Dałem się nabrać na Eustachego Rylskiego. Na tę obyczajową prozę opisującą PRL. Na silnego i męskiego bohatera, duchowego krewniaka Hemingwaya i Hłaski. Na powieść z tajemnicą, szorstką wersję „Madame” Libery. Na te wszystkie entuzjastyczne recenzje, w których jak jeden mąż powtarzały się słowa o pięknie i kunsztowności języka. Na wywiady z pisarzem, w których ten opowiadał o powieści swojego życia, o opus magnum, po którym nie wie, czy jeszcze cokolwiek napisze. Nabrałem się na autobiograficzne wątki, na rzekomą mądrość życiową Rylskiego. I na pierwsze zdanie powieści, bo przecież wiadomo, że pierwsze zdanie jest reklamą całości, i to ono stanowi najlepszą zachętę do lektury. Życie nas wycenia. Jeżeli w skali od jednego do dziesięciu dostaniemy pięć, możemy być zadowoleni. Ja dostałem więcej i będę musiał za to zapłacić, gdyż życie wyceniło mnie ponad moją wartość. Prawda, że wystarczający to wabik na czytelnika, który chętnie dowie się, co takiego stało się z głównym bohaterem i w jaki sposób ten będzie musiał spłacić swoje długi? Niestety, nie dowiemy się niczego na ten temat. Co gorsza, nie dowiemy się też wiele więcej.

Rylski jest moim literackim rozczarowaniem, czego nie kryję. Nie tylko z powodu omawianej właśnie ostatniej jego powieści, ale i publikowanych wcześniej opowiadań, z których jedynie nieliczne są warte uwagi. „Obok Julii”, podobnie jak poprzednie teksty, językowo jest bez zarzutu. Autor tworzy zdania w niezwykle kunsztowny i wyszukany sposób, język jego tekstów jest elegancki, a pisarz nie kryje fascynacji Iwaszkiewiczem. Te nieco melancholijne frazy, wielokrotnie złożone, leksykalnie bogate, autentycznie mogą się podobać. Rylski wie, w jaki sposób tworzyć opisy zdarzeń i jakich użyć słów, aby stworzyć świat przedstawiony. A ten z powieści rozpina się między początkiem Polski Ludowej i przechodzi płynnie od lat 40. do współczesnego nam XXI wieku. Autor jest również sprawnym twórcą dialogów, co w polskiej prozie obyczajowej nie jest takie oczywiste. I gdy większość literatów głównego nurtu poprzestaje na monologu wewnętrznym, Rylski pozwala swoim bohaterom mówić. Natomiast, mimo tak cennych przecież walorów językowych, reszta warstwy powieściowej, niestety, nie zachwyca. „Obok Julii” w zamyśle miała być ostrą męską powieścią, zadłużoną u Hłaski i Hemingwaya, niestroniącą od opisów zbrodni oraz awantur. Jest za to klasycznym „snujem”, w którym bohater bez tożsamości miota się na scenie własnego życia i czyni to w zasadzie bez powodu.

Jest nim Janek Ruczaj, który po kilku latach spotyka swoją nauczycielkę rosyjskiego. Spotkanie to staje się pretekstem do rozpoczęcia krótkiego romansu; później bohater pomaga uciec swojej kochance za granicę. Rzeczona postać żeńska, Julia Najder, już później w powieści nie występuje. Główny bohater zaś raz wspomina swoje dzieciństwo, raz młodość, by innym razem z kolei występować jako starszy facet już w czasach obecnych. Czego on w życiu nie robi! Pracuje w bazie transportowej, zostaje taksówkarzem, wikła się w szpiegowską historię inspirowaną przez tajne służby, na południu Europy działa w mafii, staje się terrorystą, po powrocie do Polski, już po przemianach ustrojowych, zostaje redaktorem pisma dla mężczyzn. Ale przede wszystkim żyje Hemingwayem, próbując swoją egzystencję przykroić do postaci tworzonych przez swojego pisarskiego idola. Do ludzi się nie przywiązuje, pozostając samotnikiem, ma jednak paczkę kolegów, których tak samo lubi, jak darzy niechęcią. W warstwie fabularnej dzieje się więc aż nadto, ale właśnie tutaj pies jest pogrzebany.

Bowiem z przygód powieściowego protagonisty nic nie wynika. Jeżeli na początku, wiedzeni wstępnym zdaniem, śledzimy losy Ruczaja, to później jego historia przestaje nas obchodzić. Do momentu wywiezienia Julii Najder za czeską granicę powieść Rylskiego jest wartka i konsekwentna. Potem jednak wydarzenia zaczynają przyspieszać, a narracja dodatkowo plącze się między różnymi momentami życia bohatera. Autor nie potrafi zapanować nad swoją postacią, mnoży nieprawdopodobne i nielogicznie skonstruowane wątki i z tego powodu nuży. Jego opowieść staje się niewiarygodna; nie ma w niej żadnego napięcia, ponieważ czytając, nie wierzymy w ani jedno słowo wypowiedziane przez główną postać. Rylski nie potrafi również tworzyć punktów kulminacyjnych, więc ani warstwa sensacyjno-przygodowa, ani psychologiczno-obyczajowa nie potrafią przykuć uwagi. „Obok Julii” gdzieś od połowy staje się torturą, której główne imię brzmi nuda.

Obok pięknej frazy i nieciekawej akcji pojawia się w tej powieści jeszcze jedna ważna cecha: pozerstwo. Mam wrażenie, że męskie walory tej prozy i postać autora stoją w wyraźnej sprzeczności. „Obok Julii” pręży muskuły, każąc swojemu bohaterowi co chwilę wypowiadać hemingwayowsko-hłaskowskie frazesy o męskości, maczyzmie, dziwkach, lojalności i honorze, lecz za tą fasadą kryje się pustka. Prężenie mięśni nie maskuje, niestety, nihilizmu wyłaniającego się z powieści. A nihilizm ten udaje cnotę i przebiera się w opowieści o przedwojennych tradycjach babek i ciotek, o pionierskości mieszkańców Ziem Odzyskanych (tam toczy się większość akcji), o męskiej przygodzie. Estetyczna warstwa językowa okazuje się pozerskim blichtrem ledwo tylko skrywającym nonsensowność przygód Ruczaja. Sam Ruczaj zaś wcale nie jest obieżyświatem i awanturnikiem, ale znanym z kiepskiej książki i kiepskiego filmu, zblazowanym snujem, który łazi z kąta w kąt. A to kogoś zabije, a to da w mordę, wypije wódkę, powspomina dawne czasy. I nawet nie będzie próbował wyjaśnić, co kryje się w pierwszych jego słowach rozpoczynających powieść.

Eustachy Rylski, Obok Julii, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2013, ss. 381.

Już pod koniec zeszłego roku robiło mi się tęskno za nowym albumem Zaciera. Za tym specyficznym poczuciem humoru i dźwiękowym eklektyzmem, który każe łączyć Mirosławowi Jędrasowi tak dalekie od siebie gatunki jak rock progresywny i punk. Tym bardziej była to tęsknota uprawniona, że poprzedni album „Skazany na garnek” był naprawdę bardzo dobrym zbiorem absurdalnych, ale i dojrzałych muzycznie piosenek. Wówczas po raz pierwszy od wielu lat płyta Zaciera obyła się bez żadnych wypełniaczy czy po prostu słabszych utworów. I wydaje się, że dobra passa kapeli trwa nadal, bo „Podróże w czasie, czyli park, rower i wiewiórki” są albumem podobnie dojrzałym i podobnie równym. Jednak to i owo się w muzyce Zaciera zmieniło.

Pierwszą zmianą jest bardziej refleksyjny niż dotąd charakter tekstów Jędrasa. Udowodnił on jednak, że i w latach 90. potrafił nagrywać piosenki melancholijne i nostalgiczne, jak „Wiosna nierządnica”, „Homo sum” czy „Rakowiec”. Teraz jednak czuć upływ czasu i ten specyficzny nastrój unosi się nad sporą częścią kawałków. Pierwszym tego dowodem jest rozpaczliwy tekst o chłopcu, który popełnił samobójstwo, czyli „Chłopiec, który chciał latać”. Ale już pierwsze dwa kawałki – „W parku” oraz „Rowerek” – są nie tyle prześmiewczą analizą czasów, co wyrazem tęsknoty za wolnością. Tę wyraża również numer pt. Podróże w czasie”. Z kolei „Napadła mnie piosenka” i „Chaos twórczej stagnacji” to autotematyczne utwory dotyczące procesu twórczego. Inne, jeszcze bardziej gorzkie przemyślenia znajdziemy w takich ironicznych tytułach jak „Człowiek to brzmi dumnie” („A gdy zginę z nożem w plecach, odprowadźcie mnie tłumnie i napiszcie na kamieniu: człowiek, to brzmi dumnie”) i „Wszystko będzie dobrze” („Dzień nowy wstaje, starzeją się dzieci. Wierzę, że życie się nie rozleci. Że będzie dobrze, że wszystko głupota, moja słomiana golgota”). Samotność, zdrada, zakłamanie, przemijanie, erozja uczuć, potrzeba wolności, której nie można znaleźć – to główne tematy piosenek na „Podróżach w czasie”. Z drugiej strony niektóre teksty są po staremu kąśliwe i prześmiewcze, na przykład „Samochodem terenowym do przedszkola” (krytyka dorobkiewiczostwa) czy po staremu absurdalny, polsko-angielski „Overpowered by Polish Vodka”.

Drugą zmianą, tym razem muzyczną, jest zaangażowanie trzech muzyków z zespołu Z całym szacunkiem dzika świnia: lidera – Aleksandra Koreckiego, odpowiedzialnego za flet poprzeczny i saksofon, basisty Tomasza Grochowalskiego i grającego na chapman sticku (rodzaj elektrycznego instrumentu strunowego) Wojciecha Rucińskiego. I był to strzał w dziesiątkę! Chodzi przede wszystkim o Koreckiego, który oprócz zajmowania się muzyką jazzową w macierzystym zespole, nagrywał z tak różnymi zespołami jak Elektryczne Gitary, Brygada Kryzys czy Neuma. Dzięki temu charakterystyczne piosenki Zaciera, którym blisko i do punka, i do progresywnego rocka, ale i do klasycznego songwritingu, zostały ożywione saksofonowymi solówkami i przygrywkami. Sax brzmi raz drapieżnie i dziko, raz melancholijnie, a nawet naiwnie radośnie. Słuchając, trudno nie zadać sobie pytania, jak to się stało, że ta fuzja nastąpiła dopiero teraz. Przecież ta czujna i jazzowa sekcja brzmi świetnie i w rytmach reggae („Overpowered by Polish Vodka”), i w bigbandowo-bluesowych klimatach („Na moim czerwonym Nordzie”). Sprawdza się także w bardziej progresywnych rzeczach, wyciągniętych rodem z zakurzonych lat 70. („A ja stałem nieopodal”), a nawet w klasycznych formach piosenkowych, którym blisko do Elektrycznych Gitar.

Porównując najnowszą płytę Zaciera do grania kabaretowego, to znaczy nie powiedzieć o niej nic. To już nie są szalone „Konfabulacje” z prześmieszną, ale i obrazoburczą piosenką o Fryderyku Chopinie. To Zacier refleksyjny, dojrzały, nieużywający wulgaryzmów, z doskonałą sekcją. Młody miał swoje uroki, a wiekowy ma ich chyba jeszcze więcej.

Zacier, Podróże w czasie, czyli park, rower i wiewiórki, SP Records 2017.

Literacki świat Jakuba Żulczyka wygląda jak na łamach sieciowego pisma „Vice”. Jest kolorowy, różnorodny i skupiony na sobie, a wewnątrz skrywa niepokojący rys. Prowokuje, zmusza do myślenia, ale też odpycha. Tak było w „Ślepnąc od świateł”, tak jest również w „Radiu Armageddon”. Pierwsze wydanie powieści ukazało się, co prawda, dziewięć lat temu, za to drugie i poprawione ujrzało światło dzienne w 2015 roku. Nie jest to więc pozycja całkiem świeża, lecz warto poświęcić jej nieco uwagi. Chociażby dlatego, że obraz młodzieży w niej przedstawiony zbieżny jest z jej najbardziej „awangardowym” skrzydłem, z którym spotkać możemy się w największych miastach Polski. „Radio Armageddon” jest więc powieścią opowiadającą o postępowej młodzieży Polski A, przy czym Żulczyk patrzy na nią z dystansu, co ratuje jego prozę przed niebezpiecznym szarżowaniem w kierunku kiczu. Zresztą, już w „Ślepnąc od świateł” pisarz pokazał, że opisywanie świata degeneracji nie musi wiązać się z fascynacją nim.

„Radio Armageddon” to proza inicjacyjna, poświęcona dojrzewaniu w trudnych czasach. Rodzice młodych bohaterów powieści zajmują się robieniem karier: prowadzą biznesy, są lekarzami i członkami klasy średniej. Żulczyk na szczęście jednak nie stawia prostej diagnozy i nie obarcza odpowiedzialnością za dzieci tylko zabieganych rodziców. To byłoby za proste i nie do końca sprawiedliwe. W tekście pojawia się zatem sporo innych tropów, ale mam także wrażenie, że nie opowiada on o tym, jak rodzi się patologia. Ta istnieje, niczym stała wartość, w opisywanym świecie, i nikt nie jest od niej wolny. Zarówno młodzi wolnomyśliciele, jak i członkowie rockowego zespołu chrześcijańskiego. I jedni, i drudzy chorują na młodzieńczą gorączkę, motywującą ryzykowne zachowania i brutalność. Autor nie pochyla się jednak nad swoimi bohaterami i nie wprowadza tendencyjnych rozwiązań fabularnych, nie moralizuje i nie broni aktów wandalizmu, a nawet terroryzmu. Nie mówi o biednych dzieciaczkach, które są ofiarami bezdusznego kapitalizmu. Wręcz przeciwnie, zdarza mu się wykpiwać skłotersów i anarchistów, którzy kopią się z koniem, a własnej walce przydają mitycznego charakteru. Powodem prawdziwego buntu w powieści, który uosabia jeden z głównych bohaterów – Cyprian – jest nihilizm. Rodzi się zatem pytanie, co jest bardziej niebezpieczne: protest wobec kapitalizmu i tradycyjnego porządku czy wobec wszystkiego? Ten pierwszy przecież poważnie traktuje swojego przeciwnika, drugi bierze w nawias wszystko i podpala świat, aby oglądać płomienie.

„Radio Armageddon” to również powieść opowiadająca o tytułowym zespole, grającym ostrą punkrockową muzykę. Oszałamiająca kariera, jakiej doświadczają członkowie kapeli, niemożliwa przecież już dzisiaj, każe patrzeć na powieść Żulczyka nie przez pryzmat prozy realistycznej, ale przypowieści. Przecież dziś młodzież zakłada zespoły, by pojawić się u któregoś z telewizyjnych łowców talentów, a na wydanie płyty żebrze od internetowych frajerów gotowych sypnąć groszem na złaknionych sławy suchoklatesów w rurkach. Opowieść o zespole punkowym, który w przeciągu kilku tygodni zyskuje sławę godną współczesnych jutuberów, staje się więc parabolą dotyczącą losów idealistów, którzy muszą skończyć przemieleni przez system. I ta myśl wydaje się najważniejszą ideą powieści Jakuba Żulczyka. Bunt bowiem, nieważne jak mocny i do jakich środków się odwołuje, i tak zostanie zjedzony przez media oraz przez nie wyrzygany w postaci letniej papki dla nastolatków, których rebelią jest akt kupna koszulki z wywrotowym hasłem w galerii handlowej. Autor zdaje się pytać, na co komu bunt we współczesnym świecie, w którym granice zostały już obalone i można albo ćpać na skłocie, albo śpiewać rockowe hymny dla Jezusa. I jednych, i drugich, pozornie różnych bohaterów, zdają się napędzać tylko krótkotrwałe mody. Nawet sacrum zredukowało się do rozmiarów trzyminutowej pioseneczki.

Opowieść ta jest interesująca również pod względem formalnym. Składa się bowiem z dwóch narracji. Pierwsza to klasycznie trzecioosobowa forma opowiadania, a jej głosem jest Szymon, główny bohater i ofiara własnego braku woli. Bohater zdaje się wikłać we wszystko siłą bezwładu, jest zblazowanym, ale i nadwrażliwym licealistą. Marzy o karierze muzycznej, ale przede wszystkim o rzeczywistości, która nie będzie go przerastać. Jest głupio-mądry, taki, jacy są wszyscy licealiści: jego poziom intelektualny jest powyżej średniej, za to wola i rozum jeszcze wcale się nie wykształciły. Na jego tle główny katalizator wydarzeń powieści – Cyprian – jawi się jako świadomy życia cynik i manipulator. Druga narracja zaś to głos spoza świata przedstawionego, który kierowany jest do żeńskiej bohaterki – Nadziei. Oba uzupełniają się wzajemnie i snują opowieść w różnych momentach. Szymon opowiada historię sprzed zaginięcia Cypriana, a opowiadający mówi Nadziei o faktach, które miały miejsce już po tym fakcie.

Co więc nie daje mi spokoju? Pewnie nie wulgaryzmy, których jest sporo, a które przecież stanowią ważny element języka. Purystów może one zgorszą, lecz „Radio Armageddon” martwi mnie czymś zupełnie innym. Kwestią tą jest wspomniany już wcześniej nihilizm i panświnizm. W świecie Żulczyka świnią jest każdy, i każdy jest tak samo umoczony. Rzeczywistość tej powieści jest niczym Tarantino skrzyżowany z wczesnym Lynchem, a do tego doprawiony Cronenbergiem. Jest brutalna, a stosunki międzyludzkie motywuje cynizm i chęć zysku. Trochę to płytkie. Duchowość, o dziwo, ale się jednak pojawia. Odniesieniem do niej jest postać białego starca, która towarzyszy nie tylko narkotycznym wizjom bohaterów, ale i śmierci niektórym z nich.

Jakub Żulczyk, Radio Armageddon, wyd. Świat Książki, Warszawa 2015, ss. 541.

Mówi się, że przyszłość to teraźniejszość, ale cokolwiek zmodyfikowana. Prawidłowość tę chętnie wykorzystują twórcy prozy fantastycznej, strasząc czytelników bezdusznymi wizjami następnych stuleci. Mówi się również, że fantaści tak naprawdę, jako nieliczni z pisarskiego środowiska, mają głowę na karku i opisują problemy współczesności, zamiast ich unikać. A uniki te stosuje się często w literaturze głównego nurtu. Chociaż ten podział jest sztuczny i krzywdzący, nadal się go stosuje, a fantastykę próbuje się zdyskredytować nie tyle przez jej literacką materię, co z powodu poglądów większości jej twórców. Tajemnicą poliszynela jest przecież, że autorzy parający się literaturą fantastyczną w lwiej większości posiadają konserwatywne poglądy. Często są również, o zgrozo, katolikami! Tego zaś towarzystwo przy stolikach nie wybacza. Z tych właśnie światopoglądowych powodów czekałem na nowego Grzędowicza jak kania dżdżu. Szczególnie zależało mi na tym, aby spod pióra autora wyszła klasyczna science fiction. Przedwiośnie przyniosło więc nową powieść pisarza, która powinna ugruntować jego pozycję na rynku wydawniczym.

„Hel 3” jest, jak wspomniałem wyżej, klasyczną powieścią fantastycznonaukową, mamy w niej i eksplorację Księżyca, i technologiczne nowinki, i dystopijną wizję współczesnego świata. Ta wizja jest jedną z najbardziej interesujących warstw powieści. Grzędowicz udowodnił już w swoich opowiadaniach, że jako klasyczny fantasta patrzy na świat z realistycznym pesymizmem. Nie pozostawia nadziei, mówiąc: będzie gorzej, i nie ma powodów, aby mu nie wierzyć. Wystarczy spojrzeć na lękliwą, kurczącą się demograficznie i duchowo Europę, aby przestać produkować farmazony o integracji i zbawczej roli mulikulturalizmu. Grzędowicz to wie: inna przyszłość niż ta opisana w „Helu” już nas nie czeka. Mamy więc tam świat uzależniony od mediów, które przerabiają na papkę najbardziej sensacyjne wiadomości. Główny bohater, Norbert, to wolny strzelec, który pozyskuje najbardziej krwiste fakty i wrzuca je do globalnej sieci. Potem liczy zyski. Przecież to już dzisiaj znamy! Do tego opisuje autor świat zachodni rządzony pod dyktatem polityki zrównoważonego rozwoju. Karleje on ekonomicznie i każe swoim obywatelom wyzbyć się tego, co dziś uznają oni za pewnik. Grzędowicz między wierszami pisze: co dzisiaj większości wydaje się abstrakcyjne, za pięćdziesiąt lat może jednak stać się normą. Chociażby niejedzenie mięsa. Wystarczy spojrzeć, co promuje i przemyca widzom najnowszy film Agnieszki Holland „Pokot”, aby dojść do wniosku, że są wśród nas ludzie, którym zależy, aby swoje aberracje wcielić w życie i pozbawić ludzkości tego, co przez wieki stanowiło jej nieodłączny element.

Pojawia się również w „Helu” klasyczny fantastycznonaukowy motyw człowieka przyszłości, który wyzbył się własnego człowieczeństwa. Tekst uwiarygadnia częściowa przemiana głównego bohatera. Ten, unurzany w „zrównoważonym rozwoju” dziennikarz netowy, do końca powieści widzieć będzie mniej niż narrator i czytelnik. Zabieg ten powoduje, że najnowsza powieść Grzędowicza nie wpada w mentorski ton i nie staje się literaturą tendencyjną, którą produkuje się dzisiaj po przeciwnej stronie ideologicznej barykady, dla niepoznaki nazywając reportażem czy zaangażowaną powieścią społeczną. Grzędowicz zaangażowany jest, ale nie zapomina o najważniejszym w klasycznej epice: o akcji. Ta, mam wrażenie, mogłaby być bardziej wartka, ale pewnie wówczas ucierpiałaby część opisowa, dzięki której tak dobrze w tekście znajduje się aluzje do dzisiejszego świata. „Hel 3” rozpoczyna się obrazkiem z Bliskiego Wschodu, który dzisiaj, niestety, doskonale znamy. Publiczne egzekucje i zamachy bombowe to jego nieodłączna część; w tym epicentrum znajdzie się za chwilę główny bohater. Akcja kończy się zaś na Księżycu, jak na klasyczną s-f przystało.

W tym pogrążonym w kryzysie świecie znajdują się jednak pewne enklawy normalności, do których zrównoważony rozwój jeszcze nie dotarł. Jedna z nich położona jest w odciętym od reszty świata zakątku rumuńskiej Transylwanii. Autor zdaje się więc mówić do czytelnika, że to właśnie Europa Środkowa, pogardzana przez buńczuczny Zachód, przechowa resztki dawnych swobód. Bohater w pewnym momencie powieści trafia bowiem do tajnej bazy ukrytej w lesie, gdzie okazuje się, że można pić dobry alkohol, palić papierosy oraz jeść dobre mięso, nie martwiąc się wcale o poziom ekologicznej świadomości. Świat opisany w „Helu” jawi się więc jako świat na krawędzi, który znajduje się w permanentnym kryzysie. Zmęczone, dekadenckie społeczności Europy nie mają już nic do powiedzenia, poddając się poprawnościowej tresurze i lękając się nowych barbarzyńców. Kończą się surowce naturalne, a media podają do jedzenia usypiającą mieszankę krwi i rozpaczy. Jedyna nadzieja pozostaje we współczesnych katakumbach, tam, gdzie pali się papierosy i je mięso.

Jarosław Grzędowicz, Hel3, wyd. Fabryka Słów, Lublin – Warszawa 2017, ss. 493.

Po kontrkulturze lat 60. pozostało mnóstwo świetnej muzyki i tyle samo, albo jeszcze więcej, błędnych ideologicznie haseł, które każdego konserwatystę powinny oburzać albo przynajmniej niepokoić. I przyznać trzeba, że z jednej strony chętnie słuchamy The Beatles, dajemy się ponieść rockandrollowym emocjom przy muzyce The Rolling Stones czy odpłynąć przy psychodelicznych dźwiękach Jefferson Airplane, a z drugiej odrzucamy cały ideologiczny bagaż, który stoi za tą muzyką. Trochę to schizofreniczne, ale żyjemy w dziwnych czasach. Nie tylko ja tupię nogą przy The Doors czy Hendriksie, jednocześnie zauważając niebezpieczny rys całej kontrkultury, która tych wykonawców stworzyła. Bo stworzyła ona nie tylko wykonawców rockowych, ale filmowców, plastyków, performerów, a co najważniejsze – wprowadziła do wielkiej polityki hasła emancypacyjne i pacyfistyczne, czym zadała poważny cios cywilizacji łacińskiej. Pytanie o genezę tej kontrkulturowej rewolty pozostaje jednak bez odpowiedzi: na ile była ona skutkiem oddolnych prądów, nieuniknionych z powodów społecznych, a na ile powstała z inspiracji skrytych w cieniu spiskowców. Jedno jest pewne; nawet gdyby pojawiła się spontanicznie na dole drabiny społecznej, to została potem wykorzystana przez inżynierów współczesnej kultury masowej.

Niestety, kwestii tej nie porusza Jerzy Jarniewicz, autor publikacji „All you need is love”, która nosi podtytuł „Sceny z życia kontrkultury”. Nie jest tajemnicą, że twórca książki jest bezkrytyczny wobec większości działań hipisów i pokrewnych im grup. Już blurb na okładce nie pozostawia wątpliwości: oto do głosu został dopuszczony Jerzy Owsiak zwany Jurkiem, który pokłony bije i publikacji, i ruchom młodzieżowej rewolty lat 60. Zresztą jego festiwal muzyczny jest hołdem dla prawdziwego Woodstock, który w 1969 roku zmienił oblicze muzycznej sceny nie tylko w USA, ale i na świecie. Jarniewicz jest nieco młodszy, jak sam pisze, nie pamięta tych lat, ale są one dla niego czasem mitycznym. Doskonale widać to podczas lektury „All you need is love”. Autor pochwala antywietnamski pacyfizm, cieszą go anarchistyczne akcje sytuacjonistów i innych burzycieli porządku publicznego, zadowolony jest z tego, co kontrkultura swoimi działaniami osiągnęła. A jej osiągnięcia są rewolucyjne. Dzięki nim doprowadzono nie tylko do braku penalizacji homoseksualizmu, ale wmówiono całemu Zachodowi, że jest on naturalnym wariantem życia seksualnego. Dzięki nim, o czym Jarniewicz jednak nie pisze, społeczeństwa Europy i Ameryki Północnej przestały w zasadzie dyskutować nad aborcją, a przestają powoli nad eutanazją. Z tradycyjnego punktu widzenia kontrkultura dokonała więc spustoszenia moralnego i jest za nie odpowiedzialna. Autor, przyjmując lewicowo-liberalny punkt widzenia, zdaje się brać te skutki za dobrą monetę.

Jednak „Sceny z życia kontrkultury” mówią również o negatywnych skutkach młodzieżowej rewolty, nie zatrzymując się jedynie na miłej uchu muzyce i kolorowych paciorkach hipisów. Autor bowiem zwraca uwagę na działania terrorystyczne. Nie pisze, naturalnie o wszystkich, ale wspomina o działalności niemieckiej grupy Baader Meinhof albo o amerykańskich Weathermen. Gdzieś między wierszami wybrzmiewa również zbrodnia Charlesa Mansona, który był przecież produktem ery hipisowskiej. Pojawiają się również na łamach książki bulwersujące fakty przymusu seksualnego, rasizmu wobec białych obywateli czy homoseksualnych perwersji. I to wszystko wśród „miłujących pokój” młodych ludzi, którym zachciało się (albo zostali do tego zachęceni przez kogoś z zewnątrz) walczyć o „lepszy świat”. Czytaj: przeciw religii chrześcijańskiej, rodzinie i własności prywatnej. I być może jest tu winny powojenny hedonizm społeczeństw Zachodu; z tej perspektywy widać, że i agresywny konsumpcjonizm, i lewacka rewolta są w zasadzie dwiema stronami tego samego medalu.

Z perspektywy czasu lepiej widać również, kto robił tę obyczajową i artystyczną rewolucję. Wśród jej uczestników, a przede wszystkim – mocodawców, próżno szukać by ludzi mądrych, świadomych dziedzictwa kulturalnego i tradycji. Dominują za to degeneraci (na każdym kroku autor podkreśla ich miłość do narkotyków), ćpuny, alkoholicy, komuniści zafascynowani zbrodniami Mao Zadonga i Che Guevary, niedouczeni studenci, a przede wszystkim pospolici głupcy, którzy jedynie siłą i w grupie byli zdolni, aby próbować argumentować swoje racje. Może i byli kolorowo ubrani, może i tworzyli ciekawą muzykę, ale pod względem intelektualnym byli po prostu kiepscy. Nadrabiali wojowniczością niczym dzisiejsi aktywiści przeróżnych radykalnych ruchów społecznych, ale ich wiedza składała się z szeregu powtarzanych jak mantry sloganów. Ale byli przede wszystkim niebezpieczni, co bagatelizuje i wykpiwa autor. Jeśli stworzyli świat, w którym można legalnie zabić człowieka, nazywając ten czyn aborcją lub eutanazją, nie należy nabierać się na ich długie włosy, spodnie-dzwony i kolorowe paciorki. Bo o jednym autor nie napisał ani jednego zdania: nie wspomniał mianowicie o okultystycznych inspiracjach dużej liczby kontrkulturowych działań. A fakt ten mocno zmienia spojrzenie na długowłosych miłośników pokoju i wszelakiej tolerancji.

Jerzy Jarniewicz, All you need is love. Sceny z życia kontrkultury, wyd. Znak, Kraków 2016, ss. 335.

Tragedia Zamojszczyzny znalazła swoje miejsce w wydanej parę lat temu „Małej zagładzie” Anny Janko, jednak okazuje się, że o tym wojennym nieszczęściu można napisać więcej. Dobrze się składa, że w momencie gdy trwa ofensywa informacyjna na temat niemieckich obozów śmierci, wciąż pojawiają się na rynku książki, które w jasny sposób pokazują, kto odpowiada za zbrodnie związane z II wojną światową. I że nie stoją za nimi żadni tajemniczy naziści, ale Niemcy, którzy najpierw gremialnie poparli Adolfa Hitlera, a potem do końca sprzyjali jego działaniom, tym wewnętrznym i tym zewnętrznym. „Syn dwóch matek” to pozycja mówiąca o wojnie; można by powiedzieć, że po raz kolejny, jednak sposób opowiadania autorki, córki znanego dziennikarza Macieja Piekarskiego, Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, jest dość oryginalny. Poza tym tematyka zagłady ziemi zamojskiej dość rzadko pojawia się w naszym piśmiennictwie. Z tych dwóch powodów „Syn dwóch matek” to interesująca relacja, która ukazując losy jednego człowieka, przedstawia powszechny problem, którym było porywanie dzieci polskich przez Niemców.

Tym człowiekiem jest Jan Tchórz, znany osobiście autorce. Lecz nie ona pierwsza zaczęła opowiadać tę historię. Na początku był reportaż jej ojca, Macieja Piekarskiego, który ukazał się w „Stolicy” – kiedyś ogólnopolskim magazynie ilustrowanym, dzisiaj – periodyku wychodzącym jedynie w Warszawie. Reportaż ten dotyczył człowieka, który z powodów wojennych perturbacji został oddany przez biologiczną matkę innej kobiecie, aby za jakiś czas przejść drogę powrotną. W tle, oczywiście, trwała wojna, a Zamojszczyzna powoli zamieniała się w przestrzeń życiową dla prawdziwych Aryjczyków. Nie od dziś bowiem wiadomo, że rasa panów upodobała sobie sielskie krajobrazy, pełne pięknych widoków i czystego powietrza. A tam nie było miejsca dla podludzi.

Autorka, snując historię, opowiada o swoim pierwszym zetknięciu się z reportażem ojca. Miała wówczas dziewięć lat, a wojnę kojarzyła z „Czterech pancernych i psa”. Nic więc dziwnego, że tekst opisujący wstrząsające losy małego chłopca zrobił na niej wielkie wrażenie. „Syn dwóch matek” powraca więc również do tamtego reportażu. Jest relacją, która opisuje losy bohatera z dwóch perspektyw: ojca i córki – obojga dziennikarzy. Starszy tekst jest typowo dziennikarską relacją z odkrywania prawdy o wojennych losach bohaterów, a nowszy ma formę listu do nieżyjącego już Macieja Piekarskiego, który zmarł osiemnaście lat temu. W tym intymnym zwierzeniu autorka pisze nie tylko o Janie Tchórzu, ale rekonstruuje niełatwe losy własnej rodziny. Zresztą główny bohater to również członek familii, bo jest stryjem autorki. Dzięki temu zabiegowi łatwo zauważyć różnice między męskim a kobiecym relacjonowaniem faktów. „Syn dwóch matek” ma też nieprzypadkowo podwójne autorstwo, jest przecież książką, która nie mogłaby powstać bez poprzedzającego ją reportażu.

Reportaż wojenny to gatunek nieco już zapomniany, wszak odchodzą ostatni świadkowie tego konfliktu, którym była II wojna światowa. Małgorzata Karolina Piekarska ożywia ten rodzaj relacji, nadając jej niezwykle osobistego charakteru, w końcu pisze o sprawach doskonale przez nią znanych. A że przy okazji upomina się o sprawstwo Niemców, nie nazistów, jest dobrym pretekstem do sięgnięcia po „Syna dwóch matek”. Bo, co prawda, wojna skończyła się 72 lata temu, ale kłamstwa na jej temat wciąż są powtarzane.

Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski, Syn dwóch matek, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2016, ss. 238.

Justyna Kopińska miała w zeszłym roku swoje pięć minut. Wielokrotnie nagradzana, rozpytywana przez dziennikarzy, nie schodziła z łam pism i przestrzeni internetu. Pisali o niej blogerzy, dziennikarze mediów papierowych, mówiły radio i telewizja. A wszystko to z powodu zbioru jej reportaży zatytułowanego „Polska odwraca oczy”. Przyznam, mam problem z tym tytułem, bowiem sugeruje on, że nasz kraj ma jakieś specjalne predyspozycje do zła istniejącego w przestrzeni publicznej. Problem ten powiększa się, gdy okazuje się, że medium, w którym pracuje Justyna Kopińska, w stopniu przypominającym paranoję szaleńca piętnuje większość przejawów polskości i tradycji. I nie wiem, na ile ten krótki zbiór tekstów zbliża się już do literatury tendencyjnej udającej reportaż, w której przoduje wyżej wspomniane medium, a na ile hołduje dziennikarskiej rzetelności. W każdym razie zbiór tematów, który podejmuje autorka, jest dość szeroki i dotyczy wielu problemów: sądownictwa, Kościoła katolickiego, systemu opieki zdrowotnej, relacji rodzinnych czy więziennictwa.

Niektórzy mogą autorkę kojarzyć z siostrą Bernadetą, która na początku pojawiła się jako bohaterka główna jej reportażu publikowanego w „Dużym Formacie”. Reportaż ten wpisywał się idealnie w grupę docelową czytelników periodyku oraz idealnie przedstawiał wątki tak chętnie poruszane przez dziennikarzy, którym nie jest wszystko jedno: zły Kościół, biedne dzieci oraz przemoc i seksualne nadużycia. Nie mówię, że to nieprawda, tym bardziej, że sprawa jest doskonale udokumentowana i zamknięta prawomocnym wyrokiem sądu. Problemem jest co innego: jednostronny obraz rzeczywistości. Przyznać trzeba, że Kopińska jest dociekliwa i czuje misję. Pisze o sprawach bulwersujących, nierzadko doprowadzając do ich dalszego ciągu. Poświęca karty swoich tekstów młodzieży maltretowanej w jednym ze szpitali psychiatrycznych, przestępcom, których nie udało się zresocjalizować, czy molestowaniu seksualnemu w rodzinie. Są to krótkie reportaże, sprawnie napisane, bez literackich ambicji, suchym i rzeczowym stylem relacji prasowej. Czytając je, pojedynczo albo wszystkie z rzędu, zostajemy zbulwersowani, dotknięci, wkurzeni nawet, na rzeczywistość. Na Kościół, szkołę, sądownictwo, służbę zdrowia, wymiar sprawiedliwości, policję – wiele by wymieniać.

Jednak później pojawiają się dwie wątpliwości. Pierwsza: czy tak wygląda cała Polska? Ile już mieliśmy reportaży i książek poświęconych patologii polskiej prowincji? Ile z nich okazało się sfabrykowanych albo przesadzonych, nie mnie osądzać. Drugą wątpliwość można zapisać zdaniem twierdzącym: zło w społeczeństwie to nie tylko polska specyfika. To samo jest za naszą zachodnią, południową czy wschodnią granicą, albo na drugiej półkuli. W tym kontekście tytuł zbioru staje się coraz bardziej drażniący. Bo czy winą Polski jest istniejące w niej zło? Da się jednak znaleźć w książce Kopińskiej sporo dobrych tekstów, chociaż dziwi nieco aż tak wielka kakofonia pochwał. Najlepszym z nich jest „Beethoven z Murzasichla” – historia niezwykle uzdolnionego niepełnosprawnego chłopca, którego historia jest i bulwersująca, i dająca nadzieję. A zakończenie reportażu jest skomponowane według najlepszych filmowych prawideł: dopiero w samym finale poznajemy najważniejszy szczegół historii, dzięki któremu staje się ona w pełni zrozumiała. Reszta pod względem poetyki jest poprawna: Kopińska nie jest wcale pisarką genialną. Jedynie porusza mocną tematykę, poruszając się w sensacyjnych obszarach „Detektywa” i starego „Ekspresu Reporterów”. Czyta się więc dobrze to, co napisała, ale „Polska odwraca oczy” nie jest ani syntezą dotyczącą naszego kraju, ani nie przedstawia uniwersalnej prawdy o nim. Tytuł myli i wprowadza fałszywy ton, ale nie od dziś wiadomo, że są w Polsce gazety, które Polski nie lubią.

Natomiast zdecydowanie najsłabszym tekstem jest utrzymany w konwencji listu reportaż o księdzu – geju. Napisany według zasad antyklerykalnej propagandy, stanowi wyciskacz łez dla zwolenników tezy o złym Kościele i nadwrażliwych jednostkach, które w nim nie wytrzymują. Słuchajcie, drodzy dziennikarze, którym nie jest wszystko jedno, ksiądz Jacek Międlar pasuje do tej definicji jak ulał. Może poświęcicie mu któryś ze swoich empatycznych tekstów, które litują się nad uchodźcami, gejami i prostytutkami, a więc bohaterami wrażliwej społecznie lewicy?

Drażni mnie jeszcze jedno i nie jest to tylko grzech Justyny Kopińskiej. Wystarczy bowiem przejrzeć kilkanaście numerów „Dużego Formatu” czy „Polityki”, by dowiedzieć się, jakich tematów absolutnie nie może poruszać postępowy reporter. Ma pisać o dobrych gejach, złym Kościele, dobrych uchodźcach, złych nacjonalistach, dobrych rowerzystach i złych fabrykantach. I to według lewackiej logiki jest wyrazem odwagi oraz bezkompromisowości. Natomiast leżą nieporuszone tematy faktycznie odważne: terroryzm wśród uchodźców, molestowanie seksualne w „rodzinach” homoseksualnych, prześladowanie chrześcijan w liberalnej demokracji, cenzura i brak pluralizmu na Zachodzie etc. Macie jaja, aby poświęcić im choć chwilę uwagi?

Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, wyd. Świat Książki, Warszawa 2016, ss. 231.

Jestem ciekawy, czy kiedykolwiek doczekamy się książki o Jerzym Owsiaku. I to nie hagiografii, w której bohater zostanie ogłoszony narodowym świętym, a krytycznej biografii. I im dłużej obserwuję to, co dzieje się wokół człowieka w czerwonych spodniach, coraz bardziej wątpię w to rozwiązanie. Podobne wątpliwości można było mieć dwadzieścia lat temu w stosunku do Marka Kotańskiego, który na przełomie lat 80. i 90. pełnił podobną społeczną rolę co dzisiaj Jerzy Owsiak. Był idolem młodzieży, dyżurnym autorytetem zapraszanym do audycji radiowych oraz telewizyjnych. Był też megalomanem, który sądził, że wokół niego kręci się cały świat. A że pod koniec życia się nawrócił, wypadł z łask liberalnych i libertyńskich głosicieli względności prawdy. Od jego śmierci minie w tym roku równo piętnaście lat, więc emocje, które budził Marek Kotański, są dzisiaj o wiele mniejsze. I pewnie dlatego jego biografia nie rozpali ogólnopolskiej dyskusji. Nie odezwą się dyżurni oburzacze, że oto szarga się świętości. Przypomnę na marginesie, że spora część bohaterów III RP nie doczekała się do dzisiaj porządnego opracowania biograficznego. Gdzie jest niepisana na kolanach książka o Mazowieckim? Gdzie jakakolwiek biografia Geremka? Cóż, pozostaje Kotański.

Jak w każdej klasycznej opowieści o życiu, autor zaczyna od dzieciństwa bohatera. I oto dowiadujemy się, że Marek Kotański wyrastał w cieniu wielkiego ojca (który, nota bene, przeżył jego tragiczną śmierć na drodze), który był profesorem japonistyki i charyzmatyczną osobowością. Od samego więc początku główna postać książki Przemysława Bogusza stawiała na sławę. Początkowo w gronie najbliższych kolegów, potem zaś w Monarze, którego była założycielem. Patrząc na wczesne zdjęcia Kotańskiego z czasów licealnych, widzimy pewnego siebie młodzieńca, który pozuje z uniesioną głową niczym postać stojąca na pomniku. Miał więc Kotański potrzebę błyszczenia w towarzystwie; miało być o nim głośno. Dzisiaj z pewnością prowadziłby vloga, albo publikował tysiące „filmów” na snapczacie. Wówczas musiał zadowolić się analogową fotografią i kawałami robionymi w gronie kolegów. Bogusz staje się dowodzić, że ta narcystyczna osobowość Kotańskiego jest kluczem do zrozumienia powodzenia jego działań społecznych. Twórca Monaru zdawał się również rozumieć to, co dzisiaj w biznesie jest kwestią naturalną. Mianowicie, że promocja własnej osoby staje się promocją jej działań i bez pokazywania twarzy i odmiany nazwiska przez przypadki nie jest się w stanie rozpropagować nawet najbardziej szlachetnego przedsięwzięcia.

Główną częścią tej biografii, bo i stanowiła ona główną część życia Kotańskiego, jest działalność bohatera w Monarze: pionierska w całym bloku wschodnim. Do lat 70. przecież problem narkomanii oficjalnie nie istniał, a gdy się pojawił, był rozwiązywany metodami z epoki kamienia łupanego, które nie dawały żadnych rezultatów. Kotański był w swoich kontrowersyjnych działaniach nowością, zresztą improwizował, opierając się na intuicji. I to ona okazała się strzałem w dziesiątkę, bo w końcu uzależnieni od narkotyków zaczęli wychodzić na prostą. To oni stawali się terapeutami, którzy do dzisiaj pomagają ćpunom wyjść z nałogu. Ale życie Kotańskiego to nie tylko Monar, to również pomoc chorym na AIDS oraz bezdomnym. Każda z tych akcji była głośno komentowana w mediach, wiele z nich budziło burzliwe emocje społeczne. Tak działo się przecież z chorymi na AIDS.

Kontrowersją opisywaną w „Kotanie” jest także życie osobiste bohatera. Autor, co prawda, nie pisze wiele o żonie i córce Kotańskiego, ale zwraca uwagę na jego trudne cechy charakteru, między innymi emocjonalną niestabilność i skłonność do wysługiwania się innymi ludźmi, również przy naginaniu prawa. Zdaje się też mówić, że być może gdyby nie te przypadłości, nie udałoby się bohaterowi jego biografii osiągnąć tego wszystkiego. Czytając tekst, często zadawałem sobie pytanie o motywację Kotańskiego. Ile w niej było autentycznej chęci pomocy wykluczonym ze społeczeństwa, a ile z narcystycznej chęci błyszczenia? Przecież twórca Monaru potrafił śledzić doniesienia prasowe na swój temat i cieszyć się, że po raz kolejny przeczytał w gazecie swoje nazwisko. Natomiast, im dalej od jego śmierci, tym powyższe pytanie jest mniej ważne. Tak jak inne pytanie – czy mnie kochasz – które Kotański zwykł zadawać swoim współpracownikom, oczekując z nich strony wdzięczności i miłości.

Przemysław Bogusz, Kotan. Czy mnie kochasz?, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2016, ss. 318.

Gdyby powstał ranking najbardziej znienawidzonych peerelowskich profesji, na pierwszym miejscu z pewnością znalazłby się esbek. Zaraz po nim na podium stanąłby cenzor, czyli pracownik Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk. Utożsamiany był najczęściej z niespecjalnie inteligentną maszynką do wycinania tekstów, którą z łatwością można było zrobić w balona. Walory intelektualne miał więc na poziomie przeciętnego pracownika UB/SB. Jednak czy taka wizja zgodna jest z rzeczywistością? Czy faktycznie urzędnik cenzury był tym niedouczonym, nieraz tępym obywatelem, którego byle szarpidrut z Jarocina mógł wyprowadzić w pole? Cóż, jeśli wierzy się, że Lech Wałęsa obalił komunizm, a Okrągły Stół był triumfem demokracji, można również uwierzyć w głupotę i cenzorów, i funkcjonariuszy tajnych służb. Jednak taka wiara niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Bo to cenzorzy znali prawdziwą wersję polskiej historii: uczyli się o Katyniu, o Jałcie, znali prawdziwe oblicze miłującego pokój Związku Sowieckiego. Bo im więcej wiedzieli, tym skuteczniej mogli usuwać niewygodne frazy.

Zjawisko cenzury poznajemy dzięki Błażejowi Torańskiemu, autorowi „Knebla”. Jego książka zawiera zapis dwudziestu rozmów, które autor przeprowadził z ludźmi kultury i – na deser – z dwoma przedstawicielami tego specyficznego urzędu. Te dwa wywiady są niezwykle symptomatyczne, ponieważ ukazują dwie postawy. Jedną – wallenrodyczną, a drugą – uległą wobec władzy. Bohaterem pierwszej z wymienionych rozmów jest Tomasz Strzyżewski, który wywiózł na Zachód tak zwaną książkę zapisów, czyli szereg tajnych instrukcji cenzorskich. Pracując w urzędzie, Strzyżewski przepisywał ręcznie wiele stron tekstu, aby w odpowiednim momencie uciec z nimi do Szwecji. Drugim z byłych cenzorów jest pracujący w opolskim urzędzie Eugeniusz Kaniok, który podjął współpracę z cenzurą ze względów bytowych, mając na utrzymaniu niepełnosprawną córkę. Pierwszy z nich nie tłumaczy się, drugi – snuje łzawe opowieści. Strzyżewski nie uważa się, co prawda, za bohatera, ale podobnie jak Kukliński ryzykował długoletnim więzieniem. Za to Kaniok rozmywa swoją odpowiedzialność i lawiruje w półprawdach. Złapany na kłamstwie tłumaczy się jeszcze gęściej, czym pogrąża się w oczach czytelnika. Te dwie niedługie rozmowy są historią Peerelu w pigułce, nie tylko bowiem odnoszą się do omawianego zjawiska, ale przedstawiają sekwencje przeróżnych decyzji i ludzkich dramatów.

Osiemnaście pozostałych wywiadów to, jak wspomniałem, rozmowy z artystami tworzącymi w Polsce Ludowej. Są wśród nich poeci, rysownicy, prozaicy, reżyserzy, kompozytorzy, a nawet lekarze. Najciekawszą konkluzją wynikającą z lektury tych wywiadów jest fakt, że w niewolniczym systemie to nie cenzura była zjawiskiem najbardziej godzącym w wolność słowa. Była ona przecież ostatnim ogniwem łańcucha, który zaczynał się na autorze i prowadził przez kolegium redakcyjne. To właśnie autocenzura była największym problemem, gdyż twórca czy dziennikarz musiał ograniczać swoją wolność już na poziomie wyboru tematów. Kwestia ta prowadzi do zadania pytania o współczesność? Dziś, co prawda urzędu cenzorskiego nie ma, ale istnieje i autocenzura, i kolegium redakcyjne. Rozmówcy Torańskiego zgodnie przyznają, że największym problemem było samoograniczanie się. A częstotliwość przemilczania tematów trudnych w dzisiejszych czasach jest sprawdzianem dla liberalnej demokracji, która egzamin z wolności słowa po prostu oblewa. Bo co to za wolność, w której nie wolno podawać tożsamości etnicznej sprawców zamachów, albo nie dopuszcza się do głosu lekarzy mających inne poglądy na temat homoseksualizmu niż jedynie słuszne?

Rozmowy te są w dodatku zapisem przeróżnych gier, które twórcy z cenzurą podejmowali. Co charakterystyczne, im bardziej chwiejna osobowość, tym większe zasługi sobie przypisuje. Okazuje się bowiem, że hołubiony przez PRL Andrzej Rosiewicz, śpiewający w Opolu, bez problemu wydający płyty w czasach, w których dostęp do rozrywki był reglamentowany, w swojej opinii był niezłomnym artystą wyklętym. Zaś jego umizgi do Michaiła Gorbaczowa były w jego opinii demonstracją postawy antykomunistycznej. Obnażają się niektórzy, nie ma co! Prawda jest przecież okrutna: wszyscy, którzy tworzyli w Polsce Ludowej, musieli iść na mniejsze lub większe kompromisy. Czyje więc w tym zwycięstwo? Twórców, którym nie pozwolono powiedzieć całej prawdy czy systemu, który niewygodne dla siebie treści zatrzymał? Nawet występ w Jarocinie był rodzajem kompromisu z systemem, a co dopiero regularne publikowanie książek, płyt, filmów czy artykułów prasowych w PRL. Miał rację Mojżesz, który do Ziemi Obiecanej nie wpuścił nikogo, kto pamiętał niewolę. Babilon zawsze pozostanie Babilonem, a osobiście wolę przyznanie się do winy niż nieszczerą bohaterszczyznę. „Knebel” jest więc wartościową pozycją, nie tylko dlatego że przedstawia niedostatecznie jeszcze opisany problem cenzury w PRL, ale ukazuje wycinek duszy człowieka ukąszonego przez niewolę, który jeszcze dzisiaj próbuje się wybielać.

Błażej Torański, Knebel. Cenzura w PRL-u, wyd. Zona Zero, Warszawa 2016, ss. 279.

Lubicie Manilla Road? Zaczytujecie się w Lovecrafcie? To pozostańcie przez chwilę, bo obie swoje pasje odnajdziecie na debiutanckim albumie Eternal Champion. Zespół pochodzi z USA (i bardzo dobrze!), ze stolicy Teksasu, gdzie króluje country, ale do tej stylistyki raczej się nie zbliża. Hołduje za to barbarzyńskiemu heavy metalowi i takim właśnie tekstom, w których potwory z opowiadań H. P. Lovecrafta spotykają się z wojownikami od Roberta Howarda. Zresztą rzut oka na okładkę nie pozostawia wątpliwości: ta płyta raczej nie spodoba się redaktorom zasłuchanym w falsety nadwrażliwych brodaczy z akustycznymi gitarami (szczerze nie cierpię takiej stylistyki, a widok takiego Devendry Banharta powoduje wzmożone refleksje na temat gender). Na łamy hipsterskich serwisów nie ma więc co liczyć, chociaż kto wie, co temu towarzystwu się w przyszłości spodoba? Jeśli polubili black metal (przynajmniej deklaratywnie), to może kiedyś polubią muzyczny odpowiednik Conana Barbarzyńcy.

Jeśli tęsknicie więc za tym, aby Manowar wydał w końcu porządny album, jeśli cenicie sobie nosowy wokal Marka Sheltona, jeśli robi na was wrażenie epicki charakter muzyki Warlord i przebojowość wczesnego Omen, możecie rozglądać się za „The Armor of Ire”. Co więcej, nikt nie mówi, że Eternal Champion odcinają kupony od starego grania, chociaż patrzą w stronę prawdziwego barbarzyńskiego metalu. Swoimi kompozycjami przypominają raczej zespół Sumerlands, którego debiut już zdarzyło mi się na tym blogu recenzować. Najbliżej chyba tej muzyce do Warlord, głównie ze względu na fakt, że heavymetalowy szkielet utworów został połączony z wpływami doom metalu. A Warlord na „The Holy Empire” zrobili właśnie coś podobnego. Najdalej zaś panom z Eternal Champion od Manowar. Ci pojawili się jedynie jako pewne luźne skojarzenie, nie bezpośrednia inspiracja. Muzyka Manowar, zwłaszcza na późniejszych albumach była bowiem nieznośnie napuszona i udawała więcej, niż mogła zaoferować. Eternal Champion grają zaś niezwykle naturalnie, brzmią akustycznie (kolejny to przykład, że nie trzeba uciekać się do komputerów), a ich muzyka nie jest tak patetyczna.

Ten krótki album, który nie trwa nawet czterdziestu minut, rozpoczyna najwolniejszy na płycie kawałek „I am the Hammer”, któremu najbliżej do doom metalu, a jego marszowy, powolny rytm i minorowe melodie kreują odpowiednią atmosferę. Ta zaś jest chyba najważniejszym składnikiem „The Armor of Ire”. Nawet w szybszych fragmentach albumu, takich jak „The Cold Sword” czy w utworze tytułowym ten specyficzny klimat nie znika. Dzięki temu zabiegowi blisko debiutowi Eternal Champion do debiutu Sumerlands. Do tych bardziej nastrojowych utworów należy chociażby „Invoker”, który łączy balladowe zwrotki z mocniejszym refrenem. Warto zwrócić również uwagę na ostatni (poza instrumentalną kodą) numer „Sing a Last Song of Valdese”. Takiego heavy metalu utrzymanego w poważnym nastroju nie gra się wiele, więc tym bardziej należy docenić ten niezwykle udany album. Do jego mocnych punktów zaliczam również wokale. Odpowiedzialny za nie Jason Tarpey śpiewa nosowo, nieco w stylu Marka Sheltona, jednak ma większe możliwości i w bardziej różnorodny sposób układa swoje partie. Fakt ten owocuje naprawdę niebanalnymi melodiami, których na większości heavymetalowych albumów próżno by szukać: uroczystymi, ale i elegijnymi, prosto ze świata dark fantasy. Tak się gra i śpiewa w świecie Conana Barbarzyńcy.

Eternal Champion mają do zaoferowania bardzo dużo: marszowe gitary, potężne bębny, mocne wokale i całe tony posępnego, wojowniczego nastroju. Ale to nie wszystko, bo da się usłyszeć na „The Armor of Ire” sporo oryginalności. Sam gatunek jest podobno wyeksploatowany do cna, ale co w takim razie zrobić z tą płytą? Zespół tak umiejętnie zaaranżował i skomponował te osiem utworów, że mimo wyraźnie słyszalnych wpływów album ten jest sam w sobie czymś nowym, podobnie jak już dwukrotnie wspomniany w tej recenzji debiut Sumerlands. Może więc hipsterzy zlecą się do niego jak muchy do lepu? Na zachętę powiem wam, brodaci przyjaciele, że Eternal Champion to zespół tak offowy, że ani razu nie zagrał na Offie.

Eternal Champion, The Armor of Ire, No Remorse Records 2016.