Kto narzeka na Dana Browna, że swoje powieści zagadek okrasza antychrześcijańskimi konceptami, może spokojnie odetchnąć. Nie, Dan Brown się nie nawrócił. Podobnie mogą postąpić ci, dla których lektura dzieł Umberto Eco wydaje się zbyt karkołomna. Rzadko się bowiem zdarza we współczesnej kulturze, aby popularne teksty literackie były zgodne z katolickim punktem widzenia. Przy czym udaje się autorowi odejść od moralizowania i kościółkowego klimaciku. W przypadku Jeana Raspaila to nie dziwi, bo dla autora katolicyzm to synonim cywilizacji, a ta nie zawsze bywa grzeczna i ułożona. Częściej jest ekspansywna, narzucając niewiernym swój punkt widzenia, a od swoich wyznawców wymaga męstwa, wojowniczości rozumianej dosłownie jako wola i fizyczna siła. Tak było w „Obozie świętych” – powieści-manifeście, która rozprawiała się z mitem multikulturowości. „Oczy Ireny”, wydane we Francji w 1984 roku, są utworem zupełnie innym, co nie znaczy, że wolne są od chrześcijaństwa. Ono jest dla Raspaila jak powietrze, jego bohaterowie funkcjonują w nim jak w naturalnym środowisku. Nawet, gdy chodzi o akcję powieści na poły realistycznej, na poły fantastycznej, którą są „Oczy Ireny”.

Nieprzypadkowo we wstępie pojawiły się nazwiska Browna i Eco. Powieść Raspaila ma bowiem coś z powyższych, natomiast nie epatuje wulgarnym mitotwórstwem antykatolickim, jak u Amerykanina. Od Włocha różni ją zaś brak nadmiernego przegadania, zwanego przez mądrych tego świata mianem intelektualizmu. Mamy więc do czynienia z prostą opowieścią na jeden wieczór? Z opowieścią, która niczym cep lub kłonica wbije do głów pewne moralne idee?

Mamy w niej do czynienia z zagadką. Mianowicie, jest sobie główny bohater, Fryderyk Pons – pisarz i akademik. Ma on przyjaciela, który trzydzieści lat temu wstąpił do zakonu benedyktynów. Teraz, w tajemniczych okolicznościach, znika z klasztoru i zamieszkuje w odludnej latarni morskiej. Główna postać powieści, wraz z poznaną młódką o imieniu Alda, wyrusza jego tropem. I chociaż zarys fabuły może być dla niektórych banalny, w miarę rozwoju akcji wcale tak nie jest. Raspail mierzy się w „Oczach Ireny” z kilkoma gatunkami prozy. Oprócz powieści zagadek, w której subtelnie zarysowana fantastyka łączy się z realistycznym tłem, mamy w niej również elementy romansu. Tak, to nieczęste u tego francuskiego piewcy jeźdźców Apokalipsy. Pisarz podchodzi do tej materii ostrożnie, niekiedy wpadając w czułostkowy sentymentalizm, natomiast nie przekracza granicy niesmaku. Za ewidentną zaletę jego utworu trzeba uznać fakt, że prawie nie ma w nim scen erotycznych. A te, które są, zupełnie pomijają danie główne, sygnalizując zaledwie, że coś takiego przed chwilą się odbyło. Nieczęste i szlachetne ze strony autora posunięcie. Fryderyk Pons ma pięćdziesiąt lat, jest siwy i nosi wąsy, jego kochanka jest o połowę młodsza – szczęściem czytelnika jest więc oszczędzenie przez Raspaila niesmacznych szczegółów pożycia rzeczonej pary.

Ciekawe jest oszczędnie zarysowane tło powieści. Czas, w którym dzieją się wydarzenia, jest niedookreślony, zbliżony zapewne do roku powstania tekstu. Dwoje bohaterów, podróżujących po prowincjonalnych terenach współczesnej Francji, cieszy się niezmiernie z faktu, że nie musi tej współczesności oglądać. Skupieni na sobie i na zagadce, którą chcą rozwikłać, powieściowi Fryderyk i Alda, kilka razy natykają się na skrzeczącą pospolitość. A to rolnicza demonstracja, a to bliżej nieokreślone zamieszki – dzieci pokolenia ’68 odbywają swoje ponure bachanalia. Francja prowincjonalna stanowi z jednej strony katolicki azyl, w którym bohaterowie zanurzają się w całości, chodząc na msze do kościoła, czy rozmawiając na tematy wiary. Z drugiej zaś jest dowodem na porewolucyjne skarlenie tego niegdyś rycerskiego narodu. Nawet łodzie rybackie w bretońskim porcie noszą imiona antybohaterów roku 1789. Arystokratyczna mentalność obojga uczestników zdarzeń każe im gardzić tą gnijącą współczesnością.

Jeśli jesteśmy przy bohaterach, warto przyjrzeć się również kobietom. Są rzadkością w świecie Raspaila, toteż interesujące jest, w jaki sposób autor poradził sobie z tą kwestią. Istoty żeńskie w męskim świecie Fryderyka Ponsa to przede wszystkim estetyka. Odczucie piękna kobiecego wdzięku to podstawowy mechanizm, któremu ulega główna postać „Oczu Ireny”. Alda, bohaterka, z którą protagoniście powieści przyjdzie się rozstać, to piękno niewinne, czyste i nieskalane. Jest również Julia, Murzynka pracująca w zagadkowym Zajeździe Książąt. Ta z kolei emanuje zwierzęcością i dzikością. W końcu bohaterka tytułowa, o której wiemy najmniej. Aby cokolwiek o niej napisać, trzeba by zdradzić sekrety fabuły, więc ograniczę się do słów, z których wynika, że mamy do czynienia z postacią tajemniczą, rodem z fabuł powieści gotyckich.

I jedna kwestia na koniec. Świat, który opisuje Raspail, nie istnieje. W każdym razie dla mieszkańca Europy Środkowej jest on nie do uchwycenia. Stanowi konglomerat Tradycji, dłuższej niż nasze tysiąc lat chrześcijaństwa, magnackiego poczucia wyższości i pogardy dla zwyczajności, oraz tego specyficznego poczucia piękna, które każe celebrować każdy moment, tak jakby był on dziełem sztuki. Z tego względu lektura „Oczu Ireny” może drażnić. Natomiast za jakiś czas z pewnością spojrzymy na ten świat z tęsknotą. Kiedy to będzie, nie powiem, pisałem już o tym przy okazji „Obozu świętych”.

Jean Raspail, Oczy Ireny, tłum. B. Biały, wyd. Dębogóra, Dębogóra 2014, ss. 328.

Ziemiańskich świadectw przeszłości ukazało się w Polsce sporo. Jako że w sferach tych pisać i czytać umiano, wiele przelewano na papier. Również świadomość narodowa, rozbudzona odpowiednim wychowaniem i lekturą, powodowała, że ziemiańskie pamiętnikarstwo jest nie tylko spojrzeniem w ciekawe obyczaje, ale stanowi też świadectwo miłości ojczyzny i troski o jej sprawy. Czasy zaborczej niewoli to okres rozkwitu tego typu twórczości, w której odbijał się cały ówczesny mikrokosmos rzeczywistości przełomu wieków XIX i XX. Piszący właściciel folwarku i pałacu nie był więc niczym osobliwym. Co innego chłop. Ten jeszcze ponad sto lat temu nierzadko nie poczuwał się do bycia członkiem wspólnoty narodowej, patrząc często tylko na czubek własnego nosa i za najważniejszą wartość uznając materialne przetrwanie. Z tego względu ewenement stanowią „Pamiętniki włościanina” spisane przez wieloletniego wójta Dzikowa, Jana Słomkę. Są chłopskim spojrzeniem na rzeczywistość Polski drugiej połowy XIX wieku i początków kolejnego stulecia.

Jan Słomka większość swojego życia spędził w Dzikowie. Dziś to dzielnica Tarnobrzega, nowe blokowisko przy szosie wylotowej na Sandomierz. Wówczas – osobna wieś leżąca na krańcach zaboru austriackiego. Autor urodził się cztery lata przed niesławną rabacją galicyjską, podczas której podjudzeni przez Austriaków chłopi wymordowali nawet do trzech tysięcy Polaków, w tym właścicieli ziemskich, urzędników i księży. Ten krwawy fakt jeszcze pięćdziesiąt lat później dzielił społeczeństwo Galicji, co dobrze pokazał w „Weselu” Wyspiański. Połowa dziewiętnastego stulecia to czas biedy, ale przede wszystkim ciemnoty, którą na kartach swojego pamiętnika krytykuje Słomka. Może czytelnik o poglądach lewicowych zżymać się na autora, który nierzadko potępia swoich włościańskich ziomków, a oddaje sprawiedliwość właścicielom gruntów, Tarnowskim. Taka jednak prawda: chłopi w większość stanowili żywioł nieprzewidywalny, wiedziony różnymi przesądami, związanymi również z gospodarowaniem. Stąd z początku zdziwienie, a potem zazdrość wieśniaków, którzy nie rozumieli nowoczesnego rolnictwa; takim zaś interesował się Jan Słomka.

„Pamiętniki włościanina” nie są jednak tylko zapiskami dotyczącymi uprawy ziemi i hodowli zwierząt. Kwestie te zajmują tylko pewien ich wycinek. Najciekawsze elementy omawianej pozycji stanowią obserwacje etnograficzne i społeczne. Słomka poświęca sporo miejsca na opis codziennej egzystencji chłopów: na wygląd domów i sprzętów codziennego użytku, ubiory, zajęcia takie jak gotowanie i pranie. I jak to bywa w małych społecznościach, dużą rolę odgrywał tu swoisty konserwatyzm objawiający się niechęcią do nowinek. Autor opowiada, jaką sensacją stało się w Dzikowie kupno zegara: rzecz jednak zaraz się wydała, bo dzieci, bawiąc się na drodze pod ścianami naszego domu, posłyszały wydzwanianie godzin. Zrobiły alarm i w mig po całej wsi poszła wiadomość: „U Słomki zegar!”. Początkowa nieufność i oskarżenia o „pańskość” życia powoli zmieniły się w akceptację; narrator stwierdza, że po latach posiadanie domowego chronometru stało się standardem. Naturalnie, pisze autor również o jedzeniu. Mięso czerwone i białe jedzono od święta, częściej na stół trafiały ryby, których spożywano więcej niż dzisiaj. Podstawą pożywienia były kasze, kapusta, potrawy mączne, ziemniaki.

Inną interesującą kwestią opisywaną przez Słomkę są stosunki chrześcijańsko-żydowskie, oparte na wzajemnych próbach sił, dalekie od politycznie poprawnej wersji, którą sprzedaje się odbiorcom większości przekazów medialnych. Żydzi zarzucali katolikom, że ci się w nich wyśmiewają, często nie rozumiejąc ich wiary i obyczajów. Natomiast ludność chrześcijańska narzekała na wyzysk ekonomiczny: lichwę, monopol handlowy czy wykupywanie zadłużonych nieruchomości. Narzekano również, w tym z ambon, na rozpijające chłopów karczmy, które w większości pozostawały w rękach żydowskich. Podziwia Jan Słomka spryt i gospodarność Żydów, cechy, których jego zdaniem brak było jego rodakom: nigdy nie widziałem ani słyszałem, by który z nich wyprawiał bale, które we dworach szlacheckich były częste, nie trzymali też takiej drogiej administracji, która cały dochód zabiera, ale gospodarzyli czasem może aż z przesadną oszczędnością.

Pamiętnik Jana Słomki jest również, o czym wspomniałem z początku, świadectwem patriotyzmu i świadomości narodowej, której często wówczas chłopom brakowało. Jak wskazuje przykład autora, nie było to nieosiągalne i będąc włościaninem, można było z powodzeniem nie tylko mieć pojęcie o otaczającej rzeczywistości, ale również na tę rzeczywistość wpływać. Co nietypowe, jak na przedstawiciela naszego narodu, Słomka miał jednoznacznie złe zdanie na temat alkoholu, uznając go za współczesną plagę i powód większości nieszczęść na świecie. Autor jednak nie narzeka na trudne warunki, w których przyszło mu żyć. Podaje siebie za przykład człowieka, który za sprawą ciężkiej pracy, wytrwałości, oszczędności i wierności zasadom moralnym osiągnął sukces. Nie tylko rozwijał gospodarstwo, czy utrzymał się na stanowisku wójta przeszło czterdzieści lat, ale wykształcił syna, który skończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Jan Słomka, Pamiętniki włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych, wyd. MBP, Tarnobrzeg 2012, ss. 363.

Niedawno zdarzyło mi się opisywać pewien poświęcony syberyjskim szamanom reportaż napisany przez dwójkę dziennikarzy, Jastrzębskiego i Morawieckiego. Tak się jednak stało, że przed jego lekturą przeczytałem inny tekst, autorstwa Wojciecha Grzelaka, już na tym blogu recenzowanego. Mowa o wydanym kilka lat temu zbiorze reportaży zatytułowanym „Szamani, mumie, ałmysy”. Z początku planowałem dokonać ich porównania, ale postanowiłem opisać każdy z osobna. Również dlatego, że to, co napisał Grzelak, jest lepsze od szerzej promowanego dziełka wyżej wymienionych twórców. Ci ostatni na Syberii byli przez kilka tygodni, Grzelak zaś dzieli swój czas pomiędzy Polskę a Republikę Ałtaj, gdzie przez sześć miesięcy w roku mieszka i pracuje. Choćby z tego względu jego teksty są bardziej wyraziste. Autor może pozwolić sobie na odwiedzenie miejsc i ludzi, których Jastrzębski i Morawiecki z pewnością by nie spotkali. Widać, że porusza się po Ałtaju jak u siebie i dzięki temu łatwiej przenosi nas w ten nieznany nam świat.

Ten autentyzm powoduje, że nie czyta się „Szamanów, mumii, ałmysów” jak zapisków zabłąkanego turysty, czy przechwalającego się mitomańskiego „kolosa”, który nie ruszał się nigdzie bez reklam na sportowej kurtce. Grzelak jest w Ałtaju zadomowiony. A tam, z tego co pisze, mogą nas spotkać przeróżne dziwne przygody. Sam nie wiem, jak traktować te wszystkie cudowności, które opisuje autor. Zaczyna się od tytułowego ałmysa, czyli syberyjskiego yeti. Ten śnieżny człowiek ma podobno zdolności telepatyczne i potrafi wywołać u spotkanych osób paniczny, niedający się wytłumaczyć racjonalnie lęk. Grzelak opisuje historię tajemniczej łapy mogącej należeć właśnie do ałmysa. Ten znaleziony fragment ciała nieznanego zwierzęcia czy yeti został przesłany do jednostki badawczej w Moskwie i już się nie odnalazł. Współczesna legenda? Fantazja opowiadających? Zbiorowa hipnoza czy po prostu wyssane z palca bzdury? Rzecz absolutnie nie do zweryfikowania, aczkolwiek napisana niezwykle sugestywnie zgodnie ze wszystkimi regułami reporterskiego rzemiosła.

Ważne są również mumie, które archeolodzy odnajdują w starodawnych kurhanach. Na przykład tajemnicza ałtajska księżniczka, z której powodu niektórzy – jak głosi inna legenda – udali się na tamten świat. Wystarczy przypomnieć sobie historię klątwy faraonów. No i szamani, którym poświęca autor również sporo miejsca. Ci z kolei przeżywają renesans własnej religii, do lat 90. tłumionej przez władze sowieckie. Teraz odżyli i mogą praktykować swoje rytuały. Dla zachodnich racjonalistów ich występowanie to dowód schorzeń psychicznych; objawy kamłania (czyli szamanienia) przypominają epilepsję, w dodatku szamani są z natury pobudzeni i znerwicowani. Dla niejednego mieszkańca Syberii ich obecność jest oznaką występowania świata duchów. Religioznawca Mircea Eliade, na którego powołuje się Wojciech Grzelak, twierdził, że szamanizm jest specyfiką Syberii i środkowej Azji. Fakt, to bardzo stara religia, jedna z najstarszych na świecie, tajemnicza i niebezpieczna dla tych, którzy będą chcieli się za jej pomocą bawić w magię.

Oprócz opisywania tych fenomenów, obok których sygnalizuje jeszcze UFO i tajemnicze znaki na górach zapowiadające wypadki, autor niejednokrotnie schodzi na ziemię. A gdy to czyni, nie ucieka przed krytyką współczesnej Rosji, do czego przyzwyczaił czytelników w „Grze z Rosją” czy „Rosji bez złudzeń”. Z zainteresowanego starymi kultami reportera przeistacza się w trzeźwo patrzącego na naszego wschodniego sąsiada dziennikarza. Dziś, gdy nawet Depardieu z Moskwy ucieka, a nasi dyżurni rusofile jakby ucichli, głos Grzelaka wydaje się mniej niepoprawny politycznie jak parę lat temu. W tych realistycznych obrazkach mamy opisane pełne spektrum wad: azjatycki „bardak”, nepotyzm, specyficzne podejście do człowieka i natury, a przede wszystkim uleganie historycznym mitom, w myśl których Rosja zwyciężyła faszyzm, a wszyscy naokoło powinni być wdzięczni ZSRS za pięćdziesiąt lat żelaznej kurtyny i tłumienia wolności w Europie Środkowej. Miejsce poświęca autor również potomkom Polaków, którzy utknęli dawno w tych „najdalszych kresach”.

„Szamani, mumie i ałmysy” nie są więc tylko reportażem poświęconym syberyjskiej religijności pogańskiej, ale opowiadając o niej w głównej mierze, rozgałęziają się w przeróżne dygresje. Melchior Wańkowicz zdefiniował reportaż jako mozaikę faktów, co doskonale widać w tym zbiorze. Fakty przenikają się między sobą, tworząc barwny kobierzec, w którym znajdziemy opisy współczesnej Rosji, tajemnicze opowieści i obyczajowe obserwacje z życia zwykłych ludzi. Pisanie Wojciecha Grzelaka jest również współczesnym odczytaniem romantycznej ballady: dziejącej się na prowincji niesamowitej historii, w której to natura rządzi człowiekiem, nie na odwrót. My, ludzie Zachodu, zatraciliśmy w dużej mierze symboliczne i metaforyczne spojrzenie na rzeczywistość, co jest na Syberii normą. I to albo my jesteśmy ślepi i głusi, albo tamci są przesądni i zabobonni. Innej możliwości nie ma. Bo jak mówi stary szaman, cytowany przez autora: Są miejsca, gdzie lepiej nie przebywać w pewnych momentach. Są w wielu częściach Ziemi, ale na Ałtaju potrafią szczególnie dać się we znaki (…). Można je wyczuć, ale nie zobaczyć. Nie wszystkie są dobre.

Wojciech Grzelak, Szamani, mumie i ałmysy. Tajemnice z serca Azji, wyd. KOS, Katowice 2006, ss. 302.

Jesteśmy mniejszością. Wymieramy, a co więcej, nie da rady odwrócić tego procesu. Mimo że jest nas coraz mniej, wstydzimy się własnej tożsamości. Bo jesteśmy biali. Być białym to wstyd i obciach. Być białym, to hajlować w zaciszu własnego mieszkania. Być białym, to tłumaczyć się kolorowym, dlaczego tacy się urodziliśmy. Aby nie być faszystą, będąc białym człowiekiem, należy przy każdej nadarzającej się okazji bić się w piersi i przepraszać. Murzynów, Latynosów, Hindusów, nie zaszkodzi również Marsjan i mieszkańców innych galaktyk (jeśli tacy istnieją). Tylko wtedy można zrzucić z siebie klątwę bycia członkiem rasy białej. Zaraz, zaraz, postępowcy twierdzą, że podobno nie ma ras. A skoro tak mówią, to dlaczego przepraszamy za coś, czego nie ma? Jeśli zauważasz różnice w wykształceniu między białymi a czarnymi, na korzyść tych pierwszych, jesteś plugawym naziolem i z pewnością zainteresuje się Tobą najbliższa bojówka Antify. Bo nie ma ras. Jeśli z drugiej strony twierdzisz, że biali powinni przepraszać czarnych, wtedy jesteś postępowy i każdy lewak poda Ci swoją wrażliwą dłoń. Pomimo faktu, że przecież nie ma ras.

A co by się stało, gdyby nagle do granic naszego kontynentu zapukał milion śniadych uchodźców? Co byśmy zrobili, gdyby jednego dnia u wybrzeży Francji pojawiło się sto statków? Na każdym dziesięć tysięcy ludzi – biednych i zdeterminowanych, aby pożywić się naszym dobrobytem. Ucieklibyśmy w panice, czy podali biedakom pomocną dłoń i wyrzekli poprawną politycznie chrześcijańską formułę „dobrze, że jesteś bracie”? Nie musimy się nad tym dylematem zastanawiać, bo już wpuściliśmy do Europy nie milion, ale dziesiątki milionów obcych, którzy nie uszanowali swoich gospodarzy, ale kazali im wstać od stołów i sami zajęli ich miejsce. To już się stało, a o zagrożeniu tym pisze w „Obozie świętych” Jean Raspail. Ten francuski pisarz, ekscentryk, monarchista i dandys, rocznik 1925, jest obrońcą wiary katolickiej (w trydenckim rycie i dalekiej od ekumenizmu) i wartości konserwatywnych. Może dlatego nie jest tak znany w naszym kraju: nieliczne polskie tłumaczenia jego powieści to mały odsetek jego dorobku.

„Obóz świętych” rozpoczyna się wieścią, że oto od wybrzeży Indii wyruszyły okręty wiozące całą masę uchodźców. Kierują się do Europy, gdzie trwa karnawał oczekiwania na dobroczynność. Festiwal ten, pełen szlachetnych słów i deklaracji, podsycają media. Dziennikarze, politycy, aktywiści społeczni z pokolenia 68 (powieść powstała w 1973 roku) prześcigają się w pięknych słowach o altruizmie, humanitaryzmie i tolerancji. Następuje cała seria biczowań za grzechy białego człowieka. Milion uchodźców to wyrzut sumienia tych, którzy jeszcze niedawno kolonizowali i narzucali innym nacjom swoją religię, filozofię życia i systemy gospodarcze. Oferowali perkal i paciorki za bogactwa naturalne. Raspail ironizuje z podobnego humanitaryzmu, uznając go za oznakę słabości i symptom śmierci cywilizacji. Rysuje groteskowych w swojej lewicowej wrażliwości bohaterów, od których nie jest wolna nawet armia. Bo ta, zamiast strzelać, rozpierzcha się na cztery strony świata. Oficerowie zalewają się łzami, widząc martwe ciała tych, którzy wcześniej zagrażali integralności państwa. Politycy są niewładni, wszystkie decyzje pozostawiając na ostatnią chwilę. Osamotniony prezydent Republiki jest zbyt słaby, aby mieć wpływ na państwowych oficjeli. Ci zaś oczarowani są społeczną solidarnością, twierdząc, że przecież wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi.

Jednak mam z tą powieścią problem. Jestem biały, ale jestem też Polakiem, a my nie mieliśmy kolonii zamorskich, nie paliliśmy innowierców na stosach, nie zmuszaliśmy żydów do przyjęcia chrztu, nie wprowadziliśmy rządów monarchii absolutnej. Co więcej, nasi żołnierze w wieku XIX pomagali Murzynom walczyć na Haiti, w rezultacie czego powstała pierwsza czarna republika na świecie. Tworzyliśmy multikulturalne społeczeństwo o wiele wcześniej, niż Zachód wpadł na ten pomysł. Tworzyliśmy je o wiele mądrzej, przedkładając asymilację nad automatyczną imigrację. Polska, o czym zapominają wszyscy bijący się w piersi wrażliwcy społeczni, nikogo nie podbijała. Król Belgii, Leopold II, zabił w Kongu kilka milionów autochtonów. Anglicy, Niemcy, Holendrzy, Francuzi, wszyscy oni i inni jeszcze, mają na sumieniu zbrodnie, zniewalanie, rabunek dóbr kultury i bogactw naturalnych. Stworzyli dzięki temu społeczeństwa bogate, syte i zadufane w sobie. Postawa Raspaila, chociaż autor buduje słuszne wnioski i zauważa realny problem, z którym dzisiaj Zachód sobie nie radzi, jest pełna pychy. To bunt przeciw lewicowej wrażliwości społecznej, którą osobiście widzę jako fałsz najedzonych i uposażonych.

Lektura „Obozu świętych” nie jest łatwa, drażni i prowokuje. Autor nie pozostawia suchej nitki na słabym białym człowieku, który posiadając postkolonialny kompleks byłego najeźdźcy, pozwala na wtargnięcie do swojego domu dzikim hordom. Co więcej, ten pełen frazesów o przyrodzonej dobroci rodzaju ludzkiego obywatel, ucieka i pozostawia swoje posiadłości na żer przyjezdnych. Nie zazdroszczę zachodnim Europejczykom, bo ich sytuacja w przyszłości rysuje się tragicznie. Mają to, na co przez całe wieki pracowali. A powieść Raspaila o tym opowiada. Dzisiaj pałamy świętym oburzeniem (lecz niczym więcej), widząc, gdy żołdacy Państwa Islamskiego niszczą antyczne zabytki w Syrii i Iraku. Gdy za kilkanaście lat podobni fanatycy spalą Luwr i naszczają na ołtarz Notre Dame, zrobimy dokładnie to samo. Zawrzemy z oburzenia i uciekniemy w panice. Fakt, my biali, nie jesteśmy bez grzechu, ale przestaliśmy się bronić. Diagnoza francuskiego pisarza nie pozostawia nam złudzeń: przestaliśmy wierzyć w cuda, więc podbija nas cywilizacja, która w cuda wierzy.

Jean Raspail, Obóz świętych, tłum. M. Miszalski, wyd. Fronda, Warszawa 2015, ss. 383.

Detroit w stanie Michigan to miasto specjalnej troski. Niegdyś stolica przemysłu motoryzacyjnego, siedziba legendarnej korporacji General Motors. Dzisiaj miasto zrujnowanych fabryk i rachitycznego przemysłu. Niegdyś dwumilionowa metropolia, jankeska ziemia obiecana, do której ciągnęły pielgrzymki robotników z całych Stanów. Dziś liczące siedemset tysięcy głów upadające miasto, w którym czterdzieści procent budynków stanowią pustostany. Niegdyś przestrzeń zaludniona głównie przez białego człowieka, w której czarnoskórzy obywatele USA mieścili się w dziesięciu procentach. Dziś proporcje te zostały odwrócone, biali uciekli poza Detroit, w ścisłym zaś centrum króluje mentalność getta przyniesiona przez afroamerykańską subkulturę nic nierobienia i wyciągania zasiłków. Detroit nosi też niechlubny tytuł amerykańskiej stolicy zbrodni. Jest miastem, w którym roczna liczba morderstw jest większa niż dni podczas dwunastu miesięcy i przekracza już cztery setki. Proszę Państwa, witamy w Detroit w stanie Michigan. Udajecie się tam na własne ryzyko.

W 2013 roku miasto zbankrutowało, czym przypieczętowało swój smutny los, będący rewersem przysłowiowego amerykańskiego snu. Tutaj widać doskonale, jak ten sen może się kończyć. Zwłaszcza, gdy opiera się na polityce rozdawnictwa zasiłków, rozdmuchanej pomocy socjalnej, a lokalni przedsiębiorcy lekceważą zmiany, które dokonują się na rynku. Najpierw mieliśmy zemstę Japończyków, czyli zalew USA samochodami z Kraju Kwitnącej Wiśni. Dzisiaj – ekspansję Państwa Środka, która na całym świecie zachwiała gospodarczą pychą i pewnością, że to, co dane, będzie trwać wiecznie. Niestety, nic nie trwa w nieskończoność, o czym boleśnie przekonało się właśnie Detroit.

Niczym samotny rycerz z „Ballady o krzyżowcu”, przybywa do miasta dziennikarz Charlie Leduff, urodzony tutaj, ale przez długie lata pracujący w „New York Timesie”. Jego czyn jest tyleż szlachetny, co szalony. Wynika może ze znudzenia sytą metropolią, a może z nostalgii, tęsknoty za pozostawioną tutaj całą najbliższą rodziną. W każdym razie Leduff wraca do miasta, w którym się wychował, a my zaraz poznajemy pokręcone i tragiczne losy jego najbliższych. Dzięki temu powstaje dość specyficzny reportaż. Wiadomo nie od dzisiaj, że reporter powinien się schować za innych, pozostawać niewidoczny, nie eksponować własnego ja. Tutaj nic się nie zgadza. „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” na pierwszym miejscu stawia dziennikarza. Charlie Leduff, odmieniając się przez wszystkie przypadki, jest najważniejszym, obok upadającego miasta, bohaterem swojej opowieści. Ale to, co drażni u innych, o dziwo, u amerykańskiego żurnalisty w ogóle nie przeszkadza. Pewnie dlatego, że główna postać jest ironiczna, nie oszczędza nikogo, w tym siebie. Nie epatuje płaczliwością, narzekając na los biednego żuczka, który musiał wrócić do koszmaru, ale niczym u Steinbecka pisze szorstko: brutalnie i wulgarnie.

Poznajemy więc portret Detroit przefiltrowany przez spojrzenie skrajnie subiektywne, czego autor wcale nie kryje. Śledzimy z nim sprawę nieuczciwego burmistrza, który ma na koncie defraudacje publicznych pieniędzy oraz seksafery (skąd my to znamy?). Patrzymy na smutne losy rodziny Leduffa, w tym tragiczną śmierć siostry autora. Ten ostatni się nie oszczędza; jest mieszkańcem miasta, więc nie ucieka od tego, co Detroit swoim mieszkańcom zabiera. Stosunek do śmierci jest zresztą w metropolii tej znamienny. Wiele rodzin nie ma pieniędzy, aby odbierać z kostnic ciała bliskich zmarłych. W rezultacie erodują więzi rodzinne. Nie jest niczym osobliwym odnajdowanie na ulicach anonimowych zwłok, do których nikt się nie chce przyznać. Puste kwartały dzielnic są podpalane, giną w nich strażacy, którym brakuje na nowy sprzęt, a papier toaletowy muszą do remizy przynosić osobiście, bo w budżecie nie ma pieniędzy. Detroit przypomina więc bardziej miasta w RPA, niż amerykańskie, znane szczególnie z filmów obrazy ze szkła i betonu.

Czytając reportaż Leduffa, nie można jednak odgonić wrażenia, że oto autor pretenduje do bycia amerykańską Elżbietą Jaworowicz. Ta ostatnia histeryzuje i wyolbrzymia. Spojrzenie na miasto jedynie z perspektywy biedy Murzynów, podpaleń, morderstw, prostytucji i politycznych afer lokalnych nie może być siłą rzeczy kompletne. „Sekcja zwłok Ameryki” zdaje się przedstawiać obraz powiększony pod lupą, niczym w powieściach dziewiętnastowiecznego naturalizmu. Bo z jednej strony czasy mamy podobne jak ponad sto lat temu, z drugiej zaś dziś nikt w USA z głodu nie umiera, a osiem dolarów za godzinę pracy to marzenie większości Polaków. Z pewnością poziom przestępczości jest nieznany na naszym krajowym podwórku, nawet w tych miejscach, w których diabeł mówi dobranoc. Nieznane są również czarny rasizm i nienawiść Afroamerykanów do białego człowieka. Nie ma również w Polsce miast, w których prawie połowa budynków stoi pusta. To, co opisuje Charlie Leduff, nie jest jednak zupełnie obce. Upadek przemysłu, puste hale produkcyjne, bezrobocie i poczucie beznadziei to wszystko znana nam niewesoła piosenka, którą śpiewamy od czasu nastania demokracji.

Charlie Leduff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, tłum. I. Noszczyk, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 294.

Wrocławski tandem dziennikarski, Bartosz Jastrzębski i Jędrzej Morawiecki, tym razem wylądował w tajemniczej Syberii. Uprzednio ci wędrowni dziennikarze, jak sami się określają, udanie sportretowali północne miasto Rosji – Krasnojarsk. Reportaż ten łączył w sobie i historyczne rozważania, i obserwacje codzienności, z jednej strony szarej, z drugiej – mającej w sobie jakieś intrygujące pierwiastki. Nie inaczej sprawa ma się w „Czterech zachodnich staruchach”. Reporterzy wracają na północne rubieże Azji, teraz na pogranicze rosyjsko-mongolskie, gdzie szukają cudów, dziwów i szamańskich inkantacji. Ich wyprawa zatacza koło: autorzy wracają do Polski bogatsi o nowe doświadczenia, co więcej, z wiedzą, która nie mieści się w pojęciu racjonalizmu. Syberia jest bowiem krainą szamanów, w której to, co niemożliwe, styka się z banalną rzeczywistością. I tak podglądamy ten ciekawy świat.

Podróż zaczyna się od linii transsyberyjskiej, którą szybko opuszczamy, aby znaleźć się w Buriacji, w pobliżu Bajkału. To tam, na rosyjsko-mongolskim pograniczu żyją Buriaci, syberyjski lud trudniący się szamanizmem. Kraina ta jest miejscem, gdzie krzyżują się religie; obok wymienionej powyżej spotkać można tradycyjny na tych ziemiach buddyzm tybetański oraz nowe, ekspansywne chrześcijaństwo przeróżnych denominacji. To ostatnie nie jest mile widziane, co niejednokrotnie przyjdzie reporterom słyszeć. Może laicy zapatrzeni w rzekomo pokojową ideologię buddyjską zmienią zapatrywania po przeczytaniu kilku akapitów, w których autorzy cytują wojowniczo nastawionego do chrześcijaństwa mnicha. Zdania, które wypowiada, bardziej pasują do retoryki krwiożerczych imamów muzułmańskich. Ciekawy jest również fakt, że Buriaci i Mongołowie konwersję na religię Chrystusa i wiążący się z nią chrzest widzą w kategoriach przegranej. Cóż, silna religia stawia opór. Szamanizm w czasach komunizmu obecny był w podziemiu, teraz rośnie w siłę, a zajmują się nim dawni funkcjonariusze systemu, biznesmeni, czy przeróżnej maści ousiderzy.

Bo do każdego mogą odezwać się przodkowie. Poznajemy w toku narracji kilku charakterystycznych bohaterów zamieszkujących Ułan Ude – stolicę Buriacji. Jastrzębski i Morawiecki prowadzą nas przez miejskie ulice, zaglądamy z nimi do budynków administracyjnych, na uczelnię, do prywatnych mieszkań, czy zacisznych gabinetów, w których szamani prowadzą swoje interesy przez telefony komórkowe. W dodatku obserwujemy kongres zorganizowany przez związek Tengeri. Autorzy badają tych, którzy działają w mieście, nie zaglądając na prowincję, na wąskie drogi i pustkowia. Towarzyszą swoim bohaterom w metropolii, chociaż niespecjalnie dobrze czują się podczas wszystkich swoich przygód. Popełniają przy tym niewybaczalny błąd, a w dodatku o nim piszą! Rozumiem, że na celownik wzięli sobie tylko wybrane postaci, ale uciekanie przed Buriatami z knajpy do hotelu tylko dlatego, że ci są pijani i chcą zwierzać się ze swoich kłopotów, jest czymś, co bardzo mnie zdziwiło. Reporter dlatego nim został, aby słuchać, słuchać i raz jeszcze nakłaniać ucha. Kto wie, może w pijanym, zataczającym się Azjacie kryje się jakaś opowieść? Nieładnie, panowie!

Pomijając tę usterkę, trzeba zaznaczyć, że „Cztery zachodnie staruchy” intrygują. Co prawda, nie tak mocno, jak opowieści snute przez Wojciecha Grzelaka, również bywalca azjatyckiej północy. Różnica jest taka, że autorzy omawianej pozycji byli tam na chwilę, a Grzelak jeździ tam regularnie, rok dzieląc na pół między Polską a Syberią. Jastrzębski i Morawiecki również nie do końca porwali się logice tamtego świata. Wątpią, są sceptyczni, a to dla jednych jest walorem, dla drugich zaś może ochłodzić temperaturę opowieści. Często pojawiają się w reportażu tym uczeni antropolodzy, psychiatrzy, którzy próbują wyjaśnić poprzez naukowe okulary wszystkie niewytłumaczalne zjawiska. Jest to pewien sposób na interpretację zdarzeń, ale dość akademicki, trzeba przyznać. Odniosłem wrażenie, że para dziennikarzy niepotrzebnie dystansowała się od swoich bohaterów. A może to bohaterowie nie chcieli dopuścić autorów do swoich sekretów?

Wyjeżdżamy również z Jastrzębskim i Morawieckim do stolicy Mongolii, Ułan Bator. I dobrze, bo niewiele się o tym kraju pisze, a było to jedno z pierwszych państw, które obok Rosji Sowieckiej przyjęło komunizm. W Ułan Bator poznajemy rodzinę Solskich, katolickich misjonarzy, którzy współpracują z koreańską parafią, gdzie pracują na rzecz lokalnej społeczności. Widzimy też panoramę chaotycznej metropolii, w której drapieżny azjatycki kapitalizm krzyżuje się z nomadycznym trybem życia mieszkańców.

„Cztery zachodnie staruchy” mówią o religii. O jej roli w społeczeństwie i o tym, że czasy sowieckie nie tyle ją zniszczyły, co uśpiły. Teraz rodzi się na nowo, w odmiennej konfiguracji, wnosząc w tradycyjny świat szamańskich wyobrażeń zupełnie nowe elementy. Religia ta, fascynująca i zarazem groźna, zbiera swoje żniwo: choroby psychiczne, samobójstwa, szaleństwo. Zniewala swoich wyznawców, prowadzi do rozpadu osobowości. Dzięki autorom możemy zajrzeć poza naszą bezpieczną, europejską perspektywę. Co za nią zobaczymy?

Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Cztery zachodnie staruchy. Reportaż o duchach i szamanach, Fundacja Sąsiedzi, Białystok 2014, ss. 271.

Polska rzeczywistość jest pełna strachów. Jedni boją się Jarosława Kaczyńskiego, inni ojca Rydzyka. Jedni i drudzy czytają „Gazetę wyborczą”, a to pierwszorzędne źródło horroru wszelakiego. W latach 90. siała wśród wielkomiejskiej inteligencji lęk przed disco polo; lęk zaś przed religią był jej głównym refrenem w zasadzie od samego początku powstania pisma. A Radio Maryja – wisienką na torcie wśród historyjek z dreszczykiem opowiadanych przez przejętych swoją misją dziennikarzy. Cóż, jedni boją się duchów, inni czarnych kotów przebiegających im drogę, inni zakonników w czarnych sutannach. Jeszcze gdy ci ostatni mają tajemnicze życiorysy (nie ukrywam, o. Rydzyk taki właśnie ma), historia staje się jeszcze bardziej pasjonująca. I nie byłoby w tym niczego złego, wszak każdy musi mieć swojego stracha, gdyby nie wyolbrzymianie faktów, którym spora część dziennikarzy ulega. Uległ im niestety, Marcin Wójcik, który przepracowawszy siedem lat w „Gościu Niedzielnym”, przeskoczył do „Dużego Formatu”, a teraz wydał demaskatorską w zamyśle książkę o środowisku Radia Maryja.

Gdy półtora roku temu czytałem „Imperatora”, reportaż o o. Tadeuszu Rydzyku, napisany przez Piotra Głuchowskiego i Jacka Hołuba (dziennikarzy „Gazety wyborczej”), byłem pod wielkim wrażeniem ich obiektywizmu i roboty, którą wykonali, aby stworzyć swój tekst. Umówmy się, nie jest ojciec Rydzyk bohaterem mojej bajki, a Radio Maryja i Telewizja Trwam to nie moje ulubione źródła informacji. Natomiast można pisać obiektywnie o czymś, czego się nie lubi, co udowodnili wyżej wymienieni reporterzy. Redaktor Wójcik zadania domowego nie odrobił i wybrał się na prywatną krucjatę z mediami toruńskimi. Wali cepem jak Grzegorz Kopcewicz w tekstach zespołu Butelka, natomiast ten jest tylko rockmanem, a ci nie muszą być ani lotni, ani obiektywni. Dziennikarz powinien zachować chociaż pozory. Może to kompleks bycia za blisko środowiska, które Wójcikowi zbrzydło? Kompleks ministranta, który służył co niedziela w kościele, a teraz śpi z każdą napotkaną na dyskotece dziewczyną i wciąga nosem koks, aby nadrobić stracone przy ołtarzu lata? Rozumiem, że bycie blisko sacrum najczęściej człowieka paczy i być może właśnie temu zjawisku uległ autor reportażu „W rodzinie ojca mego”.

Grzechem głównym tej pozycji jest jej nierówny poziom. Są w niej rzeczy całkiem niezłe, jak teksty poświęcone Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej, w której Marcin Wójcik studiował przez jeden semestr w charakterze kreta (albo Konrada Wallenroda). Tylko, że niczego sensacyjnego, co zapowiadają recenzje z tyłu okładki, znaleźć w nich nie sposób. Ledwie zarysowane postaci kilkorga studentów, w tym jednego kibica Lecha, któremu autor poświęca najwięcej miejsca. Kibic ten ani nikogo nie chce zabić, ani nie opowiada o ustawkach, nuda, panie, niczym w polskim filmie. A że poglądy ma raczej opozycyjne wobec rządzących, czytelnik wychowany na „Wyborczej” dopasuje już sobie swoje elementy układanki i stwierdzi, że ma rację: u Rydzyka hodują wyznawców Kaczora. Tylko, że nazwisko Kaczyńskiego w tej historii nie pada. Ale nie wymagajmy wiele od lemingów. Są w reportażu tym elementy skandaliczne, manipulatorskie, na przykład historia z księdzem Natankiem w roli głównej, który nie dość, że w Radiu Maryja nie występuje, to jest przez swojego biskupa zawieszony w czynnościach kapłańskich. Znajduje się więc poza wspólnotą Kościoła katolickiego. Jest historia o mężczyźnie, który zabił własną żonę. Ona słuchała Zetki, on – Radia Maryja. Rydzyk mu kazał? A może od razu Kaczyński? Szeptał: zabij sukę, bo niewierna.

W ogóle z całej książki wyłania się bardzo stronniczy obraz słuchaczy Radia Maryja i widzów Telewizji Trwam. To mniejsze lub większe świry, umysłowo ograniczone, a w najlepszym stopniu nieszczęśliwe i zmanipulowane przez diabelskiego Rydzyka. Ma dyrektor radia sporo za uszami, osobiście znam osoby, które pracowały w jego „firmach”, a potem odeszły z nich, bądź zostały poproszone o odejście. Nasłuchałem się różnych ciekawych historii, które mogłyby ubarwić ten tekst. Natomiast na grubymi nićmi szytą manipulację jestem wyczulony. Tę z lewa i tę z prawa, żeby było po równo. Nie uwierzyłem prawicowcom, że Nergal to nazista, nie uwierzę lewakom, że Rydzyk to szatan. Niektórych rzeczy po prostu robić nie wypada, a jeśli mamy chęć zorganizowania prywatnej krucjaty przeciwko komuś, kogo nie darzymy szacunkiem, udajmy się na siłownię przerzucić kilka ton żelastwa, zamiast pisać, bo zawsze ulegniemy naszym niezdrowym emocjom.

Manipulacja zaczyna się już z tyłu okładki, gdzie w polecającej reportaż recenzji Lidia Ostałowska pisze: czemu dopuściliśmy, by sympatyczne panie w moherowych beretach pakowały w koperty kał i wysyłały je urzędnikom państwa? Urzędnik, który opowiada o rzeczonych kopertach, to członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Krzysztof Luft. Nie wspomina, kto wysyłał te niespodzianki do urzędu, bo skąd mógłby to wiedzieć, skoro były anonimowe? Ale pani Ostałowska doskonale to wie, jako specjalistka od reportaży o uciśnionych mniejszościach pisanych dla lemingów. Szósty, wybiórczy zmysł? Ktoś powie, że to tylko metafora. Ale zaraz, zaraz, metafory, to drodzy państwo zostawcie poezji. To mogła być dobra książka, bo temat ciekawy, a osoba ojca Tadeusza Rydzyka budzi niemałe kontrowersje. Nic z tego, bo w zamian dostajemy horror katolicki skrzyżowany z powieścią tendencyjną, w którym od początku wiemy, kto jest dobry, a kto zły. Wszystko, co złe w Kościele, jest winą tego strasznego Rydzyka, a dobro kryje się po katakumbach. Straszna wizja, szkoda, że nieprawdziwa.

Marcin Wójcik, W rodzinie ojca mego, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 265.

Zdaniem mniej rozgarniętych miłośników spisków całym światem rządzi Kościół katolicki z siedzibą w Watykanie. Jest wszechpotężny, wszechobecny i wszechwładny. Doskonale te przymioty widać w Państwie Islamskim czy w Rosji. Dobrą kondycję ma Kościół również na zachodzie Europy. Tam również zarzuca macki tradycjonalizmu i tłamsi swobodę artystyczną ichnich Behemothów czy Katarzyn Kozyr. Dość tej ironii, bo wiadomo, że pozycja Watykanu wcale nie jest tak mocna, jak straszą niedouczeni fani muzyki metalowej, nie jest również jednorodna ideologicznie, o czym najczęściej zapominamy. Oficjalne dokumenty kościelne mówią swoje, a hierarchowie wypowiadają się własnym, autonomicznym głosem. Dzisiaj w Niemczech trudno byłoby znaleźć biskupa potępiającego antykoncepcję i marzącego o penalizacji sodomii. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Powód jest prosty, kolejna książka prowokująca do rewizji poglądów wśród mądralińskich, którzy chcieliby wierzyć, że Pius XII Żydów jadł na śniadanie, a Watykan to współczesny Rząd Światowy.

John Thavis, autor „Dziennika watykańskiego” przez ponad 30 lat pracował w Watykanie jako akredytowany dziennikarz, mając okazję do relacjonowania z pierwszej ręki zagranicznych wizyt Jana Pawła II oraz Benedykta XVI. Jako stary wyga żurnalistyki, niejednokrotnie opisuje mechanizmy rządzące współpracą Kurii Rzymskiej i mediów, które nieraz są po prostu kuriozalne. Przywołać tutaj można chociażby trudności z relacjonowaniem wydarzeń związanych z głową Kościoła. A to autobus wiozący dziennikarzy stoi w korku, a to zbyt sztywna dyscyplina w zespole prasowym uniemożliwia odpowiednie działanie. Okazuje się nieraz, że lepiej i więcej widać z monitorów w centrum medialnym niż z placu, na którym akurat papież odprawia mszę lub wygłasza nauki. Najlepszym sposobem na bezpośredni kontakt z biskupem Rzymu jest w rezultacie samolot, w którym ten spotyka się z dziennikarzami na konferencjach prasowych. Przy czym Thavis chwaląc Jana Pawła II, czyni przytyk Benedyktowi, tego ostatniego uznając za mało komunikatywnego oraz wypowiadającego nieraz niezbyt medialne bon moty.

Bo to właśnie Benedykt XVI jest główną postacią „Dziennika watykańskiego”. Thavis często krytykuje Ratzingera właśnie za tę małą komunikatywność, za wycofanie i nieśmiałość. Widzi autor, że papież próbuje wskakiwać w buty swojego poprzednika, ale rezultatem jest tylko niemiecka powściągliwość. Poznajemy pontyfikat nowego przywódcy Kościoła katolickiego począwszy od konklawe, które Thavis relacjonuje z nerwem, w oczekiwaniu na biały dym, który tak naprawdę jest… szary. Później dziennikarz towarzyszy papieżowi w rozlicznych pielgrzymkach i snuje swoje opowieści. A te niekoniecznie związane są tylko z osobą biskupa Rzymu. W kilkunastu rozdziałach pojawiają się przeróżne kontrowersyjne problemy, ale sposób ich ukazania jest daleki od tabloidowej sensacyjności. Takich niepopartych faktami sensacji jest na rynku sporo, a Thavis jest zbyt doświadczonym fachowcem, aby bawić się z nami w sekrety Watykanu rodem z brukowej prasy.

Tych problemów, o których wspomina autor, jest tutaj kilka. Między innymi rozprawia się on z mitem Piusa XII jako papieża żydożercy, uznając ten stereotyp za krzywdzący i mało sprawiedliwy. Przytacza sytuacje, w których Żydzi po wojnie dziękowali papieżowi za okazane wsparcie, uświadamia skalę tej pomocy. Nie stawia jednak diagnozy jednoznacznej, jest na to zbyt inteligentny i zbyt uczciwy. Pisze, , że prawdopodobnie można było jeszcze bardziej zaangażować się w sprawę, że można było uratować większą liczbę istnień ludzkich. Inną kwestią jest sprawa Bractwa Piusa X, tradycjonalistycznego zgromadzenia kapłańskiego, które kontestując ustalenia Soboru Watykańskiego II, pozostawało w otwartym konflikcie z Janem Pawłem II. Thavis opisuje próby zażegnania konfliktu, która wyszła właśnie od Benedykta XVI. Mowa w końcu w „Dzienniku watykańskim” o skandalicznej sprawie Legionu Chrystusa, założonego przez księdza Marciala Maciela w Meksyku na początku lat 40. XX wieku. Ten zboczeniec, narkoman i niewierzący cynik prowadził swoje bractwo, wykorzystując je jako źródło niekończących się przyjemności homoseksualnych. I tu pojawia się akcent polski. Thavis pisze o niesławnej roli abpa Stanisława Dziwisza w tuszowaniu sprawy tak, aby jej echa nie dochodziły do Jana Pawła II, który nie uczynił niczego, aby ten skandal rozwiązać.

Jak widać, John Thavis nie unika trudnych tematów, natomiast pisze o Watykanie jak najbardziej obiektywnie, co nie znaczy, że unika anegdoty czy humoru. Jego pozycja napisana jest bez zadęcia, bez kościółkowego słodzenia, ale z szacunkiem dla opisywanych osób, nawet jeżeli autor poddaje je krytyce. Obraz, jaki ostatecznie ukazuje się przed oczami czytelnika, może być nieco zaskakujący. Nie dlatego, że autor ujawnia tajne źródło spisków wszelakich, ale z przyczyny zgoła odwrotnej. Okazuje się bowiem, że administracja watykańska to ciało nieraz niewładne, zbiurokratyzowane, rządzące się bardziej prawami nieformalnych kontaktów i koterii niż jasnymi prawami ustalanymi na szczeblu centralnym. Swoją drogą szkoda trochę, że autor „Dziennika watykańskiego” nie poczekał na Franciszka. Ciekawe, co napisałby o jego bon motach czy próbach (dość niemrawych i pod publiczkę jednak) reformowania rzymskich urzędów.

John Thavis, Dziennik watykański. Władza, ludzie, polityka, tłum. U. Gardner, wyd. Znak, Kraków 2015, ss. 396.


Narodziny religii to zjawisko fascynujące. Zwłaszcza, gdy możemy je obserwować niemalże naocznie. Jak na dłoni widać wówczas, jak rzeczywistość przenika się z mitem. Widać, jak to, co było realnym światem, odkształca się i przybiera zupełnie nowe formy. A gdzieś w tym zawsze jest charyzmatyczny lider; bez niego trudno wyobrazić sobie to zjawisko. Lider fascynuje, otumania, tworzy własną legendę. Zagadką jest, na ile w to wszystko wierzy. Jednak, gdyby podstawa nowej religii miała być tylko na zimno stworzoną maszynką do zarabiania pieniędzy, chyba by nie wyszło, prawda? Lider musi więc być jednostką wybitną, naznaczoną szaleństwem, jakąś kosmiczną iskrą, która pozwoli mu opętać swoich wyznawców tak, aby ci poszli za nim bez szemrania. Taki był w opowieści Lawrence’a Wrighta L. Ron Hubbard, twórca poślednich powieści science fiction oraz ojciec scjentologii, jednego z bardziej niepokojących i tajemniczych kultów współczesności.

Urodził się w roku 1911, a jego młodość i początki dorosłości przypadły na gigantyczne zmiany, które przetoczyły się przez cały cywilizowany świat. I i II wojna światowa, następnie boom gospodarczy w USA i Europie Zachodniej, oraz wiążące się z powyższymi faktami kryzysy tożsamości, wiary, człowieka zaowocowały tworzeniem się wielu kultów i sekt. Tradycyjne chrześcijaństwo zdawało się nie odpowiadać na najważniejsze pytania współczesnych, do tego obserwowano najszybszy, jak do tej pory, rozwój gospodarczy i techniczny. Na wiele z egzystencjalnych pytań, które stawiał sobie człowiek połowy XX wieku, odpowiedzi niosła literatura science fiction. Z niej wyrósł Hubbard. Początkowo pisał rozmaite pulp fictions, aby z nich niejako wyprowadzić dianetykę, naukę stojącą gdzieś na pograniczu psychologii i neurologii. Zdaniem uczonych, szarlatańską i pełną bzdur. Koncepcja dianetyki stała się podwaliną scjentologii, religii, która jak żadna inna, podbiła przede wszystkim sferę filmową, słynne Hollywood. Jeśli mówimy o wyznawcach tego kultu, na myśl przychodzą dwa nazwiska: John Travolta i Tom Cruise. Są również inni. O nich też opowiada „Droga do wyzwolenia”, będąca jednym z lepszych reportaży dotyczących nowych zjawisk religijnych oraz religii w ogólności.

Autor rysuje szeroką panoramę, w której oglądamy symultanicznie kilka wątków. Pierwszym z nich jest życie L. Rona Hubbarda, którego poznajemy jako człowieka niezwykle błyskotliwego, inteligentnego, ale równie szalonego oraz okrutnego. Spaprane życie rodzinne, obarczone kilkoma tragediami, mitomania posunięta aż do absurdu, ale tytaniczna pracowitość (jak pisze Wright Hubbard jest autorem ponad tysiąca tekstów!) Hubbarda muszą budzić zadziwienie. Innym wątkiem są losy Paula Haggisa, który jako człowiek bardzo młody wkracza na scjentologiczną ścieżkę, a równolegle pnie się po szczeblach hollywoodzkiej kariery: od pisania scenariuszy do kreskówek aż po reżyserię „Miasta gniewu” czy „W dolinie Elah”. Haggis z kolei opuszcza scjentologię, impulsem do czego staje się homofobiczna według twórcy polityka tego religijnego stowarzyszenia. Jest też opisana historia obecnego przywódcy kultu Davida Miscavige’a, który rysuje się w reportażu dość mało sympatycznie: jako nadużywający siły i władzy psychopata. Są i wspomniani wyżej gwiazdorzy kina, jest wielu innych obecnych bądź byłych członków Kościoła. Panorama tych losów jest niejednorodna i niejednoznaczna.

Bo czymże w istocie jest scjentologia? Według założyciela, to nie tyle religia, co wiedza pozwalająca człowiekowi na samorozwój i samokontrolę. Dzięki sesjom tak zwanego audytowania poddający się im adept jest rzekomo w stanie wejść na wyższy poziom duchowy. Powstały do tego sprzęt elektroniczny, tak zwany e-metr, jest swoistym wykrywaczem kłamstw. Jak widzimy, mamy religię na miarę stechnicyzowanego wieku XX i XXI. Dodajmy jeszcze skomplikowaną kosmologię, w której wątki rodem z fantastyczno-naukowych space oper krzyżują się z jakimś kosmologicznym mesjanizmem. Szaleństwo! Do tego drogie. Nie jest scjentologia religią dla plebsu, tu się uiszcza konkretne kwoty. To nie dwie dychy dane proboszczowi na kolędzie. Wyzuci z duchowości i inteligencji hollywoodzcy celebryci są w stanie płacić setki tysięcy dolarów tylko po to, aby wchodzić na kolejne szczeble wtajemniczenia. Bo to ostatnie niezwykle podnieca. Niczym w tajnych stowarzyszeniach chodzi o to, że prawdę zna tylko wąskie grono wyznawców. Świat zewnętrzny to bezrozumna masa idąca na zatracenie. Taki przekaz karmi pychę i odpowiada na potrzebę bycia kimś odrębnym od reszty społeczeństwa.

Paradoksalnie, im ktoś bardziej wtajemniczony, tym mocniej ubezwłasnowolniony. Istnieje w Kościele Scjentologicznym, według Wrighta, specjalna kapłańska kasta nazwana Sea Org. Utrzymuje się za głodowe stawki, mieszkając w izolacji od świata. W dużej mierze w jej skład wchodzą osoby, które ze scjentologią związały się już od dziecka, za sprawą własnych rodziców. I teraz trudno im odejść. Pokazuje Wright, że nie ma takiej bzdury, w którą nie uwierzyliby ludzie. Skoro mieszkańcy Korei Północnej wierzą, że władzę w ich państwie sprawuje „Wieczny Prezydent”, czyli od ponad 20 lat zmarły Kim Ir Sen, są również w stanie brać za dobrą monetę bajki science fiction, które stały się dogmatyczną podstawą scjentologii. Ci, którzy odeszli, mogą zaświadczyć, że dalej jest tylko pustka. Nie zyskuje się żadnych tajemniczych mocy, jak obiecują wyżsi stażem przyjaciele z Kościoła, trzeba płacić coraz więcej pieniędzy, aby sumy na kontach rosły, a wierchuszce żyło się dostatniej. Tak jak zwykle, po obietnicach magii (nota bene, autor zwraca uwagę na okultystyczne źródła scjentologii) i fajerwerków nie pozostaje nic, a prawda jest brutalnie banalna: kasa, misiu, kasa. A głupki płacą.

Lawrence Wright, Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary, tłum. A. Wilga, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 574.

Tajne stowarzyszenia są stare jak świat, a kto zaprzecza ich istnieniu, jakby zaprzeczał faktom o heliocentrycznym charakterze naszego układu planetarnego. Ludzie od zawsze chcieli czuć przynależność do pewnych elit: zawodowych, religijnych, politycznych, nawet kulturalnych. To chęć przeżywania prawdy (bądź fałszu – to zależy) z podobnie myślącymi, w dodatku zamknięta przed profanami. Ale, co więcej, również chęć wpływania na losy społeczności, państwa, a nawet świata. Kwestia sekretnych związków musi wymykać się więc z całościowego poznania, a nawet przenosić zainteresowanych w krainę mitów i niedopowiedzeń. Związki te nie są tak potężne, jak chcieliby ci, którzy się ich panicznie boją; nie są również kawiarnianymi klubami dla zbzikowanych dżentelmenów odziewających się w fikuśne fartuszki. Wszechpotężne być nie mogą z tego prostego powodu: sam człowiek taki nie jest. Natomiast nie lekceważyłbym ich wpływów, bo nie stoją za nimi hobbyści przebierający się w masońskie fatałaszki. A co, gdybyśmy powiedzieli, że związki takie tworzą również Żydzi? O Jezu, antysemityzm! Uciekaj, kto może!

Posądzeniami o antysemityzm czas chyba przestać się przejmować, bo jak rzekł celnie dowcipny ktoś, antysemita to ten, kogo sami Żydzi nie lubią. Natomiast dla zdroworozsądkowo myślącego człowieka z jakiego powodu krytyka polityki Izraela czy pewnych żydowskich poczynań miałaby być nazwana mianem antysemityzmu? Szufladki i stygmatyzowanie zostawmy więc lewakom i nadwrażliwym poszukiwaczom politycznej niepoprawności. Bo oto na polskim rynku lat temu parę ukazała była się dość ciekawa pozycja książkowa. Mowa o „Tajemnicach Zakonu Synów Przymierza” pióra Emmanuela Ratiera. Jest to jedyna taka rzecz na naszym dość wąskim poletku literatury faktu, i chyba nie tylko na naszym. W związku z tym trudno zweryfikować fakty, porównując je ze zdaniami zawartymi w analogicznym opracowaniu. Rzecz w tym, że go nie ma. Należy więc czytać uważnie i konfrontować treści z wiedzą, którą możemy zdobyć z innych źródeł. A takie źródła istnieją, jedynie informacje dotyczące tematu bywają mocno rozproszone. A jaki to temat? – zapyta ktoś.

3 października 1843 roku w USA Henry Jones wraz z kilkunastu towarzyszami założył pierwszą lożę B’nai B’rith. Loża ta nosiła nazwę Bundes Breuder i była początkiem tytułowego Zakonu Synów Przymierza. W swych statutach założyciele zaakcentowali filantropię, a także powszechną pomoc wszystkim ludziom, cokolwiek to miałoby znaczyć. Loże zaczęły pączkować, przy czym zrzeszały, czego tutaj jeszcze zbyt mocno nie zaakcentowałem, jedynie Żydów. Był to więc zakon ekskluzywistyczny, łączący członków tylko określonej narodowości. Źródła B’nai B’rith, jak pisze Ratier, są masońskie; to od masonerii Synowie Przymierza zapożyczali tajemnicze obrzędy, deistyczną teologię czy w końcu system stopni wtajemniczenia. Po tych ostatnich wspinali się wszyscy adepci loży, a to, co głoszone wyżej, było ukryte dla tych, którzy w hierarchii zakonu znaleźli się niżej. B’nai B’rith oskarżano o wiele złego, nawet o satanizm, natomiast autor tekstu tak ciężkich dział nie wytacza. Co więcej, pisze rzeczowo i bez ulegania histerii. I pisze o tym, czego można dowiedzieć się ze źródeł oficjalnych, chociaż te wytwarzane przez zakon do bibliotek (mimo nakazu przesyłania egzemplarza obowiązkowego) nie trafiają.

Mimo wielu luk i domysłów możemy dowiedzieć się nieco na temat tego tajemniczego stowarzyszenia. Jeśli nawet to, co pisze Ratier, prawdą jest, powodów do niepokoju wystarczy. Przypomina więc autor skądinąd wiadome związki Freuda z B’nai B’rith. Ten szarlatan psychologii zwykł ściśle współpracować z zakonem, wygłaszając corocznie wykład z dziedziny, którą się zajmował. Nie tylko Ratier pisze o kabalistycznych źródłach jego teorii psychoanalizy. Niepokojące może być też majstrowanie przy Soborze Watykańskim II, o którym wspomina francuski autor. A majstrowanie to zaowocowało polityczną poprawnością, która w łonie Kościoła katolickiego kazała zdjąć z narodu wybranego odpowiedzialność za śmierć Chrystusa. Czyli w myśl interesu politycznego winę za to wydarzenie zepchnięto tylko na Rzymian. Dobrze, że sycylijska mafia nie poczuwa się do łączności z antycznym Imperium.

Zakon Synów Przymierza według relacji Ratiera ma swoje agendy nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w Europie, Izraelu, a nawet w RPA. I jak pisze autor książki, organizacja ta przede wszystkim dba o narodowy i polityczny interes Żydów. Dzieje się tak pomimo początkowych deklaracjach dotyczących „dobra całej ludzkości”. Jak widać, są równi i równiejsi. Emmanuel Ratier wspomina o inwigilacji narodowej prawicy, nie tylko we Francji, o wywiadzie gospodarczym, wtyczkach w służbach specjalnych, w końcu o klasycznym wywiadzie politycznym. Opisuje działalność ADL – Ligi Antydefamacyjnej, którą krytykowali również sami Żydzi. Działalność ta skupiona jest na wykrywaniu aktów antysemityzmu, przy czym chodzi o jakąkolwiek krytykę Żydów oraz Izraela. Nawet tę polityczną. Co się kryje za stopniami wtajemniczeń, jaka jest w rzeczywistości teologia i mistyczne podłoże organizacji, nie wiemy i snuć możemy jedynie domysły.

Pozazdrościć organizacji – piszę to bez ironii. W czasach, gdy byle chłystek z Zachodu może napisać o „polskich obozach koncentracyjnych”, gdy powstają antypolskie sztuki i filmy, nam Polakom przydałby się taki lobbing. Zamiast snuć czarne wizje dotyczące spisków, tych prawdziwych i tych wyimaginowanych, może powinniśmy zatroszczyć się o to, aby sami posiadać elity, które będą bronić naszego narodowego interesu w kraju i za granicą. Do biadolenia jesteśmy pierwsi, ulegamy pedagogice wstydu, w myśl której odpowiedzialność za holokaust spływa przede wszystkim na nas (i na nazistów – kosmiczne stwory z planety Na Zi – bo Niemcy przecież byli porządni), bijemy się w piersi nie za nasze grzechy. Żydzi, mimo prześladowań w całej Europie, dopięli swego i biją się o własne wartości. Nam potrzeba tego samego.

Emmanuel Ratier, Tajemnice Zakonu Synów Przymierza. Prawdziwa historia bractwa B’nai B’rith, tłum. M. Miszalski, wyd. Wektory, Wrocław 2011, ss. 371.