Aleksandra Boćkowska - Księżyc z peweksu. Luksus socjalistyczny


Komunizm miał zlikwidować wszelkie nierówności społeczne do tego stopnia, że nawet klasa robotnicza przestałaby być potrzebna. Droga do tego ziemskiego raju była jednak wyboista i z każdą pięciolatką ulegała wydłużeniu. Toteż ci, którzy mówili o powszechnej równości i sprawiedliwości społecznej, okazywali się hipokrytami, żyjąc ponad stan, czym zadawali kłam głoszonej propagandzie. Większość jednak obywateli PRL egzystowała na niskim poziomie, zarabiając równowartość od kilkunastu do kilkudziesięciu dolarów. Nic więc dziwnego, że w tak siermiężnych czasach siermiężny był również luksus, który mierzono nieco inaczej niż mierzy się go dzisiaj. W obecnych czasach bowiem, gdy za jedną pensję można kupić używany samochód, osobliwy wydaje się fakt, że pojazd mechaniczny, po pierwsze, mógłby kosztować kilkadziesiąt razy więcej, a po drugie, że był niedostępny niczym dzisiaj wojskowy śmigłowiec. Gdy oglądamy filmy z okresu PRL, czy to z lat 60., czy z kolejnych dekad, nieodmiennie widzimy dość proste i banalne wnętrza, w którym szczytem luksusu są kanapy ze skaju oraz meblościanka z nieodłącznymi kryształami za szkłem. Do tego możemy dodać whisky w barku oraz kolorowy radziecki telewizor. Luksus jest więc stanem względnym, co stara się w swoim reportażu podkreślić Aleksandra Boćkowska.

„Księżyc z peweksu” jest sentymentalną podróżą do czasów siermiężności Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która jednak zawiera dość sporą dawkę goryczy. W rzeczywistości tej widzimy marynarzy szmuglujących deficytowe towary i wymieniających się w portach różnymi rzeczami. Spotykamy ludzi władzy, dla których proklamowane robotnicze życie jest przecież aberracją; po co mieszkać w bloku, skoro można w willi, po co jeść byle co, skoro można polować i zajadać się dziczyzną. Autorka pisze też o przestrzeniach hotelowych, które wówczas miały dla obywateli PRL status prawie że zagranicy. Scena z „Misia”, w której chłopiec na posyłki wchodzi do hotelu „Victoria”, aby tam rzekomo zjeść obiad, mogłaby się wydarzyć naprawdę i być opisana w jednym z tekstów Boćkowskiej. Ta poświęca część swojej książki również na przywołanie bulwersującej dla górali tatrzańskich sprawy budowy hotelu na Gubałówce. A także pisze o miastach, w których to względne bogactwo było bardziej dostępne niż gdzie indziej: o Warszawie, Katowicach czy Gdyni. Pierwsze z nich, naturalnie, jako ośrodek władzy, ale również posiadające specyficzną inteligencką enklawę – Saską Kępę, która zrehabilitowała się już przed wojną, z miejskiego slumsu stając się modną dzielnicą. To tam, według autorki, częściej niż w innych miejscach, słucha się amerykańskiego i brytyjskiego rocka, tam młodzi jeżdżą na skuterach i stylowo się ubierają.

Katowice zaś to górnicza stolica Polski, która z racji dużej rangi przemysłu ciężkiego i wydobywczego cieszyła się większą dostępnością towarów gdzie indziej niedostępnych. To tam otwarto, drugie po warszawskich, firmowe sklepy Mody Polskiej. I w końcu Gdynia, w której znajdowała się dzielnica zwana Zegarkowem, gdzie jednorodzinne domy stawiali sobie między innymi marynarze. Sama nazwa sugeruje, że zegarek był w PRL dobrem pożądanym i luksusowym, co było jak najbardziej zgodne z prawdą. Istniały również inne przestrzenie większego komfortu, a były nimi domy czy mieszkania wywłaszczonych ziemian. Niektórzy  z nich jakimś cudem niespecjalnie ucierpieli po wojnie, wśród nich autorka opisuje młodą wówczas dziewczynę, niejaką Różę Thun, dzisiaj znaną z kontrowersyjnej działalności w Parlamencie Europejskim. Ten dostęp do bogactwa (chociaż z dzisiejszego punktu widzenia dość ograniczonego) musiał być okupiony wstydliwymi kompromisami z władzą ludową. O tych autorka jednak taktownie milczy. Z drugiej strony ci, którzy żyli w PRL, doskonale wiedzą, że nawet taki peerelowski siermiężny luksus był dostępny dla nielicznych, zwłaszcza tych, którzy szli na współpracę albo z partią, albo z jej zbrojnym ramieniem.

„Księżyc z peweksu” jest więc, mimo całej swojej sentymentalności, dość smutnym świadectwem minionej epoki. Mimo całej lekkości tych reportaży widać w nich ludzkie upodlenie i gonitwę za tym, co system realnego socjalizmu uznał za luksusowe. Z jednej strony piętnował on tych, którzy próbowali się dorobić, a z drugiej nagradzał finansowo szpicli i donosicieli. Wmówił też ludziom, że rzeczy materialne, które w państwach zachodnich były zwyczajne, są dostępne tylko dla nielicznych: albo cwaniaków, albo konfidentów czy wyższych urzędników. Aberracja ta charakterystyczna jest po prostu dla socjalizmu, który zasłaniając się gadkami o humanitaryzmie, nie poważa pojedynczego człowieka, skazując go na zależność od państwa i na gonitwę za podstawowymi artykułami. Aleksandra Boćkowska dobrze ten mechanizm ukazała. Bo czy państwo, w którym mięso i żółty ser są towarami luksusowymi, działa normalnie?

Aleksandra Boćkowska, Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 328.

1 komentarz:

  1. Bo to była dość smutna epoka. Bardzo dobra recenzja, książka zdecydowanie dla mnie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń