Kilka tygodni temu, jeszcze przez drugą turą wyborów prezydenckich, Bronisław Komorowski, indagowany przez Bogdana Rymanowskiego na okoliczność wydania nowej książki Wojciecha Sumlińskiego, zareagował dość emocjonalnie i odrzekł coś o nieodpowiednich dla dziennikarza TVN-u kolegach. Prezydent RP - człowiek od zgody (ewentualnie od braku zgody wobec przeciwników zgody) – zmienił swoją znaną dla widzów telewizji twarz i pokazał się ze strony, powiedzmy, bardziej niekontrolowanej. Podobny epizod opisuje Sumliński. Ówczesny Marszałek Sejmu, pytany przez wyżej wymienionego o tajemniczą, powiązaną z WSI, fundację Pro Civili, nie zostawił dziennikarzowi wiele wyboru. Minuta na opuszczenie gabinetu, a potem pojawi się straż marszałkowska – rzekł Komorowski, i poruszony nieodpowiednim pytaniem wyszedł. Że Komorowski, jako jedyny członek Platformy Obywatelskiej, głosował przeciw rozwiązaniu WSI, wiadomo. Że służby te były przez wielu ich krytyków nazywane obcą agenturą i organizacją przestępczą, wiadomo również z różnych źródeł. Natomiast może niektórzy nie wiedzą, w jaki sposób doszło do tego, że Sumliński został czarnym bohaterem w historii prezydenta Komorowskiego. I dla nich została napisana ta pozycja.

Wojciech Sumliński znany jest z historii sprzed kilku dobrych lat, kiedy to doprowadzony do ostateczności, w jednym z warszawskich kościołów targnął się na własne życie. Czytając „Gazetę Polską”, można było dowiedzieć się, w jaki sposób doszło do tego tragicznego wydarzenia. Wszystko poprzedza zaś obszerne śledztwo prowadzone przez Sumlińskiego w sprawie Wojskowych Służb Informacyjnych i powiązanej z nimi fundacji Pro Civili. Sznurki, którymi poruszał się reporter, prowadzić miały od Pruszkowa, przez WSI, aż do najwyższych osób w państwie, w tym do ówczesnego Marszałka Sejmu. W tym właśnie miejscu zaczęły się problemy dziennikarza, który żyć zaczął w poczuciu osaczenia, aż doigrał się aresztu wydobywczego poprzedzonego skrupulatną rewizją we własnym mieszkaniu. Bo skoro zadrze się z możnymi tego świata, oni nie odpuszczą i będą ścigać aż dopadną śmiałka.

Reportaż, a na poły historia biograficzna, którymi są „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, zaczyna się w momencie, gdy Sumliński spotyka się na wybrzeżu ze swoim zaufanym informatorem. Czyta tajne materiały operacyjne, zapoznając się faktami, które jego samego dziwią i doprowadzają do rozstroju nerwowego. Okazuje się bowiem, że polityka, służby, mafie i szemrane przedsięwzięcia gospodarcze stanowią jeden wielki węzeł gordyjski. A węzły takie, jak uczy nas mitologia grecka, nie mogą być rozwiązane zwykłymi sposobami. Według Sumlińskiego główną rolę w opisywanych procederach gra Bronisław Komorowski, który w „wolnej” Polsce, w czasie 25 lat „wolności” bywał i Ministrem Obrony Narodowej, i Marszałkiem Sejmu, i w końcu Prezydentem RP. Zawsze jednak był blisko wojska, a według dziennikarza, Wojskowych Służb Informacyjnych. Te zaś okazały się nie tym, czym się wydawały. Rozwiązano więc je, przypomnijmy fanom Platformy Obywatelskiej, zgodnymi głosami PO oraz Prawa i Sprawiedliwości. Jeden tylko zagłosował przeciwko. I to nazwisko doskonale znamy. A że nic nie dzieje się przypadkiem, fakt ten okazał się mocnym znakiem.

„Niebezpieczne związki…” powtarzają niektóre wątki, obecne już w poprzednich książkach Sumlińskiego, głównie w tekstach zatytułowanych „Z mocy bezprawia” i „Z mocy nadziei”. Jeśli jednak ktoś tamtych tekstów nie czytał, tutaj znajdzie opis całej drogi dziennikarskiej reportera śledczego, od momentu analizy akt, aż do załamania kariery. Komorowski istnieje gdzieś w tle, w domyśle jako główny inspirator działań. Jest więc ten swoisty reportaż przestrogą przed tym, co czeka dziennikarza śledczego w kraju mieniącym się demokratycznym. Chociaż w innej konfiguracji politycznej Sumliński pewnie by już nie żył. Marne to pocieszenie. Autor dzieli się również z nami smutną refleksją dotyczącą zmierzchu tego zawodu; ludzie się boją, media nie mają pieniędzy na wielomiesięczne działania operacyjne, w końcu większość chce jakoś z władzą w symbiozie funkcjonować.

Na koniec jeszcze o jednej wadzie omawianej pozycji. Głównym moim zarzutem jest język. Gdy Sumliński skupia się na faktach, analizuje wydarzenia, omawia osoby dramatu, wszystko jest w porządku. Natomiast tylko gdy zaczyna pisać o sobie i o swoich uczuciach, wpada w czułostkową grafomanię. Rozumiem, że konwencja tekstu wymagała połączenia wątków personalnych z politycznymi, bo dziennikarz pisze w końcu o swoim życiu, które sprzęgło się z podskórnym nurtem rzeczywistości władzy. Jednak razi mnie ten emocjonalny ton jego wypowiedzi. Zarzut ten nie jednak na tyle poważny, jaki byłby w przypadku analizy literatury pięknej. „Niebezpieczne związki...” są przede wszystkim świadectwem i rezultatem kilkunastoletniego reporterskiego śledztwa, więc przynależą do piśmiennictwa użytkowego, w którym walory czysto literackie mogą zejść na dalszy plan. I tak potraktujmy ten tekst: czysto informacyjnie, bo jeśli to, o czym pisze dziennikarz, jest prawdą, rzeczywistość, w której żyjemy, jest niezłym bagnem.

Wojciech Sumliński, Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego, WSR, Warszawa 2015, s. 388.

Na wczasy i wycieczki można pojechać prawie wszędzie. Naturalnie, czekają na spragnionych odpoczynku turystów tysiące miejsc w Polsce. Miłośników wypraw zagranicznych, tych bardziej leniwych, zapraszają Egipt, Tunezja, Wyspy Kanaryjskie, a ci preferujący turystykę czynną mogą jeździć chociażby na Ural, do Nepalu, czy nawet do Afryki, w rejony Kilimandżaro. Są również tacy, którym nie wystarcza zwykła podróż, ci muszą dostać zastrzyk adrenaliny. Bez niego ani rusz, krew płynąć będzie leniwie, a nuda wnet zmęczy i pozbawi entuzjazmu. Aby życie miało smaczek… hej do Auschwitz weź plecaczek – chciałoby się zaśpiewać niektórym z turystów ekstremalnych, tym specyficznie zblazowanym gościom, których nic już nie zdziwi, a podniecić może tylko oglądanie wojny, skrajnej nędzy czy reżimu totalitarnego od środka. Jakby książki nie wystarczyły. Nie, im potrzeba pożywić się na ludzkiej niedoli i osobiście pokręcić bekę z ludzkich wraków, żyjących w permanentnym lęku przed terrorem władzy. Szczerze, nie rozumiem, co może być w tym pasjonującego. Ale od początku.

„Tydzień w Korei Północnej” to właśnie zapis takiej specyficznej wyprawy, na którą udał się niemiecki dziennikarz Christian Eistert. Motywację dziennikarza rozumiem, bo zdaję sobie sprawę, że pisanie o dowolnej tematyce jest bardziej wiarygodne, gdy pewne fakty pozna się z autopsji. Poza tym istnieją czytelnicy, którzy interesują się kwestiami KRLD. Dla nich każdy okruch wiedzy będzie cenny, tym bardziej, że nadal wiemy niewiele. Dopisek do tytułu tego reportażu brzmi „1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata”. Czy jest Korea Północna krajem najdziwniejszym, nie wiem. Prowadzenie takiego rankingu jest zresztą bezcelowe. Z pewnością Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, bo tak zapisuje się pełną nazwę tego państwa, należy do krajów najbardziej zbrodniczych. Tutaj już za posiadanie Biblii grozi kara śmierci, a odpowiedzialność za antypaństwowe występki, do których należy na przykład zgięcie gazety na zdjęciu któregoś z przywódców, dotyczy nie tylko „przestępcy”, ale całej jego rodziny w trzech pokoleniach. Niełatwo więc zauważyć, że kraj taki nie może być normalny. Określanie go mianem dziwnego trochę zaciemnia perspektywę, ponieważ sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z Monty Pythonem albo innym kabaretem. Natomiast nie ma niczego kabaretowego w masowych egzekucjach, powszechnym i obowiązkowym donosicielstwie czy łamaniu podstawowych praw człowieka.

Kraj, w którym pięć procent ludności siedzi w łagrach, gdzie dokonuje się eksperymentów biologicznych i torturuje niewinne istoty nie powinien być więc atrakcją turystyczną. Jest w tym fakcie coś głęboko antyludzkiego i najzwyczajniej w świecie nieprzyzwoitego. Eisert, jak wspomniałem, może być usprawiedliwiony, ponieważ on tylko wciela się w globtrotera, który zawędrował do Korei Północnej. I, jak wszyscy inni turyści, obejrzał sobie matrix. Matrix składający się z całkiem porządnych posiłków, pokoi hotelowych, ze ściśle wytyczonych tras, na których trzeba obejrzeć miejsca związane z Kim Ir Senem i Kim Dzong Ilem, wysłuchać pogadanek oraz ileś razy skłonić się przed pomnikiem Wiecznego Przywódcy, który państwem tym rządzi zza grobu od 21 lat. Z wytyczonych tras nie wolno zbaczać, zresztą dbają o to aniołowie stróże ze służby bezpieczeństwa, którzy takiego turysty nie odstąpią o krok i pójdą z nim nawet do toalety, jeśli będzie to konieczne. W tym miejscu aż się prosi o zacytowanie punkowego klasyka, utworu Dead Kennedys – „Holiday in Cambodia”. Jello Biafra, wokalista grupy, w sarkastyczny sposób wyśmiewał w nim świat Zachodu pozornie przejęty sytuacją w Kambodży, i w domyśle – we wszystkich państwach rządzonych poprzez terror. I jeśli wydaje się Wam, P.T. Czytelnicy, że człowiek to istota, która tych najważniejszych granic przyzwoitości nie jest w stanie przekroczyć, jesteście w błędzie. Założyłbym się o sporą kwotę, że znaleźliby się i tacy, którzy gotowi byliby wydać tysiące dolarów za jakieś rekonstruowane pobyty w obozach zagłady. Bo przecież adrenalina, wow, taka ważna. I przekraczanie granic. I wolność wyboru.

Trzeci raz wspomnę, że tłumaczę dziennikarza, bo pojechał tam po fakty, ale nie mogłem nie czuć satysfakcji, kiedy cały spanikowany często wspominał, że za chwilę go aresztują. Autor, oprócz opisywania Korei Północnej, z której ujrzał dokładnie tyle, na ile mu pozwolono, histeryzował, bał się nie tylko tego dziwnego kraju, dziwnych ludzi i dziwnych sytuacji, ale również wody, jedzenia i egzotycznych chorób. Jeśli tak wygląda dzisiaj niemiecki duch, wypada się cieszyć. Zresztą dla tych, którzy przeczytali więcej niż trzy pozycje książkowe dotyczące KRLD, fakty podawane przez reportera będą bardziej niż znajome. Tutaj ciekawy jest przede wszystkim ten turystyczny punkt widzenia, a zaryzykuję stwierdzenie, że jeszcze ciekawszym, chociaż powodującym estetyczne mdłości, jest wątek osobisty autora. Christian Eisert bowiem koncentruje się na sobie i to w takich momentach, w których absolutnie nie powinien. Opisuje własne lęki, traumy, strachy, te małe i te duże i oto staje się nie reporterem, a wypacykowanym, wyniańczonym produktem państwa opiekuńczego. „Tydzień w Korei Północnej” staje się więc mimowolnie dziennikiem z podróży, którego autor coraz bardziej budzi niechęć, a nawet i odrazę. Po co jechał? – zapytać by można.

Początkujący czytelnik wyciągnie z tej pozycji garstkę ciekawostek, niewolnych od kontekstu historycznego. Dziennikarz odrobił więc lekcję i przygotował garść najbardziej potrzebnych faktów, aby jego pisanie nie było tylko kartką z pamiętnika podróżnika. Czytelnik zaawansowany – cóż, może i sięgnie, ale niczego nowego się raczej nie dowie. Pozostaje przyglądać się zagubionemu w północnokoreańskiej rzeczywistości dziennikarzowi - turyście. It's a holiday in Cambodia. It's tough, kid, but it's life. It's a holiday in Cambodia. Don't forget to pack a wife.

Christian Eisert, Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata: reportaż z podróży, tłum. B. Nowacki, wyd. Prószyński i s-ka, Warszawa 2015, ss. 372.

Istnienie mieszczaństwa w Polsce jest kwestią dyskusyjną. Tak samo jest z klasą średnią. W czasach komunizmu ani jedno ani drugie nie istniało, bo przecież nie ma sensu liczyć kilku promili tak zwanych wyższych sfer, tej warszawki, która rozpycha się łokciami w coraz bardziej historycznych opowieściach, a która tak naprawdę z perspektywy całego kraju nie była niczym ważnym. Od początków przemian ustrojowych minęło niespełna trzydzieści lat, a to co się urodziło i pretenduje do miana sfer wyższych niż proletariackie, jest groteską w formie czystej. W dzisiejszej rzeczywistości III RP prym nadają wykorzenione i goniące za wszelakimi zachodnimi modami jednostki, którym wydaje się, że dzięki temu są oryginalne i wolne. Dziś każdemu wolno myśleć, że jest wolny – głoszą słowa zamieszczone z tyłu okładki „Dysforii” Marcina Kołodziejczyka. Ten zbiór ni to reportaży, ni to opowiadań, celnie punktuje wszystkie najważniejsze cechy dzisiejszych mieszczan. Lemingi te sportretowane są jeszcze mocniej i odważniej niż w prawicowej prasie, a za ich niewesoły obraz odpowiada dziennikarz związany z „Polityką”.

W swoim poprzednim tekście zatytułowanym „B. Opowieści z planety prowincja” autor opisywał wstydliwe albo nieznane z perspektywy Warszawy rejony Polski, zwane najczęściej Polską B. Teraz bierze się za bary z samą stolicą, a dokładniej – z ludźmi, którzy ją zamieszkują. I chociaż nie do końca zbiór tych krótkich form koncentruje się na sferach pretendujących do wyższej klasy średniej, to właśnie one wiodą prym w „Dysforii”. Sam tytuł, za Słownikiem Języka Polskiego, oznacza objaw zaburzeń psychicznych polegający na reagowaniu rozżaleniem, złością i agresją na stosunkowo błahe bodźce. I fakt ten łączy bohaterów książki Kołodziejczyka. Są wkurzeni na świat, w którym żyją. Niektórzy z nich pod względem materialnym mają się świetnie. Narzekają jednak na nieudane życie rodzinne, niesprawiedliwość zdominowanych przez kobiety sądów rodzinnych, niedouczonych, zatrutych ideologią psychologów. Ich high-life nie dał im niczego cennego, za czym warto by pójść. Chcieliśta kapitalizmu, to go mata – zdaje się mówić autor.

Zresztą język tych kilkunastu tekstów zasługuje na osobną uwagę. Jako reporter, pracujący od osiemnastego roku życia, autor obdarzony jest słuchem absolutnym. W związku z tą umiejętnością bardzo sprawnie kreuje i odtwarza swoich bohaterów. Ci zaś nie mówią za pośrednictwem dialogów, ale najczęściej mowy pozornie zależnej. Narrator-autor mówi ich językiem, jeśli ci kaleczą polszczyznę, on robi to również, jeśli wplatają do swoich wypowiedzi modne słowa, te wszystkie eventy, account managery czy junior executivy, idzie w ślad za nimi. Postacie „Dysforii”, mówiąc, tworzą niezamierzone efekty komiczne. Dzięki kilkunastu słowom udaje się Kołodziejczykowi spunktować warszawkę lepiej niż setki poważnych, prawicowych artykułów. Mała próbka: jak oni jej gdzieś powiedzą na mieście, w kawiarni przy bezkofeinowej frappe-srappe, z posypką z czekolady o neutralnej zawartości kakaa, że powstał kościół wyznawców kotleta, który będzie, no nie wiem, wspierać feminizm, to ona będzie tam należeć. Takich smaczków jest w „Dysforii” mnóstwo.

Dostaje się więc przede wszystkim tym wszystkim metropolitarnym snobom, którzy czytając Paulo Coelho, wierzą, że to psychologia, a słuchając Kenny’ego G., myślą, że to jazz. Pakiety poglądów, które przyjmują, są absolutnie politycznie poprawne. Jest w nich miejsce na feministyczny i psychologiczny dyskurs społeczny, wrażliwość na cierpienie zwierząt, wczasy w Egipcie czy Wyspach Kanaryjskich, i last but not least, lekturę „Gazety Wyborczej”. Ci dorośli ludzie, tak na oko trzydziestolatkowie, są niedojrzali, spędzają czas na fejsbuku i grają na smartfonach w Angry Birds. Ich związki wypalają się moment po starcie, ich dzieci są tresowane szkółkami tańca, pianinami, skrzypcami i dżu-dżitsu. Autor na szczęście komentarza nie pozostawia, bo przykłady strasznych mieszczan, które pokazuje w „Dysforii”, mówią same za siebie.

Warszawskie realia opisane przez Kołodziejczyka to nie tylko świat tabletów i hond. Bohaterowie niektórych tekstów to ludzie zanurzeni w poprzednim systemie. Albo niedopasowani do niego i odsunięci na boczny tor, albo konformiści, którzy zmieniają partie polityczne – od tej robotniczej do obywatelskiej. Są też reminiscencje z peerelowskiego dzieciństwa. Czytając szczególnie te momenty, nie mogłem odeprzeć wrażenia, że w podobny sposób już ktoś pisał. Mam na myśli Marka Nowakowskiego i nie czynię autorowi zarzutu, bo przecież nie ma tutaj mowy o żadnym plagiacie. Podobieństwem jest warszawskość tej prozy i umiejętność słuchania. Kołodziejczyk jedną nogą znajduje się jeszcze w reportażu, drugą zaś w prozie fabularnej – trudno oddzielić jedno od drugiego. „Dysforia” jest trafioną diagnozą metropolitarnej tkanki społecznej w państwie postkolonialnym. Jak mówi jeden z bohaterów: tu jest miasto, tu ludzie robią sobie krzywdę, jeśli się zbyt do siebie zbliżą.

Marcin Kołodziejczyk, Dysforia. Przypadki mieszczan polskich, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2015, ss. 285.

Szczepan Twardoch nie lubi swoich wczesnych tekstów. Można ten fakt łatwo zrozumieć, gdy sięgnie się po jedne i drugie. Cezurą jest tutaj „Wieczny Grunwald”, jedną nogą stojący jeszcze w przeszłości, drugą zapowiadający już to, co będzie dzisiaj znakiem rozpoznawczym autora: zamiłowanie do awangardy i mętne raczej postacie bohaterów. Bez bicia przyznam się, że „Morfiny” jeszcze nie czytałem, ale jestem po lekturze „Dracha”. No i co? No i nico. Niby wszystko na swoim miejscu, czyta się nieźle, ale gdzieś ulotnił się ten charakterystyczny duch elegancji, który przyświecał wczesnym tekstom autora. Dlatego z niekłamaną przyjemnością sięgnąłem po „Prawem wilka”, tom zawierający cztery opowiadania Twardocha, napisane w czasie, gdy pisarz nie wstydził się jeszcze słów takich jak honor, tradycja i wiara. Utrzymane w poetyce fantastyki grozy teksty są naprawdę udane, sprawnie opowiedziane, trzymające w napięciu, a co najważniejsze, niegłupie. Trudno je czytać tylko z poziomu fabularnego, bo roi się w nich od historycznych odniesień, i to właśnie siła tej prozy.

Świat przedstawiony opowiadań Twardocha zawartych w niniejszym tomie, jak sygnalizowałem na początku, jest niezwykle elegancki. Jego estetyka wynika z porządku etycznego. Gdy autor odwołuje się do czasów przedwojennych, widać to szczególnie wyraźnie. Ale nawet w tych tekstach, których akcja rozgrywa się po „wyzwoleniu”, czuć tęsknotę za harmonią świata. Samotny mściciel z tekstu tytułowego, żołnierz wyklęty, wzorowany na tych nielicznych bohaterach, którzy po skończonej wojnie nie złożyli broni, a prali czerwonych, zagubi się w swojej zemście. Pójdzie zbyt daleko, nie dlatego, że zabije nie tych, co trzeba, ale zadrze z siłami, z którymi za żadne skarby paktować nie powinien. Tak samo będzie w przypadku esbeka z „Żywotu i śmierci świętego Felicjana”, który wejdzie w rzeczywistość, która w myśl światopoglądu opartego na myśli Marksa i Lenina, istnieć nie powinna. W przedwojennym świecie zaś spotkamy dwóch literatów, każdy z nich to niespełniony pisarzyna, żałosny w swej małości, ale marzący o potędze jak każdy.

U Twardocha groza nie jest najważniejszym elementem rzeczywistości. Gdyby jej nie było, można by wyobrazić sobie równie udane teksty. Ona jednak przypomina o porządku, który woła o sprawiedliwość. Groza nie jest tutaj więc tylko rozrywką dla zgłodniałych niesamowitości małolatów wychowanych na wampiryzmie i infantylnych czarodziejach z różdżką. Jest ona skutkiem zadarcia z siłami, o których mówić nie można, a które rozdrażnia moralna niegodziwość. Jakże inna wizja od tych snutych na trujących kartach powieści młodzieżowych. Bo spotkanie z duchem nigdy nie może skończyć się letnio. Paktując z ciemnymi mocami, bohaterowie Twardocha nie pozostaną bez szwanku. To nie „Zmierzch”, w którym można pokochać bestię, a ta okaże się wrażliwa, eko i wege. Opowiadania te wykorzystują raczej chwalebną tradycję dziewiętnastowiecznych nowel grozy, w których zło i mrok pozostają nimi, a nie są igraszkami dla znudzonych nastolatek.

Ta moralna jednoznaczność stanowi chyba najbardziej atrakcyjny element opowiadań Twardocha. Zło pozostaje tutaj złem, obojętnie czy ma twarz wczesnego, stalinowskiego oblicza Polski Ludowej, czy spasioną mordę późnego PRL-u, w którym nie żyje już ksiądz Popiełuszko, a słońce świeci przez okulary spawacza. Komunizm jest oceniony tutaj jednoznacznie i żadne hamletyzowanie Geremków i Michników nie zaciemnia jego potworności. Pisarskie rzemiosło również może okazać się zgubne, zwłaszcza gdy brakuje talentu, a nadwątloną karierę chce ratować się paktom z siłami diabelskimi. Bohaterowie Twardocha, ci chudzi literaci, zazdroszczą tym grubym i w związku z tym dają się skusić na piekielne oferty. Bywa tak, że sytuacje, w których się znajdą, zyskają niemal kafkowską gęstość, jak w opowiadaniu zatytułowanym „Maniera tenebrosa”. Inne zaś, te z „Ronda na maszynę do pisania, papier i ołówek”, będą przypominać pętlę czasową. Twardochowym bohaterom nie ma co zazdrościć, w końcu to postacie tragiczne, nawet gdy zdecydują się na heroizm.

Szczepan Twardoch, Prawem wilka, wyd. Supernowa, Warszawa 2008, ss. 287.

Bieszczady – kraina włóczęgów, utracjuszy, wyludniona po wojnie z powodu akcji Wisła. Terytorium, do którego prawa roszczą sobie ukraińscy nacjonaliści, wyrzuceni z publicznego dyskursu skutkiem politycznej poprawności. Miejsce, które przed 1945 rokiem zaludnione było gęściej niż dzisiaj, w epoce smartfona i komputera z nadgryzionym jabłkiem. Miejsce romantyczne, pełne ciekawych, niekiedy niesamowitych opowieści. Aż prosiło się o reportaż. I stało się tak kilka lat temu, gdy Krzyszrtof Potaczała wydał pierwszą część „Bieszczadów w PRL-u”. Seria okazała się płodna i obok części drugiej, która jest przedmiotem tego tekstu, w ostatnich tygodniach ukazała się również część trzecia. Czy będą następne? W każdym razie materiału jest sporo i warto sięgnąć po wszystkie z wymienionych. Autor znany jest już z biografii legendy punk rocka, ustrzyckiego KSU, teraz zabiera nas w podróż po górach.

Nie mamy do czynienia z przewodnikiem turystycznym, próżno szukać w tym zbiorze opisów górskich szlaków czy architektonicznych atrakcji. Nie są też „Bieszczady w PRL-u” kompilacją, skądinąd ciekawych, legend i ludowych opowieści. Głównym bohaterem tych reportaży jest człowiek. W każdej niemal odsłonie. Mamy więc wspomnienia o komunistycznym generale Świerczewskim, a co ciekawsze, krótkie dzieje jego muzeum w Jabłonkach, które w upadającej Polsce Ludowej stało się oczkiem w głowie jaruzelskiej władzy. Opowiada kustosz placówki, że dosłownie po kilku latach, po Okrągłym Stole, została ona zamknięta. Dziwne, że premier Mazowiecki tutaj nie zastosował swojej polityki grubej kreski, którą uratował od społecznej infamii tysiące sowieckich szpiegów i byłych esbeków. Okazało się, że tę rzecz można poświęcić. Pomnik w Jabłonkach stoi nadal i nie zanosi się na jego demontaż.

Są również w tej książce obecni młodzi marksiści, naiwne komunistyczne, lewackie studenciny organizujące się na Otrycie wokół Chaty Socjologa. Potaczała okazuje się rasowym reporterem, bo słucha swoich rozmówców, nie oceniając ich wyborów. Takie czasy – zdaje się mówić i osąd zostawia swoim czytelnikom. Bieszczady nie istnieją w tych tekstach tylko jako tło do politycznych zmagań, są miejscem, które w epoce gierkowskiej przyciąga robotników z całego kraju. Powstaje tutaj kombinat drzewny w Ustrzykach Dolnych, jeden z większych w regionie. gigant, który eksportuje swoje wybory za granicę. Jego losy są jednak smutne i stają się symbolem większości polskiego przemysłu, rozmontowanego kilkoma decyzjami w latach 90. Ruiny kombinatu straszą do dzisiaj. Jednym z bardziej egzotycznych pomysłów gospodarczych, opisanych na kartach „Bieszczadów w PRL-u”, jest wojskowy PGR, prowadzony z powodzeniem przez oddelegowanych do tego celu żołnierzy. Ci, powołani na dwa lata do służby zasadniczej, ponoć wstydzili się swojego zajęcia, ale mieli lżej niż tradycyjne jednostki poligonowe.

Bieszczady w PRL to nie tylko reżim i jego słudzy. To również miejsce, w którym w ciągu jednej nocy wybudowano kościół. Ciekawe, czy budowa ta trafiła do Księgi Rekordów Guinessa, bo – trzeba to przyznać – świątynia postawiona w Nowosiółkach koło Baligrodu – a raczej tempo jej montażu i cała konspiracja, musiała robić wrażenie. I robią do dziś, tym bardziej, że w przesłuchaniach nikt nikogo nie wsypał. Obowiązywała bowiem zasada trzech małpek: nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie powiem. Udało się, władze kościoła nie rozebrały. Jeszcze innym ciekawym wątkiem opisanym w zbiorze jest kwestia linii kolejowej Zagórz – Przemyśl, która prowadziła przez terytorium Związku Sowieckiego. Pasażerom nie wolno było otwierać okien, fotografować, tym bardziej niczego wyrzucać na zewnątrz. Jeden papierek za oknem skutkował kilkugodzinnym postojem i drobiazgowym śledztwem. „Winnych” nie zawsze dawało się ustalić, system wówczas już dogorywał. Co ciekawe, linia ta czynna była aż do roku 2010, gdy ZSRS dawno już nie było. Prowadziła przez Ukrainę.

„Bieszczady w PRL-u” to zbiór historii, śmiesznych, jak ta o pociągach pod specjalnym nadzorem, zaskakujących, jak ta o pracach nad bombą wodorową – naturalnie, prowadzonych w Bieszczadach, ale przede wszystkim bardzo ciekawych. Specyfika tego regionu, jednego z najbiedniejszych w Polsce, jest na tyle interesująca, że jeszcze dzisiaj przyciąga autsajderów, wyrzutków, melancholijnych wędrowców, a przede wszystkim ciekawych ludzi, z których każdy stanowi osobną opowieść.

Krzysztof Potaczała, Bieszczady w PRL-u. Część druga, wyd. Bosz, Olszanica 2013, ss. 247.

Kto narzeka na Dana Browna, że swoje powieści zagadek okrasza antychrześcijańskimi konceptami, może spokojnie odetchnąć. Nie, Dan Brown się nie nawrócił. Podobnie mogą postąpić ci, dla których lektura dzieł Umberto Eco wydaje się zbyt karkołomna. Rzadko się bowiem zdarza we współczesnej kulturze, aby popularne teksty literackie były zgodne z katolickim punktem widzenia. Przy czym udaje się autorowi odejść od moralizowania i kościółkowego klimaciku. W przypadku Jeana Raspaila to nie dziwi, bo dla autora katolicyzm to synonim cywilizacji, a ta nie zawsze bywa grzeczna i ułożona. Częściej jest ekspansywna, narzucając niewiernym swój punkt widzenia, a od swoich wyznawców wymaga męstwa, wojowniczości rozumianej dosłownie jako wola i fizyczna siła. Tak było w „Obozie świętych” – powieści-manifeście, która rozprawiała się z mitem multikulturowości. „Oczy Ireny”, wydane we Francji w 1984 roku, są utworem zupełnie innym, co nie znaczy, że wolne są od chrześcijaństwa. Ono jest dla Raspaila jak powietrze, jego bohaterowie funkcjonują w nim jak w naturalnym środowisku. Nawet, gdy chodzi o akcję powieści na poły realistycznej, na poły fantastycznej, którą są „Oczy Ireny”.

Nieprzypadkowo we wstępie pojawiły się nazwiska Browna i Eco. Powieść Raspaila ma bowiem coś z powyższych, natomiast nie epatuje wulgarnym mitotwórstwem antykatolickim, jak u Amerykanina. Od Włocha różni ją zaś brak nadmiernego przegadania, zwanego przez mądrych tego świata mianem intelektualizmu. Mamy więc do czynienia z prostą opowieścią na jeden wieczór? Z opowieścią, która niczym cep lub kłonica wbije do głów pewne moralne idee?

Mamy w niej do czynienia z zagadką. Mianowicie, jest sobie główny bohater, Fryderyk Pons – pisarz i akademik. Ma on przyjaciela, który trzydzieści lat temu wstąpił do zakonu benedyktynów. Teraz, w tajemniczych okolicznościach, znika z klasztoru i zamieszkuje w odludnej latarni morskiej. Główna postać powieści, wraz z poznaną młódką o imieniu Alda, wyrusza jego tropem. I chociaż zarys fabuły może być dla niektórych banalny, w miarę rozwoju akcji wcale tak nie jest. Raspail mierzy się w „Oczach Ireny” z kilkoma gatunkami prozy. Oprócz powieści zagadek, w której subtelnie zarysowana fantastyka łączy się z realistycznym tłem, mamy w niej również elementy romansu. Tak, to nieczęste u tego francuskiego piewcy jeźdźców Apokalipsy. Pisarz podchodzi do tej materii ostrożnie, niekiedy wpadając w czułostkowy sentymentalizm, natomiast nie przekracza granicy niesmaku. Za ewidentną zaletę jego utworu trzeba uznać fakt, że prawie nie ma w nim scen erotycznych. A te, które są, zupełnie pomijają danie główne, sygnalizując zaledwie, że coś takiego przed chwilą się odbyło. Nieczęste i szlachetne ze strony autora posunięcie. Fryderyk Pons ma pięćdziesiąt lat, jest siwy i nosi wąsy, jego kochanka jest o połowę młodsza – szczęściem czytelnika jest więc oszczędzenie przez Raspaila niesmacznych szczegółów pożycia rzeczonej pary.

Ciekawe jest oszczędnie zarysowane tło powieści. Czas, w którym dzieją się wydarzenia, jest niedookreślony, zbliżony zapewne do roku powstania tekstu. Dwoje bohaterów, podróżujących po prowincjonalnych terenach współczesnej Francji, cieszy się niezmiernie z faktu, że nie musi tej współczesności oglądać. Skupieni na sobie i na zagadce, którą chcą rozwikłać, powieściowi Fryderyk i Alda, kilka razy natykają się na skrzeczącą pospolitość. A to rolnicza demonstracja, a to bliżej nieokreślone zamieszki – dzieci pokolenia ’68 odbywają swoje ponure bachanalia. Francja prowincjonalna stanowi z jednej strony katolicki azyl, w którym bohaterowie zanurzają się w całości, chodząc na msze do kościoła, czy rozmawiając na tematy wiary. Z drugiej zaś jest dowodem na porewolucyjne skarlenie tego niegdyś rycerskiego narodu. Nawet łodzie rybackie w bretońskim porcie noszą imiona antybohaterów roku 1789. Arystokratyczna mentalność obojga uczestników zdarzeń każe im gardzić tą gnijącą współczesnością.

Jeśli jesteśmy przy bohaterach, warto przyjrzeć się również kobietom. Są rzadkością w świecie Raspaila, toteż interesujące jest, w jaki sposób autor poradził sobie z tą kwestią. Istoty żeńskie w męskim świecie Fryderyka Ponsa to przede wszystkim estetyka. Odczucie piękna kobiecego wdzięku to podstawowy mechanizm, któremu ulega główna postać „Oczu Ireny”. Alda, bohaterka, z którą protagoniście powieści przyjdzie się rozstać, to piękno niewinne, czyste i nieskalane. Jest również Julia, Murzynka pracująca w zagadkowym Zajeździe Książąt. Ta z kolei emanuje zwierzęcością i dzikością. W końcu bohaterka tytułowa, o której wiemy najmniej. Aby cokolwiek o niej napisać, trzeba by zdradzić sekrety fabuły, więc ograniczę się do słów, z których wynika, że mamy do czynienia z postacią tajemniczą, rodem z fabuł powieści gotyckich.

I jedna kwestia na koniec. Świat, który opisuje Raspail, nie istnieje. W każdym razie dla mieszkańca Europy Środkowej jest on nie do uchwycenia. Stanowi konglomerat Tradycji, dłuższej niż nasze tysiąc lat chrześcijaństwa, magnackiego poczucia wyższości i pogardy dla zwyczajności, oraz tego specyficznego poczucia piękna, które każe celebrować każdy moment, tak jakby był on dziełem sztuki. Z tego względu lektura „Oczu Ireny” może drażnić. Natomiast za jakiś czas z pewnością spojrzymy na ten świat z tęsknotą. Kiedy to będzie, nie powiem, pisałem już o tym przy okazji „Obozu świętych”.

Jean Raspail, Oczy Ireny, tłum. B. Biały, wyd. Dębogóra, Dębogóra 2014, ss. 328.

Ziemiańskich świadectw przeszłości ukazało się w Polsce sporo. Jako że w sferach tych pisać i czytać umiano, wiele przelewano na papier. Również świadomość narodowa, rozbudzona odpowiednim wychowaniem i lekturą, powodowała, że ziemiańskie pamiętnikarstwo jest nie tylko spojrzeniem w ciekawe obyczaje, ale stanowi też świadectwo miłości ojczyzny i troski o jej sprawy. Czasy zaborczej niewoli to okres rozkwitu tego typu twórczości, w której odbijał się cały ówczesny mikrokosmos rzeczywistości przełomu wieków XIX i XX. Piszący właściciel folwarku i pałacu nie był więc niczym osobliwym. Co innego chłop. Ten jeszcze ponad sto lat temu nierzadko nie poczuwał się do bycia członkiem wspólnoty narodowej, patrząc często tylko na czubek własnego nosa i za najważniejszą wartość uznając materialne przetrwanie. Z tego względu ewenement stanowią „Pamiętniki włościanina” spisane przez wieloletniego wójta Dzikowa, Jana Słomkę. Są chłopskim spojrzeniem na rzeczywistość Polski drugiej połowy XIX wieku i początków kolejnego stulecia.

Jan Słomka większość swojego życia spędził w Dzikowie. Dziś to dzielnica Tarnobrzega, nowe blokowisko przy szosie wylotowej na Sandomierz. Wówczas – osobna wieś leżąca na krańcach zaboru austriackiego. Autor urodził się cztery lata przed niesławną rabacją galicyjską, podczas której podjudzeni przez Austriaków chłopi wymordowali nawet do trzech tysięcy Polaków, w tym właścicieli ziemskich, urzędników i księży. Ten krwawy fakt jeszcze pięćdziesiąt lat później dzielił społeczeństwo Galicji, co dobrze pokazał w „Weselu” Wyspiański. Połowa dziewiętnastego stulecia to czas biedy, ale przede wszystkim ciemnoty, którą na kartach swojego pamiętnika krytykuje Słomka. Może czytelnik o poglądach lewicowych zżymać się na autora, który nierzadko potępia swoich włościańskich ziomków, a oddaje sprawiedliwość właścicielom gruntów, Tarnowskim. Taka jednak prawda: chłopi w większość stanowili żywioł nieprzewidywalny, wiedziony różnymi przesądami, związanymi również z gospodarowaniem. Stąd z początku zdziwienie, a potem zazdrość wieśniaków, którzy nie rozumieli nowoczesnego rolnictwa; takim zaś interesował się Jan Słomka.

„Pamiętniki włościanina” nie są jednak tylko zapiskami dotyczącymi uprawy ziemi i hodowli zwierząt. Kwestie te zajmują tylko pewien ich wycinek. Najciekawsze elementy omawianej pozycji stanowią obserwacje etnograficzne i społeczne. Słomka poświęca sporo miejsca na opis codziennej egzystencji chłopów: na wygląd domów i sprzętów codziennego użytku, ubiory, zajęcia takie jak gotowanie i pranie. I jak to bywa w małych społecznościach, dużą rolę odgrywał tu swoisty konserwatyzm objawiający się niechęcią do nowinek. Autor opowiada, jaką sensacją stało się w Dzikowie kupno zegara: rzecz jednak zaraz się wydała, bo dzieci, bawiąc się na drodze pod ścianami naszego domu, posłyszały wydzwanianie godzin. Zrobiły alarm i w mig po całej wsi poszła wiadomość: „U Słomki zegar!”. Początkowa nieufność i oskarżenia o „pańskość” życia powoli zmieniły się w akceptację; narrator stwierdza, że po latach posiadanie domowego chronometru stało się standardem. Naturalnie, pisze autor również o jedzeniu. Mięso czerwone i białe jedzono od święta, częściej na stół trafiały ryby, których spożywano więcej niż dzisiaj. Podstawą pożywienia były kasze, kapusta, potrawy mączne, ziemniaki.

Inną interesującą kwestią opisywaną przez Słomkę są stosunki chrześcijańsko-żydowskie, oparte na wzajemnych próbach sił, dalekie od politycznie poprawnej wersji, którą sprzedaje się odbiorcom większości przekazów medialnych. Żydzi zarzucali katolikom, że ci się w nich wyśmiewają, często nie rozumiejąc ich wiary i obyczajów. Natomiast ludność chrześcijańska narzekała na wyzysk ekonomiczny: lichwę, monopol handlowy czy wykupywanie zadłużonych nieruchomości. Narzekano również, w tym z ambon, na rozpijające chłopów karczmy, które w większości pozostawały w rękach żydowskich. Podziwia Jan Słomka spryt i gospodarność Żydów, cechy, których jego zdaniem brak było jego rodakom: nigdy nie widziałem ani słyszałem, by który z nich wyprawiał bale, które we dworach szlacheckich były częste, nie trzymali też takiej drogiej administracji, która cały dochód zabiera, ale gospodarzyli czasem może aż z przesadną oszczędnością.

Pamiętnik Jana Słomki jest również, o czym wspomniałem z początku, świadectwem patriotyzmu i świadomości narodowej, której często wówczas chłopom brakowało. Jak wskazuje przykład autora, nie było to nieosiągalne i będąc włościaninem, można było z powodzeniem nie tylko mieć pojęcie o otaczającej rzeczywistości, ale również na tę rzeczywistość wpływać. Co nietypowe, jak na przedstawiciela naszego narodu, Słomka miał jednoznacznie złe zdanie na temat alkoholu, uznając go za współczesną plagę i powód większości nieszczęść na świecie. Autor jednak nie narzeka na trudne warunki, w których przyszło mu żyć. Podaje siebie za przykład człowieka, który za sprawą ciężkiej pracy, wytrwałości, oszczędności i wierności zasadom moralnym osiągnął sukces. Nie tylko rozwijał gospodarstwo, czy utrzymał się na stanowisku wójta przeszło czterdzieści lat, ale wykształcił syna, który skończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Jan Słomka, Pamiętniki włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych, wyd. MBP, Tarnobrzeg 2012, ss. 363.

Niedawno zdarzyło mi się opisywać pewien poświęcony syberyjskim szamanom reportaż napisany przez dwójkę dziennikarzy, Jastrzębskiego i Morawieckiego. Tak się jednak stało, że przed jego lekturą przeczytałem inny tekst, autorstwa Wojciecha Grzelaka, już na tym blogu recenzowanego. Mowa o wydanym kilka lat temu zbiorze reportaży zatytułowanym „Szamani, mumie, ałmysy”. Z początku planowałem dokonać ich porównania, ale postanowiłem opisać każdy z osobna. Również dlatego, że to, co napisał Grzelak, jest lepsze od szerzej promowanego dziełka wyżej wymienionych twórców. Ci ostatni na Syberii byli przez kilka tygodni, Grzelak zaś dzieli swój czas pomiędzy Polskę a Republikę Ałtaj, gdzie przez sześć miesięcy w roku mieszka i pracuje. Choćby z tego względu jego teksty są bardziej wyraziste. Autor może pozwolić sobie na odwiedzenie miejsc i ludzi, których Jastrzębski i Morawiecki z pewnością by nie spotkali. Widać, że porusza się po Ałtaju jak u siebie i dzięki temu łatwiej przenosi nas w ten nieznany nam świat.

Ten autentyzm powoduje, że nie czyta się „Szamanów, mumii, ałmysów” jak zapisków zabłąkanego turysty, czy przechwalającego się mitomańskiego „kolosa”, który nie ruszał się nigdzie bez reklam na sportowej kurtce. Grzelak jest w Ałtaju zadomowiony. A tam, z tego co pisze, mogą nas spotkać przeróżne dziwne przygody. Sam nie wiem, jak traktować te wszystkie cudowności, które opisuje autor. Zaczyna się od tytułowego ałmysa, czyli syberyjskiego yeti. Ten śnieżny człowiek ma podobno zdolności telepatyczne i potrafi wywołać u spotkanych osób paniczny, niedający się wytłumaczyć racjonalnie lęk. Grzelak opisuje historię tajemniczej łapy mogącej należeć właśnie do ałmysa. Ten znaleziony fragment ciała nieznanego zwierzęcia czy yeti został przesłany do jednostki badawczej w Moskwie i już się nie odnalazł. Współczesna legenda? Fantazja opowiadających? Zbiorowa hipnoza czy po prostu wyssane z palca bzdury? Rzecz absolutnie nie do zweryfikowania, aczkolwiek napisana niezwykle sugestywnie zgodnie ze wszystkimi regułami reporterskiego rzemiosła.

Ważne są również mumie, które archeolodzy odnajdują w starodawnych kurhanach. Na przykład tajemnicza ałtajska księżniczka, z której powodu niektórzy – jak głosi inna legenda – udali się na tamten świat. Wystarczy przypomnieć sobie historię klątwy faraonów. No i szamani, którym poświęca autor również sporo miejsca. Ci z kolei przeżywają renesans własnej religii, do lat 90. tłumionej przez władze sowieckie. Teraz odżyli i mogą praktykować swoje rytuały. Dla zachodnich racjonalistów ich występowanie to dowód schorzeń psychicznych; objawy kamłania (czyli szamanienia) przypominają epilepsję, w dodatku szamani są z natury pobudzeni i znerwicowani. Dla niejednego mieszkańca Syberii ich obecność jest oznaką występowania świata duchów. Religioznawca Mircea Eliade, na którego powołuje się Wojciech Grzelak, twierdził, że szamanizm jest specyfiką Syberii i środkowej Azji. Fakt, to bardzo stara religia, jedna z najstarszych na świecie, tajemnicza i niebezpieczna dla tych, którzy będą chcieli się za jej pomocą bawić w magię.

Oprócz opisywania tych fenomenów, obok których sygnalizuje jeszcze UFO i tajemnicze znaki na górach zapowiadające wypadki, autor niejednokrotnie schodzi na ziemię. A gdy to czyni, nie ucieka przed krytyką współczesnej Rosji, do czego przyzwyczaił czytelników w „Grze z Rosją” czy „Rosji bez złudzeń”. Z zainteresowanego starymi kultami reportera przeistacza się w trzeźwo patrzącego na naszego wschodniego sąsiada dziennikarza. Dziś, gdy nawet Depardieu z Moskwy ucieka, a nasi dyżurni rusofile jakby ucichli, głos Grzelaka wydaje się mniej niepoprawny politycznie jak parę lat temu. W tych realistycznych obrazkach mamy opisane pełne spektrum wad: azjatycki „bardak”, nepotyzm, specyficzne podejście do człowieka i natury, a przede wszystkim uleganie historycznym mitom, w myśl których Rosja zwyciężyła faszyzm, a wszyscy naokoło powinni być wdzięczni ZSRS za pięćdziesiąt lat żelaznej kurtyny i tłumienia wolności w Europie Środkowej. Miejsce poświęca autor również potomkom Polaków, którzy utknęli dawno w tych „najdalszych kresach”.

„Szamani, mumie i ałmysy” nie są więc tylko reportażem poświęconym syberyjskiej religijności pogańskiej, ale opowiadając o niej w głównej mierze, rozgałęziają się w przeróżne dygresje. Melchior Wańkowicz zdefiniował reportaż jako mozaikę faktów, co doskonale widać w tym zbiorze. Fakty przenikają się między sobą, tworząc barwny kobierzec, w którym znajdziemy opisy współczesnej Rosji, tajemnicze opowieści i obyczajowe obserwacje z życia zwykłych ludzi. Pisanie Wojciecha Grzelaka jest również współczesnym odczytaniem romantycznej ballady: dziejącej się na prowincji niesamowitej historii, w której to natura rządzi człowiekiem, nie na odwrót. My, ludzie Zachodu, zatraciliśmy w dużej mierze symboliczne i metaforyczne spojrzenie na rzeczywistość, co jest na Syberii normą. I to albo my jesteśmy ślepi i głusi, albo tamci są przesądni i zabobonni. Innej możliwości nie ma. Bo jak mówi stary szaman, cytowany przez autora: Są miejsca, gdzie lepiej nie przebywać w pewnych momentach. Są w wielu częściach Ziemi, ale na Ałtaju potrafią szczególnie dać się we znaki (…). Można je wyczuć, ale nie zobaczyć. Nie wszystkie są dobre.

Wojciech Grzelak, Szamani, mumie i ałmysy. Tajemnice z serca Azji, wyd. KOS, Katowice 2006, ss. 302.

Jesteśmy mniejszością. Wymieramy, a co więcej, nie da rady odwrócić tego procesu. Mimo że jest nas coraz mniej, wstydzimy się własnej tożsamości. Bo jesteśmy biali. Być białym to wstyd i obciach. Być białym, to hajlować w zaciszu własnego mieszkania. Być białym, to tłumaczyć się kolorowym, dlaczego tacy się urodziliśmy. Aby nie być faszystą, będąc białym człowiekiem, należy przy każdej nadarzającej się okazji bić się w piersi i przepraszać. Murzynów, Latynosów, Hindusów, nie zaszkodzi również Marsjan i mieszkańców innych galaktyk (jeśli tacy istnieją). Tylko wtedy można zrzucić z siebie klątwę bycia członkiem rasy białej. Zaraz, zaraz, postępowcy twierdzą, że podobno nie ma ras. A skoro tak mówią, to dlaczego przepraszamy za coś, czego nie ma? Jeśli zauważasz różnice w wykształceniu między białymi a czarnymi, na korzyść tych pierwszych, jesteś plugawym naziolem i z pewnością zainteresuje się Tobą najbliższa bojówka Antify. Bo nie ma ras. Jeśli z drugiej strony twierdzisz, że biali powinni przepraszać czarnych, wtedy jesteś postępowy i każdy lewak poda Ci swoją wrażliwą dłoń. Pomimo faktu, że przecież nie ma ras.

A co by się stało, gdyby nagle do granic naszego kontynentu zapukał milion śniadych uchodźców? Co byśmy zrobili, gdyby jednego dnia u wybrzeży Francji pojawiło się sto statków? Na każdym dziesięć tysięcy ludzi – biednych i zdeterminowanych, aby pożywić się naszym dobrobytem. Ucieklibyśmy w panice, czy podali biedakom pomocną dłoń i wyrzekli poprawną politycznie chrześcijańską formułę „dobrze, że jesteś bracie”? Nie musimy się nad tym dylematem zastanawiać, bo już wpuściliśmy do Europy nie milion, ale dziesiątki milionów obcych, którzy nie uszanowali swoich gospodarzy, ale kazali im wstać od stołów i sami zajęli ich miejsce. To już się stało, a o zagrożeniu tym pisze w „Obozie świętych” Jean Raspail. Ten francuski pisarz, ekscentryk, monarchista i dandys, rocznik 1925, jest obrońcą wiary katolickiej (w trydenckim rycie i dalekiej od ekumenizmu) i wartości konserwatywnych. Może dlatego nie jest tak znany w naszym kraju: nieliczne polskie tłumaczenia jego powieści to mały odsetek jego dorobku.

„Obóz świętych” rozpoczyna się wieścią, że oto od wybrzeży Indii wyruszyły okręty wiozące całą masę uchodźców. Kierują się do Europy, gdzie trwa karnawał oczekiwania na dobroczynność. Festiwal ten, pełen szlachetnych słów i deklaracji, podsycają media. Dziennikarze, politycy, aktywiści społeczni z pokolenia 68 (powieść powstała w 1973 roku) prześcigają się w pięknych słowach o altruizmie, humanitaryzmie i tolerancji. Następuje cała seria biczowań za grzechy białego człowieka. Milion uchodźców to wyrzut sumienia tych, którzy jeszcze niedawno kolonizowali i narzucali innym nacjom swoją religię, filozofię życia i systemy gospodarcze. Oferowali perkal i paciorki za bogactwa naturalne. Raspail ironizuje z podobnego humanitaryzmu, uznając go za oznakę słabości i symptom śmierci cywilizacji. Rysuje groteskowych w swojej lewicowej wrażliwości bohaterów, od których nie jest wolna nawet armia. Bo ta, zamiast strzelać, rozpierzcha się na cztery strony świata. Oficerowie zalewają się łzami, widząc martwe ciała tych, którzy wcześniej zagrażali integralności państwa. Politycy są niewładni, wszystkie decyzje pozostawiając na ostatnią chwilę. Osamotniony prezydent Republiki jest zbyt słaby, aby mieć wpływ na państwowych oficjeli. Ci zaś oczarowani są społeczną solidarnością, twierdząc, że przecież wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi.

Jednak mam z tą powieścią problem. Jestem biały, ale jestem też Polakiem, a my nie mieliśmy kolonii zamorskich, nie paliliśmy innowierców na stosach, nie zmuszaliśmy żydów do przyjęcia chrztu, nie wprowadziliśmy rządów monarchii absolutnej. Co więcej, nasi żołnierze w wieku XIX pomagali Murzynom walczyć na Haiti, w rezultacie czego powstała pierwsza czarna republika na świecie. Tworzyliśmy multikulturalne społeczeństwo o wiele wcześniej, niż Zachód wpadł na ten pomysł. Tworzyliśmy je o wiele mądrzej, przedkładając asymilację nad automatyczną imigrację. Polska, o czym zapominają wszyscy bijący się w piersi wrażliwcy społeczni, nikogo nie podbijała. Król Belgii, Leopold II, zabił w Kongu kilka milionów autochtonów. Anglicy, Niemcy, Holendrzy, Francuzi, wszyscy oni i inni jeszcze, mają na sumieniu zbrodnie, zniewalanie, rabunek dóbr kultury i bogactw naturalnych. Stworzyli dzięki temu społeczeństwa bogate, syte i zadufane w sobie. Postawa Raspaila, chociaż autor buduje słuszne wnioski i zauważa realny problem, z którym dzisiaj Zachód sobie nie radzi, jest pełna pychy. To bunt przeciw lewicowej wrażliwości społecznej, którą osobiście widzę jako fałsz najedzonych i uposażonych.

Lektura „Obozu świętych” nie jest łatwa, drażni i prowokuje. Autor nie pozostawia suchej nitki na słabym białym człowieku, który posiadając postkolonialny kompleks byłego najeźdźcy, pozwala na wtargnięcie do swojego domu dzikim hordom. Co więcej, ten pełen frazesów o przyrodzonej dobroci rodzaju ludzkiego obywatel, ucieka i pozostawia swoje posiadłości na żer przyjezdnych. Nie zazdroszczę zachodnim Europejczykom, bo ich sytuacja w przyszłości rysuje się tragicznie. Mają to, na co przez całe wieki pracowali. A powieść Raspaila o tym opowiada. Dzisiaj pałamy świętym oburzeniem (lecz niczym więcej), widząc, gdy żołdacy Państwa Islamskiego niszczą antyczne zabytki w Syrii i Iraku. Gdy za kilkanaście lat podobni fanatycy spalą Luwr i naszczają na ołtarz Notre Dame, zrobimy dokładnie to samo. Zawrzemy z oburzenia i uciekniemy w panice. Fakt, my biali, nie jesteśmy bez grzechu, ale przestaliśmy się bronić. Diagnoza francuskiego pisarza nie pozostawia nam złudzeń: przestaliśmy wierzyć w cuda, więc podbija nas cywilizacja, która w cuda wierzy.

Jean Raspail, Obóz świętych, tłum. M. Miszalski, wyd. Fronda, Warszawa 2015, ss. 383.

Detroit w stanie Michigan to miasto specjalnej troski. Niegdyś stolica przemysłu motoryzacyjnego, siedziba legendarnej korporacji General Motors. Dzisiaj miasto zrujnowanych fabryk i rachitycznego przemysłu. Niegdyś dwumilionowa metropolia, jankeska ziemia obiecana, do której ciągnęły pielgrzymki robotników z całych Stanów. Dziś liczące siedemset tysięcy głów upadające miasto, w którym czterdzieści procent budynków stanowią pustostany. Niegdyś przestrzeń zaludniona głównie przez białego człowieka, w której czarnoskórzy obywatele USA mieścili się w dziesięciu procentach. Dziś proporcje te zostały odwrócone, biali uciekli poza Detroit, w ścisłym zaś centrum króluje mentalność getta przyniesiona przez afroamerykańską subkulturę nic nierobienia i wyciągania zasiłków. Detroit nosi też niechlubny tytuł amerykańskiej stolicy zbrodni. Jest miastem, w którym roczna liczba morderstw jest większa niż dni podczas dwunastu miesięcy i przekracza już cztery setki. Proszę Państwa, witamy w Detroit w stanie Michigan. Udajecie się tam na własne ryzyko.

W 2013 roku miasto zbankrutowało, czym przypieczętowało swój smutny los, będący rewersem przysłowiowego amerykańskiego snu. Tutaj widać doskonale, jak ten sen może się kończyć. Zwłaszcza, gdy opiera się na polityce rozdawnictwa zasiłków, rozdmuchanej pomocy socjalnej, a lokalni przedsiębiorcy lekceważą zmiany, które dokonują się na rynku. Najpierw mieliśmy zemstę Japończyków, czyli zalew USA samochodami z Kraju Kwitnącej Wiśni. Dzisiaj – ekspansję Państwa Środka, która na całym świecie zachwiała gospodarczą pychą i pewnością, że to, co dane, będzie trwać wiecznie. Niestety, nic nie trwa w nieskończoność, o czym boleśnie przekonało się właśnie Detroit.

Niczym samotny rycerz z „Ballady o krzyżowcu”, przybywa do miasta dziennikarz Charlie Leduff, urodzony tutaj, ale przez długie lata pracujący w „New York Timesie”. Jego czyn jest tyleż szlachetny, co szalony. Wynika może ze znudzenia sytą metropolią, a może z nostalgii, tęsknoty za pozostawioną tutaj całą najbliższą rodziną. W każdym razie Leduff wraca do miasta, w którym się wychował, a my zaraz poznajemy pokręcone i tragiczne losy jego najbliższych. Dzięki temu powstaje dość specyficzny reportaż. Wiadomo nie od dzisiaj, że reporter powinien się schować za innych, pozostawać niewidoczny, nie eksponować własnego ja. Tutaj nic się nie zgadza. „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” na pierwszym miejscu stawia dziennikarza. Charlie Leduff, odmieniając się przez wszystkie przypadki, jest najważniejszym, obok upadającego miasta, bohaterem swojej opowieści. Ale to, co drażni u innych, o dziwo, u amerykańskiego żurnalisty w ogóle nie przeszkadza. Pewnie dlatego, że główna postać jest ironiczna, nie oszczędza nikogo, w tym siebie. Nie epatuje płaczliwością, narzekając na los biednego żuczka, który musiał wrócić do koszmaru, ale niczym u Steinbecka pisze szorstko: brutalnie i wulgarnie.

Poznajemy więc portret Detroit przefiltrowany przez spojrzenie skrajnie subiektywne, czego autor wcale nie kryje. Śledzimy z nim sprawę nieuczciwego burmistrza, który ma na koncie defraudacje publicznych pieniędzy oraz seksafery (skąd my to znamy?). Patrzymy na smutne losy rodziny Leduffa, w tym tragiczną śmierć siostry autora. Ten ostatni się nie oszczędza; jest mieszkańcem miasta, więc nie ucieka od tego, co Detroit swoim mieszkańcom zabiera. Stosunek do śmierci jest zresztą w metropolii tej znamienny. Wiele rodzin nie ma pieniędzy, aby odbierać z kostnic ciała bliskich zmarłych. W rezultacie erodują więzi rodzinne. Nie jest niczym osobliwym odnajdowanie na ulicach anonimowych zwłok, do których nikt się nie chce przyznać. Puste kwartały dzielnic są podpalane, giną w nich strażacy, którym brakuje na nowy sprzęt, a papier toaletowy muszą do remizy przynosić osobiście, bo w budżecie nie ma pieniędzy. Detroit przypomina więc bardziej miasta w RPA, niż amerykańskie, znane szczególnie z filmów obrazy ze szkła i betonu.

Czytając reportaż Leduffa, nie można jednak odgonić wrażenia, że oto autor pretenduje do bycia amerykańską Elżbietą Jaworowicz. Ta ostatnia histeryzuje i wyolbrzymia. Spojrzenie na miasto jedynie z perspektywy biedy Murzynów, podpaleń, morderstw, prostytucji i politycznych afer lokalnych nie może być siłą rzeczy kompletne. „Sekcja zwłok Ameryki” zdaje się przedstawiać obraz powiększony pod lupą, niczym w powieściach dziewiętnastowiecznego naturalizmu. Bo z jednej strony czasy mamy podobne jak ponad sto lat temu, z drugiej zaś dziś nikt w USA z głodu nie umiera, a osiem dolarów za godzinę pracy to marzenie większości Polaków. Z pewnością poziom przestępczości jest nieznany na naszym krajowym podwórku, nawet w tych miejscach, w których diabeł mówi dobranoc. Nieznane są również czarny rasizm i nienawiść Afroamerykanów do białego człowieka. Nie ma również w Polsce miast, w których prawie połowa budynków stoi pusta. To, co opisuje Charlie Leduff, nie jest jednak zupełnie obce. Upadek przemysłu, puste hale produkcyjne, bezrobocie i poczucie beznadziei to wszystko znana nam niewesoła piosenka, którą śpiewamy od czasu nastania demokracji.

Charlie Leduff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, tłum. I. Noszczyk, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 294.