Guido Grandt - Czarna księga masonerii. Fartuszki i zbrodnie


O wolnomularstwie pisałem stosunkowo niedawno, przy okazji „Spowiedzi masona” Krynickiego. Ale że pojawiła się kolejna okazja, zamierzam się powtarzać. Kwestię tajnych stowarzyszeń porusza wielu, ale odnoszę wrażenie, że mało kto potrafi spojrzeć na nią w prawdziwy sposób. Wydawałoby się, że oficyna Wektory będzie gwarantowała taką właśnie optykę i że „Czarna księga masonerii” rzuci nieco światła na dżentelmenów w fartuszkach, ale tak do końca nie jest. Guido Grandt, niemiecki dziennikarz śledczy, bierze się za bary z tematem tajnych związków, jednak grzęźnie gdzieś na mieliznach, tworząc karkołomne teorie. Jeśli bowiem masoneria jest ruchem deistycznym i humanistycznym, to skąd jej związki z polityczną prawicą, o co podejrzewa ją autor? Chyba że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i wolnomularstwo stanowi jedynie platformę dla politycznych cyników, a jej rytualny charakter to jedynie propaganda dla naiwnych poszukiwaczy taniego mistycyzmu? Taka możliwość również istnieje, chociaż wydaje mi się mniej prawdopodobna. Ale żeby odrzucić bądź zaakceptować jakąś hipotezę, należałoby prześwietlić dokładnie wszystkie stowarzyszenia, nie tylko masonerię, a także kluby Rotary i Lions. Tego, jak wiadomo, zrobić nie można, pozostaje więc błądzenie we mgle.

„Czarna księga masonerii” nie jest zbyt pasjonującym opracowaniem. Najeżona faktami i karkołomnymi konkluzjami, może jednak rzucić pewne światło na wolnomularstwo. Uderza przede wszystkim jej niespójność. Autor próbuje dociec, czym jest, a czym  nie jest masoneria. Przedstawia teorie, bardziej lub mniej spiskowe, które przylgnęły do panów w fartuszkach. I ta pierwsza część jest najbardziej rzeczowym fragmentem opracowania. Dowiadujemy się bowiem, że wolnomularstwo to siedlisko humanistycznej hipokryzji. Może nie jest to odkrycie na miarę Nobla, ale mniej zaznajomieni z tematem towarzystwa spod znaku cyrkla i węgielnicy może zdziwią się faktem stosunku masonów do kobiet. A raczej do przyjmowania przedstawicielek płci pięknej w szeregi lóż. Jak wnioskuje Grandt, pogląd ten kłóci się z ideą powszechnej równości, wolności i braterstwa. Bo co, kobieta nie człowiek? Na te i inne wątpliwości autor „Czarnej księgi masonerii” próbuje znaleźć odpowiedzi u samych źródeł, czyli w lożach wolnomularskich. Nie zdziwimy się pewnie, gdy okaże się, że tylko jedyna z nich odpowiedziała na pytania wysłane doń przez autora i to raczej dyplomatycznie. Dziennikarz nie liczył raczej, że tajne związki będą tłumaczyć się ze swoich ezoterycznych spraw; zabieg ten staje się więc tylko retoryczny. Inną wątpliwością reportera jest kwestia członkostwa w masonerii polityków różnych opcji, co kłóci się z zasadami przejrzystości. Skoro dla polityka – pyta autor – ważniejszy niż interes jego ugrupowania jest interes loży? A jeśli oba te interesy pozostają w sprzeczności, co wówczas?

Innym problemem poruszonym w „Czarnej księdze masonerii” jest kwestia włoskiej loży P2 (Propaganda due), podejrzanej o przestępstwa i w rezultacie – przynajmniej oficjalnie – zdelegalizowanej. I w tym miejscu informacje, które przekazuje autor, kłócą się z powszechnie uznanymi faktami. Mianowicie, za lewacki terroryzm Czerwonych Beretów Grandt oskarża ukryte siły… prawicowe, współpracujące z tajnymi komórkami FBI oraz NATO. Jestem daleki od naiwnego spoglądania na wymienione powyżej organizacje, ale tezy publicysty idą chyba za daleko. Miałaby być loża P2 ukrytą agendą politycznego prawego skrzydła, która zagnieździła się również w Watykanie. Jasne jest, że pewni biskupi masonerii sprzyjają czy nawet do niej należą, ale robią to (przynajmniej jeszcze na razie) wbrew oficjalnemu stanowisku Kościoła katolickiego. W każdym razie nie słyszałem, aby Franciszek odwołał encyklikę Leona XIII „Humanum genus”, zwaną potocznie encykliką o masonerii. Odnoszę więc wrażenie, że w tej części książki prawda miesza się z przypuszczeniem, a rzeczywistość z jej wyobrażeniem.


Za to najmniej ciekawą kwestią, przynajmniej z punktu widzenia polskiego czytelnika, jest rekonstrukcja dziennikarskiego śledztwa w sprawie śmierci Uwe Barschela. Jasne, że tajemnicze samobójstwa często okazują się pozorowane, i to chciał przekazać Guido Grandt, jednak analizowanie zgonu lokalnego polityka ze Szlezwika-Holsztyna nie wciągnie nikogo, kto nie zna kontekstu niemieckiej polityki landowej. Trudno więc zweryfikować teorie autora, który dochodzi do wniosku, że rzekome samobójstwo było de facto rytualnym mordem stosowanym w masonerii wobec jej wiarołomnych członków. Przedzieranie się przez meandry niemieckiej walki politycznej w latach 80., i to na poziomie lokalnym, jest istną drogą przez mękę dla każdego, kto nie jest historykiem naszego zachodniego sąsiada.

„Czarna księga masonerii” pozostawia więc niedosyt. To rozczarowanie potęguje również fakt, że Guido Grandt wcale masonerii nie uznaje za zło. Co więcej, dowiadujemy się pod koniec, że wolnomularstwo ma wspaniałe zasługi w krzewieniu idei europejskiego Oświecenia, wraz z hasłami tolerancji oraz wolności, równości i braterstwa. Jeśli nie zapomnimy, że slogan Rewolucji Francuskiej jest w tym miejscu niepełny, widzimy, po której stronie stoi Guido Grandt i że na pewno nie jest to strona Leona XIII i jego encykliki. A ci, którym wydaje się, że wolność, równość i braterstwo jest szlachetnym zawołaniem, niech doczytają, jaka alternatywa czekała tych, którzy nie chcieli zaakceptować tych wytycznych. Bowiem po tych trzech rzeczownikach pojawiała się jeszcze alternatywa: albo śmierć!

Guido Grandt, Czarna księga masonerii, tłum. M. Gawlik, wyd. Wektory, Wrocław 2010, ss. 294.

2 komentarze:

  1. Byłam ciekawa tej książki, ale chyba sobie odpuszczę, bo wygląda to na bardzo naciąganą publikację.

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka jest dość ciekawa chociaż póki co nie przemawia do mnei na tyle żebym musiała ją przeczytać an zabój, pewnie predzej czy później ją sprawdze

    OdpowiedzUsuń