali zmuszeni do emigracji, Algieria stała się niepodległa, ale minęły dziesięciolecia i sytuacja podobna dzieje się już na Loarą i Sekwaną.

Jeśli chodzi o emigrację, sądzę, że za jej recepcją przemawiał podobny pomysł jak przy zakładaniu UE. Osłabienie podmiotowości narodów celem eliminacji ewentualnych waśni, konfliktów, czy wojen. W zamian miał być kontynent przenikających się kultur, różnorodności, pokoju i tolerancji. Tak jak w „Odzie do radości” – „Jasność twoja wszystko zaćmi. Złączy, co rozdzielił los. Wszyscy ludzie będą braćmi. Tam, gdzie twój przemówi głos”.
Zbudowana na chrześcijaństwie, rzymskim prawie i greckiej filozofii Europa do tego modelu nie pasowała. I tak zaczęło się przemodelowanie razem z konkretnymi skutkami. Radość po latach ulatuje...

Pozostaje pytanie, kto za tym stoi? W sprawie ostatniej fali emigracji może być kilka odpowiedzi. Można wskazać na przykład na USA (rozhermetyzowanie państw islamskich, ale Stanisław Michalkiewicz przypomina też dodatkowo wypowiedź Jacquesa Delhora, który jako komisarz odgrażał się kiedyś Amerykanom, że UE ich prześcignie, a potem ekonomicznie zniszczy). Na Izrael (kto korzysta najmocniej z pozbycia się ze swojej okolicy młodych ludzi w wieku poborowym, a dodatkowym śladem jest nawoływanie żydów francuskich do osiedlania się w Izraelu na stałe), na Rosję (zmuszenie Europy do zajęcia się swoimi problemami, a nie na przykład Ukrainą), nawet na Niemcy (sami zaprosili, a w teorii spiskowej mogło chodzić o wywołanie pewnego przesilenia, które pozwoli ostatecznie zrzucić ostatnie formy historycznej podejrzliwości wobec tego kraju). Wreszcie może to być rodzaj islamskiej krucjaty, bo ktoś doszedł do wniosku, że Europa jest już do podbicia. A może po prostu był to zbieg różnych okoliczności? Jednak za rozbrojeniem moralnym Europy i przygotowaniem gruntu pod ekspansję islamu stoi już wieloletnie praca lewicowych elit, w tym i bezbożnych wolnomularzy. Praca i głupia i krótkowzroczna...


Ukąszenie grzechotnika trzcinowego zabija dorosłego człowieka. Dawka jadu, którą wstrzykuje ten niebezpieczny gad, wystarczy do uśmiercenia kilku dorosłych mężczyzn. Corocznie tysiące osób giną od spotkań trzeciego stopnia z tymi biblijnymi potworami. Te czołgające się, syczące a niejednokrotnie grzechoczące monstra budzą lęk, przywołując zrozumiałe skojarzenia diabelskie. O wężach pisał także święty Marek Ewangelista. Powiedział, że tym, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśli co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Nie dziwi zatem fakt, że są tacy, którzy chcą tę Markową maksymę wypróbować w praktyce. Wężownicy, po angielsku snake handlers, to jeden z najmniej poznanych odłamów ewangelikalnego chrześcijaństwa. Zbyt absurdalny i dziwaczny dla starej Europy, odpowiedni zaś dla zapyziałego i zapomnianego przez ludzi amerykańskiego Południa. Mówiąc o USA, najczęściej przywołujemy Nowy Jork, Waszyngton czy Los Angeles, po macoszemu traktując stany takie jak Teksas czy Alabama. Niesprawiedliwie.

Oblicza południowej amerykańskiej religijności potrafią zaiste zadziwiać. Zarówno mormoni, jak i dosłownie wierzący w przekaz biblijny chrześcijanie. Branie węży do rąk to nie domena intelektualistów rozważających każde słowo i biorących je za metaforę. To zajęcie dla górników, kierowców ciężarówek i ich zaniedbanych żon. Tu nie ma się nad czym zastanawiać. Albo się wierzy, kładzie grzechotnika na ramiona i pije strychninę ze słoika, albo idzie się do piekła. Amerykańskie Południe nie jest krainą szaro-szarych niuansów. Tu mowa ludzka brzmi: tak, tak, nie, nie. W tej atmosferze wzrasta Dennis Covington, autor „Zbawienia na Sand Mountain”. Już jako dorosły człowiek, wraca na Południe, szukając swoich korzeni. Zaznajamia się z prostymi Amerykanami, którzy żarliwie wyznają wiarę i testują ją na sobie za pomocą dzikich węży. Picie trucizny również nie jest wyolbrzymieniem; ci ludzie naprawdę to robią. Mówią również językami, wpadają w psychotyczny trans, nazywając go upojeniem w Duchu Świętym. Zresztą to samo, może bez narażania się na ekstremalne przeżycia z wężami i trucizną, dzieje się w wielu wspólnotach, w tym rzekomo katolickich, jaką jest Odnowa w Duchu Świętym.

Trudno orzec, czym jest książka Covingtona. Z jednej strony to reportaż, bo autor wielokrotnie rozmawia ze świadkami, przemierzając pustkowia amerykańskiego Południa. Pyta ich o wiarę, o węże, ale również uczestniczy w ich nabożeństwach. Z drugiej strony zbliża się „Zbawienie na Sand Mountain” do swoistej fragmentarycznej autobiografii, ponieważ autor próbuje odnaleźć ślady własnych przodków i czynnie uczestniczy w wężowych rytuałach. Nie dystansuje się więc od przedmiotu własnych badań. Perspektywa Covingtona jest subiektywna, tyle że autor jest uczciwszy od wielu reporterów, którzy udając obiektywizm, udowadniają postawione we wstępach swoich publikacji tezy. Po trzecie, „Zbawienie na Sand Mountain” przypomina powieść. Za sprawą fabularnej struktury i występowania dialogów zbliża się do klasycznej powieści drogi, w której wędrówka w głąb tajemniczego świata wężowników okazuje się podróżą do mroków własnej duszy. Ta niejednorodność książki amerykańskiego autora stanowi o jej atrakcyjności. W sprawie wiarygodności musimy zaufać autorowi, że to, co opisuje, faktycznie przeżył.


Kościoły, o których wspomina Dennis Covington, to najczęściej małe wspólnoty, leżące z dala od uczęszczanych szlaków. To również budynki przerobione z dawnych stacji benzynowych, albo na wpół zrujnowane świątynie, w których hula wiatr. Wrażenie robi z pewnością prowizoryczność, prymitywizm i brzydota opisywanych miejsc. Nie ma w nich miejsca ani na barokowy przepych czy gotycką surowość katolicyzmu. Co więcej, nawet nie spotkamy się w nich z elegancką ascetycznością luteranizmu. Kościoły snake handlers to paskudne miejsca, w których gra się hałaśliwą muzykę i wpada w trans. Po co jeszcze zdobne portyki, ołtarze i święte obrazy. Taka brzydka świątynia jest nawet bliższa autochtonom, którzy w ciągu własnego życia również nie mają czasu na obcowanie z wyższą kulturą.

Te zamknięte społeczności wydają się więc egzotyczne, bardziej w duchu afrykańskiej prowizorki czy latynoamerykańskiego mañana. To prowincjonalne, nieufne wobec obcych, surowe grupy chrześcijan, dla których wyznacznikiem wiary jest literalne traktowanie biblijnego przekazu, nawet gdy grozi on kalectwem bądź śmiercią. Nie jest bowiem tak, że dotykanie groźnych węży i picie śmiertelnej trucizny uchodzi wszystkim na sucho. Wręcz przeciwnie, wielu umarło bądź straciło zdrowie za sprawą tych tajemniczych praktyk. Nie jest też prawdą, że Stany Zjednoczone to kraj jednoznaczny, o którym wiadomo już wszystko. Południu z jego szaleństwem bliżej przecież do Afryki i Azji niż stechnicyzowanej Ameryki Północnej. A ta specyficzna religijność jest argumentem, który popiera powyższe zdanie.

Dennis Covington, Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, tłum. B. Hlebowicz, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 198.

Gdy 14 maja 1983 roku po milicyjnym biciu umiera Grzegorz Przemyk, dla jego matki – Barbary Sadowskiej – kończy się świat. Młody maturzysta zostaje dwa dni wcześniej zatrzymany przez patrol na Placu Zamkowym w Warszawie i przewieziony na komendę mieszczącą się przy ulicy Jezuickiej. Miłosierdzia ani mądrości tam nie zaznaje. Zostaje brutalnie pobity, później odwieziony do szpitala. Sprawy nie udaje się trzymać w ukryciu; choć nie są to czasy błyskawicznie przekazywanych wieści za pomocą mediów społecznościowych, ludzie wiedzą swoje i bardzo szybko podają sobie wiadomość z ust do ust. O wszystkim wie również Wolna Europa, wiedzą zagraniczni korespondenci akredytowani w PRL. Wina milicjantów wydaje się ewidentna. Tylko, że rok 1983 to ostatnie miesiące stanu wojennego, czas komunistycznej władzy reprezentowanej przez trójkę oprychów: Jaruzelskiego, Kiszczaka i Urbana. Ci zaś nie pozwolą, aby zbrojne ramię władzy ludu mogło zostać ukarane.

W marcu 2016 roku, 33 lata po tragedii ukazuje się – już w innych realiach historycznych – reportaż Cezarego Łazarewicza. „Żeby nie było śladów” – bo taki nosi tytuł – jest z jednej strony rekonstrukcją wydarzeń, które miały miejsce bezpośrednio po morderstwie Przemyka, jak i procesu sądowego, w czasie którego skazano niewinnych sanitariuszy. Z drugiej zaś strony jest ten tekst spojrzeniem pod powierzchnię zdarzeń i dotyczy losów samego zamordowanego, jego matki, czy świadków związanych ze sprawą. Nie ma w nim natomiast wypowiedzi Kiszczaka i Jaruzelskiego. Obaj nie żyją, a i tak nie wiemy, czy zechcieliby mówić. Odpowiedź nasuwa się sama. Zważywszy na fakt, że zwłaszcza Czesław Kiszczak, ówczesny minister spraw wewnętrznych PRL, ręcznie sterował całym procesem, wydaje się, że miałby wiele ciekawego do powiedzenia. Jednym z bardziej wstrząsających faktów ujawnionych w reportażu Łazarewicza jest ta determinacja Kiszczaka, aby tak pokierować całą sprawą, by milicjantów wybielić, a skazać Bogu ducha winnych pracowników medycznych. Sam fakt ich skazania jest wiadomy, natomiast te zakulisowe działania odkrywa nam omawiana właśnie książka.

Nie ma sensu zdradzać czytelnikom wszystkich tajemnic reportażu Cezarego Łazarewicza, więc oszczędzę szczegółów i nie ujawnię, na czym to ręczne sterowanie polegało. Niech każdy doczyta sobie sam i wyciągnie odpowiednie wnioski na temat „człowieka honoru” – jak Kiszczaka określił swego czasu Adam Michnik. Podczas trwania procesu Przemyka jest on uznawany za jednego z najbardziej nieprzejednanych opozycjonistów i przebywa w areszcie. Na picie brudzia i bratanie się z ludźmi, którzy mają krew na rękach, czas przyjdzie dopiero za kilka lat. Póki co, opozycja robi wrażenie zjednoczonej i kościółkowej, nawet występująca w tle Zofia Kuratowska, po 1989 roku popierająca aborcję i „prawo” kobiet do własnego „brzucha”, tutaj umizguje się do księdza Jerzego Popiełuszki. Obraz oponentów władzy jest więc dość jednorodny, łączy ich wszystkich wspólna sprawa. Dość to wyidealizowany obraz, ale faktycznie takiemu złudzeniu ulegano w latach 80.

Inną postacią, równie ważną jak Przemyk, jest w tej książce matka chłopca, Barbara Sadowska. Ta urodzona w Paryżu poetka po Gomułkowskiej odwilży wiąże się ze środowiskiem poetyckiej bohemy Warszawy. Wiersze wydaje sporadycznie, kariery literackiej nie robi, zna się ze Stachurą czy Woroszylskim. W latach 80. prześladowana jest przez władze za antypartyjną i antyrządową działalność. Jednak śmierć syna powoduje, że staje się ona postacią tragiczną. Do tej pory żyjąca niczym modernistyczny lekkoduch: poezją i chwilowymi uniesieniami, romansami i miłostkami, Sadowska dorasta. Chociaż to chyba złe słowo. Staje się wyobrażeniem Matki-Polki z wiersza Mickiewicza, obecna na mszach za ojczyznę stanowi wyrzut sumienia i memento. W rolę tę zostaje wtłoczona mimochodem, wbrew własnej woli, chociaż zdaje się jej poddawać. Los Barbary Sadowskiej, cierpiącej matki, stanowi najbardziej wstrząsającą część reportażu. Opisany bez specjalnych emocji i spokojnie, stanowi przeciwwagę dla stoicyzmu narratora. Sadowska umiera dwa lata po śmierci syna, czym symbolicznie zamyka tragiczny los.

A co z ojcem? Leopold Przemyk jest w zasadzie nieobecny. Ten, nadający na innych falach niż żyjąca w swobodzie obyczajowej wielkomiejska poetka, inżynier usuwa się z życia Grzegorza na samym początku. Dopiero później staje się milczącym świadkiem tragedii. A sanitariusze? Napuszczeni na siebie w śledztwie i zeznający przeciw sobie Michał Wysocki i Jacek Szyzdek to kolejne ofiary tej ponurej sprawy. Uderza fakt, że właściwie do dziś wielu świadków nie chce mówić. Jakby tragedia Grzegorza Przemyka, młodego warszawskiego maturzysty, wciąż w nich żyła i budziła takie same jak przed trzydziestu laty emocje. Niestety, happy endu nie ma, tym bardziej, że sądy w III RP nie kwapiły się do tego, aby dokonać uczciwej rewizji procesu. Zbyt mało motywacji do działania, zbyt wiele mętnych przepisów. Wszystko, aby człowiek honoru mógł spać spokojnie.

Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 310.

Żyjemy w niespokojnych czasach, a te zazwyczaj owocują podobnie rozedrganą twórczością artystyczną. I chociaż muzyka pop, rządząc się zupełnie innymi prawami, wcale tego wrzenia świata nie zauważa, czyni to z powodzeniem muzyka alternatywna. W mediach i tak dominują negatywne wiadomości, więc dla przeciwwagi lepiej aby zaśpiewali pan Hyży czy pani Markowska. Po co jeszcze bardziej denerwować słuchacza? Natomiast muzyka punkowa i metalowa już od kilkudziesięciu lat niepokoi i zmusza do refleksji. Istnieją w tej masie zespoły, którym o coś chodzi, nie tylko w warstwie muzycznej, ale również w tekstach. Do nich należy kanadyjski Voivod, który od ponad trzydziestu lat skutecznie redefiniuje muzykę metalową i niejednokrotnie przekracza jej granice.

Akurat pojawiła się okazja, aby napisać co nieco o zespole, bo po trzech latach względnego milczenia Voivod przygotował nowy materiał. Nie jest to, co prawda, pełnometrażowy album, ale trwająca pół godziny epka. Zawsze to lepiej niż wydać singiel, czy – co gorsza – składankę. Chociaż są tacy, co składanki uwielbiają, prawda panie R.? Zatem fani zespołu mogą już od pewnego czasu cieszyć się świeżą zawartością „Post Society”. A zawiera ona cztery, dość długie, autorskie kompozycje oraz cover: „Silver Machine” z repertuaru Hawkwind. Warto więc było czekać?

Jeśli ktoś Voivod zna i doskonale orientuje się w ich twórczości, może śmiało przeskoczyć ten akapit. Innych proszę o pozostanie na chwilę. Wyobraźcie sobie metalową strukturę dźwiękową (chociaż rozumianą bardzo swobodnie), nawiązującą rytmicznie do punkrocka i HC. W dodatku zagraną pozornie beznamiętnie, bez niepotrzebnej agresji, ale bardzo chłodno, wręcz matematycznie. Do tego dodajmy specyfikę nagrań Bauhaus, brytyjskiej legendy nowofalowego, gotyckiego rocka, oraz odrobinę transowego nastroju, jaki kreują inni weterani nowofalowej sceny – Killing Joke. To jeszcze nie koniec! Dodajmy zmiany tempa i nastroju przywołujące na myśl inspirowany jazzem rock progresywny. Do tego oszczędne operowanie melodiami i kosmiczne, powykręcane dźwięki, pozornie do siebie niepasujące. To właśnie Voivod.

A co się zmieniło na „Post Society”? Poprzedni album, „Target Earth”, stanowił swoisty pomost pomiędzy najbardziej dziwnymi i kosmicznymi albumami Voivod: „Dimension Hatröss” i „Nothingface”, a bardziej przystępnym graniem, w rezultacie czego płyta – choć dobra – przez niektórych krytykowana była za zbyt dużą asekurację twórczą. „Post Society” jest logicznym krokiem naprzód i może zamknąć usta tym, którzy na „Target Earth” słyszeli muzykę zbyt melodyjną. Najnowszy minialbum Kanadyjczyków nie pozostawia wątpliwości: muzycy powrócili z wielkim potencjałem. Cztery autorskie utwory zawarte na „Post Society” to miód dla uszu dla tych, dla których na poprzednich wydawnictwach brakowało tego charakterystycznego dla Voivod pierwiastka szaleństwa. Numery te są, jak napisałem, dość długie, mieszcząc się między pięcioma a ponad siedmioma minutami. Muzycy mogą więc w nich dostatecznie sobie pofantazjować, łącząc szybkie, punkowe tempa podbite ciężkim basem, jazzowe harmonie, a do kontrastu przestrzenne i tajemnicze zwolnienia, w których dominują rozlane i zimne jak Arktyka partie gitar: prawie postrockowe. Efekt jest taki, że utwory zyskały otwarte struktury złożone z przeciwstawnych wobec siebie partii. Słuchacz nie wie, co spotka go za rogiem, a to przecież bardzo ważne, aby zaskakiwać.
Voivod na „Post Society” brzmi niebanalnie, niczym ten klasyczny skład z drugiej połowy lat 80., ale jednocześnie inaczej rozkładając akcenty i wprowadzając do swojej muzyki więcej przestrzeni. Melodiami nie szafuje, w rezultacie więc nie ma sensu szukać tu przebojów. Słucha się tego albumu podobnie jak płyt jazzowych: wynajdując w dźwiękowym patchworku strzępki różnych melodii, odmiennych harmonii, nastrojów, zmieniających się co chwilę i zaprzeczających sobie nawzajem. To rodzaj dźwiękowej podróży w pustkę kosmosu, podczas której wydarzyć się może wszystko.
Voivod, Post Society EP, Century Media 2016.

Gdyby próbować zliczyć wszystkie nadprzyrodzone zjawiska, objawienia czy wizje, których doświadczają ludzie na świecie, nie wystarczyłoby z pewnością sto takich recenzji. Kto żyw, przynajmniej raz słyszał o kimś, kto miałby z taką sytuacją się zetknąć. Jednym ukazują się duchy zmarłych, innym Matka Boska przekazuje jakieś komunikaty, jeszcze inni z kolei zostają opętani i biegają po ścianach. Z racjonalnego punktu widzenia zjawiska te w większości da się wytłumaczyć naukowo, nie sięgając do ich religijnej interpretacji. Wszak nie ma religii, w której fakty takie nie miałyby miejsca. Człowiek podatny jest na sugestię i często wmawia sobie, że oto przemówił przez niego Duch Święty, albo że Maryja przekazała mu ważną wiadomość dotyczącą zagniewanego Jezusa, który za chwileczkę, za momencik obróci grzeszny świat w perzynę. Rzymski katolicyzm również nie jest wolny od mistycyzmu, a ten ostatni stanowi niezaprzeczalny lepik na głodnych niesamowitych zdarzeń. W dobie gwałtownego rozwoju mediów elektronicznych coraz więcej takich informacji dociera do zainteresowanych. Szczegół, że one czasem same sobie przeczą. Nad tym wszystkim musi jakoś zapanować Watykan.

Johna Thavisa polski czytelnik powinien kojarzyć z wydanego w zeszłym roku „Dziennika watykańskiego”, w której to pozycji autor opisywał Stolicę Apostolską od kuchni przez pryzmat polityki dwóch papieży: Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. Wolna od sensacyjności książka amerykańskiego byłego pracownika administracji watykańskiej była interesującym źródłem wiedzy dotyczącej kulis działalności tego najmniejszego państwa świata. Jeszcze ciekawsze są „Tajemnice watykańskich proroctw”, które ukazały się kilkanaście dni temu. Zwłaszcza ktoś, kto chciałby dowiedzieć się co nieco na temat stosunku Kościoła katolickiego do zjawisk nadprzyrodzonych, musi do tej książki zajrzeć. Ta, napisana ze swadą i znawstwem tematu, pozycja stanowi cenny rezerwuar wiedzy, z którego wynika, że Watykan nie jest wcale tak ufny w stosunku do wszelkich cudowności. Wręcz przeciwnie, odnosi się wrażenie, że spora część urzędników rzymskich to twardo stąpający po ziemi racjonaliści, których sprawy nadprzyrodzone wprawiają w zażenowanie. Trudno jednak orzec, co jest tego powodem: niewiara skrywana pod biskupimi insygniami czy połączona z wiarą nieufność. 

„Tajemnice watykańskich proroctw” starają się więc balansować pomiędzy zdrowym sceptycyzmem a naturalnym dla prostej wiary przeświadczeniem o prawdziwości cudów i wizji. Autor konfrontuje przeciwne sobie stanowiska badaczy i ekspertów, opisując takie zjawiska jak relikwie, objawienia maryjne, Całun Turyński, opętania diabelskie, cuda oraz proroctwa. Zbiór sześciu rozdziałów obszernie charakteryzujących wymienione wyżej zagadnienia zdaje się z grubsza kompletować najważniejsze kategorie zjawisk nadprzyrodzonych spotykanych w Kościele katolickim. Zamieszczone w nich wypowiedzi zainteresowanych ekspertów oscylują, jak wspomniałem powyżej, pomiędzy podejściem sceptycznym, a irracjonalizmem. Thavis akcentuje jednak, i czyni to dość często, że Kościół od swoich wiernych nie wymaga wiary w żadne z tych fenomenów. Nawet w te zaakceptowane przez Watykan objawienia maryjne jak Lourdes czy Fatima. Fakt ten może zdziwić laików, ale dla całej reszty wydaje się oczywisty.


Książka Thavisa może być więc zimnym prysznicem dla romantycznych miłośników mistycyzmu, którzy w religii szukają przede wszystkim zjawisk nadprzyrodzonych, a poza nią wszędzie chcieliby węszyć szatańskie spiski. Przykładem doskonale obrazującym ten poznawczy fałsz może być dość wnikliwie omówiona tutaj sprawa objawień z Medjugorje. Dla części katolików sprawa jest jasna: objawia się tam Matka Boska. Dla tych bardziej racjonalnych całość jest bardziej skomplikowana, a nawet ociera się o doświadczenie diabelskie. Znamienny może być fakt, że bośniaccy biskupi, w których diecezji znajduje się rzeczona miejscowość, zawsze odnosili się do tamtejszych objawień przynajmniej ze sceptycyzmem. Niejasna jest również kwestia Całunu Turyńskiego, którego datowanie jest kontrowersyjne, bo obejmuje okres między I a XIV wiekiem. Tak samo relikwie, z których znaczna część jest fałszywa, czego nie ukrywa sam Kościół. Wątpliwości można by wyliczać.

Co więc pozostaje? Thavis nie narzuca stanowiska czy interpretacji. Wnikliwy czytelnik sam wyrobi sobie własne zdanie. Dla jednych „Tajemnice watykańskich proroctw” (tytuł może nieco mylić) poprą racjonalne stanowisko, w myśl którego zjawiska nadnaturalne da się wytłumaczyć naukowo. Inni zaś znajdą u autora potwierdzenie własnych poglądów i intuicji, że świat ten pozostaje tajemniczy, a jego mechanizm leży gdzieś poza rzeczywistością widzialną. John Thavis stawia więc sprawę uczciwie: pyta, szukając odpowiedzi. Te znajduje, ale sami musimy do nich dojść. Nie jest ani irracjonalnym maniakiem i bezkrytycznym charyzmatykiem, ani ślepym i głuchym na tajemnice racjonalistą. Dlatego tak dobrze się go czyta.

John Thavis, Tajemnice watykańskich proroctw. Jak Kościół bada zjawiska nadprzyrodzone, tłum. M. Biernacka, wyd. Znak, Kraków 2016, ss. 379.

Kiedy w 1990 roku ukazał się „Epic” – singlowy przebój Faith No More, mało kto był w stanie odważyć się, aby połączyć rap z rockowymi gitarami. Dziś, gdy muzyka gitarowa w zasadzie uległa stagnacji i nic już nikogo nie dziwi, gdyż wszystkie granice zostały przekroczone, „Epic” może istnieć jako powód do wzruszenia ramion. Dwudziesto- i trzydziestolatkowie słyszeli już nie takie połączenia. Aby zrozumieć fenomen Faith No More, zespołu, który w latach swojej świetności, uznawany był za eklektyczny i odważny, trzeba cofnąć się prawie o trzy dekady. Przełom lat 80. i 90. to nie tylko wyraziste różnice między rockowymi gatunkami, ale i czas, gdy gitarowe brzmienia, elektronika, pop, czy hip hop były osobnymi światami. Światy te na komercyjnym rynku muzycznym nie stykały się ze sobą, a wzajemne obwąchiwanie się raperów i szarpidrutów podjęły tylko hardrockowy Aerosmith oraz thrashmetalowy Anthrax. Co prawda, zespoły podziemne dokonywały jakichś nieśmiałych fuzji międzygatunkowych, ale tak czy siak, szeroka publiczność połączenie te traktowała w najlepszym przypadku jako dziwactwo. Dziś eklektyzm stał się tak banalny, że trudno wyobrazić sobie modne zespoły pseudorockowe (tak zwane indie), które nie wykorzystują elektroniki w swoich piosenkach.

Najpierw pojawił się Faith. No Man – zespół współtworzony przez Roddy’ego Bottuma, Mike’a Bordina i Billa Goulda. Był rok 1982 i młodzi Kalifornijczycy, którzy już niedługo stworzą trzon swojej macierzystej grupy, nagrali jeden singiel. Tej krótkiej, zawierającej dwa nagrania, płytki można dzisiaj posłuchać na Youtube. W dobie internetu nic się bowiem nie ukryje. I chociaż nie słychać w tych dwóch nagraniach stylistyki Faith No More (bardziej Killing Joke i nowej fali), stanowią one początek muzycznej drogi trzech dżentelmenów, którzy za chwilę będą łamać granice rockowej stylistyki. Przyznać trzeba, że Maciej Krzywiński, autor omawianej właśnie książki, z dużym pietyzmem odtwarza ten wczesny etap historii zespołu. Trzyma się faktów i nie odchodzi za mocno w niepotrzebne dygresje.

Później, gdy na kartach „Królów życia”, pojawia się już Faith No More, efekt jest równie dobry. Autor ze znajomością wydarzeń snuje chronologiczną opowieść o zespole. Dzięki umiejętnościom budowania ciekawej narracji nie wpada w zabójczy dla wszystkich muzycznych biografii schemat: płyta-trasa-płyta. Owszem, bazując na chronologii, nie dało się uniknąć takiego prostego sposobu opowiadania. Natomiast autor umie coś więcej niż tylko przepisywać wikipedię i wypowiedzi z wywiadów. Opisuje historię kapeli w szerszym kontekście, w którym mieszczą się inne zjawiska muzyczne oraz działalność wokalisty Faith No More – Mike’a Pattona. Trudno mi uwierzyć, że jakiś fan rzeczonego zespołu nie ma pojęcia o szerokim spektrum muzycznym, w którym porusza się Patton, oraz o mnogości prowadzonych przez niego przedsięwzięć, ale gdyby tak w istocie było, omawiana biografia pomoże również w nadrobieniu luk. Bo nie tylko Faith No More rozmyli granice między skrajnymi nieraz gatunkami muzycznymi, jak chociażby thrash metal, hardcore czy pop; to przede wszystkim Patton, jeszcze przed wstąpieniem w szeregi zespołu, w celu zastąpienia Chucka Mosleya, anarchicznie bawił się muzyką w projekcie Mr. Bungle. Potem, albo solo, albo w przeróżnych projektach, nagrywał muzykę skrajnie odmienną, zawsze jednak mającą ambicje większe niż to, co nagradzane jest Grammy.

Maciej Krzywiński opisuje również schyłek Faith No More oraz ponowne, rodzące się w bólach, pojawienie się zespołu na scenie, którego zwieńczeniem jest wydana w zeszłym roku płyta „Sol invictus”. I chociaż zebrała ona recenzje skrajne, była dowodem na to, że zespół powrócił do świata żywych. Dla mnie osobiście nie był to powrót udany, ale jest wielu, którzy twierdzą, że jest zgoła inaczej. W przypadku każdej biografii zespołu, który funkcjonuje, kończy się ona otwartym rozdziałem. Nie inaczej jest w przypadku „Królów życia”. Czas pokaże, co stanie się z zespołem w najbliższej przyszłości.

Z pewnością Faith No More, nawet jeśli dzisiaj nie szokuje estetycznie i nie zaskakuje, jest zespołem, który ma zarezerwowane stałe miejsce w panteonie rocka. Dziwnie natomiast zestawiać dziarskich jeszcze pięćdziesięciolatków z sześćdziesięcio- lub siedemdziesięciolatkami z klasycznych rockowych lub heavymetalowych kapel. Przede wszystkim ze względów estetycznych. Faith No More z pewnością są ikoną, ale o wiele mniej znaną przez młodą publiczność niż dziadki z Iron Maiden czy Metalliki. Trzeba w tym miejscu również oddać sprawiedliwość autorowi, że jako fan Faith No More, nie uległ pokusie pisania na kolanach. Jego biografia nie jest wiernopoddańczym hołdem lennym oddanym królom i władcom z rockowego zespołu. Jest za to naturalnie i lekko napisana, bez wchodzenia z butami w życie prywatne muzyków, ale z odpowiednią dawką ciekawostek, a co ważniejsze – wierna faktom. Co do ciekawostek: we wczesnych latach działalności wokalny epizod zaliczyła w grupie niejaka Courtney Love. Wiedzieli Państwo?

Maciej Krzywiński, Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia), wyd. In Rock, Czerwonak 2016.

Francja zdechła. I to nie dzisiaj, nie wczoraj, ale podczas tak zwanej Wielkiej Rewolucji Francuskiej, będącej mitem założycielskim republiki, która niewiele już miała wspólnego z katolickim królestwem Galów. To, co oglądamy dzisiaj, jest nie tyle syndromem zdychania tego niegdyś wspaniałego i walecznego państwa, ale powidokiem, który pozostał po makabrycznej rzezi, zwanej przez lewicowców rewolucją. To równia pochyła, na której śliska powierzchnia nie pozwala się zatrzymać pędzącemu w dół państwu. „Ani kroku wstecz” – rozkazywał kochany ongiś nad Sekwaną Józef Stalin. I tak właśnie zachowuje się Francja, która pod dyktatem lewicowych i masońskich lobbies idzie do przodu, z postępem. Postęp zaś, jako jeden z fałszywych dogmatów oświecenia, zdaje się rozmontowywać Republikę. Czyni to przy zachętach polityków, nauczycieli, feministek, homoseksualistów i innych pożytecznych idiotów. Im mniej dawnej Francji, tym lepiej. W ten sposób lewacka utopia neutralności światopoglądowej ustępuje pod coraz silniejszymi kuksańcami islamu. Współczesne, wysyłane z pozycji kolan, zaproszenia do imigrantów, aby przyjeżdżali i podbijali Europę, powoduje niechybny kurs na zderzenie.

Diagnozę rozpadu Republiki Francuskiej widać w wielu tekstach, a jednym z nich są „Emiraty francuskie” Bogdana Dobosza, autora, który od ponad dwudziestu lat współpracuje z tygodnikiem „Najwyższy Czas!”. Przywołana we wstępie teza o początkach śmierci Francji w momencie rewolucji znajduje potwierdzenie w tym, co pisze autor. Co więcej, wskazuje on na absurdalne resetowanie historii w oficjalnym jej przekazie. I tak, dzieci i młodzież nie uczą się już ani o Ludwiku XIV, ani o Napoleonie. Przyjemność ta spotkała z pewnością również Karola Młota. W Kościele francuskim nie obchodzi się już wspomnienia Joanny d’Arc. To tak, jakby w naszych szkołach nie uczyć niczego o Chrobrym i Sobieskim. Chociaż to wcale nietrudne do wyobrażenia: już kilka lat temu pewna pani „naukowczyni” (bo tak się te lewaczki lubią określać) z bohaterów Akcji pod Arsenałem zrobiła gejowskich aktywistów. Lektura „Emiratów francuskich” nie pozostawia więc złudzeń: współczesna Francja to państwo, które istnieje na mocy skrajnie lewicowych pomysłów, podmywane co rusz przez muzułmańską ideologię religijną.

I jeśli wobec Kościoła katolickiego politycy francuscy zachowują daleko idącą rezerwę, żeby nie powiedzieć – wrogość, tak w stosunku do islamu widać reakcje zgoła odmienne. Widać umizgi, flirtowanie, próby oswajania, a przede wszystkim chowanie głowy w piasek z hasłem „jeszcze więcej tolerancji”. Polityka ta nie zmieniła się wcale po listopadowych zamachach, które niekiedy Bogdan Dobosz przywołuje. Wówczas Paryż stał się areną wybuchających bomb, na które lud francuski reagował marszami, hasztagami i publicznym odegraniem „Imagine” Lennona – hymnu wszystkich pacyfistów (czytaj: tchórzy). Opisuje autor politykę coraz większego ograniczania katolikom ich głosu, szczególnie w momentach, w których ci powinni protestować. Bowiem w ostatnich kilkudziesięciu latach Francja stała się poligonem doświadczalnym społecznych inżynierów. W myśl postępu dopuszczono aborcję na życzenie, śluby na próbę, a w końcu „małżeństwa” kochających inaczej.

A przyczajony i cierpliwy islam zaciera ręce. Póki co, jest on dla lewicowych polityków wspaniałym sojusznikiem w walce z tradycją chrześcijańską. Gdy urośnie w siłę jeszcze bardziej, skutków można się będzie domyśleć. Spojrzenie autora na Francję jest spojrzeniem od wewnątrz, ponieważ Dobosz od wielu lat mieszka w tym kraju i przygląda mu się uważnie. Jego obserwacje są jednak gorzkie. Autor skupia się na kilku aspektach. Zaczyna od ogólnych obserwacji zmian obyczajowych, następnie omawia francuskie szkolnictwo, które coraz bardziej ulega ideologicznemu zaczadzeniu. Nawet szkoły katolickie nie są wolne od tego swądu. Obszerne części książki poświęca Dobosz rozwojowi wspólnoty muzułmańskiej we Francji. Pisze o radykalizujących się muzułmanach z podmiejskich osiedli i trwającej wojnie kulturowej. Jej skutki to między innymi zakaz serwowania wieprzowiny w wielu szkolnych stołówkach, a także ponad 40 tysięcy spalonych samochodów rocznie. Mają rozmach…

Nie zapomina również autor o zarysowaniu smutnej sytuacji francuskiego Kościoła. I chociaż zwraca uwagę na cieszące się powodzeniem tradycyjne wspólnoty, oparte na łacińskiej liturgii i przedsoborowym rozumieniu chrześcijaństwa, widzi również asekuracyjność niektórych hierarchów i chęć polityków, aby Kościół zepchnąć do pozycji kolejnej organizacji charytatywnej. Łatwo więc wyobrazić sobie, w jakim kierunku będzie szedł dalszy postęp. I to w zasadzie konstatacja, którą dedykować można nie tylko Francji, ale wielu państwom Europy.

Bogdan Dobosz, Emiraty francuskie, wyd. 3S Media, Warszawa 2016, ss.281.

Kiedyś wielcy, jedni z Wielkiej Czwórki thrash metalu, gdzieś pod koniec lat 90. skutecznie zagubili się w swoich poszukiwaniach artystycznych. Mowa o Megadeth, jednym z bardziej popularnych i kasowych zespołów thrashmetalowych. A w zasadzie mowa o Dave Mustainie, bo skład kapeli wielokrotnie się zmieniał, tak że nie ma sensu się w tym wszystkim łapać.
Szkoda pamięci. A skoro mowa o Mustainie, trzeba napomknąć o Metallice i kompleksach tego pierwszego wobec jednych z pionierów thrashu. Dave bowiem grał na pierwszym albumie Metalliki, nawet współtworzył kilka utworów, potem zaś pozbyto się go, a ten utworzył Megadeth. I zawsze, niczym Słowacki wobec Mickiewicza, czuł kompleks wobec bardziej sławnych i bogatszych kolegów po fachu. Płyt z Megadeth nagrał prawie dwa razy tyle niż kwartet jego ex-przyjaciół. W dyskografii jednych i drugich nie brakowało albumów świetnych, nie brakowało również kompletnych pomyłek.

Do tych ostatnich należy z pewnością poprzedni krążek Megadeth „Super Collider”, który nawet wśród dość tolerancyjnych na różne wyskoki Dave’a Mustaine’a fanów powodował niestrawność i szybsze bicie serca (spowodowane, naturalnie, irytacją, która narastała z utworu na utwór). „Super Collider” był niczym zepsute żarcie usmażone na starym tłuszczu, które nie dawało się ani zjeść, ani nawet powąchać. Coś ohydnego! Nie dziwił więc fakt, że większość początkowo sceptycznie potraktowała zapowiedzi lidera zespołu o „Dystopii”, płycie, która po raz kolejny miała być powrotem do thrash metalu. 

Tych powrotów w twórczości Megadeth było sporo, w większości przesadzonych i podkoloryzowanych na potrzeby marketingu. Na szczęście Mustaine, ponownie z odświeżonym składem, jeszcze przed wydaniem albumu, zaprezentował trzy utwory, które mogły przywrócić nadzieję na zmęczony graniem i samym sobą zespół. „The Threat is Real”, „Fatal Illusion” oraz tytułowa „Dystopia” zapowiadały udane wydawnictwo i to utrzymane w stylistyce pierwszych płyt grupy. Niektóre takty „Fatal Illusion” mogły nawet kojarzyć się z technicznie zaawansowaną odmianą thrashu, jaką zaserwował zespół na swoim drugim albumie: „Peace Sells… But Who’s Buying?”. I nadzieje te nie okazały się płonne.

Chociaż nikt nie spodziewał się, aby Megadeth swoim najnowszym dziełem miał dorównać klasycznym pozycjom w swojej dyskografii, tym razem proces tworzenia muzyki zaowocował równą i dynamiczną płytą, którą bez wstydu można postawić obok tych lepszych z kilku ostatnich dokonań kapeli. Na pewno nikt się nie obrazi, widząc album ten w towarzystwie „Endgame” z 2009 i „The System Has Failed” z 2004 roku. Jest więc tutaj ten thrash metal, czy go nie ma? Megadeth nigdy nie grał brutalnej odmiany tego gatunku, romansował również z heavy metalem, więc muzyka zawarta na „Dystopii” jest połączeniem tych dwóch stylistyk. Zawsze jest melodyjna, nawet gdy wpada w nieco szybsze tempa. Nigdy zaś nie operuje przesadną agresją, co dla jednych może być atutem, a dla drugich – wręcz przeciwnie. Do niewątpliwych atutów „Dystopii” należy zaliczyć pomysłowe partie solowe, które – niczym na klasycznych albumach kapeli – nie są wypełniaczami zagranymi na siłę, ale integralnymi częściami kompozycji. Poza tym cały album jest dość równy i nie zawiera wielu niepotrzebnych dźwięków. Osobiście może pożegnałbym się z nic niewnoszącą przeróbką „Foreign Policy” z repertuaru The Fear, ale może to tylko moje subiektywne marudzenie. Nie jestem też do końca przekonany, czy „Dystopia” potrzebuje balladowego numeru zatytułowanego „Poisoned Shadows”. W końcu płyty metalowe bez problemów radzą sobie bez krainy łagodności.

Nie będę jednak narzekał, bo kto wie, co następnego czeka fanów tej niezwykle kapryśnej kapeli (a w zasadzie jej lidera). Cieszmy się więc „Dystopią”, bo ten dynamicznie zagrany i melodyjny metal – z pogranicza heavy i thrashu – całkiem udanie rozpoczął nowy muzyczny rok. A jeśli okazałoby się w przyszłości, że kolejne albumy zespołu będą nieporozumieniami w stylu „Super Collider”, to akcje omawianej właśnie płyty jeszcze wzrosną.
fot. Filip Kowalkowski

Stosunkowo niedawno ukazały się dwie dość odmienne książki Jarosława Jakubowskiego: zbiór opowiadań grozy „Oczy pełne strachu” oraz wybór sztuk teatralnych – „Generał”. W obu nasza rzeczywistość spowita jest strachem, raz metafizycznym, raz historycznym. Pośrodku zaś tego uniwersum znajduje się człowiek: szary, zwyczajny, zagubiony. Rozmawiamy z Jarosławem Jakubowskim o grozie: duchowej, historycznej i tej biorącej się z ignorancji, o ludziach, którzy dalecy są od medialnych zombie rodem z modnych portali, i o tym, kto w Polsce tak naprawdę stworzył medialne imperium i dlaczego nie jest to O. Tadeusz Rydzyk.

W „Oczach pełnych strachu” umiejętnie połączył Pan szarość małego realizmu oraz grozę tak, że oba te elementy się dopełniają, tworząc pewną całość.
Za każdym razem, kiedy sięgam po jakiś gatunek (w tym wypadku horror) staram się tak go wykorzystać, żeby za jego pomocą przekazać moją wiedzę o człowieku. Nigdy nie jest tak, że gatunkowości podporządkowuję historię, to gatunkowość jest swego rodzaju wehikułem dla opowieści. W „Oczach pełnych strachu” chodziło mi o pokazanie szarego, małego człowieczka w sytuacjach granicznych. Stąd liczne odniesienia do pewnych konkretnych miejsc, choć niekoniecznie w utworach używam ich prawdziwych nazw. Jestem przekonany, że groza ma swoje źródło bardziej w rzeczywistości niż w świecie pozazmysłowym, choć nie uciekam też przed opowieścią niesamowitą, taką trochę nawet retro, w stylu Stefana Grabińskiego.

Zazwyczaj szukamy niesamowitości albo w epoce wiktoriańskiej, albo potrzebujemy do niej mocniej zarysowanego sztafażu. Tu wystarcza człowiek z teczką i w wymiętym płaszczu, niczym u Nowakowskiego.
Często lubię sobie wyobrażać, co siedzi w głowie takiego człowieka z teczką w wymiętym płaszczu. Kim jest? Jak wygląda jego codzienne życie? Czego się boi? Każdy z nas czegoś się boi, ale tylko nieliczni potrafią i chcą o tym mówić. Większość ludzi doskonale posiadła zdolność ukrywania strachu. Pisarstwo Nowakowskiego poznałem jeszcze w liceum i od tego czasu niezmiernie cenię jego prozę za bardzo rzadki w naszej literaturze oszczędny, reporterski, nawet można powiedzieć zimny styl, pod którym jednak buzuje od emocji. Uważam, że tylko w ten sposób, a nie histerycznie, można w pełni oddać dramat egzystencjalny. Nasza rzeczywistość jest pełna różnych regulaminów i procedur, które zamykają poszczególne życia w koszmarnych szufladkach. Wolność, tak chętnie odmieniana przez wszystkie przypadki przez różnych mędrków, dla większości ludzi jest pojęciem czysto abstrakcyjnym. Bohaterowie opowiadań z „Oczu” często rozpaczliwie walczą o tę wolność, nietrudno sobie wyobrazić, że raczej z opłakanym skutkiem.

Ale z drugiej strony, w „Upadku rodziny von Ballenstedt” przywołuje Pan pruską atmosferę północy dzisiejszej Polski. Na ile więc lokalność zwycięża w Pańskiej prozie nad globalnością?
Prawdę powiedziawszy w „Oczach” jest bardzo mało utworów konkretnie umiejscowionych, w większości te historie mają walor uniwersalności, rozgrywają się „wszędzie czyli nigdzie” albo raczej „nigdzie czyli wszędzie”, choć sporo realiów literackich ma swoje źródła w rzeczywistych miejscach. Do nielicznych wyjątków należy „Upadek rodziny von Ballenstedt”, który wziął się z moich wędrówek po rodzinnej okolicy. Jest w Koronowie, na obrzeżach miasta, strasznie zaniedbany cmentarz ewangelicki. Ewangelicy, czyli Niemcy, stanowili przed pierwszą wojną światową pokaźny procent tutejszej populacji. Obowiązkiem pisarza żyjącego w takim miejscu jest pamiętać o tych ludziach. Zawsze interesowało mnie to, w jaki sposób przeszłość rzutuje na teraźniejszość, jaką aurę po sobie zostawia. Uważam, że ludzkie czyny, dobre i złe, pozostawiają po sobie ślady, czasem nieuświadomione, a jednak wyraziste, jeśli użyje się odpowiedniego „aparatu poznawczego”. Można go nazwać „czuciem i wiarą” lub bardziej przyziemnie – intuicją.

Co jest więc siłą prowincjonalności, zwłaszcza gdy porównamy ją z wielkomiejskim stylem życia i wiążącym się z nim otwarto-liberalnym światopoglądem?
Na prowincji życie jest bardziej „wyeksponowane”, mówi się często, że tu wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. To oczywiście obiegowy pogląd, bo prawda jest taka, że nikt z nas nie wie wszystkiego o drugim człowieku. Szczerze mówiąc – wie o nim bardzo niewiele. Mieszkając w Warszawie czy Wrocławiu, pewnie trudno sobie wyobrazić, że poza tymi metropoliami może istnieć jakiekolwiek życie. Zresztą żyjemy w kraju, który jest mocno „warszawocentryczny”, co widać choćby w mediach. Prowincja bardzo nieufnie patrzy na te wszystkie warszawki i inne krakówki. Owszem, chętnie śledzi losy celebrytów na „Pudelku”, ale na takiej samej zasadzie, jak nasze prababki z wypiekami czytały romanse. Żeby na chwilę oderwać się od codzienności. Ta jest na ogół trudna i dość brutalna, nacechowana przede wszystkim walką o byt. Wyższe potrzeby owszem, istnieją, jednak schodzą na dalszy plan. Jednocześnie życie na prowincji jest bardziej podporządkowane naturalnemu rytmowi przyrody. Wielkie miasto odseparowuje człowieka od tego, umieszcza go w technologicznej megaszopce jako jedną z miliona anonimowych figurek. W Koronowie natomiast, proszę Pana, każdy jest Kimś, z twarzą i całą resztą.

Mówi się, że prowincjusze, mieszkańcy małych miasteczek mają bardziej zdroworozsądkowe podejście do rzeczywistości. Nie dają sobie wcisnąć modnego kitu, ale z drugiej strony w duchy i klątwy wierzą…
Oj, wierzą, wierzą, przede wszystkim w klątwy TVN-u i innych telewizji, które już od rana wciskają ludziom kit. Chodzę czasem na mecze lokalnej Victorii Koronowo i słucham, o czym mówi się na trybunach. Redaktorzy TVN-u byliby zadowoleni, bo wielu ludków toczka w toczkę powtarza frazesy propagandowe rodem z „Faktów” czy innych „Szkieł kontaktowych”. Z drugiej jednak strony prowincjusze są dość odporni na wszelkiej maści politycznych czarodziejów, wiedzą swoje, na przykład, że Polską rządzą albo Żydzi, albo inni obcy, ale nigdy – oni sami. Mówię może rzeczy dość brutalne, jednak nie mam zamiaru beatyfikować prowincji, tak samo jak nie jest moim zamiarem beatyfikowanie warszawki. Na szczęście jest tu u nas całkiem sporo jednostek, które wyrastają ponad przeciętność i robią rzeczy naprawdę wartościowe – organizują młodzież wokół lokalnej historii, redagują lokalne periodyki, tacy doktorostwo Judymowie. A ja, mieszkający tu pisarz, też w jakiś sposób czuję się zobowiązany, żeby przynajmniej od czasu do czasu literacko dokumentować prowincję.

Grozę innego typu przedstawił Pan w swoich dramatach politycznych. Ten strach nie jest już metafizyczny, on wynika z historii, jak chociażby w tytułowym „Generale”. Kto wie, czy nie jest większy?
W „Generale” akurat strach jest dwojaki – wynika i z historii, i z sumienia. Mój bohater nie jest skończoną kanalią, zostały w nim jakieś resztki, wspomnienia kanonu etycznego, który wpojono mu przed laty. Jest przy tym człowiekiem obytym z kulturą, między innymi z Chopinem, Mickiewiczem. I właśnie z tej nie do końca uświadomionej sfery wyłania się Kobieta W Czerni – uosobienie wszystkich Matek i Wdów, które opłakują swoich mężów i synów, zabitych przez tyranię. Początkowo chciałem, żeby były to Mickiewiczowskie czarty z „Dziadów”, biorące Generała do piekła, ostatecznie jednak wyewoluowały w postać Kobiety W Czerni. Ona jest pamięcią, sumieniem, w jakiś sposób także metafizyczną karą, która zastępuje karę doczesną. Tej jak wiadomo nasi komunistyczni zbrodniarze nie doświadczyli. Piekło Generała rozgrywa się w jego głowie.

Mnie osobiście najbardziej uderzył dramat „Głową w dół”, z motywem nierozliczonych zbrodni ubeckich. Pyta Pan o przeszłość, a to przecież obciach, tym bardziej dla tych młodych z wielkich miast, którzy mówią po angielsku i studiują modne kierunki.
Tak, to skandal upominać się o ofiary jakichś tam zbrodni sprzed lat. Upominać się sztuką teatralną. Warto podkreślić, że Polskie Radio wykazało się obywatelską odwagą i zrealizowało na jej podstawie słuchowisko radiowe, za co dziękuję panu Januszowi Kukule, szefowi Teatru Wyobraźni oraz panu Waldemarowi Modestowiczowi, reżyserowi słuchowiska. Był to jednak wyjątek potwierdzający koszmarną regułę: temat nierozliczonych zbrodni stalinowskich w mainstreamie nie istnieje. Owszem, może sobie funkcjonować w prawicowych wydawnictwach i na prawicowych portalach, ale tak zwana szeroka widownia może co najwyżej obejrzeć sobie „Pułkownika Kwiatkowskiego” Kazimierza Kutza. Teatry publiczne w Polsce, utrzymywane z pieniędzy także prawicowych podatników (samo mówienie o tym już jest skandalem) nie są zainteresowane tematyką zbrodni stalinowskich czy Żołnierzy Wyklętych. Nie mówię, że chciałbym całkowicie przeorientować repertuar teatrów na martyrologię, ale raz na jakiś czas można by zrobić spektakl nie o gender-srender i innych „tak dziś modnych” zagadnieniach. Obawiam się jednak, że dyrektorzy teatrów, wywodzący się w dużej mierze z postpeerelowskiej inteligencji, będą się przed tym bronić rękami i nogami. Obecność kogoś takiego, jak ja, dramaturga o pewnej już pozycji i nieukrywającego swoich konserwatywnych zapatrywań, z pewnością jest dla nich gorzką pigułką.

W „Dziurze” zaś proponuje Pan zdroworozsądkowe spojrzenie na konflikt między moherami a lemingami. Ci drudzy określają moherowe media jako imperium, Pan daje celną ripostę – imperia medialne stoją po ich stronie.
W latach dziewięćdziesiątych doszło do podziału medialnego tortu w Polsce – prawie wszystko dostało się liberalnym beneficjentom transformacji. Zobaczmy, w jak straszliwie trudnych warunkach przyszło funkcjonować mediom, które nie są TVN-em, Gazetą Wyborczą, radiem Zet czy RMF. Dodajmy do tego skandaliczne przejęcie większości prasy regionalnej przez niemiecki kapitał, a zobaczymy, jak chore są polskie realia. W tej sytuacji mówienie o „imperium Ojca Rydzyka” jest kuriozalną kpiną. To nie tylko semantyczne nadużycie, to po prostu kłamstwo. Resortowe dzieci w mediach posiadających większość rynku wciąż trzymają się mocno. Przyznam, że od czasu do czasu, rzadko, ale jednak zdarza mi się obejrzeć „Wiadomości”. Jest tam pewien pan, na którego widok dostaję białej gorączki. Człowiek od wszystkiego – kiedy trzeba, opowie jak bardzo szanuje papieża, innym razem sporządzi propagandowy bicz na „katoprawicę”. Moja nienawiść do systemu III RP zapewne uniemożliwia mi wypowiadanie się bez emocji – cóż, czekam z utęsknieniem, kiedy truchło tej postkomunistycznej hybrydy wyląduje wreszcie w głębokim grobie, przebite osikowym kołkiem, dla pewności, żeby już nigdy z martwych nie powstało.

Jest sens pokazywania tym ludziom prawdy? Więcej w tym wszystkim przekonywania przekonanych, ludzie z drugiej strony barykady ten przekaz puszczą mimo uszu.
W teatrze nie jest to takie oczywiste, że puszczą mimo uszu, dlatego że jest to medium dość jednorodnie liberalne, a raczej, jak już powiedziałem postpeerelowskie. Jakikolwiek głos wyłamujący się z „chóru wujów” siłą rzeczy musi zostać usłyszany. Tak było z „Generałem”, tak było z „Licheniem Story” czy „Głową w dół”, choć w tym ostatnim przypadku mówić można jak dotąd jedynie o słuchowisku. Nie mam złudzeń, że mój głos będzie równie donośny, co głosy person wypromowanych przez system klientystyczny III RP, jednak od czegoś trzeba zacząć. Kropla drąży skałę. Przy czym muszę zaznaczyć bardzo kategorycznie, że nie uważam się za czyjąkolwiek własność. Moja twórczość nie należy ani do prawicy, ani do lewicy i nie mogę brać odpowiedzialności za to, że ktoś będzie chciał sobie nią wycierać gębę czy brać na sztandary.

Dochodzimy więc do trzeciego oblicza grozy – chyba największego. Do grozy ignorancji, utraty pamięci, zbiorowej amnezji. Wielu Pańskich bohaterów jej ulega, stykając się z tymi, którzy wciąż mają świadomość własnej przeszłości i jej znaczenia.
Pisząc staram się zrozumieć moich bohaterów, również tych, z których poglądami zupełnie się nie zgadzam. Bardziej pożywne literacko wydaje mi się portretowanie „obcego” niż „swojego”. Staram się wyszukiwać w nich niejednoznaczności, niekonsekwencje, bo to one stwarzają żywego człowieka, a nie marionetę. Myślę, że najpełniej problem utraty pamięci zbiorowej pokazałem w sztuce „Luna”. Jest to historia, która dzieje się w roku 2084, kiedy przeszłość jest zakazana. Nie muszę chyba dodawać, że jak dotąd mam kolosalne trudności z przebiciem się z tym tekstem do teatrów instytucjonalnych i do teatru telewizji. Bohater, poznając dziewczynę, która żyje w środowisku owładniętym przeszłością, zaczyna odklejać się od systemu. Stopniowo dochodzi do wniosku, że to co pamiętamy jest równie ważne jak to, co przeżywamy w danej chwili, a może nawet ważniejsze. Sztuka „Luna” wzięła się z obserwacji życia publicznego po 89 roku – słynna gruba kreska przekreśliła szansę na to, byśmy rozliczyli zbrodniarzy. Umarli nierozliczeni, ale przecież nie znaczy to, że problem zabrali ze sobą do grobu. Oni rozkładają się w ziemi, a my nadal tkwimy w jałowych sporach o szatański wymysł, jakim jest „mniejsze zło”. Oddychamy powietrzem zatrutym kłamstwem. To jest pozagrobowe zwycięstwo generałów.

Wywiad ukazał się na portalu wpolityce.pl.
http://wpolityce.pl/kultura/271501-prozaik-jaroslaw-jakubowski-o-grozie-duchowej-i-historycznej-wywiad 
źródło: georgedornscreams.com

Z zespołem George Dorn Screams spotkałem się w bydgoskim Miejskim Centrum Kultury z okazji premiery najnowszej płyty kapeli zatytułowanej „Ostatni dzień”. Rozmawialiśmy pół godziny przed koncertem, na którym muzycy zaprezentowali nowy materiał w całości. Gawędziliśmy o „Ostatnim dniu”, ale również o wizycie zespołu w Stanach Zjednoczonych, o gościnnych występach wokalistki Magdaleny Powalisz na najnowszej płycie zespołu Variété. Poza Magdą na pytania odpowiadali Radosław Maciejewski – gitarzysta, Wojciech Trempała – basista. Swój skromny udział w wywiadzie miał też nowy bębniarz grupy – Marcin Karnowski.

Skąd pomysł na paradoksalny tytuł singla „Ósmy dzień tygodnia”?
Radosław Maciejewski: Wszystkie teksty utworów pochodzą od tytułów polskich filmów pochodzących z okolic lat 60. Więcej szczegółów podałaby Magda Powalisz, a najlepiej zrobiłaby to Emilia Walczak, gdyż to ona jest autorką tekstów. Tytuł płyty powstał od piosenki „Ostatni dzień lata”. Przez cały okres naszej działalności marzyło się nam mieć piosenkę tytułową. Poniekąd udało się nam to na pierwszej płycie, ponieważ „Snow Lovers are Dancing” jest też tytułem utworu; jest to jednak tylko kontynuacja „More Than This”, więc nie jest to pełnoprawna piosenka. Myśleliśmy o tym, aby nazwać płytę „Ostatni dzień lata”, potem Wojtek wpadł na pomysł, aby uciąć ostatnie słowo. W taki sposób każdy może sobie dopowiedzieć, o jaki ostatni dzień chodzi.

Wojciech Trempała: „Ostatni dzień lata” jest dość wyświechtaną formułą, stwierdziliśmy, że skorzystamy z szerszego tytułu, który daje większą możliwość interpretacji. Dla każdego ten ostatni dzień może oznaczać coś innego. Możesz mieć ostatni dzień nałogu, ostatni dzień szkoły, relacji z drugą osobą itd. W taki sposób każdy może ten tytuł odnieść do własnej sytuacji.

Najbardziej widoczną nowością jest zmiana tekstów, z angielskich na polskie. Czym spowodowana jest taka metamorfoza?
Magdalena Powalisz: Już od dłuższego czasu myśleliśmy o tym, aby śpiewać po polsku. Problemem były jednak same teksty. Nie jestem w stanie napisać polskich tekstów tak dobrze, jakbym chciała. I tu dość przypadkowo pojawiła się Emilia Walczak, z którą kiedyś rozmawiałam o śpiewaniu po polsku. Zaproponowała, że może ona spróbowałaby coś dla nas napisać. Z początku podeszłam do tego pomysłu sceptycznie, bo zawsze pisałam sama. Trochę się bałam, jak to będzie, gdy zacznę śpiewać czyjeś teksty.

Czy będziesz czuła to, co śpiewasz…
MP: Właśnie. Emilia napisała małą próbkę i okazało się, że trafiła w samo sedno. To są teksty, z którymi bardzo się identyfikuję, więc śpiewanie ich wyszło bardzo naturalnie. Teksty Emilii są więc nadal tak melancholijne oraz introwertyczne, jak te na poprzednich płytach?

MP: Myślę, że tak. Chociaż na pewno są inne.

Po wysłuchaniu singla wydało mi się, że idziecie w nieco lżejszym kierunku. Może jest to kwestią polskiego tekstu, ale mam wrażenie, że skręcacie w inne obszary muzyczne, nie do końca popowe, ale na pewno bardziej piosenkowe.
MP: Być może to dlatego, że polskie teksty śpiewa się inaczej. Całkowicie inaczej pod tyloma względami, że mogłabym o tym mówić i mówić. Ale myślę, że na ten weselszy klimat miało wpływ również to, że znowu gramy, że dołączył do nas Marcin (Karnowski – perkusista – dop. red.) i nagle poczuliśmy się jak te dziewięć lat temu. Mamy z tego powodu wielką frajdę i może ona się przełożyła na tę weselszą atmosferę.

Nie rozpieszczacie słuchaczy liczbą płyt. Między jedynką a dwójką były dwa lata, a późniejsze przerwy trwały około trzech lat.
RM: Pojawiło się trochę problemów. Raz, że mieliśmy etap przejściowy w życiu, bo nasza trójka, oprócz Marcina, który wówczas z nami jeszcze nie grał, była jeszcze studentami, kończyliśmy studia, wchodziliśmy w dorosłe życie. Drugą kwestią były problemy personalne. W międzyczasie odszedł od nas Kuba Ziołek.

Już na stałe? Bo współpracował z wami jeszcze na poprzedniej płycie.
RM: Tak, grał z nami jeszcze na epce („The Large Glass” – dop. red.) i na poprzednim albumie, ponieważ większą część utworów komponowaliśmy jeszcze razem z nim. Wydawało nam się to oczywiste, że na płycie również musi to tak zabrzmieć.

WT: Te utwory były tak samo Kuby, jak i nasze.

RM: Nie zagralibyśmy ich po prostu bez niego tak dobrze. Poza tym Kuba śpiewa w jednym z utworów.

Jesteśmy kilkadziesiąt minut przed premierą płyty, słyszałem tylko singiel. Jaka będzie więc muzyka na „Ostatnim dniu”? 
RM: Będzie trochę postrockowego klimatu, jakiego do tej pory było sporo, a poza tym dużo piosenek.

WT: Są trzy utwory nawiązujące do tej melancholii z poprzednich płyt, a pozostałe trzy różnią się dynamiką, są szybsze, krótsze, nieco bardziej optymistyczne.

Dlaczego tak krótko?
WT: Gdybyśmy poczekali jeszcze miesiąc, pewnie mielibyśmy materiał na całą płytę, bo piosenki były. Ale gdy graliśmy te kawałki na próbach, okazało się, że nieco odbiegają one od tego, co znalazło się na płycie. Z tego powodu nie mogliśmy ich dokończyć, to byłoby jak droga w nieco innym kierunku. A po drugie, musieliśmy ten materiał nagrać jak najbardziej sprawnie, zmieścić się w czasie. Dlatego zdecydowaliśmy, że najrozsądniej będzie pójść nie na ilość, ale na jakość. Stąd wybór sześciu piosenek.

RM: Miały być cztery. To miał być bardzo krótki materiał.

I tak go zapowiadaliście.
RM: Chcieliśmy w miarę szybko wydać jakiś materiał oficjalnie, żeby zaznaczyć fakt, że sporo czasu gramy już z Marcinem i wróciliśmy do regularnego grania.

Na kolejną płytę nie trzeba będzie czekać trzech lat?
RM: Mam nadzieję, że nie, aczkolwiek chcemy jak najwięcej czasu poświęcić promocji tego materiału, aby nie odłożyć go na półkę i rozpocząć nowy rozdział. Bo dla wszystkich oprócz nas jest on zupełnie nową rzeczą. Musimy trochę pograć i pokazać go ludziom.

Marcin Karnowski: Nie wiemy też, ile będziemy czekać na kolejną rzecz. Musimy być gotowi, a nowe utwory muszą nam się podobać.

WT: Wydaje mi się, że niedosyt jest lepszy niż przesyt.

Zgadzam się. Krótkie płyty mają to do siebie, że można je włączyć raz jeszcze bez znużenia. Przejdźmy dalej. Jakie są wasze realne oczekiwania dotyczące promocji nowej płyty? Nie pytam o nierzeczywiste fantazje, ale o to, co jest możliwe do spełnienia.
MP: Na pewno nie będziemy grać jakiejś bardzo długiej trasy, bo czas nam na to nie pozwala. Wszyscy chodzimy do pracy, wiadomo, ile można w ciągu roku wziąć wolnego. Planujemy zrobić trasę na przełomie lutego i marca. Pewnie będą to jakieś rzuty weekendowe i może jedna dłuższa wycieczka.

RM: Odwiedzimy miasta i kluby, które są sprawdzone, w których zawsze się dobrze czuliśmy. Trasa, którą teraz zagramy, nie będzie mocno odbiegała od tych poprzednich.

Drugą płytę nagrywaliście w Stanach Zjednoczonych. Nie chcę pytać o to, jak wam się tam nagrywało, jak przebiegała sesja, bo takie pytania prowokują jednolite odpowiedzi. Chcę zapytać o Polaka w USA. W jaki sposób odbieraliście Amerykę Północną, która przez niektórych wciąż uznawana jest za ziemię obiecaną?
WT: Byliśmy (podobno) w mało reprezentatywnym miejscu dla całych Stanów, w Dallas w Teksasie. Rozmawiając z kolegami z Variété, którzy nieco wcześniej albo w tym samym czasie także nagrywali materiał (w Nowym Jorku), mieliśmy zupełnie różne wrażenia. Nasz wypad był zdominowany przez takie Stany, które znamy bardziej z historii, w których funkcjonują jeszcze pewne podziały.

Północ-południe, biali-czarni?
WT: Tak, troszeczkę to było odczuwalne. Mimo że USA są zupełnie innym światem, kompletnie odbiegającym od tego, który zna się z filmów, to chce się tam wrócić. Nie wiesz, dlaczego tak się dzieje, ale jest coś takiego w powietrzu. Byliśmy tam już parę lat temu, co było dla nas tak dużym przeżyciem, że brakuje nam obiektywizmu w ocenie. Poza tym wchodziliśmy rano do studia wychodziliśmy wieczorem, znajdowało się ono w piwnicy, a w zasadzie to w krematorium (śmiech). Nie, to było prosektorium. Ulica nazywała się chyba Elmwood Boulevard. Myślę, że jednak za mało obcowaliśmy z tą kulturą. W gruncie rzeczy, jakiekolwiek byśmy odnieśli wrażenie, nie spotkało nas tam nic naprawdę przykrego, poza kilkoma incydentami, w których mogliśmy się czuć zagrożeni.

Mówisz o typowo ulicznych incydentach?
WT: Tak, więcej było strachu niż w rzeczywistości zagrożenia.

Za dużo filmów?
WT: Za dużo filmów, za dużo wyobraźni. Natomiast generalnie był to superwypad, supermiasto, okolica. Naprawdę było to niesamowite przeżycie. Magdo, chciałem spytać cię o współpracę z Variété. Na nowej płycie zaśpiewałaś w jednym utworze, „Kim”. Jak współpracowało ci się z Grzegorzem Kaźmierczakiem? Trudny człowiek?

MP: To może dziwne, ale bardzo dobrze.

Dlaczego dziwne?MP: Bo chodzą takie słuchy, że Grzesio jest groźny, że jest trudny we współpracy. Rzeczywiście musiałam kilkanaście razy powtórzyć pewne partie, ale to także czemuś służyło. W zasadzie oprócz barwy swojego głosu nic innego do utworu nie wniosłam. Linia wokalna już była przygotowana.

Przyszłaś po prostu na gotowe.
MP: Tak, to miało funkcjonować jako tło. Ale w zasadzie pojawia się też taki fragment, w którym tylko ja śpiewam.

RM: Gdy słuchałem tego utworu, miałem świadomość, że Magda śpiewa w nim gościnnie. Jeżeli ktoś kupuje płytę Variété gdzieś w sklepie i wkłada ją do odtwarzacza, czeka i myśli: Grzesiu, wchodzisz. Potem tam słyszy damski głos i dochodzi do wniosku, że chyba sprzedali mu nie ten album.

MP: Przyznam się, że ja też byłam zaskoczona rezultatem. Variété dość długo nad tą płytą pracowali, ale jak na nich, był to i tak krótki okres. Wokal do tej piosenki nagrywałam dobry rok temu, któregoś razu wchodzę na Facebooka, patrzę: o, nowa płyta Variété. Zupełnie zapomniałam o tym, że rok temu byłam z nimi w studiu i nagrywałam. Włączam sobie teaser, który przygotowali, i słyszę siebie (śmiech).

RM: Gdy ja odpaliłem numer, nie wiedziałem, że Magda będzie w nim gościnnie śpiewać. Albo raczej, nie byłem tego pewien, chociaż coś mi świtało.

MP: Mój wokal brzmi tam dość nietypowo, jest inaczej zmiksowany, ma inną barwę.

Można cię nie poznać.

MP: Z początku też nie byłam pewna, czy to jestem ja (śmiech). Nie wiedziałem, że to ty śpiewasz. Dopiero, gdy przeczytałem gdzieś, że faktycznie zrobiłaś wokale na nowym Variété, złożyło mi się to w jedną całość. „Kiedyś wydawało mi się, że Bydgoszcz to jakaś zielona wyspa, że rodzi się tu mnóstwo świeżych projektów. Ale to chyba było złudne. Na horyzoncie trudno odnaleźć młode grupy, działające z dużą determinacją i konsekwencją” - stwierdziliście kilka lat temu w jednym z wywiadów. Zespoły takie jak wy, 3moonboys, Upside Down, Variété są już uznane. Sytuacja się zmieniła, czy nadal jest tak, jak te kilka lat temu?

WT: Zeszły rok to ogromny sukces promocyjny Bydgoszczy, dzięki artystom, którzy dotarli do szerszej publiczności. Mówię tu przede wszystkim o Biszu, który zrobił ogromną furorę w całej Polsce, z czego się cieszymy. Mam też na myśli naszego kolegę, Kubę Ziołka, który osiągnął – wydawałoby się – nieosiągalne.

RM: Gdyby on poruszał się jeszcze w innych rejonach muzycznych, nie byłoby to zaskakujące.

Gdzie Kuba w tej chwili się udziela?
RM: On ma mnóstwo projektów, ale Stara Rzeka osiągnęła największy sukces. Poza tym udziela się w zespołach jazzowych, noise’owych, rockowych, gra ambient. Jest to bardzo szeroka działalność.

Można powiedzieć, że duch „Mózgu” wciąż jest w Bydgoszczy obecny? Mówię nie tyle o yassie, ale o otwartym, eksperymentalnym podejściu do muzyki.
RM: Tak, można się z tym zgodzić.

MP: Kuba nawet bierze udział w takim projekcie, Innercity Ensemble, w którym grają ludzie mocno związani z „mózgową” sceną...

Wywiad ukazał się na portalu wpolityce.pl.
http://wpolityce.pl/kultura/250343-wielosc-interpteracji-rozmowa-z-zespolem-george-dorn-screams