Jest rok 2010, jeszcze przed Smoleńskiem. Prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej jest Lech Kaczyński, premierem – już od prawie trzech lat – Donald Tusk. Janusz Palikot należy, jako lojalny, aczkolwiek nieco ekscentryczny członek, do Platformy Obywatelskiej. Akcje z wibratorem, świńskim ryjem i małpkami miały już miejsce, a przyszły szef Twojego Ruchu prowadzi prywatną wojnę z braćmi Kaczyńskimi. Wojnę, która eskaluje dopiero po feralnym upadku Tupolewa. Walkę, po której polska polityka, również za sprawą Janusza Palikota, przybierze nieznany dotąd wymiar. Walkę, która pokaże, iż można bezkarnie dworować sobie z ludzkiej tragedii i w czasie której spod ziemi wychodzą ludzie pokroju Dominika Tarasa, prowodyra oddawania moczu na znicze i atakowania modlących się staruszek.

Mamy więc rok pański 2010, w którym nikomu jeszcze się nie śni, że może spaść samolot z polskim prezydentem na pokładzie, wszakże te nie spadają. Nikomu również nie śni się, że Palikot może założyć własną partię, bo jest on wiernym pretorianem Donalda Tuska, z którym ten miał – co prawda – drobne problemy, ale składane one były na karb filozoficznego stosunku do życia, które reprezentuje biłgorajski polityk. „Ja” posiada genialny w swej prostocie tytuł. Idealny do ukazania egotyka, człowieka, który w polityce musiał błyszczeć i prowokować. Niczym Gombrowicz, na którego Palikot często się powołuje. Ten literat w mentalnych krótkich gaciach staje się dla bohatera książki wzorem i odwołaniem. Szczególnie gdy rozmawiający z nim Cezary Michalski wymienia prowokacje, które Janusz Palikot w polityce stosował. Jakże pięknie i słodko jest powoływać się na autorytet literacki, na pisarza, który z krótkich majtek nie wyrósł do końca życia i który żył w cieniu własnych obsesji, nie radząc sobie z nimi zupełnie. A stał się idolem, złotym cielcem polskiej literatury, tym samym, co Juliusz Słowacki w „Ferdydurke”. Kiedy pojawia się więc pytanie o zasadność wprowadzania do polityki gówniarstwa i zgrywy, pojawia się deus ex machina. Witold Gombrowicz. I usta krytyków winny się zamknąć.

Dlaczego Palikot? Bo jest inteligentny. Owszem, jest i nikt nie powinien mieć żadnych w tej sprawie wątpliwości. Natomiast cecha ta nie wskazuje na moralność człowieka, ani na jej brak. Jest jedynie narzędziem, dzięki któremu możemy walczyć w dobrej lub złej sprawie. Jest jak nóż, którym pokroimy chleb, albo pochlastamy nielubianego sąsiada. Inteligencja nie oznacza również sprzeczności. A tych widać sporo, szczególnie gdy wiemy, jakie były dalsze losy Janusza Palikota. Odejście z PO, ochłodzenie relacji z Tuskiem, których apogeum były wydane rok później „Kulisy Platformy”, książka jakże inna niż ta, o której mowa w tym miejscu. „Ja” to ciekawy dokument, choćby z tego powodu, że pokazuje pewien moment przed politycznym przesileniem, gdy wydaje się, że polityka ciepłej wody w kranie załatwi wszystko. Komicznie czytać, gdy na uwagi Michalskiego na temat Tuska Palikot ma jedną odpowiedź: premier rządzi krajem w sposób zachodni jako pierwszy szef rządu. Niezwykle szczerze wypadają kawałki, w których biłgorajski filozof tłumaczy dziennikarzowi „Krytyki Politycznej”, że nie warto reformować państwa, bo wówczas wyborcy mogą się na taką władzę obrazić. A wtedy spadają słupki i na karku czujemy oddech znienawidzonego Kaczora.

To jest zdecydowane, ale miękkie przywództwo, władza silna, ale nie korzystająca ze swej siły, aby ludzi pouczać czy wychowywać. Proszę zauważyć, z jakim rozmachem Tusk to zrobił, on nie tylko wprowadził aideologiczną władzę u siebie – mówi o rządzie Tuska Palikot. Dość to naiwne sformułowanie, gdy przypomnimy sobie hecę z kibicami i groźne słowa premiera dotyczące stadionowych bandytów. Tusk Palikota to mąż stanu, który gdy chce, jest łagodny, a kiedy ma ochotę – surowy. To człowiek, który ucywilizował polską politykę, pozbawiając jej anachronicznego pierwiastka ideologicznego, oraz – co ważniejsze – reformatorskiego ducha. W tym obrazku jest dla mnie jakaś głucha, twarda prawda o Tusku, którą odkryłem po godzinach, miesiącach spędzonych w jego otoczeniu. W tym zachowaniu wyrażała się jego bezwzględność, kontrolowana agresja, zawsze świetnie upudrowane, czego symbolem w tej sytuacji był właśnie dobry garnitur. To był prawdziwy Tusk: mieszanina nihilizmu i cynizmu, a z drugiej strony pewnego wdzięku, uroku – pisał sztukmistrz z Biłgoraja o tym samym człowieku rok później, we wspominanych już w tym miejscu „Kulisach Platformy”. Który Janusz P. jest prawdziwy? Ten, który chwali, czy ten, który łaje.

A może ten, wydający prawicowy tygodnik „Ozon”, w którym przeczytać można było teksty Grzegorza Górnego, byłego naczelnego „Frondy”? Może inny, ten mówiący o krwi i spermie na twarzy Grzegorza Schetyny? Janusz Palikot broniący krzyża w Sejmie, czy ten występujący przeciwko niemu? Jeszcze ciekawiej robi się, gdy polityk mówi o lewicy. Chcieli być kontestatorami, więc wzięli lewicowe sztandary. Ale okazało się, że pod tymi sztandarami można robić manifę, a nie iść do władzy. Realną tolerancję, szacunek dla wolności, opiekę nad słabszymi wprowadzają zawsze i wszędzie silne mainstreamowe partie centrowe. Na pytanie Michalskiego, czy jest konserwatystą, Palikot odpowiada: jeśli pyta pan, czy chcę adopcji dzieci dla par homoseksualnych, albo czy uważam aborcję za naturalny sposób rozwiązywania problemu niechcianej ciąży, to jestem konserwatystą.

Kończy się rok 2013, Janusz Palikot walczy z krzyżem, tańczy z posłanką Grodzką i posłem Biedroniem, trzyma w partii Kotlarczyka oraz Ryfińskiego. I wciąż sam sobie przeczy. Smutna jest ta książka, bo widzimy, jak duch literata w krótkich portkach, albo to, co za tego ducha uważa przewodniczący Twojego Ruchu, wpływa na zachowania i polityczne decyzje. Nie wiem, gdzie kończy się błazeństwo, a rozpoczyna poważna gra. Nie mam pojęcia, kim jest Janusz Palikot, bo z tej książki wygląda tylko pewna projekcja tej osoby, niespójna, fragmentaryczna i wzajemnie sprzeczna.

Janusz Palikot, Ja, rozm. C. Michalski, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2010, ss. 253.

Dymać orła białego – śpiewał Tymon Tymański na ścieżce dźwiękowej do „Wesela” Smarzowskiego. W czasie słynnego rzeszowskiego happeningu Totartu – trójmiejskiego aktywu artystyczno – anarchistycznego, który akcje swoje uskuteczniał w smutnych i przaśnych latach 80., wspólnie z Konjem i Sajnogiem mazał się kałem. Innym razem kopulował z godłem w szpitalu psychiatrycznym. Skandalista, buddysta, anarchista, gorszyciel i burzyciel porządku społecznego. Autor discopolowego hitu „Jesienna deprecha” i odnowiciel polskiego jazzu, reżyser powstającego właśnie filmu „Polskie gówno”. Budzący skrajne emocje artysta, z którego poglądami nie sposób się zgodzić, ale niektóre z nich jak najbardziej można przyjąć. Kim jest Ryszard – bo to jego prawdziwe imię – Tymański. Błaznem, hochsztaplerem, gorszycielem? A może wizjonerem, który ma swoje spojrzenie na świat i sztukę?

Obecnie wszyscy gorszą. Klata w Teatrze Starym dokonuje wiwisekcji Strindberga i epatuje golizną na scenie. Zresztą nadzy aktorzy płci obojga nie są na deskach dzisiejszych teatrów niczym zaskakującym. Traktuje się ich jako zło konieczne, które niespecjalnie kogokolwiek może jeszcze zbulwersować. Gorszą gwiazdki popkultury, jak Miley Cyrus, która z ugrzecznionej nastolatki z disneyowskiego „Hannah Montana” wyrosła na zdegenerowaną lalę promującą ćpanie, chlanie i wynaturzony seks. Zgorszono już wszystkich i awangardą byłaby sztuka odwołująca się do tradycji w sposób jak najbardziej poprawny. W takiej sytuacji totartowe eksperymenty Tymańskiego, o których ten sporo w rozmowie z Księżykiem wspomina, są tylko bladym odblaskiem akcji futurystów. Ma szczęście artysta, że przy tym wszystkim posiada poczucie humoru i zdrowy dystans do siebie, gdyż nazywa Totart (zgodnie zresztą z tym, co sami totartowcy o sobie mówili) ariegardą polskiej kultury. Ta, w przeciwieństwie do wyprzedzającej swoje czasy awangardy, jako straż tylna, ma pilnować, aby nikt niczego złego kulturze narodowej nie zrobił na pozycjach zamykających. Mniej parlamentarnego określenia na funkcję Totartu poszukajcie w sieci. Tymon hochsztapler czy śmiały wizjoner? Chyba sami totartowcy obruszyliby się przed nazywaniem ich tym drugim określeniem. Nad ich akcjami unosiły się duchy Gombrowicza i Witkacego, które dziś są przez rodzimych literaturoznawców kanonizowani i stoją sobie na postumentach, brązowi i święci. Ironia losu podpowiada, że ich dzisiejsza rola jest tą ostatnią, którą artyści ci chcieliby grać. No ale nasze uniwersyteckie, humanistyczne mądrale wiedzą lepiej, co jest słuszne, a co niekoniecznie.

Po błazeństwach pozostaje zawsze uczucie niesmaku. Błazeństwo, w odróżnieniu od szczerego śmiechu, zawsze podszyte jest rozpaczą, czy przynajmniej pewnym niepokojem. Totart odzwierciedlał lęki i strachy młodych, którzy nie chcieli ani z komuną, ani z Solidarnością. Błazeństwo jest również narzędziem do ukazania pustki i nihilizmu. I – aczkolwiek ciekawy jestem reżyserskiego rezultatu Tymańskiego – śmiem wątpić, czy jego komedia, o której wspomniałem na początku tekstu, będzie czymś więcej niż tylko błazenadą, mającą przykryć jakieś zaniedbane i puste obszary w duszy artysty. Domorosła ta psychologia, zdaję sobie z tego sprawę, ale być może mam rację i co wtedy?

Jakieś przesłanki ku tej tezie można znaleźć w tej autobiografii. Nieunormowane życie uczuciowe, związki z kobietami, synowie z różnych relacji. Tymański zdaje się nie dostrzegać smutnych skutków, które może będą pokutować w życiu jego dzieci, mieszkających bez ojca, z różnymi matkami. Co z tego, że w jego opinii synowie są szczęśliwi i on sam uważa się za lepszego ojca, niż gdyby mieszkał razem z nimi. Może nic, ale obawiam się, że statystyka nie kłamie. Tymon buddysta również do końca nie przekonuje, chociaż doceniam zaangażowanie w tę filozofię, tak samo jak w sztuki walki. Jednak, czy duchowość Wschodu może cokolwiek dać Europejczykowi? To pytanie, na które odpowiedzi nie dam, bo miejsce ograniczone, a z drugiej strony religioznawcą nie jestem.

Mowa jest w tej książce o Kurach i Miłości, zespołach najbardziej znanych spośród tych, w których Tymański partycypował. Miłość to jazzowa rewolucja, zespół, który od negacji polskiej szkoły jazzu zaczynał, a w końcu trafił na salony, doceniony przez Namysłowskiego, Stańkę czy Ptaszyna – Wróblewskiego, bądź co bądź ikony naszej jazzowej sceny. Kury z kolei zasłynęły swoim drugim albumem „P.O.L.O.V.I.R.U.S”. Pamiętam snobizm studenciaków, którzy w latach 90. podniecali się nowatorstwem i śmiałością rozwiązań formalnych, z którymi spotykali się na tej płycie. Album ten miał być parodią poszczególnych gatunków muzycznych. I był, nawet zabawną, tyle, że irytujący był fakt, że wielu recenzentów piszących o „P.O.L.O.V.I.R.U.S-ie” z nabożną czcią nie zauważyło, że wydany w 1998 roku krążek wcale nie był pierwszym stylistycznym miszmaszem, potraktowanym z sarkazmem i ironią. Weźmy na przykład wydany w 1993 roku album „My są już Amerykany” Piersi, na którym znalazło się miejsce dla heavy metalu, disco polo, piosenek żołnierskich czy punk rocka. Albo Zacier, który na „Konfabulacjach?” w 1994 roku wzbogacił wyżej wymieniony zestaw stylów o reggae czy rock and roll.

Pozostaje pytanie: czy warto? Warto – odpowiadam. Zresztą mam słabość do świrów nawet wówczas, gdy nie zgadzam się z ich poglądami. Poza tym kolejna to porcja najnowszej historii Polski widziana od kuchni, przez pryzmat życia prywatnego: koncertów, działań artystycznych i pozornie nieznaczących dla Wielkiej Historii faktów. A zniesmaczonych tytułem artykułu odsyłam do „Wesela”, tym razem Wyspiańskiego, bo to cytat stamtąd.

Tymon Tymański, Autobiografia: AD/HD, rozm. R. Księżyk, wyd. Literackie, Kraków 2013, ss. 531.

Małe społeczności miewają swoje mroczne tajemnice. Wielokrotnie motyw hermetycznej grupy, sekciarskiej czy małomiasteczkowej, pojawiał się w literaturze, jako wdzięczny i fotogeniczny topos. Ludzie kryją swoje brudy, znają sekrety, których nie ujawniają obcym. Drzwi przed nimi najczęściej bywają zamknięte, a jeśli ktoś ich już do domu zaprosi, nie dokonuje wiwisekcji wspomnień. Bo te trzeba pogrzebać gdzieś w podświadomości. W powieści Szczepana Twardocha obcym jest John Smith, pracownik brytyjskiej agencji wywiadowczej, zaś skrywającymi swoje nieczyste postępki osobami są polarnicy pracujący na Spitsbergenie: Polacy, Norwedzy, Rosjanie. Utwór zaczyna się od klasycznego motywu tajemniczej śmierci. Od zębów białego niedźwiedzia ginie jeden z badaczy, a za moment rozpoczyna się trudne śledztwo.

Nie jest to jednak kryminał. Powieść inaczej rozkłada akcenty i nie wiadomo, ile w tym zamierzonych działań, a ile przypadku. Kryminał trzyma (przynajmniej teoretycznie) w napięciu, które rozciąga się pomiędzy ciekawością czytelnika, który chce wiedzieć, kto zabił, a autorem, który celowo myli tropy. Trochę tego u Twardocha brakuje, ale jak pisałem, nie wiem, na ile „Zimne wybrzeża” są spójną formalnie wizją, a na ile dziełem niezamierzenie chaotycznym. Napięcie, które pojawia się w powieści, ma zupełnie inne źródła. Są to przede wszystkim kwestie polityczne. Akcja dziełka rozgrywa się w 1957 roku, w czasie rządów Chruszczowa, rok po śmierci Bieruta, cztery po zgonie Stalina. Na zimne brzegi Arktyki przybywa tajemniczy bohater, nostalgicznie przywołujący czasy międzywojenne. John Smith, nazywający się w rzeczywistości zupełnie inaczej, jest człowiekiem pogranicza. Wychowany na Śląsku w polsko-niemieckiej rodzinie zdaje się mocować z własną tożsamością narodową. Polskość? Niemieckość? Śląskość? To tylko puste hasła, z których nic nie wynika. Na kryminał więc powieść Twardocha nie wygląda.

Może więc powieść przygodowa w duchu Londona i Hemingwaya? Męska przygoda, fascynacja bronią, ciężkie warunki atmosferyczne, konflikt między życiem a śmiercią – to wszystko wyraźnie rysuje się na palecie utworu śląskiego literata. Polarnicy, ukazani przez Twardocha to grupa silnych mężczyzn o surowym sposobie bycia, niczym ze staroświeckich utworów z okresu belle epoque, w której kobiety nosiły suknie do ziemi, a ród męski polował i przechwalał się swoimi trofeami w oparach whisky bądź w czasie rodzinnego obiadu. Takiego Twardocha już nie ma. Smitha zastąpił morfinista i dandys okupacyjny – Konstanty Willemann. Bohaterowie „Zimnych wybrzeży” nie mówią zbyt wiele, ich powściągliwość w okazywaniu emocji i używaniu słów pozwala na zaakcentowanie wewnętrznych przemyśleń głównej postaci powieści.

A te są niezwykle gorzkie. Człowiek, wyrwany ze swoich korzeni, bijący się z sobą samym o polskość, niemieckość, śląskość, grzebie się w historii i wyciąga wnioski – logiczne, ale w swojej logiczności bolesne. Poziom bólu i poziom logiki rosną proporcjonalnie względem siebie. Dostaje się przede wszystkim postaciom historycznym. Tym, które – jak dzisiaj nasi polityczni włodarze – rządzili, albo raczej próbowali rządzić Polską. A ta ich przerosła, jak zawsze. Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle – mówi Maciej Stuhr w „Weselu” Smarzowskiego. Taka postawa zdaje się przyświecać Beckowi czy Sikorskiemu, aby zatrzymać się tylko na dwóch mężach stanu. Przy czym stan ten zdaniem głównego bohatera „Zimnych wybrzeży” wydaje się cokolwiek nieświeży. Beck w trzydziestym dziewiątym odgrażający się, że nie da ani guzika od płaszcza, a oddal w dwa tygodnie całe państwo, dwa dziesięciolecia ciężkiej pracy całego narodu, ojca i matki Smitha również. Przesrał to wszystko w dwa tygodnie, bo mu się chciało uwierzyć, że są silni, zwarci i gotowi, a Niemcy przewalili się po nich, jakby jechali na piknik.

Smith jest duchowym dzieckiem Józefa Mackiewicza, autora „Drogi donikąd”, antykomunisty i literata nieposiadającego złudzeń w kwestii komunizmu oraz Związku Sowieckiego. Również nie posiada idealistycznych poglądów politycznych, takich, które kazały komendantowi Armii Krajowej Tadeuszowi Komorowskiemu rozkazać rozpoczęcie akcji „Burza”. To faktyczne ujawnienie się przed Sowietami stu tysięcy członków AK było prezentem uczynionym Stalinowi, który mógł oszczędzić swoje wojsko, a po drugie, po zakończeniu działań wojennych wyłapać rękami UB i Milicji „wrogów ludu”. Antykomunista Smith nie jest również chwalcą aliantów. Zdaje sobie sprawę z faktu, że zostaliśmy przez Zachód wyrolowani: I przyszły kolejne porażki: żałosna konspiracja, żałosna ucieczka, żałosne pseudowojsko w Kampaniach Wartowniczych. Kiedy ci dzielni ludzie w czarnych brytyjskich mundurach do swojego nocnego stróżowania dodawali cała wojskową obrzędowość, Amerykanie musieli pękać ze śmiechu, bo uważali ich za kogoś w rodzaju uzbrojonych stróżów właśnie. Ci żołnierze – nie żołnierze, de facto cywilni pracownicy armii Stanów Zjednoczonych prężyli muskuły, stroili ogony i grzebienie niczym koguty, byli tylko chłopcami od czarnej roboty – mówi ustami Johna Smitha Szczepan Twardoch. Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść z torbą paciorków. Zamiast spinać się o to, że potraktowano nas jak najemników gorszego sortu, może zapamiętajmy, aby już nigdy nie dać się wciągnąć w nieswoje wojny. Ale co ja mówię, przecież były już Irak i Afganistan, a nasi cieszyli się z dziurawych Hummerów jak świnia w deszcz.

I chociaż sama intryga nie jest z tej najwyższej półki, bo domyśleć się można rozwiązania akcji, to książka zyskuje właśnie na tych celnych i gorzkich obserwacjach oraz realistycznie odtworzoną atmosferą dalekiej Północy. Ważne są również detale opisu, które odszyfrowuje się niczym kod społeczny przedwojennej Polski i jej etosu. Świat korporacji akademickich, sporów polsko – żydowskich, specyficznej estetyki, honoru i odrobiny szaleństwa, tak charakterystycznego dla klas średniej i wyższej, już dzisiaj nie istnieje. Im od niego jesteśmy dalsi, tym bardziej nas fascynuje. Dla Johna Smitha był żywym punktem odniesienia i powodem rozczarowania jego schyłkiem. Dla nas staje się etycznym i estetycznym wzorcem metra.

Szczepan Twardoch, Zimne wybrzeża, wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2009, ss. 246.

Podróż na Wschód, przygotowałem wczoraj, gotowy koń – śpiewał Budzyński w jednym z bardziej znanych kawałków Armii. Orientować się znaczyło kiedyś ni mniej ni więcej kierować się na wschód. Tam znajduje się święta Jeruzalem, stamtąd o świcie przychodzi słońce. Budując kościoły, ołtarze nawy głównej zwracano właśnie tam. Na wschodzie znajduje się również Rosja, największe państwo świata, jeśli rzecz rozbija się o powierzchnię. Artyści pióra chętnie patrzą w tamtym kierunku, z ochotą jeżdżą tam snobistycznie nastawieni studenci, dla których Wschód jest atrakcyjnym miejscem, w którym można tanio wypić i jeszcze taniej się przemieszczać. Co jest powodem tej mody? Czy możemy mówić tylko o modzie, czy to zjawisko głębsze niż tylko powierzchniowa fascynacja? Nie możemy odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, ale próbować należy.

Mam w ręce książkę, będącą zapisem jedenastu wywiadów, które z zafascynowanymi Wschodem literatami przeprowadził dziennikarz, związany z Fundacją Sąsiedzi, Piotr Brysacz. Rozmowy te, chociaż prezentujące różny poziom znajomości tematyki, próbują odpowiedzieć na szereg kwestii, z których na pierwszy plan wybija się proste pytanie „dlaczego”? Inaczej odpowie na nie Andrzej Stasiuk, który człowiekiem Wschodu się czuje, a inaczej jedyna w składzie odpytywanych kobieta, podróżniczka Magdalena Skopek. Dla tego pierwszego jest to kwestia wyobraźni, która zdycha w nudnej Szwajcarii, hula zaś za Bugiem. Dla Skopek to ciekawość. Od razu widzimy pokoleniowe różnice. Stasiuk, człowiek wkraczający już w Conradowską smugę cienia, a Skopek, hedonistyczna poławiaczka wrażeń, to dwie odmienności, dwie motywacje, dwa sposoby na przeżywanie. Podróż może być więc kontemplacją i pójściem w głąb samego siebie, albo odhaczoną na mapie trasą, którą później pochwalimy się na Facebooku. Motywacją do wejścia w świat Wschodu może być chęć poznania egzotycznej sekty Wissarionowców, jak to uczynił Jędrzej Morawiecki. Można również związać się z nim na stałe, co nastąpiło w przypadku Mariusza Wilka, znanego chociażby z „Wilczego notesu” pisarza, o którym mówi się, że jest już bardziej rosyjski niż polski, chociaż wciąż pisze w języku ojczystym. Odmienne są więc również stopnie zaangażowania.

Pytaniem, które powtarza się w tych rozmowach, jest kwestia rosyjskiej duszy. Odpowiedzi na ten problem jest tyle, ilu rozmówców. Dla jednych pojęcie to jest jak najbardziej namacalne i możliwe do opisania, inni z kolei lokują je na mglistych terenach mitologii współczesnej. To jak z tą rosyjską duszą? Tak samo jak z popularnym stwierdzeniem mówiącym, że Rosji nie można ogarnąć rozumem. Ten, wzięty z wiersza Tiutczewa, komunał, również niczym mantra powtarza się w wywiadach i jak widmo daje złapać się na chwilę rozmówcom młodszym, tych starszych wprawia jedynie w konsternację. Wiadomo przecież, że z mitami dyskusji nie ma. A Rosja jest taka, jak jej wyobrażenie. Dla Mariusza Wilka to miejsce życia; brak dystansu do ziemi, w której przebywa pisarz i z drugiej strony duże oddalenie od spraw polskich każą zżymać się autorowi na krytyczne spojrzenie na ten kraj, związane chociażby z nierozwiązaną tragedią smoleńską. Temat ten, jeśli pojawia się w tych rozmowach, jest bagatelizowany i jako kontrapunkt wobec niego pojawiają się zaraz dobrzy Rosjanie. Owszem, nikt nie wątpi w ich istnienie, tak jak nikt nie powinien twierdzić, że Katyń i gwałty na Polkach, Niemkach czy Mazurkach były udziałem krasnoludków.

Jedynie Maciej Jastrzębski próbuje bardziej krytycznie spojrzeć na naszego wschodniego sąsiada. Mówi, że wciąż ukazują się za Bugiem opracowania historyczne, z których wynika, że za masakrę polskich oficerów w Katyniu odpowiada III Rzesza. Więc jednak coś jest na rzeczy z tymi krasnoludkami. O tym pisze również Wojciech Grzelak, autor omawianej już na tym blogu „Rosji bez złudzeń” oraz późniejszego zbiorku reportaży „Gra z Rosją: do jednej bramki”. Jego głosu, jak i antyputinowskiej retoryki Krystyny Kurczab – Redlich, zabrakło pośród tych jedenastu rozmów. Bo Rosja to nie tylko serdeczni ludzie, ale również mniej serdeczna władza, składająca się z ludzi właśnie.

„Patrząc na Wschód” nie zatrzymuje się jednak tylko na państwie ze stolicą w Moskwie. Opowiada o skomplikowanej mozaice ludów na Kaukazie, o szamańskiej specyfice Jakucji (która jest autonomicznym obwodem państwa rosyjskiego), czy po prostu wschodzie, bez konkretnych państwowych konotacji. Zdecydowana jednak większości rozważań w tej książce poświęcona jest sąsiadowi ze Wschodu. Jako kontrapunkt pojawia się tutaj również mityczny do lat 90. Zachód, do którego III RP chce dostać się za wszelką cenę. Te aspiracje śmieszą, tym bardziej, gdy zrozumiemy, że Polska nigdy w pełni zachodnia nie była. Czy wschodnia? Ile w tym wpływu zaboru rosyjskiego i postjałtańskiego porządku politycznego? Położenie geopolityczne naszego kraju zdaje się być skazane na wieczne użeranie się z sąsiadami, a co więcej na permanentną walkę o własną tożsamość. Polakom zrobimy żart i umieścimy ich między Niemcami a Rosją – mówi Bóg na jednym z rysunków Mleczki. A Stasiuk niezwykle celnie komentuje nasze zapatrzenie się w zachodnioeuropejskie Eldorado. „Lepsza” to jest Szwajcaria na przykład. I co z tego? Wyobraźnia z nudów zdycha i tyle (…). Jak słyszę gadkę o „europeizacji” to mam ochotę zesrać się w gacie (…) Pięciu złotych nie dam za ten Zachód. Jak przyjdzie co do czego, to nas załatwią bez mydła. Jak Bośniaków w Srebrenicy.

Tyle, że pytanie, czy na Wschód możemy liczyć, nie pojawia się w żadnej z tych rozmów. Tak jakby był to pewnik. A nic nie jest w tej kwestii stałe i pewne. Że Zachód nas wielokrotnie wystawił, jest jasne i nawet dziecko wie, że za pchanie się do Unii Europejskiej dopiero przyjdzie nam zapłacić. Natomiast czy iść z Rosją? Szliśmy z nią w latach 1945 – 1989 i na co nam się to zdało? Teraz Moskwę zamieniliśmy na Brukselę, spaliliśmy idola Lenina, zastępując ją bezosobową europeizacją.

Patrząc na Wschód: przestrzeń, człowiek, mistycyzm, rozm. P. Brysacz, wyd. Fundacja Sąsiedzi, Białystok 2013.

Po II wojnie światowej w imię ideałów komunizmu tysiącom ludzi odebrano w naszym kraju życie. Gdy z Moskwy przywędrował nowy system polityczny, uaktywnili się bandyci: śledczy, tajni policjanci, prokuratorzy i sędziowie, którzy żołnierzy Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych zamykali w więzieniach, często bez procesu, albo po zwykłych pokazówkach, a często po prostu ich zabijali. Wrogowie nowej ludowej ojczyzny znajdowali się na pozycji straconej. Część z nich ujawniła się, mamiona obietnicami darowania win, a część pozostała w lasach; dziś pamiętamy o nich jako o żołnierzach wyklętych. Żyją jeszcze ostatni z nich, tak samo jak ostatni z ich oprawców. Zgadnijcie, czyje emerytury są większe?

13 lat temu ówczesny przewodniczący AWS i kandydat na prezydenta Marian Krzaklewski powiedział w czasie telewizyjnego wywiadu z osławionym Piotrem Gembarowskim, że za czasów PRL istniał tajny układ między ZUS a rządzącą partią PZPR. W myśl tego tajnego porozumienia wielu członków aparatu władzy nie odprowadzało składek do wymienionej wyżej instytucji, a ich świadczenia przejściu na emeryturę były bardzo wysokie. O niedawno zmarłych podobno źle nie mówimy, ale to porozumieniu Okrągłego Stołu i pierwszemu premierowi RP możemy podziękować za to, że bestiom, jak nazywa komunistycznych oprawców Tadeusz Płużański, nie obniżono wypłacanych kwot. Wrócił żołnierz z wojny – śpiewa Mirosław Jędras, znany bardziej jako lider i twórca Zaciera. I dodaje dalej jeszcze ciekawsze słowa, jak najbardziej adekwatne do sytuacji tych, którzy z komunizmem walczyli w lasach i narażali własne życie za wolność.

„Bestie” to publicystyczna, historyczna opowieść, będąca rezultatem kilkunastoletniego śledztwa autora. W ramach prywatnego dochodzenia Płużański prześwietlił życiorysy kilkudziesięciu oprawców i ujawnił fakty, które z jednej strony istniały w rozproszeniu, a z drugiej znajdowały się w ukryciu. Jako kontrapunkt do ubeckiego Mordoru pojawiają się w tej książce postaci żołnierzy wyklętych, coraz częściej nazywanych niezłomnymi. Żołnierzy, których upamiętnienie zawdzięczamy Lechowi Kaczyńskiemu. Żołnierzy, których lewacka propaganda cały czas nazywa bandytami, zupełnie abstrahując od całej złożoności sytuacji wojny i to będącej konfliktem tak okrutnym. Wyklęci nie byli aniołami, pewnie mieli na swoim koncie zarówno pospolite przestępstwa, jak i czyny chwalebne, ale wojna demoralizuje wszystkich i wszystkim powoli zabiera człowieczeństwo. Być może niektórych czytelników drażnić emocjonalny ton tej pozycji, może część z nich zżymać się na brak obiektywizmu, ale ma Płużański swój osobisty motyw, z powodu którego aż dyszy nienawiścią do czerwonej hołoty. Otóż ojciec autora był członkiem AK i późniejszym więźniem politycznym w najgorszym okresie PRL. Czy fakt ten tłumaczy ekspresywny język książki i jej jednostronne spojrzenie? Odpowiedź na to pytanie sformułujmy po zapoznaniu się z faktami, a te są jednoznaczne.

Jedną z bohaterek „Bestii” jest Helena Wolińska, stalinowska prokurator żydowskiego pochodzenia, grana przez Agatę Kuleszę w ostatnim filmie Pawlikowskiego „Ida”. Ta zmarła w 2008 roku oskarżyciel odpowiada między innymi za śmierć generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, jednego z większych bohaterów II wojny światowej. Pyta Płużański, dlaczego ta ponura postać nie pojawiła się w kinowym obrazie Ryszarda Bugajskiego, poświęconym rzeczonemu oficerowi. Czy powodem braku tejże postaci w „Generale Nilu” jest polityczna poprawność? Czy ujawnienie prawdy o krwawej Helenie byłoby wodą na młyn poszukiwaczy polskiego antysemityzmu? Wszak historyk z Żydowskiego Instytutu Historycznego Helena Datner, jak podał wczoraj portal wnas.pl, stwierdziła jednoznacznie, że „Ida” jest filmem antysemickim. „Bestie” są więc w myśl tej teorii antysemicką książką i to o wiele bardziej niż dzieło Pawlikowskiego, bo nie czai się i prosto z mostu ujawnia żydowskie korzenie wielu z oprawców Polaków. Czy znaczy to, że według Płużańskiego Żydzi są be? Człowiek inteligentny zauważy różnicę między tym stwierdzeniem, a faktem, mówiącym: tak, niektórzy Żydzi byli dla nas okrutni, niektórzy niekoniecznie. Rozhisteryzowany czytelnik „Gazety Wyborczej” z pewnością tego niuansu nie odczyta. Nawet Władysław Bartoszewski, który pupilkiem prawicy nie był i nie jest, stwierdził, że oskarżenia Wolińskiej i jej otoczenia o antysemityzm są po prostu bzdurne.

Jednym z częściej występujących w „Bestiach” antybohaterów jest stalinowski sędzia wojskowy, mieszkający od lat w Szwecji Stefan Michnik, brat Adama – naczelnego wymienionego w powyższym akapicie dziennika. Polska wystąpiła do Sztokholmu o umożliwienie tymczasowego aresztowania oprawcy, natomiast władze państwa z północy odmówiły. Duch nie zginął w młodych Szwedach, gdyż ci – członkowie nacjonalistycznej organizacji Nordisk Ungdom – protestowali 17 grudnia zeszłego roku pod domem byłego komunistycznego sędziego. Ten z kolei, zdaniem Płużańskiego, odpowiada za śmierć majora Zefiryna Machali – żołnierza Września i oficera przedwojennej Polski, a po zakończeniu działań w 1945 roku pracującego w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. Michnik i Wolińska to tylko dwa przykłady z całej plejady oprawców, katów i zbrodniarzy.

O reszcie z nich możemy przeczytać na kartach „Bestii”, co więcej, autor łączy historię ze współczesnością, pokazując działania polityków, którzy starali się zrobić wszystko, by tymże ludziom o mrocznych życiorysach włos z głowy nie spadł. Jest więc książka Tadeusza Płużańskiego gorzkim spojrzeniem na III RP, państwo podobno niepodległe i opierające się na rządach prawa. Felietonistyczna, publicystyczna forma opracowania, odchodząca od chłodnej, historycznej analizy, jest z pewnością czynnikiem, który rodzi w nas wewnętrzny bunt na system, który o ofiarach zdaje się zapominać, a oprawców wprowadza na salony i pozostawia im pokaźne emeryturki. Może niektórym ta emocjonalność tekstu przeszkadzać, ale w końcu co jest większym grzechem: ekspresja języka czy komunistyczne zbrodnie?

Tadeusz M. Płużański, Bestie: Mordercy Polaków, wyd. 3S Media, Warszawa 2011, ss. 559.


Wielu wierzących, ale powątpiewających, chciałoby spotkać Jezusa twarzą w twarz. Nie w sensie symbolicznym, czy na kartach czterech ewangelii, nie poprzez transsubstancję, , ale zwyczajnie, w ramach prywatnego objawienia. Zaszczyt ten spotyka księdza Jana Trzaskę, wikariusza w jednej z górnośląskich parafii. Pewnego wieczoru kapłan doznaje epifanii (czyli objawienia) i nic już nie jest takie, jak przedtem. Pojawiają się nagle uzdrowienia śmiertelnie chorych, nawrócenia antyklerykałów, peregrynacje pielgrzymów. Czy sytuacja, którą opisuje Szczepan Twardoch, właśnie tak wyglądałaby w rzeczywistości? Przecież od czasu do czasu pojawiają się w mediach sensacyjne wiadomości o Matce Boskiej, która ukazała się, czy to na działkach w Oławie, czy to na brudnej szybie szpitala w Zabrzu. Tylko czekać, aż Maryja ukaże się umęczonemu sesją studentowi w talerzu ze stołówkową zupą. Kpimy sobie zazwyczaj z tego typu doniesień, racjonalizujemy i zrzucamy winę na karb wyzwolonej (aż za bardzo) wyobraźni. „Epifania wikarego Trzaski” każe nam zgasić nasze luzackie, wszystkowiedzące uśmiechy młodych wykształconych z wielkich miast.


Szczepan Twardoch jest jak cierń, który uwiera zarówno prawicowców, jak i skrajnych lewaków. Pisarz, który na początku swojej drogi twórczej określał się jako konserwatysta i publikował w pismach chrześcijańskich, obecnie wysyła swoje teksty do „Polityki” i „Gazety Wyborczej”; wciąż jednak jeszcze można przeczytać jego przemyślenia na łamach dalekiego od wszelkiej lewicowości mesjanistycznego kwartalnika „44”. W marcu na łamach portalu Krytyki Politycznej Jaś Kapela (syn głęboko wierzącej katoliczki, nawiasem mówiąc) skrytykował Twardocha za jego stare teksty o wyraźnej prawicowej proweniencji. Zresztą uczynił to, jak to zwykle u Kapeli bywa, łzawo, po gówniarsku i tak, jak to robią wszelkiej maści ideologowie – z dużą dawką nieznośnego patosu. Z drugiej strony prawicowcy nie trawią autora za jego odejście od konserwatyzmu, przywiązanie (nieco prowokacyjne, o czym można się przekonać, czytając jego esej opublikowany w „Znaku”) do narodowości śląskiej, czy również obliczone na medialność kontestowanie polskości. A przecież nikt nie zaprzeczy, że autor „Morfiny” w tejże książce, jak i wielu poprzednich, bierze się z polskością za bary jak mało kto. Większość naszej prawicy (jak i lewicy, rzecz jasna) wyrosła na gruncie rodzimego romantyzmu, więc podważanie mesjanistycznego obrazu Polski jako kraju, który niekoniecznie jest tym, w co romantycy wierzą, musi skutkować jej podniesionymi emocjami.

Polskość, jako zjawisko, nie jest głównym problemem „Epifanii wikarego Trzaski”, wczesnej powieści autora, a trzeciej opublikowanej przez niego książki. Głównym zagadnieniem jest tutaj wiara. I przyznam się, że dawno nie czytałem prozy, która tak mocno dotykałaby problemu naszego katolicyzmu. Przy czym, ani nie jest ona książką antyklerykalną, ani także naiwną reklamą religii chrześcijańskiej. Powieść Twardocha zadaje mnóstwo pytań. Unde malum? Skąd zło? – kwestia ta wydaje się jednym z ważniejszych problemów opisanych w „Epifanii…”. Czy zło może przybrać maskę dobra i czy może powodować takie zmiany, jakie większość logicznie myślących jednostek uznaje za korzystne? Czy można uzdrowić, czy można nawrócić, wykorzystując zło? I czy, w końcu, dobrem jest poddanie się chorobie, śmierci, a może własnej niewierze? Zło dotyka również Kościoła katolickiego, co widać chociażby w pobocznym wątku lustracyjnym. Przedstawiciele Episkopatu, umoczeni w tajemnicze sprawki dawnego systemu i mroczne gry z komunistami, to nie tylko bohaterowie tej książki, jak i postacie z kolejnej powieści autora – „Przemienienia”. To, niestety, osoby z krwi i kości, o których opinia publiczna, poza opisanym szeroko i głęboko przypadku arcybiskupa Wielgusa, milczy niczym głaz.

Kościół, polityka, historia – nie uciekniemy od tych tematów, nawet gdybyśmy wyrzucili telewizor, odcięli internet i zabawiali się na łąkach w pogańskie harce ku czci boga o czterech twarzach, którego to ostatnio proboszcz wyrzucił ze Ślęży. Mogą Brytyjczycy albo Holendrzy pozwolić sobie na luksus areligijności, u nas nawet ateista jest katolem. I pewnie dlatego tak łatwo przychodzi nawrócenie powieściowej dziennikarki „Fikcji i mitów”, książkowego odpowiednika antyklerykalnych „Faktów i mitów”. Bohaterka jest typową przedstawicielką przaśnej, postkomunistycznej klasy średniej. O kobietach takich jak ona mówił Twardoch w wywiadzie dla „Wyborczej”: Te wszystkie wypindrzone dupy podobne do siebie, jakby je w jednej fabryce robili, Warszawa, Kraków czy Poznań, korporacja, mieszkanko na strzeżonym osiedlu, pierdolony kotek i jego kuweta, bo na dzieci jeszcze „się nie zdecydowały”, wydaje im się, że o wszystkim decydują, takie pewne siebie, samorealizacja, samodoskonalenie, inwestowanie w siebie.

Historia pojawia się w powieści Twardocha jako logiczna przyczyna teraźniejszości. Kto czytał „Wieczny Grunwald”, ten zauważy podobną koncepcję dziejów. Uwikłanie w dzieje najnowsze zalicza Kościół, ale również z ich sideł nie wyzwoli się tajemniczy pustelnik zamieszkujący w głębinach kopalni. Ten były żołnierz Wehrmachtu, który pod koniec wojny brutalnie gwałci polską radiotelegrafistkę służącą w Armii Kościuszkowców, przechodzi moralną metamorfozę, żyjąc przez kilkadziesiąt lat w odosobnieniu. Ciekawym kontrapunktem do jego postaci jest osoba głównego bohatera, tytułowego Trzaski. On, ksiądz, intelektualista z rozpoczętym doktoratem, mający na poparcie swojej wiary wiele filozoficznych oraz religijnych dowodów oraz poszlak, i ten spod ziemi, dziki, jurodiwy, wiedzący jedno, że jest pyłem i prochem, stanowią wobec siebie dwa przeciwległe bieguny. Kapłan potrzebować będzie nawrócenia, a jego motorem będzie właśnie uwikłany w historię kopalniany eremita Bogislav Freiherr von Tschiwitz. Czyja wiara jest więc mocniejsza? Inteligenta z Warszawy, czy dzikusa z Górnego Śląska?

„Epifania wikarego Trzaski” nie przynosi łatwych rozwiązań, i podobnie jak Twardoch – zbyt prawicowy dla lewicowców i za mocno lewicowy dla konserwatystów – dla wojujących ateuszy może okazać się li tylko apoteozą katolicyzmu, dla dewotów prawdopodobnie będzie szkalującą Kościół, postmodernistyczną pulpą. Żadna odpowiedź z powyższych nie jest prawidłowa i w tym leży siła tej krótkiej powieści.

Szczepan Twardoch, Epifania wikarego Trzaski, wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2007, ss. 171.


Podobno istnieje gatunek prawicowych historyków. Epitet ten, będący pewnym naddatkiem, w odróżnieniu od historyków zwykłych, ma piętnować badaczy znajdujących się mentalnie zbyt blisko IPN-u i operujących w swej pracy danymi wywiadowczymi. Teczkami po prostu. Historyk prawicowy dyszy nienawiścią i nie rozumie delikatnej materii dziejów. Podważa uznane autorytety moralne, nie ma litości dla tych, którzy mają swoje miejsce na kartach encyklopedii. Zwłaszcza dla koncesjonowanych bohaterów. Takich jak Lech Wałęsa. Były przewodniczący Solidarności, prezydent i specjalista od politycznych intryg. Gdybym nie znał wcześniej opisanych przez Cenckiewicza, Gontarzyka i Zyzaka haseł, gdybym w czujny sposób nie obserwował polskiej sceny politycznej lat 90., nie uwierzyłbym, że ikona Solidarności z Matką Boską jest taka, jak opisał ją autor omawianej książki.

W Świętego Mikołaja przestałem wierzyć w dzieciństwie, w bohaterów nieco później. Skoro nawet święci mieli na sumieniu grzechy, trudno uwierzyć w to, że politycy byliby od nich wolni. Fascynację Solidarnością i Wałęsą przeżywałem na przełomie szkoły podstawowej i liceum. Ta choroba na szczęście nie trwała wiecznie i obecnie nie pokładam wiary w magiczną moc ani Harry’ego Pottera, ani Okrągłego Stołu. W Noblistę tym bardziej. Sławomir Cenckiewicz również dawno stracił tę ufność i z tego powodu jego najnowsza pozycja jest tak gorzka i nie pozostawia złudzeń. Naturalnie, można spierać się o historyczne fakty, można szukać różnych dla nich interpretacji. Można domniemywać, co kierowało młodym robotnikiem, gdy w grudniu 1970 roku  podczas przesłuchania przez Służbę Bezpieczeństwa podpisywał on pewne dokumenty. Zastanawiamy się, czy chodziło o bliskich, czy może był to moment słabości podyktowany bardziej przyziemnymi pobudkami. Z drugiej strony wielu w czasie konfrontacji z SB się nie załamało. Jedną sprawą jest więc podpisanie lojalki, a zupełnie innym problemem pozostaje to, co stało się z tymi zapiskami. Jak wiadomo z innych źródeł, Wałęsa jako prezydent RP wypożyczył sobie teczki z donosami Bolka i już ich nie zwrócił. Skoro nie on był Bolkiem, jak twierdzi, co było celem tego działania?

Dowiadujemy się z książki Cenckiewicza sporo na temat wczesnej młodości Wałęsy: jego nieślubnego syna i dziewczyny, którą zostawił, gdy ta była z nim w ciąży. Poznajemy przyszłego przewodniczącego Solidarności jako lokalnego watażkę i cwaniaka, który umie się ustawić we własnym środowisku. Najbardziej chyba zwraca uwagę umiejętność mimikry, lawirowania między dwiema opcjami. Charakterystyczne jest, że Wałęsa nigdy oficjalnie nie występował przeciwko władzy, zawsze chciał mieć z nią poprawne relacje. Wił się jak piskorz, kluczył i podawał dziesiątki wersji wydarzeń. To również dość znamienne. Cenckiewicz bez litości zestawia odmienne warianty faktów, które Wałęsa przytacza w różnych momentach swojego życia. Wyłania się z nich obraz człowieka słabego, który tylko przypadkiem znalazł się na dziejowym zakręcie.

Niczym Nikodem Dyzma, bohater powieści Dołęgi – Mostowicza, Lech Wałęsa jawi się jako prosty przechodzień, który wszedł na bal dobroczynny, pohałasował i nabrał zebranych na nim naiwnych ludzi na swoją charyzmę. Tak, to dobre porównanie. Książkowa postać owija sobie wokół palca coraz większe grono dygnitarzy, manipuluje nimi i bez litości obraża, gdy zachodzi taka potrzeba. Umie również zagrać na cudzych emocjach, a przy tym jest nieznośnym bufonem. Czy to kogoś państwu nie przypomina? W filmie Grzegorza Brauna „Plusy dodatnie, plusy ujemne” znajduje się scena, w której Wałęsa pytany przez dziennikarza o autentyczność esbeckich donosów Bolka, wpada we wściekłość i wypala, że zbrodnią jest nawet pomyśleć, że on, człowiek, który obalił komunizm, mógł współpracować ze Służbą Bezpieczeństwa jako tajny agent. Doskonale obrazuje ona stan człowieka, który czegoś się boi. Człowieka, który panicznie nie chce ujawnienia prawdy.

W życiorysie Lecha Wałęsy, niczym w curriculum vitae każdego bohatera romantycznego, znajduje się spora liczba białych plam. Na szczęście Noblista to nie Konrad Wallendrod, a historia co jakiś czas, niczym morze, wypłukuje kolejne fakty, które tworzą interesującą mozaikę. Z romantyzmem nie ma ona niczego wspólnego, raczej ze wspomnianym już wyżej Nikodemem Dyzmą. Były prezydent na kartach „Człowieka z teczki” przypomina także postać groteskową. Taką, co to jest za, a nawet przeciw. Postać, która gasi sierpniowy strajk po obietnicy spełnienia drugorzędnych postulatów, a za moment – przyciśnięta do muru – rozpacza, że zrobiła coś głupiego. Być za, a nawet przeciw to symbol zachowania się i myślenia Lecha Wałęsy, bohatera tragikomicznego, który sam na własne życzenie uwikłał się w dwuznaczne sytuacje, a w korzystnych momentach, zamiast z nich wyjść, brnął w nie jeszcze głębiej. Dzisiejszy Wałęsa to straszno – śmieszny dziadunio, który stracił kontrolę nad rzeczywistością. Taki portret jest naturalną konsekwencją faktów opisywanych przez Sławomira Cenckiewicza. I dałby się wytłumaczyć przez każdego średnio rozgarniętego psychiatrę.

Książka młodego historyka nie jest metodyczną, naukową rozprawą na temat kontrowersyjnej postaci. Jej cięty oraz ostry język każą ustawić ją bardziej po stronie publicystyki politycznej, nawiązującej również do dzisiejszych wydarzeń. Cenckiewicz co rusz konfrontuje prawdę czasów z prawdą ekranu Andrzeja Wajdy, któremu zawdzięczamy filmowego gniota, na który spędzana zostaje szkolna dziatwa z terenów całej III RP. Na końcu tekstu, jako dodatek, został umieszczony stenogram rozmowy Wałęsy z bratem, pochodzącej z czasów internowania przewodniczącego Solidarności. Wulgarny język, niestroniący od obraźliwych zwrotów, megalomania i chęć zysku to chyba obraz bardziej prawdziwy od tego, który lansowany jest w niektórych mediach. Niczym podstarzały Edek z Mrożkowego „Tanga”, Wałęsa nie jest żadną ikoną. Te pozostawmy prawosławnym.

Sławomir Cenckiewicz, Wałęsa. Człowiek z teczki, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2013, ss. 447.

Wyobraźmy sobie blokowisko, szare, ponure, bez zieleni. Takie, jakich pełno w naszych miastach. W Kielcach, Krakowie, Poznaniu i we Wrocławiu. Szczególnie w tym ostatnim miejscu, gdyż dzieją się tam niesamowite rzeczy. Nie wiedzieć dlaczego, zwykłe, postkomunistyczne osiedle mieszkaniowe ulega metamorfozie. Ściany budynków czernieją; zachowując się niczym lustra, odbijają świat wokół nich. Mieszkańcy wpadają w automatyczny wir pracy: kują mury, zrywają tapety, wyrzucają wszystko za okna. Zaciekawieni wrocławianie, wchodząc na teren przemienionego blokowiska, znikają bez śladu. Wszyscy pytają, co się dzieje, ale nikt nie zna odpowiedzi. Efekt Hitchcockowskiego trzęsienia ziemi został osiągnięty. Temperatura musi zacząć rosnąć.

Tropy się mnożą, zagadka goni zagadkę, akcja intryguje. Wartka fabuła jest dodatkowym walorem „Świętego Wrocławia”. Mamy więc powieść, która nawiązuje do urban fantasy, a z drugiej strony zahacza o literaturę grozy, pozostawiając czytelnikowi otwartą furtkę do własnej interpretacji. Książka zaczyna się od mocnego uderzenia. Wrocław dostaje w darze przemienione osiedle. Budzi ono strach i zainteresowanie. Na miejsce przybywają dziennikarze, ciekawscy gapie, rodzi się również religijna sekta. Na tym tle Orbitowski, jak to ma w zwyczaju, snuje opowieść obyczajową. Małe problemy, i te większe, nakładają się na siebie, tworząc barwną mozaikę. Charakterologiczne typy postaci dodają smaczku powieści; bohaterowie przeżywają swoje rozterki, często zmęczeni są życiem, w większości przypadków raczej nie są sympatyczni. To takie grubo ciosane kołki, które jednak można zrozumieć, bo życie przytłoczyło je swoją szarością. A może sami nie mieli na nie pomysłu? Pojawia się więc Święty Wrocław, zjawisko metafizyczne, fantastyczne i fantasmagoryczne, które zaczyna ich angażować. W zetknięciu ze Świętym Wrocławiem wrodzy wobec siebie ojciec i przyszły zięć Małgosi zaczynają współpracować, a puste, plastikowe dziewuchy z elitarnego liceum popadają w obłęd.

Fabularne zagadki, którym tropem podążamy wraz z bohaterami, są równie ciekawe, jak obyczajowe tło rysowane piórem młodego prozaika. A może to ta druga warstwa jest bardziej interesująca? Jest pan Marian, wierzący w spiskowe teorie, popadający w paranoję, jest jego mało rozgarnięty syn Kuba, którego mózg zlasował się od marihuany. Jest Tomasz Benet – dentysta – zmęczony życiem, agresywny pijaczek, niekochający własnej żony, za to córki strzeże on jak oka w głowie. Jest też Adam, licealny geniusz, który zamiast ścieżki naukowej wybiera raczej subtelne szaleństwo, które w dniach Świętego Wrocławia wybucha z nadspodziewaną siłą, a nieszkodliwy dziwak staje się sekciarzem z mesjanistyczną misją.

Na dziwne osiedle reagują media. „Gazeta Wyborcza”, Radio Maryja, „Dziennik” (już nieistniejący), TVN. Jak to zwykle u Orbitowskiego bywa, narrator swobodnie porusza się w gąszczu współczesnego świata i trafnie charakteryzuje jego elementy: mesjanizm mediów toruńskich, tabloidyzację „Wyborczej”, postmodernizm „Przekroju”. Dla tych czujnych obserwacji również warto przeczytać „Święty Wrocław”. Mniej czujnie robi się, gdy autor porywa się na analizę genezy nowego ruchu religijnego, jakim jest sekta wyznawców czarnych bloków. Niby wszystko jest w niej na miejscu: sekciarski zapał, mesjanistyczne, płomienne kazania, zbiorowe halucynacje, agresja wyznawców. Ale z drugiej strony pojawia się naiwność opisu, pieśni śpiewane przez neofitów Świętego Wrocławia są parafrazami pieśni katolickich, ich modlitwy również wydają się podobne, jak te odmawiane w kościołach. Śmiem wątpić czy można aż tak łatwo inkorporować wpływy oficjalnej religii do oddolnie powstałego kultu. Tym bardziej, że chodzi w nim o zupełnie inną kwestię niż osobowy Bóg. Tutaj główną rolę gra niewiadoma, do której bardziej pasowałaby duchowość spod znaku New Age, albo nawet jakaś okultystyczna maniera. Zamiast tego jest katolicyzm w wersji świętowrocławskiej, a rzesze pielgrzymów jako żywo przypominają Rodzinę Radia Maryja albo miłośników warszawskich marszów z pochodniami z klubów Gazety Polskiej, nota bene również owładniętych sekciarską mentalnością.

Orbitowski nie daje odpowiedzi, czym jest Święty Wrocław, nie daje jej również narrator, zawieszony gdzieś w próżni, poza ziemskim światem. Ja także tej odpowiedzi nie dam, chociaż mam pewne domysły, własne interpretacje tego, czym może być to miejsce. Ważniejsze jest chyba to, jakie emocje budzi ten miejski obszar i do czego prowokuje ludzi. „Święty Wrocław” daje za to wiele odpowiedzi na tematy socjologiczne, opisując sekciarską mentalność i narodziny nowego kultu (chociaż czyni to nie dość sprawnie, jak pisałem wyżej), snując refleksje na temat specyfiki blokowisk. Te, powstałe między latami 50. a dzisiejszymi czasami, których lata rozkwitu przypadły na środkowy i późny PRL, są specyficzną przestrzenią krajów dawnego Bloku Wschodniego. Zachód zna je również, ale raczej jako siedliska imigrantów i biedoty. W Polsce, Czechosłowacji, na Węgrzech i w Rosji blokowiska zamieszkiwane były przez cały przekrój społeczny: od pucybutów do milionerów, chociaż ani jednych ani drugich system komunistyczny nie generował. Skąd więc znamy mroczne, nocne wędrówki między blokami, ucieczki, szwendania się bez celu? Bo życia nie zna, kto nie mieszkał w bloku – chciałoby się powiedzieć, parafrazując znaną piosenkę o marynarce.

I chyba również dlatego tak dobrze czyta się tę książkę. Zło nie musi czaić się w stuletniej kamienicy, nie musi kryć się w piwnicach gotyckiego zamczyska, czy zamieszkiwać angielskiego pałacu z wielkim ogrodem. Wtedy będzie czymś książkowym, literackim, bo przecież wiadomo, że większość ludzi tak nie mieszka. Dopiero między prostopadłościennymi wieżowcami możemy ujrzeć jego moc i poczuć na własnej skórze jego działanie. Bo logicznie myśląc, skoro straszy w średniowiecznym zamku, dlaczego ma nie straszyć na gierkowskim osiedlu?

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław, wyd. Literackie, Kraków 2013, ss. 295.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".



Czasem zdarza się, że przeszłość łapie za gardło i dusi. Ta dalsza i ta bliższa. Powoduje, że nie możemy zasnąć w nocy i dopiero nad ranem zapadamy w krótki, nerwowy sen, z którego budzimy się jeszcze bardziej niewyspani niż wieczorem. Pojawiają się też duchy, widziadła oraz inne złe poczwary. Dzieje się tak najczęściej w książkach, zwłaszcza tych z kręgu literatury grozy. Myślimy, niczym Makbet, który ujrzał swojego zmarłego, zabitego przez niego przyjaciela, że coś złego zmierza w naszą stronę. Something wicked this way comes, niczym w tytule klasycznej płyty Iced Earth. Przeszłość może mieć oblicze nieznanego epizodu powstańczego z II wojny światowej, albo ubeckich tajemnic zamkniętych w ponurych kazamatach. Może być sekretem księżycowej podróży, albo czymś bliższym, wpadką, o której chce zapomnieć niekochana kobieta.

Pięć opowiadań i pięcioro głównych bohaterów tomu tekstów Orbitowskiego, znanego na rodzimej scenie fantastyki grozy, łączy właśnie przeszłość. I jak to w opowieściach z dreszczykiem bywa, łączy się ona z mniej lub bardziej niesamowitymi wydarzeniami. Trzeba powiedzieć, że od pierwszych słów pierwszego tekstu Popiel Armeńczyk zaczyna się robić ciekawie. Postmodernistycznie połączone motta z Króla Ducha Słowackiego i piosenki Reni Jusis to znamienny znak czasów. Nie ma świętych krów. Słowacki bredzi podobnie jak gwiazdka popu. A może oboje są ważnym wkładem w kulturę. Nie wiem, ale mistyczne wizje naszego wieszcza niespecjalnie mnie przekonują, ale dobrze wyrażają to, co dzieje się w pierwszym opowiadaniu. Co jest nie tylko dla tego tekstu charakterystyczne, to fakt, że Orbitowski, pisarz młody, jeszcze przed czterdziestką, lubi starych narratorów. Niczym główna postać Popiela Armeńczyka, wspominająca tajemnicze wydarzenia z roku 1939, gdy wydawało się jeszcze Polakom, że będą mogli z ojczyzny Fryca przepędzić. Albo jak ojciec narratora tytułowego, chyba najlepszego z całego tomu, opowiadania. I to on, a nie główny opowiadacz, nota bene również niemłody, staje się najważniejszą figurą tekstu. Stary ubek, jedną nogą znajdujący się w grobie to osiedlowy dziadek – kombatant, których z każdym rokiem coraz mniej, walczący z Niemcami w czasie ostatniej wojny, a potem wchodzący, niczym nóż w masło, w tryby nowego systemu. Nadchodzi to tekst o niepogodzeniu się z losem, opowiadanie o życiu w cieniu wyjątkowo podłej przeszłości, a antypatyczna postać byłego ubola potęguje nieprzyjemne wrażenia, których doznajemy podczas lektury.

Orbitowski sprawnie porusza się w gąszczu własnych opowieści, przy czym pisze czujnie, trzymając rzeczywistość za puls, za jaja. Nie od dziś uważam, że to fantaści, traktowani przez mądrali z wydziałów polonistyki, za niedobrych pisarzy, są w tym lepsi niż tak zwani głównonurtowcy. Bo aby pisać dobrą fantastykę, trzeba stać dwiema nogami na ziemi. Taki paradoks, taka sytuacja. Halucynacje i proszki zostawmy przemądrzałym lalusiom w szaliczkach. Kolejnym paradoksem jest fakt, że Orbitowski, którego pióro poznałem najpierw w metalowych zinach, to agnostyk, ale nieatakujący Kościoła katolickiego. Co więcej, w tle jego tekstów widać te budynki i czuć oddech tej instytucji. I można pisać o tym bez podśmiechujek, co również jest przewiną wielu naszych literatów. Po takiego Dehnela nie sięgnę, bo zniesmaczył mnie facet swoimi żarcikami ze Smoleńska. Nie bardzo więc interesuje mnie fakt, co ma do powiedzenia ów elegancik.

Snuje więc Orbitowski swoje narracje, a że fabuła tych tekstów niejednokrotnie jest dziwna, czyta się je więc z zainteresowaniem. I tylko zostaje pytanie, co jest tutaj bardziej wartościowe, umiejętnie kreowana atmosfera niesamowitości i osaczenia, czy obyczajowe wtręty opisywane ze znawstwem i będące rezultatem dobrego nosa. Zgryźliwe komentarze pod kątem zniewieściałego rodu męskiego w Popielu Armeńczyku, smutne konstatacje dotyczące wolnych związków bez zobowiązań w najbardziej psychodelicznym opowiadaniu Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj, lub różne złamane i zakłamane typy niczym polonista Wawryk z Cichego domu – to wszystko wynika raczej z celnych obserwacji współczesnego życia, niż z klasyki grozy. Ta amerykańska oparta jest na własnych założeniach, polska niechaj polską pozostanie. Bo gdzie, jak nie w Polsce można spotkać bohaterów tak przeciętnych, bezbarwnych, że aż ciekawych? Kolejny paradoks. Kłania się mały realizm: pijaczkowie Nowakowskiego, neurotycy Iredyńskiego, może jeszcze robociarscy okrutnicy Madeja.

Nawet loty w kosmos, jak w Zatoce Tęczy, owiane są słowiańską melancholią i naszą, a może już rosyjską niedbałością. Tekst ten, jako jedyny, wychodzi poza Ziemię i najmocniej porusza tematykę metafizyczną. Jednak jest ona najsłabszą częścią i tego opowiadania, i całej książki. Jak jest z tym Bogiem? Czy istnieje życie po śmierci? To wszystko pytania ważne i, nie oszukujmy się, odpowiedzi na nie nie zostaną nam udzielone, ale pomysł, jaki wykorzystał Orbitowski, nie przekonuje mnie, chociaż utwór jest interesujący, gdy akcja pozostaje na naszej planecie. Powyżej zaczynają się księżycowe mielizny.

Co więc z tą grozą? Ta czai się w jesiennych lasach, w czasie potyczek i bitew II wojny. W umyśle Popiela Armeńczyka, w szpitalnych korytarzach, w których swoje gabinety mają lekarze o groteskowych nazwiskach. W lesie, gdzie zakrzywia się przestrzeń i skąd nie można uciec. W pociągu, do którego wsiada tajemniczy pasażer, zabity kilka dni temu na szosie. Ale przede wszystkim kryje się ona w zakamarkach umysłu, który boi się śmierci. Ta zaś zbiera swoje żniwo owocnie, podobnie jak jej kuzynka – szaleństwo. Czym są wędrujące domy, martwe anioły, niekończące się puszcze? Wytworem obłędu, a może to one same ten obłęd powodują? Wiemy jedno, to nadchodzi. Czy odważymy się z tym zmierzyć?

Łukasz Orbitowski, Nadchodzi, wyd. Literackie, Kraków 2010, ss. 401.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".

Królobójstwo zawsze jest traumą. Nawet w przypadku, gdy władca sprawuje swe rządy w iście tyrański sposób. Dyktator Rumunii Nicolae Ceauşescu, nazywany Słońcem Karpat i najgenialniejszym przedstawicielem narodu rumuńskiego, będącego połączeniem żywiołu Daków i Rzymian, został – wraz z małżonką Eleną – zabity po błyskawicznym procesie w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia 1989 roku. Katharsis nie zostało osiągnięte, wręcz przeciwnie, niczym po mordzie założycielskim burżuazyjnej Francji wieku XVIII, naród został poturbowany i złożywszy w grobie swoje groteskowe małżeństwo Makbetów, zapadł w postkomunistyczny letarg. Trudno o bardziej pesymistyczną diagnozę, ale na przykładzie Rumunii widać całą złożoność i – niestety – fałsz transformacji ustrojowej.

Nie wiem, czy autorka „Bukaresztu” zgodziłaby się z powyższą historiograficzną interpretacją, ale da się ten smutek dziejów wyczytać z kart jej książki. Debiutująca na polu reportażu Małgorzata Rejmer skonstruowała swój tekst z pozornie niepasujących do siebie, drobnych fragmentów, w których przeszłość, ta międzywojenna i komunistyczna, składa się z teraźniejszością w patchworkowy panoptikon. Rumunia jawi się w niej jako kraj okaleczony, dogięty do ziemi, najpierw flirtem z nazistami, a potem kilkudziesięcioma latami komunizmu w najbardziej radykalnej odmianie. Ceauşescu zapatrzył się w Koreę Północną, idąc za jej wzorem, postanowił urządzić Rumunom podobny eksperyment. – Jaka jest różnica między Auschwitz a Rumunią? – pytali mieszkańcy Bukaresztu. – W Auschwitz był gaz – brzmiała prawidłowa odpowiedź. Im okrutniejszy system, tym czarniejszy humor? Może tak, ale autorka próbuje dotknąć charakteru narodowego mieszkańców Rumunii, sięgając głębiej niż do drugiej połowy wieku XX. Fataliści, katastrofiści z tendencją do makabry, których komedie zamiast śmieszyć zmuszają do skrzywienia ust w grymasie niesmaku. Jak widać, nie tylko Skandynawowie kręcą smutne komedie i dramatyczne aż do przegięcia dramaty.

Przeciętnemu zjadaczowi chleba Rumunia kojarzy się z Cyganami i Drakulą. Z tym pierwszym mitem nie zamierzam polemizować, dla w miarę inteligentnego człowieka jasnym jest, że Rom i Rumun to dwie zupełnie inne nacje. O tych pierwszych można posłuchać u Braci Figo Fagot. Natomiast Drakula to nikt inny, jak Vlad Palownik, okrutny hospodar wołoski znany z upodobania do nabijania na pal swoich przeciwników politycznych. Jeśli istnieje coś takiego, jak spójny charakter narodowy poszczególnych nacji, to w przypadku Rumunów da się jego cechy zauważyć właśnie w postaci tego ponurego bohatera historycznego, który zainspirował Brama Stokera do napisania klasycznej powieści gotyckiej o wampirze o diabelskim imieniu. Bo Dracul to w języku rumuńskim diabeł. Grecki drakon to również smok. Nie Eragon, tylko ten z Apokalipsy św. Jana. Współczesna bestia Rumunii to wspomniany już Nicolae Ceauşescu – szewc z Scorniceşti, mało błyskotliwa, przeciętna miernota, która wiedząc, gdzie i jak się przyczaić, przejęła w 1965 pełnię władzy. Jak żył, tak umarł, z rozchlapanym mózgiem pod murem w Târgovişte. I mogła bardzo chcieć Joanna Szczepkowska, mogła dziesięć razy powtarzać, że komunizm się skończył. Ion Iliescu, który objął władzę po krwawym szewcu, również był członkiem Rumuńskiej Partii Robotniczej. I całą rewolucję szlag trafił. To, co ukryło się w ładnych opakowaniach w III RP, w Rumunii leżało na wierzchu.

Smutny to kraj, o którym pisze Małgorzata Rejmer. Smutni ludzie, niczym wraki z przetrąconym kręgosłupem. I jeśli oznaką dżumy są tysiące szczurów wyłażących na ulice miast, w stolicy Rumunii ich miejsce zajmują bezdomne psy. Chude, chore na wściekliznę, niekiedy dokarmiane, nierzadko żyjące w symbiozie z mieszkańcami ponurych, betonowych osiedli, ale częściej niebezpieczne, atakujące przechodniów. Czasem śmiertelnie raniące lub rozszarpujące swoje ofiary. Co symbolizują? Autorka nie odpowie, ja także nie, ale ich widok jest znamienny. Psy w Bukareszcie są wszechobecne, podobnie jak brzydota. Nazywana Paryżem wschodu rumuńska stolica napisana jest chaosem. Chaosem, który składa się z wielu warstw. Chaosem, który niczym palimpsest z odrapaną farbą odsłania przed nami kolejne warstwy, wydawałoby się, że zupełnie zapomniane. Lecz niektórych elementów Bukaresztu nie da się odtworzyć. Na przykład starej dzielnicy Uranos, która została zburzona przez Słońce Karpat po to, aby na jej miejscu wybudować Dom Ludu, budynek administracyjny, o którym mówią, że jego wielkość przewyższa jedynie Pentagon. Z chińskim rozmachem godnym maoistowskiej rewolucji kulturalnej zrównano z ziemią kilkanaście kościołów różnych wyznań, kilka szpitali i całą masę zabytkowych, dziewiętnastowiecznych willi. Było w tym coś azjatyckiego z jednej, a diabelskiego z drugiej strony. Tepesowskiego.

Ten międzywojenny Bukareszt również jest intrygujący. To tygiel, w którym gotuje się nowy człowiek, żelazny Übermensch. Autorka zaledwie sygnalizuje tę tematykę, opisaną dokładniej i bardziej dobitnie przez Dašę Drndić w „Sonnenschein”. Są tu dziarscy chłopcy z Legionu Michała Archanioła i dokonywane przez nich pogromy ludności żydowskiej, w tym jeden najbardziej zwichrowany i chory, w rzeźni. Okrucieństwo w czystej postaci. Jest również, ale już po wojnie, osławione więzienie w Piteşti, o którym także wspomina wymieniona wyżej chorwacka pisarka. Nasze ubeckie katownie wydają się przy nim bardzo mało wyrafinowanymi, wręcz prostackimi miejscami. Dopiero w Rumunii tortury zyskały wyższy poziom wirtuozerii. Czyżby znów budził się duch Vlada Palownika? A może to już Drakul?

I może powie ktoś, że Małgorzata Rejmer napisała książkę jednostronną, w której optymizmu jest niewiele. Może paru czytelników odłoży reportaż autorki na półkę, spodziewając się opisów zabytków czy bardziej zobiektywizowanej narracji. Te obrazki zebrane pod wspólnym tytułem „Bukareszt: Kurz i krew” nie mają usypiać ani nie są łatwą lekturą. One jątrzą i zmuszają do niełatwej refleksji nad nami samymi. W końcu ludzie ludziom gotują taki los, nie piekielne stwory z dantejskiej krainy wyobraźni.

Małgorzata Rejmer, Bukareszt: Kurz i krew, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, ss. 269.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".