Masaji Ishikawa - Za mroczną rzeką. Bez happy endu

 

Dawno już nie czytałem żadnej pozycji dotyczącej Korei Północnej. Mam w swojej kolekcji kilkanaście zbiorów reportaży, wspomnień, w końcu tekstów geopolitycznych, dotyczących tego regionu, ale od kilku dobrych lat nie znalazłem niczego, co wzbogaciłoby moją wiedzę. Pojawiają się, co prawda, coraz to nowe teksty, utrzymane zazwyczaj w sensacyjno-wspomnieniowym klimacie, ale każdy z nich powiela ten sam schemat. Zdaję sobie sprawę (o ile, rzecz jasna, nie są to reportaże pisane zza biurka), że za wszystkimi utworami tego typu kryją się ludzkie dramaty, jednak od literatury oczekuję czegoś więcej, zwłaszcza od literatury faktu. Tym bardziej, że konkurencja nie śpi, czasu coraz mniej, a czytać trzeba. Stało się jednak tak, że w ręce wpadły mi wspomnienia Masaji Ishikawy wydane przez Znak pod tytułem „Za mroczną rzeką”. Cóż, po długiej przerwie od tej tematyki postanowiłem się z nimi zmierzyć.

 

Od razu należy rozdzielić dwie kwestie. Co innego może dać ta książka komuś, kto dopiero zaczyna interesować się Koreą Północną, a co innego osobie, która już sporo na ten temat czytała. Początkujący adept tematyki dziwnego systemu politycznego znajdzie w „Za mroczną rzeką” sporo informacji na temat reżimu Kimów, a przede wszystkim zetknie się z niewyobrażalną dla sytych ludzi Zachodu nędzą i ludzką tragedią. Główny bohater i narrator tych wspomnień opowiada bowiem, że wybierając ucieczkę z tego kraju, zostawił w nim całą rodzinę. A jak kończą rodziny uciekinierów, wie każdy, kto chociaż powierzchownie interesuje się tą tematyką. Jest niemal pewne, że ludzie ci trafiają do obozów pracy o reżimie porównywalnym do sowieckiego i nazistowskiego. Chociażby dlatego książka ta ma swój ciężar emocjonalny, z którym warto się zmierzyć. Druga sprawa to brak jednoznacznego happy endu, rzecz znamienna we wspomnieniach północnokoreańskich uchodźców. Targają nimi wyrzuty sumienia z powodu, że zostawili na pastwę losu swoje rodziny, a ponadto mają oni problemy z adaptacją w nowym środowisku. To ostatnie często nie chce mieć z nimi do czynienia. Wszystko zaś powoduje, że uciekinierzy z KRLD wcale nie są do końca pewni słuszności swoich decyzji.

Inną kwestią są jednak walory poznawcze. Osobiście nic mnie w tych wspomnieniach nie zaskoczyło, ani nie zdziwiło. Jest to kolejna pozycja książkowa zbudowana według tego samego schematu fabularnego, który – jak wspomniałem powyżej – przypomina budowę filmu bez szczęśliwego zakończenia. Może tylko jedna rzecz jest tutaj nowa – mianowicie Ishikawa (nazwisko jak najbardziej japońskie) nie jest Koreańczykiem, a urodził się w Japonii. Do Korei Północnej sprowadził – go i całą rodzinę – ojciec, zindoktrynowany przez swoich kolegów, którzy naopowiadali mu bzdur na temat raju na ziemi. My, tutaj w Europie, znamy skądś ten schemat: tak samo, jak muchy do lepu, zlatywali się do Związku Sowieckiego przeróżni intelektualiści, szukając w nim paradisum dla ludzi pracy. Potem zazwyczaj kończyli śmiercią albo długoletnią katorgą w łagrach.

„Za mroczną rzeką” to więc kolejne wspomnienia kolejnego uciekiniera z Korei Północnej, które nie pozostawiają złudzeń co do natury systemu panującego w tym państwie. Lektura to smutna, zmuszająca do refleksji nad ludzką kondycją, zwłaszcza dla początkujących. A także dla tych, którzy mają jeszcze złudzenia, że człowiek jest w stanie zbudować raj na ziemi.


Masaji Ishikawa, Za mroczną rzeką, tłum. J. Kukian, wyd. Znak Horyzont, Kraków 2021, ss. 268.

0 komentarze:

Prześlij komentarz