Wrocławski tandem dziennikarski, Bartosz Jastrzębski i Jędrzej Morawiecki, tym razem wylądował w tajemniczej Syberii. Uprzednio ci wędrowni dziennikarze, jak sami się określają, udanie sportretowali północne miasto Rosji – Krasnojarsk. Reportaż ten łączył w sobie i historyczne rozważania, i obserwacje codzienności, z jednej strony szarej, z drugiej – mającej w sobie jakieś intrygujące pierwiastki. Nie inaczej sprawa ma się w „Czterech zachodnich staruchach”. Reporterzy wracają na północne rubieże Azji, teraz na pogranicze rosyjsko-mongolskie, gdzie szukają cudów, dziwów i szamańskich inkantacji. Ich wyprawa zatacza koło: autorzy wracają do Polski bogatsi o nowe doświadczenia, co więcej, z wiedzą, która nie mieści się w pojęciu racjonalizmu. Syberia jest bowiem krainą szamanów, w której to, co niemożliwe, styka się z banalną rzeczywistością. I tak podglądamy ten ciekawy świat.

Podróż zaczyna się od linii transsyberyjskiej, którą szybko opuszczamy, aby znaleźć się w Buriacji, w pobliżu Bajkału. To tam, na rosyjsko-mongolskim pograniczu żyją Buriaci, syberyjski lud trudniący się szamanizmem. Kraina ta jest miejscem, gdzie krzyżują się religie; obok wymienionej powyżej spotkać można tradycyjny na tych ziemiach buddyzm tybetański oraz nowe, ekspansywne chrześcijaństwo przeróżnych denominacji. To ostatnie nie jest mile widziane, co niejednokrotnie przyjdzie reporterom słyszeć. Może laicy zapatrzeni w rzekomo pokojową ideologię buddyjską zmienią zapatrywania po przeczytaniu kilku akapitów, w których autorzy cytują wojowniczo nastawionego do chrześcijaństwa mnicha. Zdania, które wypowiada, bardziej pasują do retoryki krwiożerczych imamów muzułmańskich. Ciekawy jest również fakt, że Buriaci i Mongołowie konwersję na religię Chrystusa i wiążący się z nią chrzest widzą w kategoriach przegranej. Cóż, silna religia stawia opór. Szamanizm w czasach komunizmu obecny był w podziemiu, teraz rośnie w siłę, a zajmują się nim dawni funkcjonariusze systemu, biznesmeni, czy przeróżnej maści ousiderzy.

Bo do każdego mogą odezwać się przodkowie. Poznajemy w toku narracji kilku charakterystycznych bohaterów zamieszkujących Ułan Ude – stolicę Buriacji. Jastrzębski i Morawiecki prowadzą nas przez miejskie ulice, zaglądamy z nimi do budynków administracyjnych, na uczelnię, do prywatnych mieszkań, czy zacisznych gabinetów, w których szamani prowadzą swoje interesy przez telefony komórkowe. W dodatku obserwujemy kongres zorganizowany przez związek Tengeri. Autorzy badają tych, którzy działają w mieście, nie zaglądając na prowincję, na wąskie drogi i pustkowia. Towarzyszą swoim bohaterom w metropolii, chociaż niespecjalnie dobrze czują się podczas wszystkich swoich przygód. Popełniają przy tym niewybaczalny błąd, a w dodatku o nim piszą! Rozumiem, że na celownik wzięli sobie tylko wybrane postaci, ale uciekanie przed Buriatami z knajpy do hotelu tylko dlatego, że ci są pijani i chcą zwierzać się ze swoich kłopotów, jest czymś, co bardzo mnie zdziwiło. Reporter dlatego nim został, aby słuchać, słuchać i raz jeszcze nakłaniać ucha. Kto wie, może w pijanym, zataczającym się Azjacie kryje się jakaś opowieść? Nieładnie, panowie!

Pomijając tę usterkę, trzeba zaznaczyć, że „Cztery zachodnie staruchy” intrygują. Co prawda, nie tak mocno, jak opowieści snute przez Wojciecha Grzelaka, również bywalca azjatyckiej północy. Różnica jest taka, że autorzy omawianej pozycji byli tam na chwilę, a Grzelak jeździ tam regularnie, rok dzieląc na pół między Polską a Syberią. Jastrzębski i Morawiecki również nie do końca porwali się logice tamtego świata. Wątpią, są sceptyczni, a to dla jednych jest walorem, dla drugich zaś może ochłodzić temperaturę opowieści. Często pojawiają się w reportażu tym uczeni antropolodzy, psychiatrzy, którzy próbują wyjaśnić poprzez naukowe okulary wszystkie niewytłumaczalne zjawiska. Jest to pewien sposób na interpretację zdarzeń, ale dość akademicki, trzeba przyznać. Odniosłem wrażenie, że para dziennikarzy niepotrzebnie dystansowała się od swoich bohaterów. A może to bohaterowie nie chcieli dopuścić autorów do swoich sekretów?

Wyjeżdżamy również z Jastrzębskim i Morawieckim do stolicy Mongolii, Ułan Bator. I dobrze, bo niewiele się o tym kraju pisze, a było to jedno z pierwszych państw, które obok Rosji Sowieckiej przyjęło komunizm. W Ułan Bator poznajemy rodzinę Solskich, katolickich misjonarzy, którzy współpracują z koreańską parafią, gdzie pracują na rzecz lokalnej społeczności. Widzimy też panoramę chaotycznej metropolii, w której drapieżny azjatycki kapitalizm krzyżuje się z nomadycznym trybem życia mieszkańców.

„Cztery zachodnie staruchy” mówią o religii. O jej roli w społeczeństwie i o tym, że czasy sowieckie nie tyle ją zniszczyły, co uśpiły. Teraz rodzi się na nowo, w odmiennej konfiguracji, wnosząc w tradycyjny świat szamańskich wyobrażeń zupełnie nowe elementy. Religia ta, fascynująca i zarazem groźna, zbiera swoje żniwo: choroby psychiczne, samobójstwa, szaleństwo. Zniewala swoich wyznawców, prowadzi do rozpadu osobowości. Dzięki autorom możemy zajrzeć poza naszą bezpieczną, europejską perspektywę. Co za nią zobaczymy?

Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Cztery zachodnie staruchy. Reportaż o duchach i szamanach, Fundacja Sąsiedzi, Białystok 2014, ss. 271.

Polska rzeczywistość jest pełna strachów. Jedni boją się Jarosława Kaczyńskiego, inni ojca Rydzyka. Jedni i drudzy czytają „Gazetę wyborczą”, a to pierwszorzędne źródło horroru wszelakiego. W latach 90. siała wśród wielkomiejskiej inteligencji lęk przed disco polo; lęk zaś przed religią był jej głównym refrenem w zasadzie od samego początku powstania pisma. A Radio Maryja – wisienką na torcie wśród historyjek z dreszczykiem opowiadanych przez przejętych swoją misją dziennikarzy. Cóż, jedni boją się duchów, inni czarnych kotów przebiegających im drogę, inni zakonników w czarnych sutannach. Jeszcze gdy ci ostatni mają tajemnicze życiorysy (nie ukrywam, o. Rydzyk taki właśnie ma), historia staje się jeszcze bardziej pasjonująca. I nie byłoby w tym niczego złego, wszak każdy musi mieć swojego stracha, gdyby nie wyolbrzymianie faktów, którym spora część dziennikarzy ulega. Uległ im niestety, Marcin Wójcik, który przepracowawszy siedem lat w „Gościu Niedzielnym”, przeskoczył do „Dużego Formatu”, a teraz wydał demaskatorską w zamyśle książkę o środowisku Radia Maryja.

Gdy półtora roku temu czytałem „Imperatora”, reportaż o o. Tadeuszu Rydzyku, napisany przez Piotra Głuchowskiego i Jacka Hołuba (dziennikarzy „Gazety wyborczej”), byłem pod wielkim wrażeniem ich obiektywizmu i roboty, którą wykonali, aby stworzyć swój tekst. Umówmy się, nie jest ojciec Rydzyk bohaterem mojej bajki, a Radio Maryja i Telewizja Trwam to nie moje ulubione źródła informacji. Natomiast można pisać obiektywnie o czymś, czego się nie lubi, co udowodnili wyżej wymienieni reporterzy. Redaktor Wójcik zadania domowego nie odrobił i wybrał się na prywatną krucjatę z mediami toruńskimi. Wali cepem jak Grzegorz Kopcewicz w tekstach zespołu Butelka, natomiast ten jest tylko rockmanem, a ci nie muszą być ani lotni, ani obiektywni. Dziennikarz powinien zachować chociaż pozory. Może to kompleks bycia za blisko środowiska, które Wójcikowi zbrzydło? Kompleks ministranta, który służył co niedziela w kościele, a teraz śpi z każdą napotkaną na dyskotece dziewczyną i wciąga nosem koks, aby nadrobić stracone przy ołtarzu lata? Rozumiem, że bycie blisko sacrum najczęściej człowieka paczy i być może właśnie temu zjawisku uległ autor reportażu „W rodzinie ojca mego”.

Grzechem głównym tej pozycji jest jej nierówny poziom. Są w niej rzeczy całkiem niezłe, jak teksty poświęcone Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej, w której Marcin Wójcik studiował przez jeden semestr w charakterze kreta (albo Konrada Wallenroda). Tylko, że niczego sensacyjnego, co zapowiadają recenzje z tyłu okładki, znaleźć w nich nie sposób. Ledwie zarysowane postaci kilkorga studentów, w tym jednego kibica Lecha, któremu autor poświęca najwięcej miejsca. Kibic ten ani nikogo nie chce zabić, ani nie opowiada o ustawkach, nuda, panie, niczym w polskim filmie. A że poglądy ma raczej opozycyjne wobec rządzących, czytelnik wychowany na „Wyborczej” dopasuje już sobie swoje elementy układanki i stwierdzi, że ma rację: u Rydzyka hodują wyznawców Kaczora. Tylko, że nazwisko Kaczyńskiego w tej historii nie pada. Ale nie wymagajmy wiele od lemingów. Są w reportażu tym elementy skandaliczne, manipulatorskie, na przykład historia z księdzem Natankiem w roli głównej, który nie dość, że w Radiu Maryja nie występuje, to jest przez swojego biskupa zawieszony w czynnościach kapłańskich. Znajduje się więc poza wspólnotą Kościoła katolickiego. Jest historia o mężczyźnie, który zabił własną żonę. Ona słuchała Zetki, on – Radia Maryja. Rydzyk mu kazał? A może od razu Kaczyński? Szeptał: zabij sukę, bo niewierna.

W ogóle z całej książki wyłania się bardzo stronniczy obraz słuchaczy Radia Maryja i widzów Telewizji Trwam. To mniejsze lub większe świry, umysłowo ograniczone, a w najlepszym stopniu nieszczęśliwe i zmanipulowane przez diabelskiego Rydzyka. Ma dyrektor radia sporo za uszami, osobiście znam osoby, które pracowały w jego „firmach”, a potem odeszły z nich, bądź zostały poproszone o odejście. Nasłuchałem się różnych ciekawych historii, które mogłyby ubarwić ten tekst. Natomiast na grubymi nićmi szytą manipulację jestem wyczulony. Tę z lewa i tę z prawa, żeby było po równo. Nie uwierzyłem prawicowcom, że Nergal to nazista, nie uwierzę lewakom, że Rydzyk to szatan. Niektórych rzeczy po prostu robić nie wypada, a jeśli mamy chęć zorganizowania prywatnej krucjaty przeciwko komuś, kogo nie darzymy szacunkiem, udajmy się na siłownię przerzucić kilka ton żelastwa, zamiast pisać, bo zawsze ulegniemy naszym niezdrowym emocjom.

Manipulacja zaczyna się już z tyłu okładki, gdzie w polecającej reportaż recenzji Lidia Ostałowska pisze: czemu dopuściliśmy, by sympatyczne panie w moherowych beretach pakowały w koperty kał i wysyłały je urzędnikom państwa? Urzędnik, który opowiada o rzeczonych kopertach, to członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Krzysztof Luft. Nie wspomina, kto wysyłał te niespodzianki do urzędu, bo skąd mógłby to wiedzieć, skoro były anonimowe? Ale pani Ostałowska doskonale to wie, jako specjalistka od reportaży o uciśnionych mniejszościach pisanych dla lemingów. Szósty, wybiórczy zmysł? Ktoś powie, że to tylko metafora. Ale zaraz, zaraz, metafory, to drodzy państwo zostawcie poezji. To mogła być dobra książka, bo temat ciekawy, a osoba ojca Tadeusza Rydzyka budzi niemałe kontrowersje. Nic z tego, bo w zamian dostajemy horror katolicki skrzyżowany z powieścią tendencyjną, w którym od początku wiemy, kto jest dobry, a kto zły. Wszystko, co złe w Kościele, jest winą tego strasznego Rydzyka, a dobro kryje się po katakumbach. Straszna wizja, szkoda, że nieprawdziwa.

Marcin Wójcik, W rodzinie ojca mego, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 265.

Zdaniem mniej rozgarniętych miłośników spisków całym światem rządzi Kościół katolicki z siedzibą w Watykanie. Jest wszechpotężny, wszechobecny i wszechwładny. Doskonale te przymioty widać w Państwie Islamskim czy w Rosji. Dobrą kondycję ma Kościół również na zachodzie Europy. Tam również zarzuca macki tradycjonalizmu i tłamsi swobodę artystyczną ichnich Behemothów czy Katarzyn Kozyr. Dość tej ironii, bo wiadomo, że pozycja Watykanu wcale nie jest tak mocna, jak straszą niedouczeni fani muzyki metalowej, nie jest również jednorodna ideologicznie, o czym najczęściej zapominamy. Oficjalne dokumenty kościelne mówią swoje, a hierarchowie wypowiadają się własnym, autonomicznym głosem. Dzisiaj w Niemczech trudno byłoby znaleźć biskupa potępiającego antykoncepcję i marzącego o penalizacji sodomii. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Powód jest prosty, kolejna książka prowokująca do rewizji poglądów wśród mądralińskich, którzy chcieliby wierzyć, że Pius XII Żydów jadł na śniadanie, a Watykan to współczesny Rząd Światowy.

John Thavis, autor „Dziennika watykańskiego” przez ponad 30 lat pracował w Watykanie jako akredytowany dziennikarz, mając okazję do relacjonowania z pierwszej ręki zagranicznych wizyt Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. Jako stary wyga żurnalistyki, niejednokrotnie opisuje mechanizmy rządzące współpracą Kurii Rzymskiej i mediów, które nieraz są po prostu kuriozalne. Przywołać tutaj można chociażby trudności z relacjonowaniem wydarzeń związanych z głową Kościoła. A to autobus wiozący dziennikarzy stoi w korku, a to zbyt sztywna dyscyplina w zespole prasowym uniemożliwia odpowiednie działanie. Okazuje się nieraz, że lepiej i więcej widać z monitorów w centrum medialnym niż z placu, na którym akurat papież odprawia mszę lub wygłasza nauki. Najlepszym sposobem na bezpośredni kontakt z biskupem Rzymu jest w rezultacie samolot, w którym ten spotyka się z dziennikarzami na konferencjach prasowych. Przy czym Thavis chwaląc Jana Pawła II, czyni przytyk Benedyktowi, tego ostatniego uznając za mało komunikatywnego oraz wypowiadającego nieraz niezbyt medialne bon moty.

Bo to właśnie Benedykt XVI jest główną postacią „Dziennika watykańskiego”. Thavis często krytykuje Ratzingera właśnie za tę małą komunikatywność, za wycofanie i nieśmiałość. Widzi autor, że papież próbuje wskakiwać w buty swojego poprzednika, ale rezultatem jest tylko niemiecka powściągliwość. Poznajemy pontyfikat nowego przywódcy Kościoła katolickiego począwszy od konklawe, które Thavis relacjonuje z nerwem, w oczekiwaniu na biały dym, który tak naprawdę jest… szary. Później dziennikarz towarzyszy papieżowi w rozlicznych pielgrzymkach i snuje swoje opowieści. A te niekoniecznie związane są tylko z osobą biskupa Rzymu. W kilkunastu rozdziałach pojawiają się przeróżne kontrowersyjne problemy, ale sposób ich ukazania jest daleki od tabloidowej sensacyjności. Takich niepopartych faktami sensacji jest na rynku sporo, a Thavis jest zbyt doświadczonym fachowcem, aby bawić się z nami w sekrety Watykanu rodem z brukowej prasy.

Tych problemów, o których wspomina autor, jest tutaj kilka. Między innymi rozprawia się on z mitem Piusa XII jako papieża żydożercy, uznając ten stereotyp za krzywdzący i mało sprawiedliwy. Przytacza sytuacje, w których Żydzi po wojnie dziękowali papieżowi za okazane wsparcie, uświadamia skalę tej pomocy. Nie stawia jednak diagnozy jednoznacznej, jest na to zbyt inteligentny i zbyt uczciwy. Pisze, , że prawdopodobnie można było jeszcze bardziej zaangażować się w sprawę, że można było uratować większą liczbę istnień ludzkich. Inną kwestią jest sprawa Bractwa Piusa X, tradycjonalistycznego zgromadzenia kapłańskiego, które kontestując ustalenia Soboru Watykańskiego II, pozostawało w otwartym konflikcie z Janem Pawłem II. Thavis opisuje próby zażegnania konfliktu, która wyszła właśnie od Benedykta XVI. Mowa w końcu w „Dzienniku watykańskim” o skandalicznej sprawie Legionu Chrystusa, założonego przez księdza Marciala Maciela w Meksyku na początku lat 40. XX wieku. Ten zboczeniec, narkoman i niewierzący cynik prowadził swoje bractwo, wykorzystując je jako źródło niekończących się przyjemności homoseksualnych. I tu pojawia się akcent polski. Thavis pisze o niesławnej roli abpa Stanisława Dziwisza w tuszowaniu sprawy tak, aby jej echa nie dochodziły do Jana Pawła II, który nie uczynił niczego, aby ten skandal rozwiązać.

Jak widać, John Thavis nie unika trudnych tematów, natomiast pisze o Watykanie jak najbardziej obiektywnie, co nie znaczy, że unika anegdoty czy humoru. Jego pozycja napisana jest bez zadęcia, bez kościółkowego słodzenia, ale z szacunkiem dla opisywanych osób, nawet jeżeli autor poddaje je krytyce. Obraz, jaki ostatecznie ukazuje się przed oczami czytelnika, może być nieco zaskakujący. Nie dlatego, że autor ujawnia tajne źródło spisków wszelakich, ale z przyczyny zgoła odwrotnej. Okazuje się bowiem, że administracja watykańska to ciało nieraz niewładne, zbiurokratyzowane, rządzące się bardziej prawami nieformalnych kontaktów i koterii niż jasnymi prawami ustalanymi na szczeblu centralnym. Swoją drogą szkoda trochę, że autor „Dziennika watykańskiego” nie poczekał na Franciszka. Ciekawe, co napisałby o jego bon motach czy próbach (dość niemrawych i pod publiczkę jednak) reformowania rzymskich urzędów.

John Thavis, Dziennik watykański. Władza, ludzie, polityka, tłum. U. Gardner, wyd. Znak, Kraków 2015, ss. 396.


Narodziny religii to zjawisko fascynujące. Zwłaszcza, gdy możemy je obserwować niemalże naocznie. Jak na dłoni widać wówczas, jak rzeczywistość przenika się z mitem. Widać, jak to, co było realnym światem, odkształca się i przybiera zupełnie nowe formy. A gdzieś w tym zawsze jest charyzmatyczny lider; bez niego trudno wyobrazić sobie to zjawisko. Lider fascynuje, otumania, tworzy własną legendę. Zagadką jest, na ile w to wszystko wierzy. Jednak, gdyby podstawa nowej religii miała być tylko na zimno stworzoną maszynką do zarabiania pieniędzy, chyba by nie wyszło, prawda? Lider musi więc być jednostką wybitną, naznaczoną szaleństwem, jakąś kosmiczną iskrą, która pozwoli mu opętać swoich wyznawców tak, aby ci poszli za nim bez szemrania. Taki był w opowieści Lawrence’a Wrighta L. Ron Hubbard, twórca poślednich powieści science fiction oraz ojciec scjentologii, jednego z bardziej niepokojących i tajemniczych kultów współczesności.

Urodził się w roku 1911, a jego młodość i początki dorosłości przypadły na gigantyczne zmiany, które przetoczyły się przez cały cywilizowany świat. I i II wojna światowa, następnie boom gospodarczy w USA i Europie Zachodniej, oraz wiążące się z powyższymi faktami kryzysy tożsamości, wiary, człowieka zaowocowały tworzeniem się wielu kultów i sekt. Tradycyjne chrześcijaństwo zdawało się nie odpowiadać na najważniejsze pytania współczesnych, do tego obserwowano najszybszy, jak do tej pory, rozwój gospodarczy i techniczny. Na wiele z egzystencjalnych pytań, które stawiał sobie człowiek połowy XX wieku, odpowiedzi niosła literatura science fiction. Z niej wyrósł Hubbard. Początkowo pisał rozmaite pulp fictions, aby z nich niejako wyprowadzić dianetykę, naukę stojącą gdzieś na pograniczu psychologii i neurologii. Zdaniem uczonych, szarlatańską i pełną bzdur. Koncepcja dianetyki stała się podwaliną scjentologii, religii, która jak żadna inna, podbiła przede wszystkim sferę filmową, słynne Hollywood. Jeśli mówimy o wyznawcach tego kultu, na myśl przychodzą dwa nazwiska: John Travolta i Tom Cruise. Są również inni. O nich też opowiada „Droga do wyzwolenia”, będąca jednym z lepszych reportaży dotyczących nowych zjawisk religijnych oraz religii w ogólności.

Autor rysuje szeroką panoramę, w której oglądamy symultanicznie kilka wątków. Pierwszym z nich jest życie L. Rona Hubbarda, którego poznajemy jako człowieka niezwykle błyskotliwego, inteligentnego, ale równie szalonego oraz okrutnego. Spaprane życie rodzinne, obarczone kilkoma tragediami, mitomania posunięta aż do absurdu, ale tytaniczna pracowitość (jak pisze Wright Hubbard jest autorem ponad tysiąca tekstów!) Hubbarda muszą budzić zadziwienie. Innym wątkiem są losy Paula Haggisa, który jako człowiek bardzo młody wkracza na scjentologiczną ścieżkę, a równolegle pnie się po szczeblach hollywoodzkiej kariery: od pisania scenariuszy do kreskówek aż po reżyserię „Miasta gniewu” czy „W dolinie Elah”. Haggis z kolei opuszcza scjentologię, impulsem do czego staje się homofobiczna według twórcy polityka tego religijnego stowarzyszenia. Jest też opisana historia obecnego przywódcy kultu Davida Miscavige’a, który rysuje się w reportażu dość mało sympatycznie: jako nadużywający siły i władzy psychopata. Są i wspomniani wyżej gwiazdorzy kina, jest wielu innych obecnych bądź byłych członków Kościoła. Panorama tych losów jest niejednorodna i niejednoznaczna.

Bo czymże w istocie jest scjentologia? Według założyciela, to nie tyle religia, co wiedza pozwalająca człowiekowi na samorozwój i samokontrolę. Dzięki sesjom tak zwanego audytowania poddający się im adept jest rzekomo w stanie wejść na wyższy poziom duchowy. Powstały do tego sprzęt elektroniczny, tak zwany e-metr, jest swoistym wykrywaczem kłamstw. Jak widzimy, mamy religię na miarę stechnicyzowanego wieku XX i XXI. Dodajmy jeszcze skomplikowaną kosmologię, w której wątki rodem z fantastyczno-naukowych space oper krzyżują się z jakimś kosmologicznym mesjanizmem. Szaleństwo! Do tego drogie. Nie jest scjentologia religią dla plebsu, tu się uiszcza konkretne kwoty. To nie dwie dychy dane proboszczowi na kolędzie. Wyzuci z duchowości i inteligencji hollywoodzcy celebryci są w stanie płacić setki tysięcy dolarów tylko po to, aby wchodzić na kolejne szczeble wtajemniczenia. Bo to ostatnie niezwykle podnieca. Niczym w tajnych stowarzyszeniach chodzi o to, że prawdę zna tylko wąskie grono wyznawców. Świat zewnętrzny to bezrozumna masa idąca na zatracenie. Taki przekaz karmi pychę i odpowiada na potrzebę bycia kimś odrębnym od reszty społeczeństwa.

Paradoksalnie, im ktoś bardziej wtajemniczony, tym mocniej ubezwłasnowolniony. Istnieje w Kościele Scjentologicznym, według Wrighta, specjalna kapłańska kasta nazwana Sea Org. Utrzymuje się za głodowe stawki, mieszkając w izolacji od świata. W dużej mierze w jej skład wchodzą osoby, które ze scjentologią związały się już od dziecka, za sprawą własnych rodziców. I teraz trudno im odejść. Pokazuje Wright, że nie ma takiej bzdury, w którą nie uwierzyliby ludzie. Skoro mieszkańcy Korei Północnej wierzą, że władzę w ich państwie sprawuje „Wieczny Prezydent”, czyli od ponad 20 lat zmarły Kim Ir Sen, są również w stanie brać za dobrą monetę bajki science fiction, które stały się dogmatyczną podstawą scjentologii. Ci, którzy odeszli, mogą zaświadczyć, że dalej jest tylko pustka. Nie zyskuje się żadnych tajemniczych mocy, jak obiecują wyżsi stażem przyjaciele z Kościoła, trzeba płacić coraz więcej pieniędzy, aby sumy na kontach rosły, a wierchuszce żyło się dostatniej. Tak jak zwykle, po obietnicach magii (nota bene, autor zwraca uwagę na okultystyczne źródła scjentologii) i fajerwerków nie pozostaje nic, a prawda jest brutalnie banalna: kasa, misiu, kasa. A głupki płacą.

Lawrence Wright, Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary, tłum. A. Wilga, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 574.

Tajne stowarzyszenia są stare jak świat, a kto zaprzecza ich istnieniu, jakby zaprzeczał faktom o heliocentrycznym charakterze naszego układu planetarnego. Ludzie od zawsze chcieli czuć przynależność do pewnych elit: zawodowych, religijnych, politycznych, nawet kulturalnych. To chęć przeżywania prawdy (bądź fałszu – to zależy) z podobnie myślącymi, w dodatku zamknięta przed profanami. Ale, co więcej, również chęć wpływania na losy społeczności, państwa, a nawet świata. Kwestia sekretnych związków musi wymykać się więc z całościowego poznania, a nawet przenosić zainteresowanych w krainę mitów i niedopowiedzeń. Związki te nie są tak potężne, jak chcieliby ci, którzy się ich panicznie boją; nie są również kawiarnianymi klubami dla zbzikowanych dżentelmenów odziewających się w fikuśne fartuszki. Wszechpotężne być nie mogą z tego prostego powodu: sam człowiek taki nie jest. Natomiast nie lekceważyłbym ich wpływów, bo nie stoją za nimi hobbyści przebierający się w masońskie fatałaszki. A co, gdybyśmy powiedzieli, że związki takie tworzą również Żydzi? O Jezu, antysemityzm! Uciekaj, kto może!

Posądzeniami o antysemityzm czas chyba przestać się przejmować, bo jak rzekł celnie dowcipny ktoś, antysemita to ten, kogo sami Żydzi nie lubią. Natomiast dla zdroworozsądkowo myślącego człowieka z jakiego powodu krytyka polityki Izraela czy pewnych żydowskich poczynań miałaby być nazwana mianem antysemityzmu? Szufladki i stygmatyzowanie zostawmy więc lewakom i nadwrażliwym poszukiwaczom politycznej niepoprawności. Bo oto na polskim rynku lat temu parę ukazała była się dość ciekawa pozycja książkowa. Mowa o „Tajemnicach Zakonu Synów Przymierza” pióra Emmanuela Ratiera. Jest to jedyna taka rzecz na naszym dość wąskim poletku literatury faktu, i chyba nie tylko na naszym. W związku z tym trudno zweryfikować fakty, porównując je ze zdaniami zawartymi w analogicznym opracowaniu. Rzecz w tym, że go nie ma. Należy więc czytać uważnie i konfrontować treści z wiedzą, którą możemy zdobyć z innych źródeł. A takie źródła istnieją, jedynie informacje dotyczące tematu bywają mocno rozproszone. A jaki to temat? – zapyta ktoś.

3 października 1843 roku w USA Henry Jones wraz z kilkunastu towarzyszami założył pierwszą lożę B’nai B’rith. Loża ta nosiła nazwę Bundes Breuder i była początkiem tytułowego Zakonu Synów Przymierza. W swych statutach założyciele zaakcentowali filantropię, a także powszechną pomoc wszystkim ludziom, cokolwiek to miałoby znaczyć. Loże zaczęły pączkować, przy czym zrzeszały, czego tutaj jeszcze zbyt mocno nie zaakcentowałem, jedynie Żydów. Był to więc zakon ekskluzywistyczny, łączący członków tylko określonej narodowości. Źródła B’nai B’rith, jak pisze Ratier, są masońskie; to od masonerii Synowie Przymierza zapożyczali tajemnicze obrzędy, deistyczną teologię czy w końcu system stopni wtajemniczenia. Po tych ostatnich wspinali się wszyscy adepci loży, a to, co głoszone wyżej, było ukryte dla tych, którzy w hierarchii zakonu znaleźli się niżej. B’nai B’rith oskarżano o wiele złego, nawet o satanizm, natomiast autor tekstu tak ciężkich dział nie wytacza. Co więcej, pisze rzeczowo i bez ulegania histerii. I pisze o tym, czego można dowiedzieć się ze źródeł oficjalnych, chociaż te wytwarzane przez zakon do bibliotek (mimo nakazu przesyłania egzemplarza obowiązkowego) nie trafiają.

Mimo wielu luk i domysłów możemy dowiedzieć się nieco na temat tego tajemniczego stowarzyszenia. Jeśli nawet to, co pisze Ratier, prawdą jest, powodów do niepokoju wystarczy. Przypomina więc autor skądinąd wiadome związki Freuda z B’nai B’rith. Ten szarlatan psychologii zwykł ściśle współpracować z zakonem, wygłaszając corocznie wykład z dziedziny, którą się zajmował. Nie tylko Ratier pisze o kabalistycznych źródłach jego teorii psychoanalizy. Niepokojące może być też majstrowanie przy Soborze Watykańskim II, o którym wspomina francuski autor. A majstrowanie to zaowocowało polityczną poprawnością, która w łonie Kościoła katolickiego kazała zdjąć z narodu wybranego odpowiedzialność za śmierć Chrystusa. Czyli w myśl interesu politycznego winę za to wydarzenie zepchnięto tylko na Rzymian. Dobrze, że sycylijska mafia nie poczuwa się do łączności z antycznym Imperium.

Zakon Synów Przymierza według relacji Ratiera ma swoje agendy nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w Europie, Izraelu, a nawet w RPA. I jak pisze autor książki, organizacja ta przede wszystkim dba o narodowy i polityczny interes Żydów. Dzieje się tak pomimo początkowych deklaracjach dotyczących „dobra całej ludzkości”. Jak widać, są równi i równiejsi. Emmanuel Ratier wspomina o inwigilacji narodowej prawicy, nie tylko we Francji, o wywiadzie gospodarczym, wtyczkach w służbach specjalnych, w końcu o klasycznym wywiadzie politycznym. Opisuje działalność ADL – Ligi Antydefamacyjnej, którą krytykowali również sami Żydzi. Działalność ta skupiona jest na wykrywaniu aktów antysemityzmu, przy czym chodzi o jakąkolwiek krytykę Żydów oraz Izraela. Nawet tę polityczną. Co się kryje za stopniami wtajemniczeń, jaka jest w rzeczywistości teologia i mistyczne podłoże organizacji, nie wiemy i snuć możemy jedynie domysły.

Pozazdrościć organizacji – piszę to bez ironii. W czasach, gdy byle chłystek z Zachodu może napisać o „polskich obozach koncentracyjnych”, gdy powstają antypolskie sztuki i filmy, nam Polakom przydałby się taki lobbing. Zamiast snuć czarne wizje dotyczące spisków, tych prawdziwych i tych wyimaginowanych, może powinniśmy zatroszczyć się o to, aby sami posiadać elity, które będą bronić naszego narodowego interesu w kraju i za granicą. Do biadolenia jesteśmy pierwsi, ulegamy pedagogice wstydu, w myśl której odpowiedzialność za holokaust spływa przede wszystkim na nas (i na nazistów – kosmiczne stwory z planety Na Zi – bo Niemcy przecież byli porządni), bijemy się w piersi nie za nasze grzechy. Żydzi, mimo prześladowań w całej Europie, dopięli swego i biją się o własne wartości. Nam potrzeba tego samego.

Emmanuel Ratier, Tajemnice Zakonu Synów Przymierza. Prawdziwa historia bractwa B’nai B’rith, tłum. M. Miszalski, wyd. Wektory, Wrocław 2011, ss. 371.

Człowiek ma tylu panów, ile ma przywar – słowa te wypowiedziane przez św. Augustyna mogą być mottem pasującym do naszych czasów, w których jednostka ludzka tym bardziej uznaje się i uznawana jest za wyzwoloną, im mocniej grzęźnie w bagnie niemoralności. Wyzwoleni są dewianci tańczący nago w czasie parad miłości, wyzwoleni są aktorzy porno, wyzwoleni są w końcu ci, którzy gloryfikują zażywanie narkotyków. Spójrzmy, jak przedstawia ich współczesna kultura popularna. To mesjasze naszych czasów. Alkoholicy i narkomani, ginący młodo skutkiem własnej głupoty i zniszczonej woli, jak Jimi Hendrix, Janis Joplin, Kurt Cobain czy Amy Winehouse, stają się modernistycznymi świętymi, których postępki rozpatrywane są w kategorii wolności urastającej do absolutu. A każde słowo przez nich, o ile bije w tradycyjne wartości, staje się świecką ewangelią, którą bezkrytycznie podchwycają współcześni konsumenci. Można stwierdzić, że taki jest znak czasów i przejść do porządku dziennego nad tym ewidentnym nieporządkiem. Można jednak spróbować ogarnąć to zjawisko na sposób systemowy, co czyni E. Michael Jones.

Jestem ciekawy, ile tysięcy kobiet na całym świecie zaliczyło już seans filmowy o Greyu. Ile z nich po obejrzeniu ekranizacji, czy po przeczytaniu powieści, zapragnęło, niczym główna bohaterka, być wiązanymi, smaganymi pejczem i dominowanymi przez chamskiego i zwierzęcego bohatera tytułowego? Jedno jest pewne, trzydzieści lat temu takie dzieła kultury by nie przeszły. Dzisiaj obywają się bez skandali, a banda niewyżytych seksualnie kobiet bryluje w damskich pismach i na portalach, nie mogąc nachwalić się sadomasochistycznej wizji urojonej w chorej głowie pisarki. Casus Greya to tylko wierzchołek góry lodowej, która wcale nie pojawiła się, jak dowodzi Jones, w czasach rewolucji seksualnej w USA i Europie Zachodniej. Początków tego procesu upatruje autor już w czasach oświecenia, których logicznym skutkiem była rewolucja francuska. Wówczas, w mrokach pozornej ery rozumu, a tak naprawdę w epoce namiętności i rozpusty, narodziły się pierwsze pomysły na to, w jaki sposób można rządzić człowiekiem za pomocą jego sfery erotycznej. Wszystko zaczęło się od rozwiązania zakonu jezuitów, które nastąpiło w sierpniu 1773 roku. Potem pewien Niemiec, Adam Weishaupt, zapragnął wykorzystać ich techniki, tworząc świeckie tajne stowarzyszenie iluminatów, które jako pierwsze próbowało dokonywać nowoczesnych psychotechnik. Z powodzeniem, bo jak pokazała praktyka, człowiekiem bardzo łatwo manipulować, pozbawiwszy go logicznego rozumowania, a w jego miejsce zaszczepiając pierwotne namiętności.

Aby na nowo ukształtować człowieka, „niewidoczni rządzący” musieli stworzyć świat zaludniony przez „człowieka masowego”. Chodziło o ludzi bez korzeni, pozbawionych korzeni etnicznych i religijnych, którzy nie opierają się na tradycji, na religii, czy zasadach moralnych, lecz na opiniach, które wydają się podzielane przez wszystkich, gdyż są propagowane przez mass media. E. Michael Jones, zanim dojdzie do opisywania czasów współczesnych, rysuje sugestywną i popartą argumentami wizję przeszłości, w której dochodziło do coraz większej erozji tradycji i rozumu. Począwszy od wspomnianej już rewolucji francuskiej, poprzez rozpustę markiza de Sade, myśl Marksa, Engelsa, zrealizowaną później w Związku Sowieckim, przez psychologię Freuda i Junga czy w końcu powojenną rewolucję obyczajową, autor konsekwentnie punktuje błędy, które stały u podstaw tychże działań. Błędem kardynalnym, będącym tezą „Libido Dominandi” jest potraktowanie seksu jako mechanizmu kontroli społecznej. Niejednokrotnie okazywało się bowiem, że przeróżni działacze czy psychologowie stosowali wiedzę o intymnym życiu drugich jako mechanizm ich szantażu. Dowodem potwierdzającym tę myśl są dzieje Instytutu Kinseya, który w powojennych Stanach Zjednoczonych wpłynął na modernistyczne postrzeganie człowieka i jego seksualności. Kinsey nie omieszkał niejednokrotnie uciec się do przestępstw seksualnych, co zatajali trzymani przez niego w garści dziennikarze, gdyż ten uprzednio zdobył od nich samych informacje na temat ich intymnego pożycia.

Teza o kontrolnym i niewolniczym działaniu seksu w rękach medialnych elit jest dowodzona przez Jonesa w mocny i przekonujący sposób. Dowodzi on takiego samego charakteru ruchu na rzecz kontroli urodzin, zwolenników legalizacji pornografii, czy grupowej psychoterapii. W tym wszystkim chodzi o stworzenie z ludzi konsumentów, którzy nie będą buntować się przeciw rzeczywistości, ponieważ będą posiadali seksualne sztuczne raje, które pozwolą im na szybkie rozładowanie napięcia i na niemyślenie o realnych problemach. Przykładem może być chociażby cyniczne wykorzystanie Murzynów w walce o ich teoretyczne wyzwolenie. Okazało się, że zamiast promować rodzinę, która byłaby remedium na rodzące się wśród czarnoskórej ludności USA patologie, uczyniono Murzyna ikoną wyzwolenia seksualnego. Gaszono więc ogień oliwą, co było działaniem celowym.

Pisze również Jones o błyskawicznej erozji Kościoła katolickiego w Stanach Zjednoczonych, która była skutkiem wprowadzenia do konwentów zakonnych i seminariów duchownych grupowych seansów psychologicznych. Okazało się, że kilka lat po tych eksperymentach nie było czego zbierać. Zakonnice i księża odkryli bowiem uroki nieskrępowanego współżycia, które podkopało skutecznie ich dotychczasowe poglądy. Rzecz w tym, że kiedy człowiek poddaje się namiętnościom, traci kontrolę nad swoim postępowaniem. I dlatego właśnie tego rodzaju wolność, co słusznie zauważono już przed wiekami, staje się formą zniewolenia. O co więc chodzi mocodawcom, którzy coraz bardziej podkopują fundamenty cywilizacji, w której sami żyją? O nienawiść do Kościoła katolickiego, którą niejednokrotnie wyrażali? O rząd dusz? Tyle, że to się nie uda. Albo zwycięży tradycja, albo współcześni barbarzyńcy rozniosą to imperium w drobny mak. Rzym też upadł, a był równie potężny. Lektura obowiązkowa!

E. Michael Jones, Libido Dominandi: Seks jako narzędzie kontroli społecznej, wyd. Wektory, Wrocław 2013, ss. 699.

Wszyscy kochamy legendy. Najlepiej takie, które dają nam prosty i jednoznaczny obraz świata. Potrzebujemy bohaterów do naśladowania. Na przykład filantropów organizujących spędy taplających się w błocie młodzieńców. Odważnych publicystów, którzy demaskują szefów katolickich rozgłośni radiowych jako niemalże Kim Ir Senów. Czy tych, już nieświętej pamięci, co to ojczyznę naszą ratowali przed rzekomą sowiecką inwazją. Są też tacy, którzy obalili komunizm. Sami, oczywiście, bo dziesięciomilionowa Solidarność w niczym im nie pomogła. Reagan, Gorbaczow i Jan Paweł II również nie byli potrzebni. – Obaliłem komunizm – ile razy słyszeliśmy ten frazes z ust Lecha Wałęsy, głównego bohatera biografii pióra Piotra Semki. Pozycja ta jest kolejną demaskatorską lekturą dotyczącą byłego przewodniczącego Solidarności i pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta RP. Kolejną, po opracowaniach pióra Gontarczyka i Cenckiewicza oraz Pawła Zyzaka. Jest też od nich odmienna.

Odmienność „Za a nawet przeciw” polega na osobistym zaangażowaniu autora w to, co sam pisze. Nie jest ona podyktowana subiektywizmem w doborze faktów, wręcz przeciwnie, Semka niejednokrotnie opisuje pozytywy postaci Lecha Wałęsy. To osobiste spojrzenie autora bierze się z faktu byłej już fascynacji bohaterem, którym niewątpliwie przewodniczący Solidarności bywał w swojej karierze. Najsłynniejszy elektryk w kraju był bowiem nadzieją: w karnawale lat 1980-81 na romantyczną, socjalną rewolucję, na początku lat 90. na dekomunizację i przyspieszenie reform. Był, ale się zbył – powiemy. I tę tezę stawia Semka już na początkowych kartach swojego opracowania. Autor przedstawia historię ostatniej dekady PRL i całości dziejów III RP, w centrum stawiając Lecha Wałęsę. Maluje obraz najnowszych dziejów Polski zza pleców głównego bohatera, co pozwala na dokładne przyjrzenie się specyfice władzy, jaką zwykł uprawiać Wałęsa. A imię władzy tej – chaos.

Bardziej niż w „Człowieku z teczki” Cenckiewicza, która skupia się na całości życia byłego prezydenta i demaskuje jego agenturalne uwikłania, widoczna jest w „Za a nawet przeciw” ta nieprzewidywalność i chaotyczność Lecha Wałęsy. To, co zwykliśmy brać za jakieś działania inspirowane tajnymi ustaleniami podejmowanymi w cieniu gabinetów, brało się często właśnie z osobliwej konstrukcji osobowościowej byłego przewodniczącego związków zawodowych. Jego zmiany opcji politycznych, popieranie: raz prawicy, raz lewicy, nie były skutkiem tylko wyrachowanych gabinetowych gierek, ale stanowiły rezultat pokrętnego sposobu myślenia Wałęsy – zdaje się mówić Semka. I znajduje mocne argumenty na poparcie swojego stanowiska. W czasach swojej prezydentury, bardzo dokładnie opisanej przez autora biografii, Wałęsa niejednokrotnie odwoływał tych współpracowników, którzy wydawali się nie do zastąpienia, czym powodował zdziwienie i konsternację opinii publicznej. Jego gry z politykami rządowymi przypominały wówczas skomplikowane roszady, podczas których zaczęto obawiać się zamachu stanu.

To właśnie te pięć lat prezydentury spowodowało zmianę spojrzenia na Lecha Wałęsę. Nie epizod z lat 70., o którym sam zainteresowany nieraz wspomina (o czym zapominają jego dyżurni hagiografowie), a który byłby łatwo mu wybaczony, gdyby nasz bohater przyznał się do popełnionych czynów, a właśnie te pięć lat rządów pełnych chaosu, parlamentarnych przepychanek, których punktem kulminacyjnym stało się odwołanie rządu Jana Olszewskiego. Sam pamiętam, jak niejednokrotnie było mi wstyd, gdy słuchałem kolejnych publicznych wypowiedzi ówczesnego prezydenta Rzeczpospolitej. Prezydenta, na którego sam bym głosował, gdybym w 1990 roku był pełnoletni. Wstyd ten powodował myśl, że oto jakiś upiorny Nikodem Dyzma czasów postkomunizmu objawił się ponownie w Warszawie i wszedł na salony władzy. Przypomina mi się również mało znana sztuka telewizyjna Juliusza Machulskiego „19 południk”. Ten, poświęcony innemu trybunowi ludowemu spektakl, zdaje się celniej odmalowywać postać Lecha Wałęsy niż tę, którą przemyca między wierszami.

Ludwik Feuerbach powiedział kiedyś, że historia powtarza się tylko jako farsa. W myśl tej maksymy Semka przytacza gorzkie słowa własnego ojca: „W 1918 roku mieliśmy Piłsudskiego, a w 1989 roku niestety już tylko Wałęsę”. Nie ulega wątpliwości, że pojedynek tytanów pomiędzy jednym a drugim politykiem rozegrałby się na korzyść tego pierwszego. Gdyby chcieć wybrać jeden pozytywny aspekt prezydentury Lecha Wałęsy, trzeba by za Semką wskazać zawetowanie liberalizacji obowiązującej do dnia dzisiejszego ustawy antyaborcyjnej. Ten niezaprzeczalnie pozytywny fakt nie równoważy jednak całokształtu tego pięcioletniego okresu. I chociaż nie jestem przesadnym zwolennikiem demokracji, przekonuje mnie różnica w wynikach wyborczych byłego przewodniczącego Solidarności. W drugiej turze wyborów prezydenckich z 1995 roku Wałęsa uzyskał 48,28 % głosów i plebiscyt przegrał na rzecz Aleksandra Kwaśniewskiego. Za pięć lat w kolejnej elekcji jego wynik oscylował już wokół błędu statystycznego i wynosił 1,01 %.

Piotr Semka, Za, a nawet przeciw: Zagadka Lecha Wałęsy, wyd. M, Kraków 2013, ss. 360.

Od śmierci Stalina minęły 62 lata, Związek Sowiecki rozpadł się 24 lata temu – jakby nie patrzeć, od tego drugiego wydarzenia minęło praktycznie ćwierć wieku. Co na to wszystko Rosjanie? Patrząc na rozwój wydarzeń na wschodzie, zauważyć można renesans popularności wąsatego dyktatora, który uznawany jest przez dużą część mieszkańców Rosji za bohatera. Rozpad ZSRS potraktowany został przez Putina jako największa katastrofa geopolityczna XX wieku. Większość Rosjan myśli tak samo, tęskniąc za czasami komunizmu jak kania za dżdżem. Sentyment ten nie jest naszym, poczciwym „komuno wróć!” dyktowanym faktem, że praca była dla wszystkich i czy się siedziało, czy leżało, dwa tysiące wpadały do łapy. Ten mechanizm przypomina raczej reakcję po wyjściu z agresywnej sekty, która nauczyła człowieka wszystkiego poza poruszaniem się w normalnym świecie. Demony komunizmu tańczą więc złowrogo nad Rosją i tylko sam diabeł wie, co jeszcze może z nich wyniknąć.

Swietłana Aleksijewicz w swojej ostatnio wydanej w Polsce pozycji „Czasy secondhand” z tymi demonami się mierzy. Ta znana już z kilku książek białoruska pisarka z niezwykłą empatią wsłuchuje się w głos zwykłych ludzi, tak jak czyniła to w „Czarnobylskiej modlitwie” czy wstrząsających reportażach z okresu II wojny światowej. Nawiasem mówiąc, warto dodać, że Aleksijewicz wymieniana jest od pewnego czasu jako pretendentka do literackiego Nobla. Kibicuję pisarce, mając już dość tych wszystkich politycznie poprawnych nudziarzy, których oprócz nich samych chyba nikt nie czyta. Ale wróćmy do „Czasów secondhand”. Dawno nie czytałem tak wnikliwego opracowania na temat Rosji. Pomijam tu milczeniem te wszystkie pisane z ironią reportaże literatów z Zachodu, który Europy Wschodniej nie rozumieją i pewnie nie pojmą nigdy. Mam jednak na myśli naszych, bliższych wschodnim klimatom pisarzy, którzy jeszcze nigdy tak jak Aleksijewicz nie zbliżyli się do tego, co gra w duszy przeciętnego Rosjanina. A jest to melodia cokolwiek niepokojąca.

Podobnie jak w poprzednich reportażach, autorka minimalizuje swój głos, redukując go jedynie do absolutnie niezbędnych didaskaliów. Tym samym daje się wypowiedzieć tym, których pyta. A że jest dociekliwa i cierpliwa, otrzymuje (i my z nią) bardzo dobry rezultat. Te kilkadziesiąt opowieści, ludzkich dramatów, splotów nieszczęścia i chwilowych radości, stanowi wielogłos, w którym wspólnym mianownikiem jest rozczarowanie. Ludzkie marionetki, rozmawiające z reporterką, wychowane w duchu posłuszeństwa systemowi, przeżywają ból istnienia związany z odejściem w niebyt partii komunistycznej i systemu, jaki ona ze sobą niosła. I chociaż znad Wisły trudno byłoby nazwać dzisiejszą Rosję krajem demokratycznym, to zwiększenie swobód obywatelskich połączone z dzikim, azjatyckim obliczem gospodarki rynkowej, stało się dla większości pokolenia pamiętającego czasy ZSRS zabójczą miksturą. Dla niektórych – w sposób dosłowny. Jeżeli w socjalistycznej moralności Związku Sowieckiego zajmowanie się handlem było jednym z grzechów głównych, to jak teraz pogodzić się z faktem, że dla młodszych generacji stało się ono sposobem na życie? W ten sposób po raz kolejny dzieci i rodzice wykopali sobie rów nieporozumienia.

Autorka jest blisko i słucha z uwagą: raz krzyków, a raz szeptów. Z powodu tej bliskiej perspektywy, w którą siłą rzeczy i my jesteśmy wprzęgnięci, stajemy się nagle bezbronni w naszych ocenach. Chciałoby się tym wszystkim ludziom przypiąć łatkę homo sovieticus, podsumować ich kilkoma słowami, a na końcu wycedzić coś o nawozie historii. Jednak w obliczu tak osobistych tragedii, które nierozerwalnie połączyły się z rozpaczą i żalem po stracie poczucia bezpieczeństwa, jakie dawał swoim wiernym dzieciom Związek Sowiecki, stajemy się bezradni. Bo jasne jest, że my w Polsce nie doświadczyliśmy takiej lobotomii. Nasze mózgi wyprano łagodnie i w krótszym czasie. Tam natomiast rozwalono religię, chłopską tradycję i pomieszano w multikulturowym tyglu kilkaset narodowości, nakazując im wszystkim miłość w imię ideałów socjalizmu. Ten eksperyment nie miał szans powodzenia, a sieroty po nim do dzisiejszego dnia nie mogą pogodzić się z jego klęską.

Bohaterem tej książki są przede wszystkim kobiety: stare, młode i te w średnim wieku. W kraju, w którym większość dorosłych mężczyzn pije, to one muszą stanowić tę silniejszą płeć. Ajeksijewicz z naturalnych przyczyn potrafi doskonale zobrazować ich dramat. Jej bohaterki chętnie opowiadają o sobie, o swoich marzeniach, w większości niespełnionych, o dramatach życiowych, samobójstwach najbliższych, o życiu w kraju, który je oszukał i wciąż oszukuje na nowo. Te pojedyncze losy mieszczą się w szerszych ramach egzystencji byłych towarzyszek partii komunistycznej, uchodźców z Kaukazu, powszechnie nienawidzonych w dużych rosyjskich miastach, nielicznych demokratek, które swego czasu zawierzyły Jelcynowi. Bohaterowie „Czasów secondhand” mówią bez znieczulenia, aż boli, aż dziwimy się, ile cierpienia jest w stanie znieść człowiek. Nie sposób zrozumieć tego, co dzieje się we współczesnej Rosji, bez znajomości tego specyficznego wielogłosu. Nie sposób również zignorować faktu, że te emocje, wypuszczone na wolność, dziwią i niepokoją. Bo niewolnik opłakujący odejście tyrana to figura tak samo budząca współczucie, jak diaboliczna.

Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, tłum. J. Czech, wyd. Czarne, Wołowiec 2014, ss. 508.

Subkultur dzisiaj praktycznie nie ma. Oprócz prężnie rozwijającego się od kilkunastu lat hip-hopu nic w tej materii się nie dzieje. Sytuację tę można tłumaczyć na wiele sposobów; jednym z nich jest z pewnością sytuacja polityczna, społeczna i ekonomiczna. Bunt młodych kanalizuje się w wyjazdach na Zachód, nie mają oni potrzeby, aby tu na miejscu wyrażać swoje niezadowolenie. Inaczej też jak pokolenia wcześniejsze, słuchają muzyki, traktując ją bardziej jak doraźną przyjemność, niż jako sposób na życie lub ideologię. Nie zawsze jednak tak było. W Polsce to lata 80. wykuły większość spotykanych jeszcze dzisiaj reliktów subkultur: punków, metalowców, gotów. Powiedziano o nich wiele mądrych lub mniej mądrych rzeczy, szczególnie z punktu widzenia socjologiczno – pedagogicznego, który zawsze miał tendencje do upraszczania rzeczywistości.

Dwa lata temu ukazała się praca Wojciecha Lisa i Tomasza Godlewskiego opatrzona tytułem „Jaskinia hałasu”, dotycząca polskiej podziemnej sceny metalowej lat 80. I bardzo dobrze, że tak się w końcu stało. Sporo napisano już o punkowcach i są to również opracowania bardzo dobre, rzeczowe i co najważniejsze, pisane z perspektywy ludzi, którzy w tym wszystkim siedzieli. Taką samą sytuację mamy w przypadku omawianej pozycji. „Jaskinia hałasu” jest zbiorem kilkudziesięciu wywiadów z muzykami, edytorami zinów, lub jednymi i drugimi w tej samej osobie. Wywiady te poszatkowane są na kilka działów, z których każdy omawia inny aspekt metalowej rzeczywistości lat 80. Młodzi ludzie, urodzeni już po komunie, niepamiętający tych czasów, będą nieraz przecierać oczy ze zdumienia, spotykając się – może po raz pierwszy – z siermiężnymi realiami Polski Ludowej, która normalnym państwem nie była. I to właśnie te absurdy widziane z perspektywy fanów metalu i muzyków stanowią o specyficznym uroku książki Lisa i Godlewskiego.

Budzi szczery podziw praca, którą autorzy wykonali, zbierając materiał do omawianego opracowania. Jego zbieranie i selekcja z pewnością nie były zadaniem łatwym, ale przyniosły wymierny skutek. Co więcej, Lis i Godlewski dotarli do wielu archiwalnych, niepublikowanych nigdzie zdjęć, które dodatkowo ozdobiły opracowanie, upodabniając je do typowego podziemnego fanzinu. Wypowiadają się w „Jaskini hałasu” osoby bardziej znane, jak chociażby Mariusz Kmiołek – menadżer Vadera, Tomasz Krajewski – szef Pagan Records, czy Jarosław Szubrycht – dziennikarz muzyczny i wokalista Lux Occulta. Oddano jednak głos ludziom do dziś działającym w podziemiu, jak Adrian Pełka – edytor R’lyeh Zine i muzyk Empheris oraz wielu innych undergroundowych kapel. W końcu wypowiadają się tutaj osoby, których drogi z podziemiem się już dawno rozbiegły. Dzięki temu zabiegowi uzyskano wielogłos, który zawiera wiele subiektywnych opinii, niejednokrotnie sprzecznych wobec siebie. Nie jest „Jaskinia hałasu” opracowaniem socjologicznym i bardzo dobrze! Nie jest rolą autorów uogólnianie i tworzenie tabelek czy wykresów. To czytelnik sam ma odnaleźć się w tych wypowiedziach, jeśli pamięta tamte czasy – skonfrontować się z nimi osobiście oraz poznać zdania odmienne od swojego.

Metalowcy sprzed 30 lat jawią się jako zupełnie inna subkultura niż dzisiaj. Co uderza w opowieściach zebranych w tych wywiadach, to poczucie wspólnoty i zaangażowania. W czasach, kiedy każdy koncert był wydarzeniem niezwykłym, ludzie ci potrafili jechać przez całą Polskę, aby obejrzeć występy nieznanych kapel w kiepsko nagłośnionym domu kultury. W czasach, gdy gitara elektryczna kosztowała czterdzieści średnich pensji, jednak znajdowały się osoby, które chciały grać metal. Gdy do punktu ksero trzeba było jechać kilkadziesiąt kilometrów, a dodatkowo nie wolno było bez zgody urzędu cenzury powielać niczego, znajdowali się ludzie, którzy tworzyli fanziny i wysyłali je w świat. Dla dzisiejszego młodego człowieka, fana muzyki, nie do pomyślenia byłby również fakt, że można było jechać kilka godzin po to, aby u znajomego, który miał dobry sprzęt, posłuchać kilku płyt. Że muzykę nagrywało się z radia i to w wersji monofonicznej, że uciekało się ze szkoły, aby posłuchać kilku piosenek w audycji, która zaczynała się jeszcze w porze lekcji. Te wszystkie spartańskie warunki powodowały jedno: wielki szacunek dla muzyki i wielką miłość do niej, graniczącą z fanatyzmem. Teraz wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, a liczba kapel, jakie znają młodzi słuchacze metalu, nawet w połowie nie zbliża się do liczby, którą potrafiono wymienić kiedyś. A czy ktokolwiek z nich słucha zespołów podziemnych? Underground wówczas tworzyli nastolatkowie i osoby dwudziestoletnie. Dzisiaj – czterdziestolatkowie.

Zdaję sobie sprawę z faktu, że historie opowiedziane w „Jaskini hałasu” są subiektywne i że nie wszystko w tamtym świecie było idealne. Bo oprócz zaangażowania przecież były potworne problemy ekonomiczne, wszechobecna agresywna milicja bijąca za nic, walki między metalowcami z różnych miast, również krojenie (sport, który polegał na okradaniu z koszulek, naszywek i emblematów), walki ze skinheadami. Nie był to świat przyjazny, w którym realizowanie pasji było tak proste jak dzisiaj. Ale może właśnie z tego powodu było ono bardziej szczere niż dzisiaj.

Wojciech Lis, Tomasz Godlewski, Jaskinia hałasu, wyd. Kagra, Poznań 2012, ss. 244.

30 listopada 1987 roku. Boeing 707 należący do linii Korean Air w wyniku wybuchu spada do Morza Andamańskiego. Kilka godzin wcześniej para północnokoreańskich agentów umieszcza w luku bagażowym specjalnie spreparowaną bombę. W czasie międzylądowania w Abu Zabi dwójka szpiegów opuszcza samolot. Ten wkrótce pogrzebie 115 osób w odmętach słonej wody. Szczątki nigdy nie zostały odnalezione. Para zamachowców ma nadzieję na to, że ich sprawstwo nie zostanie wykryte, i pragnie uciec przez Wiedeń, z powrotem do swojej ojczyzny. Na ich nieszczęście, zostaje zatrzymana przy próbie opuszczenia Bahrajnu. I tutaj kończy się jedna część historii. Obie części, które stanowią życie Kim Hyon Hui, zostały przez nią opisane w swoistej autobiografii wydanej pod typowo azjatyckim tytułem „Łzy mojej duszy”. Ta pasjonująca lektura to świadectwo wielkiego zwiedzenia przez system totalitarny i późniejszego z nim zerwania.

Nikt z czytelników nie wie, co to znaczy mieć na sumieniu 115 ofiar, przypuszczam również, że trudno byłoby znaleźć takiego, którego sumienie obciążałaby chociaż jedna zamordowana osoba. Kim Hyon Hui, podkładając bombę w Boeingu, z pewnością wiedziała, że wysyła na śmierć całą załogę i wszystkich pasażerów samolotu, w większości robotników z Korei Południowej. Aby zrozumieć, jak to się stało, że ta wrażliwa kobieta dopuściła się tak koszmarnego czynu, musimy cofnąć się wraz z jej opowieścią do czasów wcześniejszych. Urodzona w 1962 roku Kim dorasta w państwie kłamstwa niemal doskonałego, w upiornej wizji Orwella. Od najwcześniejszego dzieciństwa uczy się nienawidzić Amerykanów i całego zachodniego świata. Wyrasta w przeświadczeniu, że żyje w raju, a cały świat – poza blokiem sowieckim – to wroga pustynia, Tolkienowski Mordor, rządzony przez imperialistyczne Nazgule. Wszelkie zło bierze się z USA, to Amerykanie są winni głodu, cierpienia na świecie i to z ich powodu Korea Północna musi się zbroić i likwidować wrogów na wszystkich frontach. Religijny charakter ideologii północnokoreańskiej to nie tylko skutek komunistycznych frazesów, ale i nazistowskiego kultu rasy.

Kim Hyon Hui bardzo wcześnie zostaje przechwycona przez wywiad, jako utalentowany szpieg. Zostaje szkolona wedle sprawdzonych sowieckich metod, opisywanych chociażby przez Wiktora Suworowa w „Akwarium” i „Specnazie”. Szkolenie wyrabia karność, uczy instynktownych odruchów; człowiek, który je przejdzie, staje się maszyną zdolną wykonać – bez pytania – wszelkie rozkazy swoich mocodawców. Również – zabić. Nie sposób usprawiedliwić czynu, którego dokonała Kim, ale dzięki nakreślonemu tłu społeczno-politycznemu można przynajmniej zrozumieć mechanizmy, które rządziły morderczynią. Jak to zrozumieć? Czy taki czyn może mieć swoje usprawiedliwienie w odebranym wychowaniu politycznym? Nawet w praniu mózgu? Spróbujmy to powiedzieć rodzinom ofiar, żyjącym do tej pory, które nie pogodziły się z taką stratą. Jakiekolwiek wytłumaczenie wyda się tutaj mętne i nieadekwatne wobec cierpienia, które było (i nadal jest) udziałem rodzin tych, którzy zginęli w tę jesienną noc.

Autorka zamachu opisuje również to, co działo się po jej zatrzymaniu. Naturalnie, postawiona w stan oskarżenia, została skazana na karę śmierci. Jednak odstąpiono od wymierzenia kary, uniewinniając Kim. W sprawę osobiście zaangażował się ówczesny prezydent Korei Południowej, który doprowadził do ułaskawienia oskarżonej. Ten bezprecedensowy obrót sprawy zadziwił nie tylko Kim, ale rodziny jej ofiar, żądające elementarnych zasad sprawiedliwości. I tutaj dochodzimy do sedna konfliktu między sprawiedliwością a miłosierdziem. Bo z jednej strony mamy zmanipulowaną przez polityczną sektę morderczynię, która w powolnym procesie odnajduje prawdę o swoim czynie i o państwie, które ją ukształtowało. Z drugiej są pogrążeni w rozpaczy rodzice, mężowie, żony, synowie i córki tych, którym nie udało się spokojnie wylądować na koreańskiej ziemi. Nie dano im tej szansy, ponieważ reżim Kim Ir Sena z Pjongjangu zażyczył sobie sterroryzować swojego południowego sąsiada i posłużył się do tego celu zaprogramowaną, zmanipulowaną agentką.

Biorąc pod uwagę sprawiedliwość, słuszne wydaje się osądzenie i skazanie na śmierć, jednak może wzięto pod uwagę polityczne skutki tego rozwiązania i w związku z nimi postanowiono ułaskawić agentkę. Nie ulega wątpliwości, że odstąpienie od wyroku mogło być dla Korei Południowej pewnego rodzaju kartą przetargową w rozmowach z Północą. Pewnie ulitowano się również nad Kim i ujrzano w niej przede wszystkim ofiarę. Jak sama pisze, zrozumiała do końca swoje położenie i to, co zrobiła, przeraziło ją. Wykonanie wyroku śmierci mogłoby nie doprowadzić do tej przemiany. Kim Hyon Hui żyje w ukryciu, w Korei Południowej i do końca życia będzie zmagać się ze swoimi demonami. Ma świadomość, że nie zobaczy swojej rodziny, która prawdopodobnie trafiła do łagru, wie również, że tu, gdzie przebywa, również ma ograniczoną wolność. Zawsze się bowiem może trafić ktoś, kto będzie chciał odwetu. „Łzy mojej duszy” są więc świadectwem tragizmu człowieka, który oddaje swoją wolną wolę na żer zbrodniczej ideologii.

Kim Hyon Hui, Łzy mojej duszy, tłum. M. Bręgiel-Benedyk, wyd. Veni Vidi Vici, Kraków 2014.