fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Czytając o ubeckich zbrodniach, zawsze pytam w myślach: czy tej sprawy nie można było załatwić inaczej? Czy transformacja ustrojowa musiała okupić się brakiem wyroków w większości przypadków?
Transformacje ustrojowe, rewolucje krwawe i bezkrwawe są epizodem w historii każdego państwa wyjątkowo trudnym. To stwierdzenie trąci, rzecz jasna, banałem, ale musimy o tym jednak zawsze pamiętać. To nie są w miarę zwyczajne okresy, kiedy w demokratycznym państwie raz władzę przejmuje partia bardziej lewicowa, potem bardziej prawicowa, konserwatyści czy republikanie. Czy można było pełniej rozliczyć się z przeszłością stalinowską? Bez wątpienia wolałbym, żebyśmy pozwolili większej liczbie ofiar tego okresu powiedzieć w sądach prawdę o tamtych latach, stanąć naprzeciw ówczesnych katów i nazwać ich czyny. Ale nie chciałbym oceniać, czy w latach 90. mieliśmy szansę postąpić tak, jak to sobie wyobrażam. Unikam takich ocen, bo jak należało postąpić w przeszłości, dziś potrafi powiedzieć każdy. Ale jak zachować się dzisiaj, większość będzie wiedziała dopiero jutro. Bez wątpienia rozliczenia ze stalinizmem nie stały się priorytetem po 1989 roku i ten fakt jest już też elementem naszej historii. Zapisanym po stronie porażek.

A nie można by tutaj winić Okrągłego Stołu i grubej linii Mazowieckiego? Rozumiem, że nieco inne były intencje premiera, gdy wypowiadał to zdanie, ale w zasadzie zrozumiane było w ten sposób?
Dotknął Pan niesłychanie czułego punktu całej polskiej dekomunizacji po 1989 roku. Czy można było ją przeprowadzić inaczej? A może z punktu widzenia każdego państwa nie jest w ogóle korzystne sądzenie dyktatorów, którzy dobrowolnie oddali władzę? Stawiam taką tezę dość prowokacyjnie, bo przecież kłóci się z naszą moralnością. Ale w polityce nie mniej ważne jest pojęcie racjonalności. Czasami nawet graniczącej z oportunizmem. Każdy z „grubej kreski” wyczytał wówczas to, co sam chciał wyczytać, czasami rzeczywiście trochę na opak. Z tego mogło u niektórych wyniknąć poczucie, że „gruba kreska” odcina i puszcza w zapomnienie zbrodnie stalinowskie. Ale w praktyce raczej na niewielkie rezultaty rozliczenia z przeszłością wpłynęło to, że wymiar sprawiedliwości był merytorycznie niezbyt przygotowany na te rozliczenia. Choć zapewne doszła do tego niechęć pewnej części społeczeństwa do takich rozliczeń – wliczając w to również część środowiska prawniczego. W końcu bardzo szybko po 1989 roku sporo ludzi zaczęło tęsknić za PRL-em, co dla tych związanych ideowo z obozem „Solidarności” okazało się szokiem.

Co Pana, jako obserwatora procesu, najbardziej uderzyło w sprawie Humera i innych oskarżonych?
Ich komunistyczne „zabetonowanie”. Oni wciąż całą rzeczywistość widzieli w kategoriach marksizmu. Proces Humera odbierali jako kolejny element walki klas, jako zemstę polskiej prawicy. Ten sposób myślenia wydawał się zdumiewający. Polska po 1989 roku odzyskiwała wolność, a ja nagle widziałem przed sobą ludzi, którzy myśleli, jakby czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu.

Dla mnie najbardziej skandaliczna były bezkarność i niepamięć oskarżonych. Trudno sobie wyobrazić, że niczego nie pamiętali, zwłaszcza, że bestialstwa na przesłuchaniu się raczej nie zapomina.
Wiele razy zastanawiałem się, jak to możliwe, że wszystkiemu zaprzeczali. Czy może wyparli to z pamięci? Czy może była to wyłącznie ich strategia obrony? Z ich puntu widzenia racjonalna, bo zaprzeczanie wszystkiemu było dla nich potencjalnie korzystne, w końcu oskarżeni byli o sprawy sprzed kilkudziesięciu lat i mogli liczyć na to, że prokuratorowi będzie niesłychanie ciężko cokolwiek im udowodnić. Przypuszczam też, że w tym wszystkim był pewien element racjonalizowania. Przez lata wmawiali sobie, że znęcali się nad więźniami tylko w stanie wyższej konieczności. Że bili, aby uzyskać na przykład zeznania o planowanych zamach podziemia. Krył się w tym oczywiście fałsz, bo torturowali też ludzi, którzy w najmniejszym nawet stopniu nie zagrażali ówczesnej tak zwanej władzy ludowej. Ale ludzie czasami po latach zaczynają wierzyć, że kiedyś byli lepsi. Podejrzewam, że taki właśnie mechanizm zadział na psychikę katów lat stalinizmu.

Humer stwierdził „Pan jest za młody, aby ze mną rozmawiać”. Znamienne jest takie odmawianie racji sądzenia osobom, które danych czasów nie pamiętają.
Zawsze burzyłem się, gdy ktoś mi mówił: jest pan za młody, żeby rozumieć tamte lata. Owszem, mogę się powstrzymywać od osądu, ale wiek nie jest przeszkodą w rozumieniu. Rzecz jasna łatwiej mi zrozumieć to, co sam przeżyłem, ale bez przesady – wczucie się w epokę to podstawowa umiejętność reportera historycznego. Ja wręcz uważam, że reporter historyczny powinien być kimś w rodzaju aktora, że powinien potrafić „odegrać” psychologię bohatera czy też antybohatera – takiego jak Humer – swojego tekstu. Powinien wedrzeć się do jego umysłu. Przy czym muszę tu podkreślić ważną rzecz – zrozumieć nie znaczy wybaczyć. Profesor Jerzy Eisler napisał na okładce mojej książki jedno szczególnie dla mnie ważne zdanie: „Jest to lektura obowiązkowa dla tych wszystkich, którzy nie tylko chcą wiedzieć, jak było, ale także spróbować zrozumieć, dlaczego tak było, co w żadnym razie nie oznacza rozgrzeszania zbrodniarzy, ani tym bardziej wybaczania im win w cudzym imieniu”.

To jakby bronić oceny historii każdemu, kto osobiście jej nie przeżył, prawda? Nielogiczne!
Nie możemy opisywać tylko tych epizodów historii, które sami przeżyliśmy. Dawno przecież przestalibyśmy pisać o XIX wieku, nie wspominając o wcześniejszych latach. Brak osobistych doświadczeń ma też pewną istotną zaletę – łatwiej o obiektywizm. Przecież ja mogę o stalinizmie pisać bardziej obiektywnie niż powiedzmy o latach 90., bo właśnie stalinizmu nie oceniam w perspektywie własnego życiorysu.

Inną bulwersującą sprawą jest kwestia opieszałości sądów. Ta przedziwna inercja jakby grała na przedawnienie. O czym to świadczy?
To był problem całego wymiaru sprawiedliwości Polski lat 90. Sądy przeżywały paraliż. Sprawy ciągnęły się w nieskończoność. Pisałem kiedyś reportaż o tym, jak tak zwana „zwrotka sądowa” powodowała odwlekanie wydania wyroku. Pozwani albo oskarżeni unikali odbierania wezwań z sądu, które były potwierdzanie właśnie ową „zwrotką”. Gdy ta nie wracała do sądu, rozprawa spadała z wokandy. Nikogo nie można było ukarać za nieobecność. Dla mnie oczywiście szczególnie irytujące było przedłużanie się spraw dotyczących historii, bo takie rozprawy najczęściej opisywałem. Ale patrząc z szerszej perspektywy był to też efekt wspomnianego już ogólnego paraliżu wymiaru sprawiedliwości. Przypuszczam też, że często ważniejsza wydawała się aktualna przestępczość a nie to, co działo się kilkadziesiąt lat temu.
Opieszałość wymiaru sprawiedliwości była w interesie wszystkich przestępców, ale tych z lat stalinizmu w szczególnym stopniu. Przeciwko wielu z nich, nawet jeśli przygotowywano akty oskarżenia, to nie udawało się ich już odczytać w sądzie, bo podejrzani umierali. Tak było choćby ze słynnym naczelnym prokuratorem wojskowym z lat stalinizmu, Stanisławem Zarakowskim albo sędzią Marią Gurowską, występującą w procesie generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila”.
Po wpływem ówczesnych doświadczeń procedurę potem uproszczono, powierzając działania śledcze prokuratorom z Instytutu Pamięci Narodowej. Wcześniej część postępowań toczono dwukrotnie – najpierw w Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, a potem materiał przekazywano prokuraturze, która praktycznie powtarzała poprzednią pracę.

Pisze Pan pod koniec, że procesy dawnych ubeków już mało kogo obchodzą. Jednak są jednostki, które jak Tadeusz Płużański śledzą te sprawy i opisują w kolejnych książkach.
Oczywiście. Wciąż wiele osób interesuje się stalinizmem, pisze o nim i czyta. Ale kilkanaście lat temu, gdzieś na przełomie stuleci, miałem wrażenie, że Polaków zmęczyła ta tematyka. To wtedy właśnie relacje z ważnych nawet procesów – jak ten przeciwko prokuratorowi Czesławowi Łapińskiemu, który oskarżał rotmistrza Witolda Pileckiego – stały się dla czytelników mniej interesujące. Opisywałem ten proces i z przykrością nabierałem przekonania, że czytelnicy już te relacje przyjmują bez szczególnej uwagi. A przecież proces przeciwko Łapińskiemu powinien być znany nie mniej, niż ten przeciwko Humerowi. Sądzono oskarżyciela wybitnego żołnierza podziemia.
Ale to co powiedziałem odnosi się właśnie do okresu przełomu stuleci. Mam wrażenie – choćby po reakcjach na moją książkę – że dziś na nowo odżywa zainteresowanie polskim stalinizmem. Wyrosło już pokolenie, które nie pamięta nawet procesu Humera. I właśnie to pokolenie chyba potrzebuje i szuka wiedzy o tamtych latach.

Historia stwierdziła, że skoro Stalin stał się jednym z aliantów, to komunizm oceniony zostanie łagodniej niż nazizm. Do tego wielu zachodnich intelektualistów, do których zaliczyć można całe pokolenie 1968, na nowo zaczęło się fascynować Marksem. Straciliśmy więc szansę na uczciwe rozliczenie komunizmu?
Teraz to już powoli stają się wyłącznie sprawy związane z rozliczeniami historycznymi i politycznymi. Na akty oskarżenia wobec katów okresu stalinizmu jest już w większości przypadków za późno. A rozliczenia historyczne zawsze będą zależeć w jakimś stopniu od światopoglądu osoby, która się z tym rozliczeniem mierzy. Wydaje mi się jednak, że przekonania lewicowe nie są przeszkodą do potępiania stalinizmu. Mogły być taką tuż po wojnie, kiedy Stalin niemal całemu światu jawił się jako bohater wojenny, a nie jako zbrodniarz. Jak pokazała historia, każdy odmiana komunizmu prowadziła do zbrodni. W latach PRL-u komunizm i socjalizm zlały nam się w jedno pojęcie. Ale przecież nie powinniśmy zapominać o pięknych kartach polskiego przedwojennego socjalizmu, który był pełen patriotyzmu. Kazimierz Pużak, wybitny socjalista, zmarł w komunistycznym więzieniu. Choć inny socjalista, Józef Cyrankiewicz, poszedł na współpracę z komunistami. Bez wątpienia jednak akceptowanie stalinizmu jest takim samym szaleństwem jak popieranie nazizmu. Choć świat – nie tylko Polska – ze zbrodniami nazizmu rozliczył się jednak dobitniej niż ze zbrodniami stalinizmu.

Wywiad ukazał się na stronie Rebelya.pl
http://rebelya.pl/post/9739/akceptowanie-stalinizmu-jest-szalenstwem-rozmow

Jest na stronach „Polityki” pewien blog. Ten prowadzony przez Agnieszkę Zagner internetowy dziennik wpisuje się jak najbardziej w polityczno-poprawny dyskurs, a zajmuje się – jak można domyśleć się z jego tytułu – sprawami Bliskiego Wschodu. Bohaterami pozytywnymi tego bloga są niezmiennie uchodźcy oraz islamiści, natomiast umiarkowanie pozytywnymi postaciami są według Zagner Izraelczycy. Opisując konflikt izraelsko-palestyński, autorka cyklicznie publikowanych tekstów bierze stronę arabską, nie szczędząc przy tym krytyki rządowi Izraela. I gdyby nie rzeczony blog, z pewnością nie powstałaby polemiczna książka Andrzeja Koraszewskiego, w której strony konfliktu zamieniają się rolami. I tak, rolę złych grają Palestyńczycy, dobrych – Izraelczycy, a szerzej mówiąc – Żydzi. Czytając Orient Express Agnieszki Zagner, nie domyśliłbym się wcale, że jej pisanie może wzbudzać wielkie emocje. Ot, politpoprawne, czasem agitacyjne teksty o dobrych uchodźcach i złym Izraelu, wpisujące się w lewicową dyskusję prowadzoną na zachodzie Europy. Natomiast Andrzej Koraszewski się przejął. Przejął się do tego stopnia, że wziął i napisał książkę. To się nazywa poczucie misji.

Prezentując odmienną od Zagnerowskiej optykę, autor „Wszystkich win Izraela” przyjmuje dość karkołomną tezę, według której wszystkie zło na Bliskim Wschodzie jest dziełem muzułmanów, natomiast Żydzi są czyści jak łza i niewinni niczym baranki. Zrozumiałym jest fakt, że radykalizacja islamskiego przekazu polityczno-religijnego jest głównym punktem zapalnym, widocznym również w Europie pośród tak zwanych uchodźców, będących w dużej mierze jednak religijnymi misjonarzami. Z drugiej strony, patrząc na politykę Izraela, prowokacyjną wobec Palestyńczyków, trudno obronić stwierdzenie, że rząd tego państwa faktycznie jest bez winy. Tylko że według Koraszewskiego nie ma różnicy między krytyką gabinetu politycznego w Tel Awiwie, a antysemityzmem. Dobrze Państwo przeczytali: jedno i drugie jest tym samym. W taki sprytny sposób autor zamknął drogę do dyskusji i wszystkich swoich oponentów postawił obok negacjonistów Holokaustu, miłośników narodowego socjalizmu i młodocianych fanów Breivika. Talmudyczne zagranie! Jestem pełen podziwu! Panie Irving, wolne? Mogę się przysiąść?

Patrząc na dyskusję, którą podejmuje Andrzej Koraszewski wobec Agnieszki Zagner i jej komentatorów pod tekstami, nie sposób nie pozbyć się wrażenia, że ta wojna toczy się wyłącznie w świecie idei lewicowych. I jedno, i drugie reprezentuje światopogląd areligijnej, a nawet antyreligijnej lewicy europejskiej, dla której wartością jest mętnie definiowany humanizm. Jeśli humanizm ten znaczy dla autora „Wszystkich win Izraela” prawo do mordowania dzieci nienarodzonych (zwane czasem aborcją), jeśli na okładce książki rekomendacji udziela Stanisław Obirek, natomiast autorytetami dla autora są Julian Tuwim (bynajmniej nie w dziedzinie poezji) i Tadeusz Kotarbiński, to nie mam więcej pytań. Może humanizm ten to po prostu zgoda na konformizm i relatywizm moralny? Jest to więc spór jałowy, który przypomina dyskusje ekspertów w telewizji; każdy z nich reprezentuje taki sam światopogląd, a różnice w rozmowie biorą się z niuansów, nieczytelnych dla postronnych. Czy więc „Wszystkie winy Izraela” są pozycją jałową?

Na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi nie ma, gdyż autor wykazuje się trafną diagnozą muzułmańskiego radykalizmu, który dla Europy ma o wiele gorsze skutki niż polityka Izraela. W zasadzie ta druga nie stanowi zagrożenia, a o hecach wyprawianych przez wyznawców Proroka słyszymy codziennie. Ma więc rację Koraszewski, że islam w swojej fanatycznej i stanowiącej główny nurt tego wyznania przypomina faszyzm, a może nazizm? Ma rację autor, gdy mówi, że muzułmanie nie wyzbyli się niechęci do Żydów, a ta inspirowana jest przez antysemityzm niemiecki. Tylko że wyznawcy Mahometa zagrażają nie tylko Żydom, a przede wszystkim liberałom i ateistom. To oni w razie islamskiej rewolucji ucierpią jako pierwsi i zatęsknią za rzekomymi prześladowaniami ze strony chrześcijan.

Z drugiej jednak strony Andrzej Koraszewski nie może opanować się, aby nie ulegać antykatolickim przesądom, w myśl których za prześladowania Żydów odpowiedzialny był Kościół i tylko on. Widzi autor tylko jedną stronę medalu, nie poruszając wcale złożoności relacji między Europejczykami a Żydami. Dla niego po Holokauście sprawa jest jasna: żadna krytyka pojawić się nie może, bo spowoduje nowe prześladowania i jest niczym krytykowanie zmarłego w jego własnym domu. Z pozycji klęczącej przestraszony goj nie jest w stanie obiektywnie ocenić tego, o czym pisze. Jakoś trudno więc uwierzyć w narrację autora, nawet gdy on sam w nią wierzy.

Andrzej Koraszewski, Wszystkie winy Izraela. Inne listy do pani Z., wyd. Błękitna Kropka, Nysa 2016, ss. 337.

Gdy prawie 200 lat temu pewnej nocy Joseph Smith ujrzał anioła Moroniego, nikt jeszcze nie wyobrażał sobie, że oto moment narodzin nowej religii. Religii tak dziwnej, tak osobliwej, że mało komu wydawać by się mogło, że zadziała. Niezbadane są jednak ścieżki ludzkiej charyzmatyczności oraz inwencji i dwa stulecia później mormonizm – bo tak nazywa się ta religia – jest prężnie działającym ruchem, mającym swoich zwolenników nie tylko w USA, ale na wszystkich kontynentach. Naturalnie, największy wpływ ma w Stanach Zjednoczonych, bo to religia do szpiku kości amerykańska. Niczym Coca Cola, McDonald’s i pierwsza poprawka do Konstytucji stanowi symbol, alegorię i personifikację USA. W dziejach mormonów zamyka się bowiem cały american dream: trud i cierpienie pionierów, walka z przeciwnościami, surowość Południa, niechęć do obcych, w tym Czarnych, a w końcu sukces na miarę milionera, który zaczynał jako skromny pucybut. Trudno się nadziwić, że sukces może odnieść religia tak pogmatwana teologicznie i tak niespójna jak mormonizm, ale jej przykład pokazuje, że człowiek jest w stanie uwierzyć we wszystko, byle by tylko doznać poczucia pewności.

Nie było na naszym rynku wydawniczym jeszcze książki tak uważnie przypatrującej się mormonom i mormonizmowi jak „Pod sztandarem nieba” Jona Krakauera. W tym na poły reportażu, a na poły opracowaniu historycznym autor przypatruje się nie tylko narodzinom nowej amerykańskiej religii, ale jej rozwojowi, a co więcej – licznym schizmom, które charakterystyczne są dla każdego wyznania. Jest autor agnostykiem, który na końcu tekstu wyznaje swoje zwątpienie, z tego chociażby powodu jest chłodny w opisywaniu faktów. Ani nie widzi działalności diabła w konkurencyjnym wobec chrześcijaństwa ewangelikalnego kościele, ani nie opisuje gorąco, od wewnątrz, ale bez dystansu, dziejów mormonizmu. Jedna i druga strona będzie miała więc za złe autorowi, że ten zbyt chłodno opisał ten nowy, intrygujący laika ruch religijny.

A kanwą fabularną, poprzez którą Krakauer spogląda na mormonów, jest historia szokującego morderstwa, które miało miejsce 32 lata temu w miasteczku American Fork, położonym w hrabstwie Utah. Zginęły wówczas Brenda Lafferty i jej półtoraroczna córka – Erica. W zbrodni brali udział dwaj bracia: Ron i Dan Lafferty; Brenda była ich szwagierką. Obie zginęły tylko dlatego, że bracia – fanatyczni mormoni – dostali wizję od Boga. W wizji tej rzekomy Bóg nakazał pozbawić życia Brendę i Erikę. Powód? Różnice doktrynalne i związany z nimi zły wpływ na brata Rona i Dana – Allena – męża kobiety. Cały bowiem rodzinny klan Laffertych należał do radykalnego skrzydła mormonizmu i odłączył się już dawno od głównego nurtu tej religii. Opisując dzisiejsze oblicze Kościoła Jezusa Chrystusa w Dniach Ostatnich (oficjalna nazwa mormonizmu), zwanego też Kościołem LDS, skupia się Krakauer nie tyle na wyznawcach głównego nurtu, a na zmarginalizowanych fanatykach. O głównym nurcie dowiemy się z książki jedynie w kontekście historii Kościoła LDS: autor wyprowadza ją od tajemniczych objawień, których doznał założyciel wspólnoty – Joseph Smith, a później zapoznaje czytelników z burzliwymi XIX-wiecznymi dziejami mormonów. W dziejach tych główną rolę zdaje się odgrywać przemoc, najpierw kierowana w stronę religijnych odmieńców, jakimi byli wyznawcy nowego kultu, później zaś krwawe rozrachunki odwetowe.


Dziwna to religia, ale może to złudzenie. Wszak z perspektywy każdego wyznawcy inne kulty wydają się niedorzeczne czy nielogiczne. Pełno w historii mormonizmu momentów, w których doktryna zaczyna się przeistaczać i zaprzeczać temu, co głoszono jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej. Przykładem przykazanie o wielożeństwie, które w początkowej fazie dziejów Kościoła należało koniecznie wypełniać, aby się zbawić. Dzisiejsza oficjalna linia doktrynalna LDS o tym zapisie nie mówi nic. Z taką interpretacją nie mogą zgodzić się mormońscy tradycjonaliści, którzy w ukryciu praktykują zabronioną przez państwo poligamię. Nie płacą, bądź nie chcą płacić podatków, izolują się od grzesznego świata, coraz bardziej radykalizując swoje przesłanie. Krakauer dochodzi do wniosku, że taka alienacja połączona z frustracją wiążącą się z życiem w splugawionym świecie skutkuje przemocą. A emanacją tej ostatniej są okrutne morderstwa, do których doszło w American Fork w 1984 roku.

Pojawia się w rzeczonym reportażu jeszcze jeden ciekawy wątek, ale jest on jedynie zasygnalizowany. Krakauer chwilami przywołuje opinie religioznawców, którzy upatrują związki mormonizmu z islamem. Przypatrzmy się: wielożeństwo, brak rozdzielności między władzą świecką i religijną, chorobliwa skłonność do zapładniania młodocianych dziewcząt. Można by tak mnożyć. Do tego dodajmy okultystyczne zainteresowania Josepha Smitha, którym ten się z pasją oddawał we wczesnych latach życia. Gdyby nie agnostyczne poglądy Krakauera, mógłby autor wysmażyć ciekawą teorię, w której znalazłoby się miejsce dla odwiecznego kłamcy i wroga człowieka.

Jon Krakauer, Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 373.

Dzienniki pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Chociaż w ostatnich latach za Jerzym Stuhrem nie przepadam, słowa jego piosenki są zawsze aktualne i pasują jak mało które do twórczości artystycznej, którą chcielibyśmy skrytykować, albo przynajmniej dać jej małego prztyczka. Gdy myślę o dziennikach, przychodzą do głowy dwa sztandarowe dzieła polskiej memuarystyki: „Dziennik pisany nocą” Herlinga-Grudzińskiego i „Dzienniki” Kisielewskiego. Oba, pisane przez twórców już w wieku podeszłym, a przynajmniej dojrzałych, doceniane są przez nas dzięki celności sformułowań czy obserwacji. Co ważniejsze, kryje się za nimi pewien światopogląd, z którym możemy się zgadzać, lub przeciw niemu oponować. Wiek, dojrzałość oraz skrystalizowane poglądy – oto formuła powodzenia przy pisaniu dzienników. Nastoletnich blogerów jest aż nadto, książek ukazuje się zbyt wiele, informacja ulega ciągłej deprecjacji. W tym bałaganie trudno o pozycje wartościowe, w których autor olśni nas własnymi przemyśleniami lub jakimś celną obserwacją. I w tym bałaganie pojawiają się „Wieloryby i ćmy” Twardocha; autor chce zaistnieć w świecie tych, którzy dzienniki piszą.

Złośliwi mówią, że ostatnimi czasy dziennik pojawia się w twórczości artysty, kiedy ten musząc wywiązać się z podpisanego kontraktu, nie ma jeszcze gotowej nowej powieści. W końcu nie bez przyczyny obok Twardocha w ubiegłym już roku na rynku wydawniczym pojawiły się memuary Jacka Dehnela. Inni złośliwi powiedzieli, że obaj autorzy na publikowanie dzienników są ciut za młodzi. Czymże jest trzydzieści sześć lat Szczepana Twardocha wobec wieku Kisielewskiego czy Grudzińskiego, kiedy ci swoje wspomnienia opublikowali? Do tego chóru złośliwców skwapliwie się dołączam, mimo faktu, że sam wiek twórcy pozostaje kwestią wtórną i dyskusyjną. Bywają przecież młodsi jeszcze artyści, którym Stwórca nie poskąpił dojrzałych przemyśleń. Szczepan Twardoch jawi się zaś na kartach swoich „Wielorybów i ciem” jako osoba niemająca wiele do powiedzenia. Zresztą z tym pisarzem osoby o poglądach konserwatywnych mają spory problem. Sam Twardoch konsekwentnie odżegnuje się od swoich wczesnych tekstów: od „Epifanii wikarego Trzaski”, „Zimnych wybrzeży”, czy zbioru opowiadań „Prawem wilka”. Natomiast to, co pisze ostatnio i za co jest nagradzany, czyli „Morfina” czy „Drach”, jest utrzymane w innej poetyce i ociera się o formalne eksperymenty.

Wstyd za poprzednie wcielenie autora pojawia się nader często w „Dziennikach”. Wczesny Twardoch, z niechlujnym zarostem i z nadwagą, romansujący z katolicko-prawicowymi poglądami ustąpił mężczyźnie owszem, ubranemu i wyglądającemu efektownie, ale pozbawionemu jakichkolwiek poglądów. Zdanie o nieposiadaniu światopoglądu, które autor co rusz wypowiada na kartach „Wielorybów i ciem”, męczy podobnie jak Gombrowiczowska obsesja maski. Witold Gombrowicz, polonistyczna wydmuszka i autor, moim zdaniem, przeceniany (święta krowa postmodernistów i liberałów), w podobnie drażniący sposób opisywał własne zmagania z problemami. Jednak obu autorów dzieli jedna sprawa. To, co u Gombrowicza wydawało się integralną częścią jego osobowości, u Twardocha jawi się jako poza. I tak, śląski autor co chwila powtarzając zdanie o braku sprecyzowanego poglądu na świat, rozczarowuje jałowością swoich przemyśleń. Bo ile można oprzeć na braku światopoglądu, na zaprzestawaniu jakichkolwiek ocen rzeczywistości, którą się opisuje? W miejsce to wchodzi za to konwencja bon vivanta, który dogadza swojemu podniebieniu, na południu odwiedza kawiarnie, a na północy wspina się po górach.

Ten, nieco międzywojenny sznyt literackiego bądź prawdziwego bohatera, może się podobać, ale pod warunkiem, że pójdzie za nim jakaś wizja świata. Na jej miejscu pojawia się pustka, brak refleksji, albo niechęć do niej. I smutne, że pisarz, który jeszcze dziesięć lat temu mówił ważne rzeczy, dzisiaj już nie ma niczego do zakomunikowania. Tylko ośmiorniczki, mięso z jelenia, chodzenie po bułki. Czasem lektury: Kawafisa, Maraia, Pepysa. Dużo podróży, trochę scen rodzinnych z synem. I pustka. I dekadencja. Są także znajomi: Wit Szostak i Łukasz Orbitowski, przywoływani w nielicznych anegdotach i w kilku zmyśleniach. Są sny, niepotrzebne i zaburzające odbiór całości. Jest w końcu refleksja nad Śląskiem, co u pisarza, który nie uważa się za Polaka, a za Ślązaka właśnie, stanowi logiczny krok.

Lektura „Wielorybów i ciem” trwa szybko, bo całość jest sprawnie napisana, bo czasem błyśnie w niej jakaś interesująca obyczajowo historyjka, na przykład ta o Dżesice z kawiarni, czy przeklinającym warszawskim taksówkarzu. Jednak nie sposób otrząsnąć się z wrażenia obcowania z dziełem powstałym za wcześnie i na próżno. Mam wrażenie, że Twardoch nie tyle światopoglądu nie ma, co przeobraża go w sobie. Gdy cały proces się zakończy (o ile to nastąpi), dopiero zobaczymy pisarza zdefiniowanego na nowo. Nie konserwatystę od „Przemienienia” i „Prawem wilka”, a kogoś zupełnie innego. I chociaż prawdopodobnie nie będzie mi wówczas z pisaniem Twardocha po drodze, mniej ono będzie męczyć niż krótkie spodnie i kompleks niedojrzałości.

Szczepan Twardoch, Wieloryby i ćmy. Dzienniki, Wyd. literackie, Kraków 2015, ss. 271.

Piętnaście lat temu zmarł Adam Humer, komunistyczny zbrodniarz, oficer śledczy Urzędu Bezpieczeństwa, brat Edwarda – oprawcy osławionej Informacji Wojskowej – i wuj piosenkarki Magdy Umer. Inna forma jego nazwiska wzięła się z pomyłki urzędniczej. Gdy dwadzieścia lat temu dobiegał proces Humera i jego współtowarzyszy z UB, opinia publiczna często informowała o jego postępkach. Przez media przetoczyły się głosy świadków jego okrucieństw, jeszcze wówczas żyjących, a także głosy postkomunistów protestujących przeciwko „skazywaniu staruszków”. Do tego chóru dołączył się Maciej Dubois – obrońca Humera w trwającym ponad trzy lata procesie. Adwokat wskórał niewiele, bo udało się całą czerwoną gromadkę skazać na kilkuletnie wyroki. Był to jedyny tak spektakularny w III RP proces karny przeciwko komunistycznym zbrodniarzom. Relację z niego napisał Piotr Lipiński – ukazała się pod tytułem „Humer i inni”. Teraz, po długim czasie, wychodzi wznowienie tej pozycji – rozszerzone i noszące inny tytuł.

Dwadzieścia lat temu opinia publiczna jeszcze nie tak wiele dowiadywała się o zbrodniach Urzędu Bezpieczeństwa. Można było poczytać o nich najczęściej w prawicowej prasie, przy oszczędnym dawkowaniu informacji przez media liberalne. Pojęcie żołnierzy wyklętych jeszcze w języku nie funkcjonowało, a świadomość ogółu społeczeństwa ledwie tylko dotykała kwestii powojennych represji. Tadeusz Mazowiecki kilka lat wcześniej zapowiedział „grubą linię”, Lech Wałęsa – ówczesny prezydent RP – postanowił wzmacniać „lewą nogę”, a Urbanowskie „Nie” cieszyło się całkiem niezłą poczytnością. W takiej społecznej atmosferze ruszył proces Humera i jego bezpieczniackich towarzyszy: Markusa Kaca, Tadeusza Tomporskiego, Tadeusza Szymańskiego, Wiesława Trutkowskiego, Eugeniusza Chimczaka i innych. Przy zagwarantowaniu absolutnej bezkarności ważniejszym zbrodniarzom, którzy byli zleceniodawcami tamtych i późniejszych morderstw politycznych, można było odnieść wrażenie, że pod sąd pociągnięto płotki, albo tych, którzy z racji wieku i towarzyskich inklinacji wypadli z postkomunistycznego obiegu. Z drugiej jednak strony nie mógł nie cieszyć fakt, że przynajmniej ci oprawcy zostali przed sądem postawieni.

Humer zresztą spodziewał się od 1989 roku, że któregoś dnia policjanci zapukają do jego drzwi, a prokurator wyda nakaz aresztowania. Nie można jednak pozbyć się wrażenia, że jedynie fakt działania w aparacie stalinowskim, który przecież również został oskarżany i skazywany na kary pozbawienia wolności za czasów Gomułkowskiej odwilży, spowodował pociągnięcie do odpowiedzialności Adama Humera i jego kolegów z UB. Grubszych ryb, jak mieszkający od wielu dziesięcioleci w Szwecji Stefan Michnik, jakoś nie udało się naszemu wymiarowi sprawiedliwości doprowadzić pod surowe oblicze sprawiedliwości.

Książka Piotra Lipińskiego składa się z dwóch części. Pierwsza stanowi reportaż złożony z wypowiedzi Adama Humera, który spotykał się z dziennikarzem podczas widzeń w areszcie śledczym. To tutaj Humer opowiada o swojej młodości, o wyborach, których dokonywał. To już tutaj poznajemy bohatera tekstu jako nieprzejednanego zwolennika ideologii komunistycznej i to już tu z obrzydzeniem spoglądamy na jego decyzje oraz poglądy. Druga część to chronologiczne prowadzona relacja z procesu, w czasie którego tylko nieliczni potrafili przyznać się do popełnianych czynów. Reszta leśnych ubeckich dziadków albo niczego nie pamięta, albo notorycznie kiwa wymiar sprawiedliwości, dostarczając zwolnienia lekarskie, albo po prostu kłamie. Zeznania zaś świadków są przerażające. Dość wymienić Marię Hattowską, która oskarżała Humera o wymierzenie jej trzystu ciosów ostrym narzędziem. Adam Humer naturalnie niczego takiego nie pamiętał. Ten opryskliwy staruszek do końca pozostał na stanowisku, że komunizm był dobrem, a żołnierze AK, a potem wyklęci, byli faszystami dybiącymi na wolność i demokrację.

Sam proces trwał dość długo, jak zauważył gorzko jeden ze świadków, dłużej niż Norymberga. Fakt ten pokazuje niewydolność i nieudolność naszego wymiaru sprawiedliwości, który nie był w stanie zdyscyplinować kilkunastu podstarzałych komunistycznych oprawców, aby ci zaczęli regularnie stawiać się przed sądem. Pomyłką było również to, że ludzie ci odpowiadali z wolnej stopy. Można było zastosować areszt i w ten sposób uniknąć mataczenia, które spowodowało tak długie trwanie całego procesu. Świadkowie mówili zresztą o innych kwestiach, jakimi było ich obrażanie poza salą sądową. Obrażał ich między innymi Adam Humer. Zdarzało się, że zadawanie pytań świadkom przez oskarżenie zmieniało się w mini-przesłuchania. Czy ktoś wyobraża sobie takie sytuacje w Norymberdze? Zresztą sam sąd nie potrafił odnaleźć źródeł historycznych i przedłużał proces, pytając oskarżonych o oczywistości, które można znaleźć w podręcznikach historii najnowszej dla uniwersytetów. Może chodziło o granie na zwłokę? A może po prostu prawnicy byli niedouczeni?

Na szczęście Humer przesiedział w więzieniu jeszcze jakiś czas, zanim kostucha zabrała go w to miejsce, gdzie dzisiaj grzeje się w jednym kotle z Fejginem, Różańskim, Kiszczakiem czy Jaruzelskim. Dziś, gdy niektórych kusi wizja „historii bez IPN-u”, takie pozycje są nader cenne. By uniknąć relatywizowania na temat rzekomo trudnych wyborów i hamletowskiego konfliktu interesów, wystarczy trochę poznać prawdę.

Piotr Lipiński, Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 226.

Złośliwy stereotyp dotyczący kadry uniwersyteckiej głosi, że składają się na nią osobniki odizolowane od rzeczywistości, które żyjąc w szklanej bańce uczelnianego świata, nie znają codziennych problemów społeczeństwa. Co więcej, taki mądrala – najczęściej humanista – potrafi całą pracę habilitacyjną poświęcić roli przecinka w jednym wierszu. Przy tym wszystkim przekonany jest o doniosłości własnej misji naukowej. A jeśli jeszcze chwyci za nogi bożka antropologii kulturowej, to huzia na Józia – wszystko rozpatruje jako emanację wiecznych mitów. Niestety, kupa opakowana w papierek po cukierku żadną słodkością się nie stanie. Podobnie jest - oczywiście według złośliwców – z lwią częścią dorobku naukowego polonistów, socjologów, antropologów kultury czy kulturoznawców. Zręczna to tylko żonglerka motywami, nadinterpretacjami i ciągami mądrych słów, których użycie jest niezbędne, niczym rower dla feministki. Dodajmy jednak, że tak myślą jedynie złośliwi.

Jednym z nich jest z pewnością pisarz średniego już pokolenia, Wit Szostak, który w przedostatniej swojej powieści tworzy uniwersytecką intrygę, podczas której bezlitośnie obnaża jałowość i mizerię humanistyki. Nie tylko polskiej – dostaje się bowiem również uczonym europejskim. Sam będąc pracownikiem naukowym, kreuje więc pisarz sugestywną powieść, która dzieje się gdzieś na rubieżach Europy Zachodniej, na wymyślonych wyspach Finneganach. Na jedną z tych wymyślonych wysp przybywa Lesław Srebroń, znawca literatury, szczególnie w jej odmianie fantastycznej. Ta niedługa wymiana naukowa (stąd tytuł „Sto dni bez słońca”) staje się pretekstem do forsowania pewnych teorii, które dla bohatera głównego pozostają doniosłe i kluczowe, dla jego zagranicznych kolegów wręcz przeciwnie. Wymyślił sobie Srebroń, że za pomocą swoich badań nad Filipem Włócznikiem – jego zdaniem najwybitniejszym pisarzem współczesnym – będzie w stanie uratować europejską, a nawet i światową humanistykę. A to już jest naprawdę bolesne.

Srebroń prowadzi pamiętnik, powieść jest więc zapisem notatek głównej postaci, która skwapliwie dodaje do nich coraz to nowe obserwacje. Przez cały czas trwania akcji bohater pozostaje nie tyle niepoprawnym optymistą i marzycielem, co patentowanym durniem. Co prawda, durniem jest kształconym, ale ten fakt boli jeszcze bardziej. Czytając zapiski Srebronia, w których ten zachwala nędzne i dęte pisarstwo swojego mistrza, nie sposób opędzić się od myśli, że większość z nas, humanistów, w taki właśnie sposób postępuje. Często bowiem bierzemy za dobrą monetę coś, co trzeźwo myślący człowiek nazwie bełkotem. Galerie współczesnej sztuki, do których nikt nie chodzi, miesięczniki literackie, których nikt nie czyta, serwisy kulturalne, na których nikt nie bywa, pełne są naszych nic nieznaczących słów, w których co drugie trzeba sprawdzać ze Słownikiem Wyrazów Obcych. Pochylamy się z uwagą nad syfem, który udaje literaturę, sztukę, film, a jego jedynym walorem jest jego niszowość. Bo – tak bardzo demokratyczni i pełni frazesów o liberalizmie – w sztuce jesteśmy do bólu arystokratyczni. Nikt nie czyta? Nikt nie ogląda? Plebs się nie zna, a dzieło z tego powodu warte wyjątkowej uwagi.

Bohater Szostaka jest takim idiotą, który nie tylko pozostaje bezkrytyczny wobec swojego Włócznika, ale nie widzi, co dzieje się wokół niego. Nie będę zdradzał fabuły, ale nawet średnio uważny czytelnik jest w stanie zauważyć, że kadra uniwersytetu na Finneganach niespecjalnie jest przychylna osobie głównego bohatera, przede wszystkim z uwagi na jego narzucanie się i nieznośną misyjność. Srebroń ma bowiem misję ratowania humanistyki, jednak nie jest w stanie podać żadnego poważnego pomysłu, jak należy to uczynić. To jego ratowanie jest tak samo niedorzeczne jak stan, który został przez bohatera zastany. A będąc człowiekiem złośliwym, warto by zapytać, co z dzisiejszej humanistyki można by ocalić. Historię? Filozofię? Historię sztuki? Historię literatury?

Aby jednak po równo rozdzielić razy, autor zagraniczną kadrę kreuje równie bezlitośnie. Jest wśród nich dziekan-karierowicz i biurokrata. Jest i pani antropolog, feministka i nimfomanka, dziecko pokolenia 1968. I Lesław Srebroń, i jego koledzy z Finneganów, to współczesny typ naukowców-humanistów, którzy przez wymienionych we wstępie ludzi złośliwych określani są również mianem darmozjadów. Ich „naukowe” badania i teorie są tylko rojeniami zmęczonych, wyjałowionych z logiki umysłów. Ich publikacji nie czyta nikt, poza nimi samymi. Aż prosi się o wywrócenie tego bajzlu do góry nogami i zaoranie tego, co po nim zostanie.

Wit Szostak, Sto dni bez słońca, wyd. Powergraph, Warszawa 2014, ss. 458.

Przez długi czas nie byłem w stanie przypomnieć sobie pewnego tytułu filmu. Chodziło o naparzankę w stylu wschodnich sztuk walki, która nakręcona była zgodnie z ideologiczną linią partii komunistycznej. Naturalnie, chodziło o obraz północnokoreański, a oglądałem go podczas jednego ze szkolnych wyjść do kina, organizowanych w podstawówce. Potem zachodziłem w głowę, kto mógł nakręcić film opowiadający o dzielnych wojownikach kung-fu, lub innych zbliżonych do nich sztuk walki, i w niemal surrealistyczny sposób wpleść w nieskomplikowaną, opartą na mordobiciu akcję, akcenty komunistyczne. Sprawa wyjaśniła się niedawno, podczas lektury debiutanckiego reportażu Paula Fischera zatytułowanego „Kim Dzong Il. Przemysł propagandy”.

Już pierwszy komunistyczny zbrodniarz, Włodzimierz Iljicz Lenin, stwierdził, że film jest najważniejszą ze sztuk. Ten brodaty, chorujący na kiłę zwierzchnik rewolucji miał niebywałą intuicję. W czasach, gdy inteligencja czytała książki, miast oglądać ruchome obrazy, wypowiedzenie takiego zdania miało prorocze konotacje. Jednak już wtedy, w początkach rozwoju przemysłu filmowego, wiedziano, jakie potężne narzędzie stanowi kamera i taśma filmowa, za pomocą której ożywały sekwencje obrazów. Za pomocą filmu można bowiem manipulować, jak mało którą dziedziną sztuki. Doskonale wiemy to dzisiaj i równie doskonale zdawał sobie z tego sprawę inny masowy morderca i komunistyczny satrapa – Kim Dzong Il. Znany był on nie tylko ze swoich okrutnych rządów, ale również z filmowej pasji, która nakazywała mu kolekcjonować kasety wideo i filmy DVD, szczególnie z Zachodu. W swojej (jak twierdzi Fischer) naiwności zwykł on brać przygody Jamesa Bonda za opowieści niemal dokumentalne. Sceny porwań, samochodowych pościgów brał za prawdę objawioną. Zasmakowawszy w filmach akcji i szpiegowskich obrazach, zapragnął upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pierwszą z nich było porywanie ludzi na potrzeby północnokoreańskiego reżimu. Drugą – porwanie konkretnej osoby związanej z przemysłem filmowym własnego południowego sąsiada.

Tą osobą był Shin Sang-Ok, południowokoreański reżyser i producent filmowy, bardzo znany w swojej ojczyźnie, ceniony i często nagradzany za swoją twórczość. Został zwabiony przez ludzi Kim Dzong Ila i porwany do Korei Północnej. To samo przydarzyło się kilka miesięcy wcześniej jego byłej żonie – Choi Eun-Hee, aktorce grającej w filmach małżonka. Mieliśmy więc do czynienia z bezprecedensowym zdarzeniem. Porwano mianowicie osoby publiczne, a potem, trzymając pod pistoletem, zmuszono do nakręcenia szeregu filmów. Jednym z nich był wspomniany na początku Hong Kil Dong, obraz, którego tytuł przypomniał mi dopiero reportaż Fischera. Był to jedyny północnokoreański film popularny w całym bloku sowieckim, chętnie oglądany przez widzów, z uwagi na wartką akcję i liczne sceny walki wręcz.

Pobyt Shin Sang-Oka i jego partnerki Choi Eun-Hee w Korei Północnej można określić mianem pasma licznych paradoksów. Z jednej strony oboje trzymani byli z początku pod kluczem, a z drugiej zgodnie z praktyką syndromu sztokholmskiego przyzwyczajali się do swoich prześladowców. Zdania o Kim Dzongu Ilu, które wygłaszali, nigdy nie stały się jednoznacznie negatywne. Innym paradoksem był fakt, że Shin w państwie Kimów po dłuższej przerwie ponownie stanął za kamerą i absolutnie nie odgrywał Konrada Wallenroda, ale autentycznie angażował się w proces twórczy. Jego pierwszy nakręcony w tym państwie film, „Emisariusz bez powrotu”, stał się sensacją, bo o lata świetlne bił artyzmem inne północnokoreańskie obrazy – przede wszystkim ideologiczne produkcyjniaki o znikomej wartości artystycznej. Ten, kręcony w Korei i w Europie film, zachwycił Wielkiego Wodza na tyle, że ten całkowicie zaufał reżyserowi i dawał mu nieograniczone fundusze na realizację kolejnych dzieł.


Niestety, przebywając nawet poza granicami państwa-więzienia, reżyser i jego żona nie byli w stanie oddalić się samotnie, nie mówiąc już o ucieczce. Ochrona była tak silna, że skutecznie uniemożliwiała obojgu to, o czym usilnie marzyli. Shin zrealizował w Korei Północnej siedem filmów, w tym również nawiązujący do „Godzilli” obraz zatytułowany „Pulgasari”. Dzieło to dostąpiło wątpliwego zaszczytu bycia w zbiorze najgorszych filmów wszech czasów. Film był nudny, a dodatkowo tytułowy potwór, zrealizowany za pomocą skromnych środków technicznych, śmieszył, co więcej – angażował się w walkę klasową. Tego było już za wiele. Publiczność Korei Północnej zjawiała się na projekcjach chętnie, reszta świata zaś oceniła „Pulgasari” jako niezamierzoną groteskę.

Łatwo domyślić się jednak, że reżyserowi i jego żonie udało się uciec. Gdyby nie to, Fischer nie miałby materiału na swoją książkę. A ta, oprócz faktu, że opisuje burzliwe i dramatyczne dzieje dwojga bohaterów, nakreśla szerokie tło społeczne i polityczne obu Korei. W tym więc stanowi kolejną cenną, nieprzegadaną pozycję dotyczącą państwa, o którym wie się niewiele.

Paul Fischer, Kim Dzong Il. Przemysł propagandy, wyd. Sonia Draga, Katowice 2015, ss. 389.

W medialnym szumie informacyjnym dotyczącym uchodźców wszelakim obrońcom praw człowieka i obywatela umyka jedna zasadnicza kwestia. Chodzi o pytanie, kto tak naprawdę do Europy przyjeżdża i kto tak naprawdę pomocy potrzebuje. Bo gołym okiem widać, że ci, którzy za uchodźców w dużej mierze chcieliby uchodzić, przybywają nie z nękanej wojną domową Syrii lub niespokojnego Libanu, ale z obozów przesiedleńczych w Turcji. Szukają nie bezpiecznego schronienia, bo to znaleźli w kraju rządzonym przez Erdogana, ale socjalu, a co chyba ważniejsze – terenów do głoszenia muzułmańskiej misji religijnej, zgodnie z teorią i praktyką hidżry. Jeśli wyciszyć ten medialny wrzask, okaże się, że prawda jest zupełnie inna. Dzisiaj grupą, która jest najbardziej prześladowana z uwagi na swoje poglądy, nie są muzułmanie (śmiechu warte), ni tak zwane mniejszości seksualne, czy ateiści, ale chrześcijanie. I nie trzeba chrześcijaninem być, aby ten problem zauważyć. Jakoś tak dziwnie się składa, że tych prześladowanych wyznawców Chrystusa wcale tak wielu do Europy nie przyjeżdża. Powodem nie jest tylko brak funduszy.

Dariusz Rosiak, dziennikarz i reporter znajduje tę przyczynę, rozmawiając z chrześcijanami z Turcji, Egiptu, Libanu, Iraku, Izraela i Zachodniego Brzegu. Część z nich wyjeżdża, to fakt, ale ci, którzy zostają, mają przeświadczenie, że znajdują się na własnej ziemi. A skoro są u siebie, nie ma powodu, aby opuszczali swoje domy. Bo jeśli oni wyjadą – mówią – to kto pozostanie? Czytając „Ziarno i krew”, trudno nie zauważyć tego, powtarzanego wielokrotnie przez rozmówców Rosiaka, zdania, które ustawia się w kontrze do dzisiejszych imigrantów i emigrantów z różnych stron świata. Skoro jest źle, szuka się szczęścia gdzie indziej. Wielu z bohaterów książki tak nie myśli. Kierują się oni heroizmem, poczuciem przyzwoitości, przyzwyczajeniem? A może po prostu miłością do własnych ojczyzn, w których powoli stają się elementem niepożądanym. Statystyki pokazują, że tylko w ubiegłym roku życie z powodu wiary straciło ponad sto tysięcy chrześcijan na całym świecie. Z tego powodu nikt nie organizował marszów milczenia, nie przyoblekał zdjęcia na fejsbuku w tęczową albo trójkolorową flagę, nikt również nie grał „Imagine” – hymnu ludzi bez własnej tożsamości religijnej i narodowej.

Oddajmy zatem głos bohaterom reportażu Dariusza Rosiaka. Na początku autor wysłuchuje ich w Szwecji, dokąd niektórzy z nich udali się na emigrację. Jest ich jednak o wiele mniej niż imigrantów muzułmańskich. Tym, co daje się od razu zauważyć przy lekturze „Ziarna i krwi”, są podziały i sojusze. Wśród chrześcijan znajdują się bowiem i Asyryjczycy, i Chaldejczycy. Ci pierwsi nie chcą, aby mylono ich z Aramejczykami. Aramejczycy zaś nie poczuwają się do wspólnoty z Asyryjczykami. Z zewnątrz waśnie te wyglądają nieco groteskowo, bo przecież i jedni, i drudzy wyznają praktycznie tę samą odmianę swojej religii. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Wspólnota chrześcijańskich imigrantów w Szwecji wydaje się więc zatomizowana i nieskora do zjednoczenia. A na obczyźnie trudno bez konsolidacji utrzymać własne wartości. Takiego obrotu rzeczy boją się zapewne ci, którzy zostają w domach, mimo coraz większego zagrożenia terrorystycznego czy państwowych represji dotykających tych, którzy nie wierzą w Allaha.

Represje te narastają w Turcji, Libanie, czy irackim Kurdystanie. Pierwsze z państw, rządzone przez Recepa Tayyipa Erdogana, coraz mocniej radykalizuje muzułmański przekaz. To, nie tak dawno, liberalne państwo, w którym religia nie wchodziła w politykę, staje się powoli miejscem, w którym innowiercy stają w obliczu coraz większych, stopniowo zauważalnych represji. Liban z kolei, jedyne chrześcijańskie państwo na Bliskim Wschodzie, jest non stop wstrząsany politycznymi i militarnymi wybuchami, a rosnąca w nim w siłę islamska społeczność staje się coraz większym zagrożeniem dla topniejących w liczbach chrześcijan. Natomiast w Kurdystanie słychać bez ustanku echo toczonej w Syrii wojny domowej i czuć na karku oddech Państwa Islamskiego. Nie są to warunki życia, do których przyzwyczailiśmy się w sytej i bezpiecznej (coraz mniej jednak) Europie.

Warunki te wprost proporcjonalnie przekładają się jakość wiary i jej istnienie. Że w Europie Zachodniej, rozpieszczonej po II wojnie światowej planem Marshalla, chrześcijaństwo przegrało, jest truizmem. Natomiast tam, gdzie prześladowania, strach przed jutrem i niepewność przyszłości, wiara i religia trzymają się dobrze. Jasne również, że byle jaki psycholog w pół minuty znajdzie banalne rozwiązanie tego problemu, ale kto powiedział, że to psychologowie mają rację? Na Bliskim Wschodzie ta kurcząca się fizycznie wspólnota chrześcijańska przeżywa swoją wiarę w sposób mistyczny, z towarzyszącymi wszem i wobec cudami i przekonaniem, że te istnieją. Rosiak, jako rasowy reporter, przede wszystkim słucha, nie mądrzy się za pomocą uniwersyteckich komunałów. Nie pozostawia nas autor w optymistycznym nastroju. Nietrudno bowiem wyobrazić sobie, jaki los czeka tych ludzi, jeśli tylko oblicze islamu nie stępi swojej brutalnej retoryki.

Dariusz Rosiak, Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 410.

Nieodżałowaną stratą była śmierć Pawła Paliwody, która nastąpiła prawie trzy lata temu, w styczniu 2013 roku. Ten związany z polskimi mediami publicysta słynął z ciętego języka oraz z ewolucji poglądów, które zaobserwować mógł każdy czytelnik śledzący jego felietony i artykuły krytyczne regularnie ukazujące się na łamach „Życia”, „Ozonu” (jedynej dobrej rzeczy, jaką zrobił Janusz Palikot), „Gazety Polskiej”, „Nowego Państwa” czy na stronach prawica.net. Paliwoda, na początku swojej drogi rozwoju antyklerykał i agnostyk, zawsze jednak antysocjalista, przechodzić zaczął sukcesywnie na drugą stronę barykady. Nie stał się w związku z tym socjalistą (i bardzo dobrze), ale świadomym własnej wiary katolikiem, który umiejętnie i z pozycji filozoficznych potrafił bronić własnych przekonań, dokładając przy okazji swoim adwersarzom. Bo był Paweł Paliwoda niezwykle inteligentnym, błyskotliwym historykiem filozofii, zaprawionym w bojach publicystą oraz polemistą, któremu niestraszne były hydry liberalnej demokracji, którą to demokrację z lubością atakował i obnażał jej słabości.

„Kambei Shimada” to właśnie zbiór artykułów – raz dłuższych, raz krótszych – poświęconych jednemu głównemu wątkowi, którym są filozoficzne, społeczne czy religijne (a raczej antyreligijne) mielizny liberalnej demokracji: systemu, który przez nowoczesne salony uznany jest za jedyne rozwiązanie w naszym kraju. Z lektury tych tekstów wynika, że to nieprawda. Nie jest wcale liberalna demokracja systemem jedynym słusznym, co więcej – jest systemem wadliwym, który czym prędzej należałoby obalić. Tu zgadzam się w całej rozciągłości z nieżyjącym już publicystą. A co proponuje w zamian Paweł Paliwoda? 1. Bandyci na szubienicach. 2. Socjaliści w drodze na Kubę. 3. Uczciwie zarobione na wolnym rynku pieniądze w mieszkach prawowitych obywateli. 4. Małżonkowie złączeni heteroseksualną miłością – w łożnicach. 5. Pan Bóg w sercach. Prosty to program dający zamknąć się w haśle: własność, tradycja, rodzina. Prosty, a jednocześnie powodujący agresję czy wręcz furię w lewicowo-liberalnym establishmencie III RP. Bo przecież im bardziej nienormalnie, tym lepiej – zdają się wrzeszczeć przeróżne pajace z opiniotwórczych środowisk profesorsko-artystycznych. Czyli wykształciuchy, jak powiedziałby Aleksander Sołżenicyn, ojciec tego określenia.

Nienormalność tę tropi więc Paweł Paliwoda i używa do tego polowania narzędzi wyprowadzonych z racjonalnej filozofii, klasycznej logiki oraz zdroworozsądkowego podejścia do rzeczywistości, tak obcego przeróżnej maści antropologom kultury, socjologom i psychologom. Zresztą, nieco prowokacyjnie, stwierdza niejednokrotnie na łamach swoich tekstów, że wymienione wyżej dyscypliny są tylko paranaukami, którym sporo brakuje do tego, aby móc nazwać je mianem poważnych dziedzin wiedzy. Ciekawe stwierdzenie, z którym nie sposób się nie zgodzić. „Kambei Shimada” zawiera więc wyselekcjonowane z bogatego dorobku Paliwody artykuły, pogrupowane w odpowiednie działy odnoszące się do filozofii, kryzysu cywilizacji, elit III RP, sądownictwa, nieprawidłowości społecznych oraz religii. Spaja je prorockie wołanie na puszczy, którego – nie mam w tej kwestii wątpliwości – syci i zadowoleni z siebie hedoniści współczesnych czasów nie wezmą do siebie. Jest więc „Kambei Shimada” smutnym zapisem walki współczesnego Don Kichote’a, który paradoksalnie musi istnieć. Istnieć musi jak samotny wojownik, który z całym złem tego świata nie wygra, ale przynajmniej przysłuży się dobrej sprawie.

Ta dobra sprawa to przede wszystkim sprawnie działające i oparte na zdrowych zasadach moralnych społeczeństwo, w którym fakt, że jest się na przykład artystą, nie będzie zwalniał od dobrego obyczaju nieobrażania drugiego człowieka za to, że ten posiada poglądy konserwatywne. W społeczeństwie takim istnieć powinna zdroworozsądkowa zasada mówiąca, że pewnych rzeczy się nie robi w imię dobrych obyczajów, a jeśli komuś ten fakt się nie podoba, zawsze istnieje cały wachlarz krajów zachodnich, w których takie zachowania razić nikogo nie będą i do których można sobie wyjechać. Niejednokrotnie więc autor przywołuje nazwiska pseudoartystów, których pseudodzieła zatruwają współczesne galerie sztuki. Mówi o zdegenerowanych feministkach, o kryzysie męskości, o dyktaturze mniejszości czy opacznie rozumianej tolerancji. Ironizuje ze świętych III RP, takich jak telewizyjni filantropi zbierający „na chore dzieci”, a którzy promują moralny nihilizm i kult lewicowego libertynizmu. Broni zaś przede wszystkim zwykłego człowieka, którego nazywa „bożym prostaczkiem”.

W czasach, w których jedyny normalny program dotyczący Polski i naszego społeczeństwa proponuje prawica, lewica zaś próbuje go albo zawrzeszczeć (zaKODować), albo zasłonić tęczowymi wizjami liberalnych ziemskich rajów pełnych parad tolerastów i kolorowych współczesnych Młodziaków, teksty Paliwody są niczym drogowskaz normalnego, zdrowego, polskiego myślenia. I ciekawe, co dzisiaj powiedziałby autor na tę naszą siermiężną rzeczywistość? Co powiedziałby na narastające tendencje samobójcze współczesnej Europy, na fale nachodźców ze smartfonami w rękach, na obłudne, podszyte lękiem o uciekające stołki, histeryczne reakcje byłej już władzy? Jedno pewne – trzeba kroczyć drogą wojownika, dla mądrości z sercem, dla głupoty z pogardą.

Paweł Paliwoda, Kambei Shimada. Pisma wybrane, Teologia Polityczna, Warszawa 2015, ss. 494.

Jarocin był z pewnością przeżyciem pokoleniowym dla dzisiejszych czterdziesto- i pięćdziesięcioparolatków, czyli w zasadzie wczesnych dziadków i tatusiów. Jedni na festiwal jeździli, inni słyszeli o nim w mediach, a nawet w kazaniach w kościele. W stosunkowo skąpym życiu popkulturalnym PRL-u nie sposób było przeoczyć żadnego takiego zjawiska, a to z tej prostej przyczyny, że w latach 80. tego typu wydarzeń było niewiele. Nie były to czasy codziennych koncertów, a już poza Warszawą każdy występ byle jakiego zespołu stawał się sensacją miesiąca czy kwartału. Zdesperowani punkrockowcy na początku dziewiątej dekady, nie mając na kogo chodzić, pojawiali się nawet na występach takich grup jak Mech albo Bank. Kto ich muzykę słyszał, być może zgodzi się, że było to duże wyrzeczenie. Zaistnienie Jarocina stało się więc szansą, aby w jednym miejscu spotkać się z fanami podobnych, nieistniejących w mediach dźwięków, a co ważniejsze – posłuchać na żywo zbuntowanej muzyki.

Że festiwal w Jarocinie był wentylem bezpieczeństwa zorganizowanym przez partię komunistyczną wraz z długim ramieniem Służby Bezpieczeństwa, wiadomo nie od dziś. Że był jedynym spędem, który odbył się w stanie wojennym, podczas gdy w Opolu i Sopocie nie działo się nic, również jest sprawą jasną. Ale że nie lata 80. stworzyły ten festiwal, tylko na muzycznej mapie PRL pojawił się on wcześniej, może wie już mniejsza liczba czytelników. Z początku były organizowane przecież Wielkopolskie Rytmy Młodych, w czasie których obok zespołów rockowych (no, powiedzmy) i popowych wokalistek występowały również zespoły pieśni i tańca. Istne pomieszanie z poplątaniem! Dopiero lata 80. uporządkowały ten chaos, a Jarocin zaczął być kojarzony z mainstreamowym rockiem, a potem z punkiem. Bo przecież z początku królowała w tym miejscu tak zwana Muzyka Młodej Generacji, sztucznie wykreowany twór, w którym prym wiedli wąsaci młodzieńcy niepierwszej już młodości.

Dopiero erupcja punk rocka stworzyła ten Jarocin, który widzieliśmy w „Fali” czy „Mojej krwi, twojej krwi” – dokumentach będących świadectwem epoki siermiężnych lat 80. w kontekście młodej sceny rockowej. Paradoksem jest fakt, że partia i tajne służby nie dopatrzyły, że dając młodym ludziom możliwość pohałasowania, tak naprawdę otworzyły ich umysły na coś więcej niż tylko przeżycie muzycznej przygody. Młodzi adepci punk rocka, nowej fali czy metalu to już nie była grzeczna młodzież z bigbitowych zespołów z lat 60., ani długowłosi hipisi z dekady kolejnej. Z drugiej strony system komunistyczny już padał, a władzom nie robiło różnicy, czy pozwolą paru obdartusom pograć trzy akordy i pokrzyczeć ze sceny. Dobrze więc, że powstają takie książki jak kolejna część „Grunt to bunt” – już czwarta. Przeczytać w niej możemy kolejne kilkadziesiąt wywiadów z ludźmi, którzy pamiętali tamte czasy i żyli wówczas tą muzyką. Grzegorz Witkowski rozmawia z muzykami, fanami, organizatorami związanymi z festiwalem, a wśród dialogujących z autorem znajdują się takie osoby jak Maciej Maleńczuk, Jacek Pałucha (związany z pierwszym, najlepszym składem Formacji Nieżywych Schabuf), Piotr Metz, Piotr Wierzbicki (czyli Pietia, znany animator sceny punkowej) czy Zdzisław Jodko (kolejna osobistość na punkrockowej scenie, wydawca zina „Garaż”).

Do najciekawszych rozmów należy jednak wywiad z Krzysztofem Karnkowskim – pseudonim „Budyń” – liderem punkowego Spirit of 84 – ciekawej kapeli łączącej ostry, melodyjny punk rock z niepoprawnie politycznymi tekstami, udzielającym się na nieodżałowanym, nieistniejącym już dzisiaj forum Conservative Punk. I chociaż punkowe lewactwo spod znaku Antify i anarchizmu odsądzało tę inicjatywę od czci i wiary, okazało się, że środowisko to niekoniecznie musi wpisywać się w narrację skrajnej lewicy. Karnkowski, opowiadając o swoim widzeniu dzisiejszej sceny, której symbolem stał się Woodstock, wypowiada sądy niekoniecznie oczekiwane przez chwalców Owsiakowej imprezy. Niektórzy chcą, by przedsięwzięcie to stało się drugim Jarocinem, lecz zdaniem Budynia, nigdy nim nie będzie. A powodem tej sytuacji jest komercjalizacja i polityczne zindoktrynowanie festiwalu. Wystarczy popatrzeć tylko, kto co roku występuje na Akademii Sztuk Przepięknych – imprezie towarzyszącej Przystankowi. Paradoksalnie, w czasach o wiele bardziej upolitycznionych, jakimi były lata 80., ponura dekada Kiszczaka i Jaruzelskiego, w Jarocinie tej polityki prawie nie było. Chyba, że uznamy za nią socrealistyczne happeningi zespołu Piersi czy antysystemowe teksty punkrockowców.

„Grunt to bunt” jest inicjatywą tym bardziej nieocenioną, że stanowi źródło dla wszelkiej maści historyków, nie tylko tych zajmujących się wąską niszą, jaką jest muzyka rockowa. Przy tym, jako zapis wywiadów z bardzo różnymi rozmówcami, jest ciekawą kompilacją interesujących, nieraz zabawnych historii, które składają się na większą całość – obraz życia codziennego w ostatniej dekady realnego socjalizmu w Polsce.

Grzegorz K. Witkowski, Grunt to bunt IV, wyd. In Rock, Czerwonak 2015. ss. 434.