Wojciecha Grzelaka zawsze warto poczytać. I przyznam się, że gdy chcę dowiedzieć się czegoś o Rosji, najchętniej sięgam po tego właśnie autora. Dlaczego? Z błahych powodów, ale nie tak oczywistych dla większości piszących o Federacji Rosyjskiej. U Grzelaka bowiem nie ma blagi, nie ma szpanowania ani hipsterskiego wąsa, który ironicznie zwiedza obce mu przestrzenie. Jest za to doświadczenie, również związane z wielomiesięcznymi pobytami w tym kraju, jest erudycja, dowcip, ale i krytycyzm. Bo o Rosji ostatnio pisze się albo skrajnie negatywnie, albo na kolanach (co skończyło się w zasadzie po aneksji Krymu). Wyparowali gdzieś Daniel Olbrychski i Adam Michnik pełni zachwytu dla naszego wschodniego sąsiada, co tłumaczyć trzeba wyłącznie polityczną grą. Natomiast Grzelak nie jest ani bezmyślnym chwalcą Federacji, ani nie bawi się w walenie cepem na oślep. Potrafi za to spojrzeć w sposób niejednoznaczny, co stanowi potężny atut jego publicystyki. „Matrioszka od środka” jest trzecim tomem poświęconym sprawom polityki i życia społecznego Rosji. Autor tym razem mniej dotyka tej pierwszej, skupiając swoją uwagę przede wszystkim na ludziach.

Książki Grzelaka można podzielić na dwie skromne kategorie, pierwszą z nich opisałem powyżej. Druga natomiast zajmuje się syberyjskim szamanizmem i jest równie interesująca. Jak było już wspomniane, „Matrioszka od środka” skupia się na życiu codziennym Rosji, nierzadko sięgając w czasy jeszcze sowieckie. Teksty zawarte w publikacji dotyczą bardzo różnych tematów, zaczynając od rosyjskich i sowieckich świąt, poprzez kosmonautów, film, a nawet drogi wschodniego imperium. Taki natłok bardzo różnej tematyki powinien spowodować chaos, zwykle niepożądany w literaturze faktu. Nic takiego jednak się nie dzieje, nawet mimo bardzo prostej konstrukcji książki. Tematy, którymi autor się zajmuje, nie krzyżują się ze sobą, ale koegzystują w osobnych rozdziałach. Jest więc „Matrioszka…” sposobem na fragmentaryczne poznanie kilku aspektów życia związanych ze współczesną Rosją.

Nie dziwi w tym kontekście fakt, że spora część książki dotyczy tożsamości narodowej Rosjan. Dość znany jest tutaj pociąg do świętowania, który Grzelak opisuje, pamiętając o całej jego złożoności. W Rosji bowiem wciąż popularnym świętem jest 1 maja, jednak w ostatnich latach obchodzony mniej hucznie niż w czasach komunizmu. Wciąż niesłabnącą popularnością cieszy się za to Dzień Kobiet. W państwie Putina to dzień wolny od pracy; zresztą był nim i w Związku Sowieckim. Natomiast wspominany tu i ówdzie powrót do prawosławnej religijności nie wydaje się znaczący. Cerkiew, uwikłana przecież w ZSRR w agenturalne związki z KGB i aparatem państwowym, nie jest miejscem, do którego przychodzą szerokie rzesze wiernych, czym wyraźnie różni się od pozycji Kościoła katolickiego w Polsce. Przy okazji opisywania świętowania autor nie może nie wspomnieć również o związanej z nim mentalności Rosjan. A ta staje się niezwykle spontaniczna, a człowiek rosyjski poddaje się uroczystemu biesiadnemu nastrojowi nader łatwo.

Interesujące są również ustępy poświęcone rosyjskiemu kinu, zwłaszcza dzisiaj, gdy filmów stamtąd nie uświadczy się w kinach, a pojedyncze przebłyski pojawiają się gdzieniegdzie na festiwalach offowych. Aby zrozumieć Rosjan, trzeba – zdaniem autora – nauczyć się kodu kulturowego obecnego w rosyjskim kinie. My mamy „Misia”, „Rejs” czy „Chłopaki nie płaczą” i cytatami z nich przerzucamy się w czasie spotkań towarzyskich czy dyskusji internetowych. Tam kultowe komedie kręcił Leonid Gajdaj. To jemu poświęca autor sporą część rozdziału poświęconemu kinu w Rosji.

Jaki więc obraz wyłania się z „Matrioszki”? Trzeba przyznać, że niejednoznaczny. Wojciech Grzelak nie pała bezkrytyczną miłością do imperium na wschodzie, rozumie za to i lubi jego mieszkańców. To zresztą dość częste spostrzeżenie w naszej literaturze: mieszkańcy Rosji dają się lubić, za to władza – już niekoniecznie. Czytając „Matrioszkę” i inne publikacje autora, możemy choć na trochę zbliżyć się do prawdy na temat Rosji i jej mieszkańców.

Wojciech Grzelak, Matrioszka od środka, czyli rosyjskie klimaty, wyd. Wektory, Wrocław 2016, ss. 244.

Gdy pewnego październikowego dnia 1992 roku na terenie brazylijskiego więzienia Carandiru wybuchł bunt osadzonych, z początku wszystko wydawało się rutynowe. Więźniowie od zawsze byli niezadowoleni z warunków, w których przebywają, a strażnicy byli od tego, aby powściągać ich reakcje. Nawet sam moment buntu nie zrobił na nikim większego wrażenia. Dopiero wpuszczenie policji wojskowej na teren placówki zaowocował tragedią. Podczas zamieszek zginęło 111 osób, a wiele setek zostało rannych. Gdy po pewnym czasie opadł bitewny pył, okazało się, że moment masakry w więzieniu w Sao Paulo był jasną cezurą, po której nic już nie było takie jak przedtem. Rządy w brazylijskich placówkach odosobnienia przejęły brutalne gangi wraz z najbardziej agresywnymi przestępcami na czele. Nie znaczy to jednak, że wcześniej panowała sielanka. Natomiast naruszone zostało pewne kruche status quo, w wyniku którego sytuacja zmieniła się na gorsze. O tym wszystkim pisze, po raz kolejny, brazylijski lekarz więzienny, Drauzio Varella. Jego pierwszą opowieść mogliśmy przeczytać dwa lata temu: „Ostatni krąg” opowiadał o kilkudziesięciu więźniach, nie tylko z Carandiru. Natomiast niedawno wydani w Polsce „Klawisze” mówi przede wszystkim o strażnikach, co zapowiada już sam tytuł.

Literatura więzienna, szczególnie ta znana w naszym kraju (Niesiołowski, Nasierowski, Sikora) siłą rzeczy koncentruje się na osadzonych, ignorując świat strażników, lekceważąco nazywanych klawiszami. Ten ostatni jest więc światem nieprzeniknionym, który znany jest tylko z opowieści jednej strony, przy czym są to opowieści skrajnie subiektywne. Już mniej pisze się o stresie, któremu podlegają więzienni nadzorcy. Pamiętać należy jeszcze o jednej sprawie. Mianowicie, warunki panujące w ośrodkach penitencjarnych w Polsce i Ameryce Łacińskiej są niezwykle różne. Gdy porównamy je ze sobą, okaże się, że w naszym kraju więźniowie żyją na wczasach. Varella pisze, że jeszcze do niedawna więzienia brazylijskie niczym nie różniły się od tych sprzed stu i więcej lat. Ale nie to jest najważniejszym motywem „Klawiszy”. Są nim natomiast ci, którym w większości publikacji dotyczących więzień nie poświęca się wiele miejsca.

Pisząc na tak trudny temat, łatwo popaść w manierę i albo szarżować emocjami i sensacją, albo złapać zbyt duży dystans, co skutkować będzie naukowym chłodem. Drauzio Varella, jako człowiek znający się na rzeczy, bo kilkadziesiąt lat pracujący w różnych ośrodkach, znajduje inny, lepszy sposób opisania rzeczywistości. Nie epatuje niepotrzebnym okrucieństwem, ale w naturalnym tonie snuje swoje opowieści. Tekst jego składa się z trzydziestu kilku drobnych obrazków napisanych według zasady minimum słów, maksimum treści. Nie szarżuje więc autor armią przymiotników, ani nie wyraża oburzenia opisywanymi zdarzeniami. Oddaje głos swoim bohaterom, którzy w końcu mają sposobność mówić. I z pewnością pozycja ta nie powstałaby, gdyby nie zaufanie, którym obdarzyli strażnicy skromnego więziennego lekarza. To chyba sposób bycia Varelli i jego umiejętność słuchania spowodowały, że na kartach książki pojawiło się tak wiele fascynujących opowieści. A te napisane są językiem prostym, obrazowym i niezwykle klarownym. To duża umiejętność, aby wyrazić myśli w sposób mało skomplikowany, ale jednak elegancki i daleki od banału.


Czytając reportaż Brazylijczyka, dopiero zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, pod jak ogromną presją znajdują się jego bohaterowie. Słabo opłacani, narażeni na notoryczny stres więzienni strażnicy opisani przez autora, jeśli tylko nie zejdą na drogę występku, są prawdziwymi bohaterami. Dziwi także fakt, że wielu spośród bohaterów tekstu wybrała ten zawód z powołania. Niektórzy nawet od dziecka marzyli o tym, aby pracować za murami. Niektórych zaś wybrana w młodości profesja uratowała od zejścia na złą drogę. Zafascynowani buntem i życiem na krawędzi, wybrali bardziej moralne zajęcie. Varella poświęca uwagę również tym strażnikom, którzy skuszeni przez sposobność zarobienia łatwych pieniędzy decydują się na współpracę z osadzonymi. Przemycają narkotyki, ułatwiają ucieczkę, czym skazują się na ten sam los, co więźniowie. Większość jednak – zdaniem autora – to ludzie prawi, uczciwi, co nie znaczy, że zawsze działający zgodnie z mieszczańskim kodeksem. Co ma bowiem zrobić funkcjonariusz, który został postawiony w sytuacji ekstremalnej? Rozmowa często nie ma sensu, pozostaje tylko siła pięści. Z drugiej strony nieraz, aby dojść do prawdy o tym, co dzieje się w celach, trzeba korzystać z usług informatorów. To jednak połowa sukcesu; pozostają jeszcze dyplomatyczne umiejętności, dzięki którym nie wolno zdradzić, kto donosi. W warunkach brazylijskiego więzienia kapusiowi grozi śmierć.

Jeśli mówimy więc o południowoamerykańskich ośrodkach dla osadzonych, musimy użyć metafory dżungli. Zarówno więzień, jak strażnik, każdego dnia toczy w niej walkę o przetrwanie. Nie bez przyczyny niektórzy z opisanych przez autora bohaterów przed przejściem przez więzienną bramę wykonują znak krzyża. Ten świat bowiem wymaga nieustannego wyostrzenia zmysłów, a jedna drobna pomyłka oznaczać może pożegnanie się z życiem. Są jednak tacy, którzy chcą płacić tę cenę, tacy, których ciągnie za mur i którzy spełniają się, pracując z ludźmi nierzadko nieprzewidywalnymi i zdemoralizowanymi. To, co mają do powiedzenia, jest czasem wstrząsające, nieraz specyficznie dowcipne, ale zawsze interesujące.

Drauzio Varella, Klawisze, tłum. M. Lipszyc, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 219.

W pewnym starym dowcipie lekarz bada pacjenta. Pokazuje mu różne figury geometryczne, pytając o skojarzenia. Temu zaś wszystko kojarzy się z gołą babą. A kto mi te wszystkie świństwa narysował? – odpowiada pacjent zdziwionemu medykowi. W sytuacji człowieka, któremu wszystko kojarzy się z jednym, stawiają się często poszukiwacze diabelstwa w muzyce. Kiedyś był to członek PRON – Maciej Giertych, potem specjalista od wszystkiego – ksiądz Andrzej Zwoliński, a ostatnio na prowadzenie w tej dziedzinie wyszedł Grzegorz Kasjaniuk, dziennikarz muzyczny, który przed swoim nawróceniem był specjalistą od muzyki metalowej, szefował też festiwalowi rockowemu w Węgorzewie. Jak sam opowiadał wielokrotnie, przeżył ewolucję poglądów, które doprowadziły go do katolickiego radykalizmu. W związku z nim odrzucił dużą część słuchanej przez siebie muzyki. I jego prawo. Natomiast jak większość neofitów poczuł misję odwodzenia maluczkich od tego, z czym sam kiedyś obcował. I od paru lat publikuje w internecie (portal Polonia Chrystiana) i prasie papierowej (pismo „Egzorcysta”) artykuły, w których przestrzega przed złem kryjącym się w muzyce rozrywkowej.

Publikacja, która pojawiła się niedawno na polskim rynku, zatytułowana „Czego słuchasz? Diabelska propaganda” to właśnie kompilacja szeregu artykułów opublikowanych przez autora w różnych źródłach. Z tego właśnie powodu trzeba przyczepić się do jej chaotyczności: niektóre fakty powtarzają się w poszczególnych rozdziałach. Sama treść utrzymana jest w sensacyjnym tonie, z którego wynika, że szatan kryje się dosłownie wszędzie. To niestety rodzaj „skrzywienia zawodowego”, któremu podlegają ci, którzy interesują się diabłem. Tak jak policyjny śledczy w każdym zobaczy potencjalnego przestępcę, bo tak ukształtowała go praktyka zawodowa, tak środowisko skupione wokół „Egzorcysty” w każdym niemal aspekcie kultury popularnej widzi diabła. Co prawda, Kasjaniuk rozpoczyna swoją publikację od omówienia postaci Kinga Diamonda, który deklaruje swoją przynależność do Kościoła Szatana, ale w rozdziałach późniejszych jako zagrożenie duchowe omawiana jest na przykład postać… Boba Dylana. Z drugiej zaś strony wiadomo, że satanizm większości wykonawców przyznających się do niego to tylko medialna wydmuszka. Co jeszcze autor książki uznaje za zagrożenie duchowe? Festiwal muzyki gotyckiej Castle Party, Nicka Cave’a, zespół Faith No More, Deep Purple, Rush, Metallikę, Nightwish, Davida Bowie, Alice’a Coopera, Crowbar, The Doors, Nirvanę, Sepulturę, Motorhead czy Black Sabbath.

Autor wydaje się nie zdawać sprawy z jednego prostego faktu. Nie każdy jest chrześcijaninem, nie każdy również musi wyznawać te same poglądy czy system wartości. A odrzucenie wszystkiego, co nie jest chrześcijańskie, jest niemożliwe, ze względów chociażby technicznych. Bo zawsze będą otaczali nas różni ludzie, i z tym trzeba się pogodzić. I aby być konsekwentnym, należałoby przestać obcować ze sztuką tworzoną przez niechrześcijan, i z taką, która nie mówi o Jezusie. Absurd, prawda? Wyrzućmy więc Mickiewicza, bo babiarz, Mozarta, bo mason, czy Sienkiewicza, bo do kościoła nie chodził. Co w zamian? Grzegorz Kasjaniuk, niegdyś promujący muzykę metalową w eterze Polskiego Radia, ma propozycję. Pieśni uwielbieniowe i polski hip-hop. Nie dworuję sobie z autora; on naprawdę to powiedział. Proponować komuś, kto słucha Rush albo Boba Dylana, aby odrzucił tę muzykę i zaaprobował koślawe rymowanki deklamowane do wtóru komputerowej muzyczki, brzmi jak ponury żart, ale niestety nim nie jest. Racją jest, że raperzy, szczególnie ci nawróceni, rymują szczerze swoje teksty, ale pod względem artystycznym stoi to dość nisko. Drugi gatunek, jakim są pieśni uwielbieniowe, to nic innego jak oazowe piosenki rozciągnięte do pół godziny. A wszystko po to, aby wywołać w modlących się skrajne emocje i wprowadzić ich w trans, co spotyka się w grupach charyzmatycznych. Z uczestnikami takich obrzędów dzieją się rzeczy gorsze niż na koncertach rockowych: ten trans jest faktycznie przerażający i ma wiele wspólnego nie tyle z Bogiem, co z inteligentnymi psychotechnikami.

Autor wydaje się również mieć pretensje do niegdyś ukochanej przez siebie, a teraz odrzuconej, muzyki, że ta prezentuje treści antychrześcijańskie. Niestety, sytuacja nie wygląda czarno-biało. Zdecydowana większość treści atakujących religię i kościoły chrześcijańskie nie pojawiłaby się w tekstach, gdyby wszyscy wyznawcy Chrystusa traktowali jego nauki serio. Praktyka jest zupełnie inna, więc trudno mieć pretensję do artystów, że się buntują, a do wierzących, że słuchają. Problem pogłębia jeszcze pycha i hipokryzja tak zwanych nawróconych muzyków. Pewnie, że szczere nawrócenie jest zawsze cenne, ale to zawsze odbywa się po cichu i w pokorze. Trąbienie zaś przed sobą o własnej przemianie i publiczne nurzanie się w swoich dawnych grzechach budzi jednak nieufność i podejrzenia o nieszczerość intencji.

Natomiast w jednym autor ma ewidentnie rację. Analizując treści zawarte w piosenkach współczesnych gwiazd pop, Miley Cyrus, Keshy, Rihanny czy Nicki Minaj, dochodzi do wniosku, że ich twórczość promuje hedonizm. I jakkolwiek ostra muzyka metalowa czy punkowa może budzić podejrzenia o złe intencje ich twórców, dzieje się to tylko ze względów estetycznych. Natomiast pop i dance, co widać chociażby po teledyskach, najczęściej proponują człowiekowi odrzucenie sfery duchowej i skoncentrowanie się na seksie. W porównaniu do celebrytów popowego światka większość zespołów grających muzykę ekstremalną to harcerze. W końcu ich członkowie to najczęściej stateczni panowie chodzący codziennie do roboty, wychowujący własne dzieci, którzy z muzyki się nie utrzymują. A w ich tekstach można zauważyć nierzadko szczerą troskę o świat, ubraną co prawda w buntownicze frazy, ale taki już urok tych dźwięków. Należy więc uważać, aby odrzucając „złą” muzykę, nie wylać dziecka z kąpielą i nie pozbawić się niewątpliwej przyjemności, jaką jest obcowanie z dźwiękami. Co do szkodliwości, zatruć się można wszystkim, nawet wodą, więc nie przesadzajmy.

Grzegorz Kasjaniuk, Czego słuchasz? Diabelska propaganda, wyd. Monumen, Poznań 2016, ss. 271.

Mówiąc o progresywnym metalu, przede wszystkim podaje się przykład Dream Theater, zespołu, który już od wielu lat nie nagrał niczego interesującego. Popularny pogląd na tę muzykę zawiera się w kilku obowiązkowych elementach: tasiemcowych, nudnych utworach, wszędobylskich instrumentach klawiszowych oraz solówkach dłuższych niż niejedna piosenka. I tak faktycznie grają panowie z Dream Theater. Jednak to nie oni wymyślili proch i ten gatunek, który nie musi być tak straszny, jak go malują. Zespołem, któremu należy się szacunek za sformatowanie nowego gatunku, jest Fates Warning, amerykańska grupa powstała w 1983 i mająca na swoim koncie dwanaście albumów studyjnych. Ich debiut, „Night on Bröcken” ukazał się rok później, ale to nie on stał się kamieniem milowym zespołu. Styl grupy, leżący na przecięciu amerykańskiego heavy metalu, hard rocka oraz rocka progresywnego, wykuwał się na płytach takich jak „The Spectre Within”, „Awaken the Guardian” czy „Parallels”. To one więc zdefiniowały muzykę zespołu.

A w muzyce tej nigdy nie było miejsca na pretensjonalne popisy gitarowe czy symfoniczne pasaże instrumentów klawiszowych. To nie Dream Theater, którzy co prawda, mają na swoim koncie kilka udanych albumów, ale już dawno się zagubili. W pierwszej fazie twórczości Fates Warning dominował jednak heavy metal z tej samej szkoły co Queensrÿche. Natomiast pod koniec XX wieku i w początku następnego stulecia akcenty się przesunęły, a w dźwiękach kapeli coraz silniej zaznaczały swoją obecność dłuższe i spokojniejsze formy. Zespół także nigdy poważnie nie rozczarował, chociaż zdarzały się w jego karierze albumy mniej pasjonujące. Panowie nie mają na swym koncie ewidentnych gniotów, które przecież zdarzają się w dyskografiach większości wykonawców. Fakt ten to kwestia talentu, trzeba to przyznać, chociaż pewnie nie każdy lubi akurat takie dźwięki. Osobiście również preferuję muzykę prostszą, ale Fates Warning jest tym wyjątkiem, który z metalu progresywnego nie robi areny do prezentowania nudnych suit, i dlatego mi się podoba.

Słychać to wyraźnie na „Theories of Flight”, który jest bez wątpienia jednym z najlepszych krążków w niekrótkiej przecież karierze kapeli. Od debiutu minęły, bagatela, trzydzieści dwa lata, a Fates Warning nagrywa album, który rzadko kiedy zdarza się zespołom o tak długiej i bogatej historii. Powiem drugi raz, to kwestia talentu. A dlaczego „Theories of Flight” to jeden z lepszych albumów Amerykanów? Przypatrzmy się tylko. Rzadko kiedy zdarza się, aby wydawnictwo muzyczne posiadało aż tak spójną wizję, a przy tym zróżnicowaną muzykę. I co chyba najważniejsze, słuchając Fates Warning, nie zapominamy, że chodzi o heavy metal! Już dawno nie zdarzały się zespołowi tak drapieżne kompozycje jak „White Flag”, Like Stars Our Eyes Have Seen” czy „SOS”. Przy czym drapieżne, nie znaczy ekstremalne. Heavymetalowa konwencja wymaga jednak melodyjnych linii wokalnych. A melodie te są naprawdę atrakcyjne, co nie jest regułą w tym gatunku. Nie stawiają więc panowie na pierwszym miejscu wątpliwej wirtuozerii, zaniedbując to, co w piosence najważniejsze: linii melodycznej. Udaje się im to nawet w dwóch długich, ponad dziesięciominutowych utworach: „The Light and Shade of Things” i „The Ghosts of Home”.

Ten pierwszy charakteryzuje się ciekawą klamrą kompozycyjną, zamykającą dynamiczny środek w melancholijnej introdukcji oraz kodzie. Drugi zaś nieco kojarzy się z Genesis z ery Petera Gabriela, oczywiście brzmieniowo to utwór metalowy. Nie sposób na „Theories of Flight” wyróżnić in plus lub in minus żadnego utworu. Już rozpoczynający płytę „From the Rooftops” zwiastuje, że jeśli po drodze nic złego się nie stanie, czeka nas wyjątkowo interesująca godzina muzyki. Utwór ten rozkręca się powoli, zaczynając od spokojnych, akustycznych akordów gitary, jednak za parę chwil zmienia się w wielowątkowy, siedmiominutowy kawałek, w którym jest miejsce na energiczne granie, jak i na chwile uspokojenia. Drugi z kolei, „Seven Stars”, to jeden z najbardziej przebojowych utworów grupy, w którym znalazły się nawet gitarowe zagrywki przywołujące na myśl Paradise Lost!

Zespół na „Theories of Flight” nie stracił więc muzycznej tożsamości, a mimo długiej historii nagrał płytę, która nie jest ani odcinaniem kuponów od czasów dawnej chwały, ani niestrawnym eksperymentem. To dojrzała, ale nie przejrzała muzyka, wciąż chwytająca za serce radością z grania, świetnie i dynamicznie brzmiąca. Jeśli ktoś ma wątpliwości, jak powinien brzmieć metal progresywny bez całego bagażu pretensjonalności, czułostkowości i zbędnych popisów instrumentalnych, niech sięgnie po „Theories of Flight”, o którym wiadomo już, że jest jednym z najlepszych albumów w historii Fates Warning.

Fates Warning, Theories of Flight, Inside Out Music, 2016.

Przyznać trzeba, że idea podróży po Włoszech jest jednym z najbardziej oklepanych pomysłów, jakie można sobie wyobrazić. Wszystko jednak zależy od podejścia do tematu. Można bowiem wybrać się oczywistym szlakiem prowadzącym przez Milan, Turyn, Genuę i Florencję, ale szanse, że zdublujemy przewodnik turystyczny, rosną z każdym odwiedzonym miastem. Można zrobić również rzecz mniej oczywistą: poruszać się drogami z dala od autostrad i aglomeracji. Dzięki realizacji takiego zamierzenia raczej nie powtórzymy treści turystycznego kompendium, a w dodatku zobaczymy kraj zupełnie inny. I proszę nie myśleć, że zasada powyższa odnosi się tylko do Italii. Działa ona w każdym miejscu na świecie. Dlaczego więc większość relacji z podróży dotyczy miejsc oklepanych i opisanych we wszystkich możliwych językach? Odpowiedzi na to pytanie są różne, natomiast wypada cieszyć się z tego, że nie ruszając się z fotela, można zobaczyć zupełnie inne Włochy niż w kolorowych folderach. I dzięki publikacji Paolo Remiza większość z nas ma szansę zajrzenia w miejsca, o których nie zdawała sobie sprawy.

Szansę tę daje „Legenda żeglujących gór”, niezwykły ni to reportaż, ni to relacja z podróży po Italii i jej austriackim, szwajcarskim i słoweńskim pograniczu. Autor porusza się szlakiem alpejskim i zamiast robić rzecz oczywistą, nie zagląda w znane turystom i użytkownikom internetu miejsca. Odwiedza za to zapadłe mieściny, na wpół opustoszałe wioski, w których zatrzymał się czas, i wdaje się w rozmowy z ludźmi, o których współcześni Rzymianie po prostu nie wiedzą. Jest przy tym dość krytyczny wobec własnego społeczeństwa, twierdząc, że zerwało ono więź z naturą i zafascynowało się współczesnym pędem do kariery i sukcesu. Można w tym wyczuć naturę lewicowca i owszem, Paolo Rumiz nie ukrywa swoich przekonań politycznych, ale czyni to na tyle subtelnie, że w efekcie nie zniechęca do lektury konserwatywnego czytelnika. Miejscami tylko może budzić zadziwienie polskiego odbiorcy, który nie jest przyzwyczajony do takiej dawki politycznej poprawności, gdy na przykład oburza się na inskrypcję wyrytą na pewnym pomniku poświęconym ofiarom II wojny światowej. Faktem, który tak zirytował autora, było przypisanie agresji Niemcom, nie zaś nazistom.

Ambitny plan, który zamierzył sobie włoski dziennikarz, został zrealizowany z nawiązką. Autor, przejechawszy szlak linii Alp, udał się w głąb półwyspu, przez Apeniny, zwane kręgosłupem Italii. A to dlatego, że pasmo to przebiega mniej więcej przez środek kraju. Przyznać trzeba, że opisy tej wędrówki (zmotoryzowanej, co prawda) są na tyle fascynujące i egzotyczne, jakby nie dotyczyły znanego nam kraju. Przy kontakcie z tego typu tekstami okazuje się jednak, że cała nasza wiedza jest tylko pobieżna, a jakiekolwiek odejście od bezpiecznych i znanych miejsc powoduje, że grunt ucieka nam spod nóg. I gwarantuję, że pytanie „to naprawdę dzieje się we Włoszech” zadaje się przy lekturze „Legendy wędrujących gór” równie często, jak odwraca się strony książki. Bardzo wyraźne stają się nagle ślady pogańskich wierzeń czy ludowego chrześcijaństwa, co do istnienia którego w starej Europie mamy coraz większe wątpliwości. Bohaterowie, z którymi rozmawia Rumiz, wierzą w diabła, w duchy i demony, a co ważniejsze, żyją w poczuciu majestatu natury, o którym – zdaniem autora – większość jego rodaków zupełnie zapomniała. W tym świecie wielka polityka daje o sobie znać jedynie wtedy, gdy ma bezpośredni wpływ na jego mieszkańców. Prości pasterze, hodowcy czy odludki odczuwają jej wpływ, gdy na horyzoncie pojawia się kolejny pomysł na tamę, regulację wód czy nową drogę szybkiego ruchu.


Te wymienione w poprzednim akapicie kwestie stają się bolączką prowincjonalnej ludności. Jak pisze autor, są we włoskich Alpach i w Apeninach miejsca, które niegdyś opływały w wielką ilość wody, obecnie zaś z powodu ingerencji człowieka borykają się z suszą. Zwracając uwagę na te sprawy, staje się Paolo Rumiz nieprzejednanym krytykiem włoskich rządów, obojętnie, z jakiej frakcji politycznej. Staje się z drugiej strony obrońcą prostych, ale zdolnych do okrucieństwa i urodzonych z piętnem anarchizmu górali. A jako reporter, co rusz powołuje się na swojego rodaka, legendę literatury faktu, Tiziano Terzaniego, oraz Ryszarda Kapuścińskiego. Temu ostatniemu poświęca nawet cały rozdział; widać, że zafascynowany jest jego warsztatem i osobowością. Podobnie jak Tarzani i Kapuściński, autor patrzy na opisywany przez siebie świat ze społecznikowską wrażliwością, ale również ze sporą dozą naiwności. Przypomina w tym niespecjalnie lubianego przeze mnie Tarrou z „Dżumy” Camusa.

A świat ten zaludniany jest przez indywidualistów i oryginałów. Bo gdzie indziej spotkalibyśmy wiolonczelistę, który gra Bacha wspólnie z lasem? Gdzie miejsce dla chodzących encyklopedii, znających niemożliwe do spamiętania historyczne szczegóły? Gdzie w końcu mają podziać się wysuszeni mnisi, żyjący nadal modlitwą i postem? Naturalnym miejscem dla nich wydaje się prowincja, leżąca z dala od wielkich szlaków komunikacyjnych i centrów miast. „Legenda żeglujących gór” dotyka tej prowincji w sposób szczególny, bo i autor nie jest turystą odwiedzającym te miejsca po raz pierwszy. Paolo Rumiz ma słuch absolutny i jest w stanie tak opowiedzieć swoją podróż, jakby prowadziła ona nie przez Włochy, ale jakiś kompletnie nieznany kraj, leżący za siedmioma górami i siedmioma rzekami.

Paolo Rumiz, Legenda żeglujących gór, tłum. J. Malawska, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 588.

Rozmowa z człowiekiem, który przebija nadęte balony nudy i pretensjonalności, musi być interesująca. Przed Wami Grzegorz Brzozowicz, dziennikarz, o którym śpiewał Kazik Staszewski, i autor "Resortowego dziecka rock'n'rolla". Jeśli uważacie, że Radiohead to natchniona nuda, Fields of the Nephilim to popłuczyny, a muzyki zespołów Perfect i Lady Pank nie powinno się szanować, weźcie popcorn i zacznijcie lekturę. Jeśli zaś uważacie inaczej, cóż, otwórzcie butelkę Nervosolu i weźcie porządny łyk.

W „Resortowym dziecku rock’n’rolla” opisuje pan ciekawy epizod, jak to w 2011 roku prezydent Bronisław Komorowski wręczył ordery wybranym polskim rockmanom. Pana reakcja wobec tego, co się stało, była dość krytyczna. Nie wydaje się więc panu, że to wydarzenie jest już definitywnym końcem rocka jako muzyki buntu?
Zdecydowanie tak. Cała książka kończy się zdaniem, że znaczenie muzyki rockowej jest już zupełnie inne niż wtedy, gdy ta forma powstawała. Ten okres buntu już dawno się skończył.

O tym końcu już wiadomo, ale czy to wydarzenie nie było takim gwoździem do trumny na naszym krajowym podwórku?
Ale czy dzisiaj mamy w Polsce do czynienia z jakimś buntowniczym rockiem?

Właśnie chyba nie ma i od tego chciałbym zacząć.
Czyli mamy dzisiaj dwie strony medalu i obie są nieciekawe. Po pierwsze, młodzi ludzie kompletnie się nie buntują, nie tylko w Polsce, ale w całym kręgu muzyki rockowej. Nie chcę jednak tego oceniać, bo nie mówię, że muzyka dzisiejsza jest gorsza albo lepsza od tej dawnej, ale ma zupełnie inne znaczenie. To więc, co było podwaliną całego ruchu, w tej chwili nie jest istotne. Po drugie, moje pokolenie wykonawców, ze względu na to, że nie ma z czego żyć, ciągle śpiewa te same buntownicze piosenki sprzed kilkudziesięciu lat, których sens jest dzisiaj kabaretowy. A ponieważ nie mają oni innego pomysłu na życie, do końca swoich dni będą śpiewać „punk’s not dead”. To dla mnie jest po prostu żałosne.

Jeszcze można zrozumieć artystę, który przymiera głodem i chce wykrzyczeć swój spóźniony bunt, ale w przypadku tych, którzy żyją na dobrym poziomie, efekt faktycznie jest groteskowy. Z czego wynika fakt, że ci młodzi ludzie dzisiaj się nie buntują?
Nie buntują się z dość prostych powodów. Po pierwsze, oferta rozrywkowa jest znacznie szersza, a muzyka jest czymś, co sprawia przyjemność. Oprócz muzyki jest sporo innych elementów, jak gry komputerowe czy internet, a rock nie jest już głosem całego pokolenia, tylko jednym ze sposobów wspólnego spędzania czasu. Nie jest on najważniejszą rzeczą dla młodych ludzi. Po drugie, przemysł muzyczny znajduje się w stanie upadku. Produkt, jakim była kiedyś płyta, utracił swoje ikoniczne znaczenie. Kiedyś była ona czymś, co chciało się kupić, co było wartością nawet bez grania muzyki. Dzisiaj z tego powodu, że muzyka istnieje w sieci i nie ma formy fizycznej, ludzie stracili do niej szacunek. Żyje ona w chmurze i nie wymaga zaangażowania w odtwarzanie. W tej chwili możemy słuchać swojej ulubionej muzyki, idąc po ulicy, a dawniej, gdy mieliśmy płytę, szczególnie tę winylową, musieliśmy słuchać jej w odpowiednich warunkach. Tym samym miało się szacunek do samego słuchania, bo ono wymagało wysiłku: odpowiedniego miejsca, gramofonu i tak dalej. Nie przypadkiem, gdy na początku lat 80. pojawił się walkman, na kopertach płyt pojawiły się napisy, których myśmy wtedy nie rozumieli, a odbieraliśmy jako kapitalistyczną chęć zarabiania. To były słowa „nagrywanie zabija muzykę” wydrukowane obok rysunku kasety ustylizowanej na trupią czaszkę. Teraz, gdy na to patrzę, widzę, że był to początek końca. W dodatku w sytuacji Polski lat 80. było to absolutnie absurdalne, ponieważ dzięki temu, że mogliśmy nagrywać, rozprzestrzenialiśmy muzykę, której nie było w radiu. Więc przegrywanie płyt czy nagrywanie muzyki w Jarocinie na magnetofony kasetowe było narzędziem buntu. Natomiast z zachodniego punktu widzenia był to schyłek. Zaczęto odchodzić od dużej płyty i od tego, że wykonawca na swoim albumie układał piosenki w odpowiedniej kolejności. Dzięki kasecie można było nagrywać utwory tak, jak się chciało, tworząc składanki. Pomijano pewne utwory, a niektóre kasowano. Natomiast obecnie muzyka stała się gumą do żucia, którą się przeżuwa przez dwie minuty, a potem wypluwa i sięga po kolejne nagranie. Dostęp do muzyki stał się nieograniczony, tylko trzeba wiedzieć, jak i gdzie jej szukać.

Jednak przynajmniej od dziesięciu lat mówi się o renesansie winyli.

Z mojego punktu widzenia rynek winyli jest czymś pięknym, bo sam buduję od nowa swoją kolekcję, znowu mogę coś zbierać, bo ostatnio już nie miałem czego. Znów pojawia się ta kolekcjonerska nutka zdobywania i walczenia o pewne tytuły. Tylko że jest to kolejny gadżet służący przyciągnięciu klienta 50+, bo to on głównie kupuje muzykę na płytach. Sprzedając kompakty i winyle, zarabia się więc na odbiorcy takim jak ja, w wieku około pięćdziesięciu lat i więcej. Po raz kolejny sprzedaje się ten sam towar. Poza tym w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że te wznawiane dzisiaj płyty winylowe to po prostu jedno wielkie oszustwo. Nie są to płyty analogowe, ale cyfrowe nagrania przeniesione na winyl. Proceder ten dotyczy również tych najstarszych albumów: są one przetwarzane cyfrowo i tylko z powodu mody sprzedawane w formie dużej płyty.

Czyli brzmią one inaczej niż powinny?
Tak, mają podbitą dynamikę, bo niektórym wydaje się, że to brzmi lepiej.

Aby zmienić temat, zapytam, bez podawania tytułów, o pańską ocenę współczesnego rodzimego dziennikarstwa muzycznego, zwłaszcza w bardzo skąpo się ukazującej polskiej prasie muzycznej. Osobiście mam bowiem wrażenie, że już od dawna, a w zasadzie od początku, jest ona spóźniona w stosunku do tego, co dzieje się na światowej scenie.
W ogóle nie czytam polskiej prasy muzycznej i przestałem się tym egzaltować już dawno. Myślę, że poza środowiskiem związanym z „Teraz Rock”, czyli też starszych panów, dziennikarz muzyczny zupełnie przestał odgrywać tę rolę, którą myśmy odgrywali w latach 80. i 90., kiedy dla swojego otoczenia byliśmy w pewnym sensie bogami, bo odkrywaliśmy coś nowego. Dzisiaj, gdy mamy dostęp do sieci, każdy może bardzo szybko dotrzeć do różnych nagrań i taki przewodnik nie jest potrzebny. A skoro muzyka straciła na znaczeniu, tym bardziej dziennikarz muzyczny stał się mniej potrzebny. Dzisiaj takimi gwiazdami dziennikarstwa są publicyści sportowi, którzy tak jak my kiedyś, są trzydziestoletnimi panami, ale opowiadającymi o Ronaldo. Na takie dziennikarstwo jest zapotrzebowanie, bo sport jest wielkim biznesem. Oczywiście nadal istnieją nazwiska, z którymi liczą się pewni niszowi odbiorcy. Osobiście kupuję brytyjskie tytuły jak „Mojo” czy „Uncut”, ale widzę absurd tej sytuacji, ponieważ na każdej okładce pojawiają się stare dziady, które mają dzisiaj siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat. A jeśli mają sześćdziesiąt, to są młodzieniaszkami. Po raz kolejny sprzedaje się ten sam towar, ponieważ tylko grupa 50+ kupi taką gazetę. Żaden młody nie kupi już ani „Mojo”, ani „Uncut”.

Z drugiej strony można spotkać młodych ludzi, którzy słuchają muzyki z płyt i nawet czasami kupują prasę muzyczną. Tylko, że dostają oni przekaz, w myśl którego genialnym zespołem jest wciąż Pink Floyd, a na polskim rynku rolę tę pełnią Lady Pank i Perfect.
Myślę, że Lady Pank i Perfect to duża przesada, już bardziej Czesław Niemen i SBB. Podejrzewam, że ani Lady Pank ani Perfect nigdy nie byli szanowani. Powiem inaczej. Od stycznia znowu zacząłem recenzować płyty, a miałem długi okres przerwy, bo byłem przekonany, że nie warto, i sam sobie wyznaczyłem emeryturę. Dostałem ostatnio nową płytę Radiohead i napisałem w „Do Rzeczy” recenzję. W pierwszym zdaniu stwierdziłem, że na pewno czeka mnie hejt, bo miejsce Pink Floyd jako zespołu genialnego przejął teraz zespół Radiohead. Napisałem, że ich płyta to natchniona nuda. Uważam, że ta muzyka to po prostu coś koszmarnego. A przecież sam ceniłem ich środkową fazę twórczości. Stało się tak, jak myślałem. Środowisko skupione wokół Bartka Chacińskiego z „Polityki” mnie zhejtowało, co przyjąłem jako wielki sukces, bo pojawiła się reakcja. Pisanie recenzji niby nikogo nie obchodzi, ale kalanie świętości wywołuje natychmiastowe reakcje i to głównie tych, którzy piszą. Wątpię, aby fani się taką recenzją przejmowali. Mamy w tej sytuacji powtórkę z rozrywki. Tak jak ja się wściekałem na prezenterów Trójki, że puszczają progresywnego rocka, to teraz pojawiła się nowa generacja. Taki Radiohead to dla mnie taki sam rock progresywny, tylko przeniesiony o te czterdzieści lat, który polega na tych samych patentach pozwalających zrobić nadętą sztukę.

Tu pojawia się kolejny paradoks. Muzyka rockowa powinna być rewolucyjna i zmienna, a jej słuchacze lubią się zamykać w swoim świecie i nie dopuszczają do siebie żadnych nowszych zjawisk.
To jest bardzo proste do wyjaśnienia i zawsze tak było. Fanem muzyki rockowej zwykle zostawało się mniej więcej między dwunastym a dwudziestym rokiem życia. Wówczas tę muzykę najbardziej się chłonie, a w dorosłym życiu dziewięćdziesiąt procent osób przestaje słuchać czegokolwiek, bo nie ma na to czasu. Gwarantuję panu, że gdy przywoła pan zespoły z tego przedziału wieku, znajdzie te najbardziej ukochane. To jest naturalne. Poznałem ostatnio młodszego o szesnaście lat kolegę, który jest wielkim fanem Fields of the Nephilim. Mówię mu, stary, to jest jakaś popłuczyna po The Sisters of Mercy, którzy i tak byli tylko w połowie oryginalni. Ale on da się za ten zespół pokrajać, bo to kapela jego dzieciństwa. Tak samo ja dam się pokrajać za Alice’a Coopera, bo był wtedy moim największym idolem.

A można w tym miejscu powiedzieć, że też nie jest do końca oryginalny, bo wykorzystuje makijaż, który stosował Arthur Brown.
Więc nie ma tu nad czym rozdzierać szat. Tylko niewiele osób, jak chociażby dziennikarze muzyczni, dla których muzyka rockowa jest zawodem, słucha dalej. Oni zmieniają swoje upodobania i zakładam, że ja też tak robiłem. Przyznam się jednak, że mam trudności ze słuchaniem najnowszych płyt. Nie wiem, czy wynika to z faktu, że już jestem stary, czy rzeczywiście każda nowa słuchana płyta prowadzi do wniosku, że to już kiedyś było. Nie mówię tu o zrzynaniu, ale o kopiowaniu pewnych brzmień. Generalnie historia muzyki rockowej to są brzmienia, a nie kompozycje.

A dlaczego dzieje się tak, że w naszym kraju tak bardzo jesteśmy zapatrzeni w Zachód? Miarą wartości wykonawcy staje się wówczas jego autentyczna czy domniemana kariera poza Polską.
Nie do końca się z tą tezą zgodzę. Wydaje mi się, że tak mogło być w czasach komuny, dlatego, że wiązało się to z pieniędzmi. Piszę zresztą w książce, że te kariery zachodnie były nadęte oraz iluzoryczne, totalnie marginalne w skali świata, poza dwiema płytami. W latach komunizmu mieliśmy dużą tęsknotę za Zachodem, wychwalało się więc jakikolwiek polski zespół, który wystąpił na festiwalu w Roskilde. Fakt ten odnotowywany był jako gigantyczny sukces, a to był jeden z kilkudziesięciu zespołów, które w tym miejscu występowały, a po miesiącu nikt o tym nie pamiętał. Myślę, że kwestią sukcesu, co pokazują wykonawcy zagraniczni, był fakt, że popularność zdobywali albo wybitni twórcy typu Abba czy Bjork, którzy działając w pewnej konwencji, wnosili do niej coś kompletnie nowego, albo wykonawcy, którzy przenieśli na rynek międzynarodowy niszowość wywodzącą się z danego kraju lub środowiska. I to dawało oryginalność. Natomiast polski zespół reggae to dla mnie coś, co zawsze mnie śmieszyło.

Czy muzyka rockowa ma w związku z tym jakąkolwiek przyszłość? Na zawsze pozostanie już skansenem czy jest szansa na kolejną rewoltę?
Myślę, że ostatnią rewoltą w rocku był grunge, jeśli chodzi o wydźwięk społeczny. Jeżeli coś się będzie zmieniać, to na zasadzie jakichś rewoltek. Trudno mi powiedzieć, czy pojawi się zjawisko, które będzie w stanie kogokolwiek zaszokować. Pamiętam, że pod koniec lat 90. zostałem zaproszony do pewnej stacji telewizyjnej. Chodziło o to, aby poradzić, co należy zrobić, bo w Warszawie ma wystąpić Marylin Manson. Zadawano pytania, czy rodzice powinni puszczać tam swoje dzieci, bo nie wiadomo, co może się przydarzyć w czasie koncertu. Myślę, że dzisiaj nie ma już wykonawcy, którego media chciałyby porównać do jakiegoś demona. Straszono już wieloma artystami i nic. Nie należy więc oczekiwać podobnych reakcji. Jeżeli jednak dojdzie do jakichś zmian, to dotyczyć będą one technologii. Może wypłynie jakieś nowe i zupełnie nieznane brzmienie. Natomiast muzyka rockowa i ogólnie muzyka popularna już nigdy nie będzie miała takiego znaczenia jak jeszcze w ubiegłym wieku.

Pisanie o Republice Południowej Afryki nie jest sprawą łatwą. Ten, najbardziej znany z polityki apartheidu kraj, owiany był przez lata złą sławą. RPA straszyło się małe dzieci, RPA była niegodnym zachodniej cywilizacji państwem, w którym prześladowało się czarnych obywateli. Do RPA cywilizowany człowiek nie jeździł turystycznie, a zespoły rockowe – jeśli tylko tam się pojawiały – stykały się z ostracyzmem. Wszystko, co najgorsze w białym człowieku, mogliśmy obserwować właśnie w Południowej Afryce. Dla kontrastu czarni niezłomni bojownicy o wolność i demokrację przedstawiani byli jako szlachetni opozycjoniści, na czele z Nelsonem Mandelą i opiewanym przez Petera Gabriela Stevenem Biko. Ale w 1994 roku, dzięki wolnym wyborom, wszystko uległo zmianie. Czarni doszli do władzy i sprawiedliwość zwyciężyła. Ładna wizja, szkoda tylko, że nieprawdziwa. A może lepiej powiedzieć, że prawdziwa i nieprawdziwa zarazem. O RPA napisał również Adam Hochschild, autor znany również z „Ducha króla Leopolda” – kompendium wiedzy na temat kolonializmu w Kongu Belgijskim. I chociaż autor chciał dobrze, nie uniknął szeregu pułapek, na które natrafiamy, ilekroć czytamy o Republice Południowej Afryki.

Przede wszystkim dodać trzeba na wstępie, że „Lustro o północy” nie jest reportażem współczesnym, bo dotyczy roku 1988, kiedy to Adam Hochschild odwiedził Południową Afrykę kilkanaście miesięcy przez przemianami politycznymi, których skutkiem było zniesienie apartheidu. Naturalnie, autor o tym wiedzieć nie może, więc nieufnie podchodzi do sygnałów pewnej liberalizacji, które wysyłają władze państwowe, z prezydentem Pieterem Willemem Bothą na czele. Co więcej, niejednokrotnie ironizuje na ich temat, nie wierząc, że jakakolwiek zmiana jest możliwa. Autor przybywa do RPA w okolicy obchodów Dnia Ślubowania, najważniejszego święta narodowego w tym kraju. Obchodzi się je w rocznicę największej walki z Zulusami, którą wygrali biali osadnicy, Burowie. W RPA na dobre trwa apartheid, prześladowani są czarni opozycjoniści, w dodatku Murzyni podzielili się na frakcje pro- i antyrządową, i walczą ze sobą. Jednak nie wszyscy biali popierają politykę rozdziału ras, są bowiem tacy, którzy sympatyzują z ANC (Afrykańskim Kongresem Narodowym, w którym działa uwięziony wówczas Mandela), a nawet go popierają. Sytuacja jest więc niejednoznaczna.

Na tę całą sytuację autor nakłada swój ideologiczny płaszcz, w związku z czym wpada w pułapki, o których wspomniałem we wstępie. I jakkolwiek jako reporter, autor przygotowany jest doskonale do swojej pracy, nie jest on bynajmniej obiektywny. Zrozumiałe, że trudno o obiektywizm, gdy sympatyzuje się z jedną stroną konfliktu, w tym przypadku z czarnymi. Nie widzi więc autor, albo nie chce widzieć, komunistycznych powiązań Frontu Narodowego, chociaż w pewnym momencie zauważa finansowanie tegoż przez Związek Sowiecki. A przecież to fakt. Czarni nie byli w tym konflikcie niewiniątkami, a nam – Polakom – wychowanym na pokojowej Solidarności, ANC kojarzy się właśnie z łagodnością i jedynie politycznym oporem. Bojówkarze Frontu Narodowego mieli na swoim koncie wiele setek zabitych białych, czego Hochschild nie widzi, albo widzi, ale o tym nie pisze. Z drugiej strony czarnym ludem jego tekstu są Burowie, biali osadnicy, którzy przypłynęli do przylądkowej Afryki w momencie, gdy na jej terenach nie było żadnych czarnych! Autor jednak przypuszcza szturm historyczny tak zwanych „radykalnych historyków”, których wizja jest odwrotna do burskiej. Staje się więc Adam Hochschild Tomaszem Grossem Republiki Południowej Afryki.


To wszystko jednak nie może być prostym wytłumaczeniem policyjnego i brutalnego systemu represji, który w momencie pobytu autora w RPA panował w tym państwie. Nie ma również łatwego usprawiedliwienia dla tortur i przetrzymywania w areszcie bez sądu. Tylko, jak wspomniałem, to dopiero jedna strona medalu. Równie brutalnymi działaniami osławił się przecież Afrykański Kongres Narodowy, w tym Nelson Mandela, który dopiero w 2008 roku zniknął z amerykańskiej listy terrorystów. Faktem jest brutalny marksizm działaczy ANC, faktem jest także czarny rasizm, który wybuchł po dojściu czarnych do władzy. Na szczęście puścił Hochschild farbę o żonie Mandeli, Winnie, która była wyjątkową, lubującą się w zbrodniach rasistką. Winnie Mandela, według autora, w połowie lat 80. prowadziła bandę, która z wyjątkowym okrucieństwem mordowała ugodowych czarnych, niesprzeciwiających się polityce rządu.

I chociaż w ostatnim rozdziale autor poświęca miejsce na skrótowe przedstawienie historii RPA po apartheidzie, brakuje w niej nawet jednego zdania o tragicznej sytuacji białych farmerów, którzy giną szlachtowani przez czarnych rasistów. Zaledwie zarysowany jest w tej końcówce fakt radykalnego wzrostu przestępczości: liczba morderstw na jednego człowieka jest 12 razy wyższa niż w USA. Nie pisze również reporter o białych, którzy wyjeżdżają z kraju. A przecież to oni – i tu żaden historyk nie może mieć wątpliwości – zbudowali Republikę Południowej Afryki. Łatwo jest więc pisać o rasizmie, gdy dotyczy on białego człowieka. To nic nie kosztuje, a wręcz przeciwnie, spotyka się z poklepywaniem po plecach liberalnych obrońców „praw człowieka”. Zauważyć obok siebie dwa rasizmy jest już trudniej, bo za to żadnych przyjacielskich gestów nie ma, a jedni i drudzy zainteresowani mają wówczas pretensje. Ale czy nie na tym polega dochodzenie do prawdy?

Adam Hochschild, Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku, tłum. H. Jankowska, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 347.

Na kolejne albumy Ladyhawke czeka się cztery lata; to w 2012 roku ukazał się drugi i poprzedni krążek tej nowozelandzkiej wokalistki – „Anxiety”. A od debiutu minęło już osiem lat. I to właśnie debiut jest chyba najbardziej udanym dziełkiem artystki. Ten, zawierający kilkanaście bezpretensjonalnych electropopowych piosenek, album do dzisiaj cieszy ucho. Ladyhawke pojawiła się praktycznie znikąd i od razu zaskarbiła sobie serca fanów takiej stylistyki, w której królowały naiwne, ale pełne uroku melodie, ale bez chorych pomysłów artystek takich jak Grimes. Muzyka Ladyhawke nikogo nie gorszyła, ani warstwą tekstową, ani perwersyjnymi wideoklipami. Piosenkarka i kompozytorka kreowała się na dziewczynę z sąsiedztwa, nieco introwertyczną, ale zawsze sympatyczną i budzącą zaufanie. Przy tym jej muzyka nie pojawiała się w naszych stacjach radiowych, widocznie grube misie z marketingu uznały, że lepiej po raz kolejny puścić Hyżego.

Poprzednia płyta, po bardzo dobrym debiucie, prezentowała lekką zniżkę formy: piosenki nie były wciągające, ani specjalnie melodyjne. Czegoś widocznie na „Anxiety” zabrakło. I po kolejnych czterech latach pojawiły się w sieci pierwsze zapowiedzi trzeciego albumu Ladyhawke. Na pierwszy ogień poszedł bardzo przebojowy „A Love Song”, potem mogliśmy usłyszeć „Sweet Fascination” oraz rytmiczny i taneczny „Let It Roll”. Te trzy utwory wystarczyły, aby stwierdzić z pewną dozą zgadywanki, że „Wild Things” będzie płytą bardziej udaną niż poprzedniczka. I faktycznie tak się stało: warto zawiesić ucho na trzecim wydawnictwie tej oryginalnej wokalistki.

Nie znikła z muzyki Ladyhawke swoista naiwność, którą twórczość artystki charakteryzowała się od samego początku. Melodie, a nawet melodyjki, które na „Wild Things” słyszymy, są niezwykle bezpretensjonalne, kojarzące się chociażby z Roxette. Natomiast aranżacje są tutaj typowo elektroniczne, chociaż bardzo staroświeckie. Nie ma tu ani dubstepu, ani witch house, ani również transowego pulsu techno. Sposób aranżacji i komponowania przywodzi na myśl lata 80. z „Japanese Whispers” The Cure (najbardziej popowy album zespołu), ale i takie gwiazdki jak Laura Branigan. Podobne rzeczy robi dzisiaj również Little Boots. Brzmienia syntezatorów są ciepłe i analogowe, bazując na basowych podkładach i synthpopowych, jasnych plamach dźwięków. Gdyby nie tak głośna i sterylna produkcja, można by pomyśleć, że „Wild Things” to jakaś zapomniana perła z tanecznego undergroundu lat 80. Z drugiej strony niekiedy słychać w tej muzyce pewne echa współczesnego indie-popu.

Nie jest może „Wild Things” płytą ambitną, nie zawiera tysiąca smutnych i melancholijnych melodii, ale jej siłą jest połączenie nostalgii za starym popem z lat 80. ze współczesnym podejściem do faktury dźwiękowej. To kilkadziesiąt minut bezpretensjonalnej muzyki zawierającej się w jedenastu piosenkach, których chciałoby się słuchać w radiu. Jeszcze gdyby to wiedziało, że pop nie musi mieć twarzy Justina Biebera i tyłka Beyonce.

Ladyhawke, Wild Things, Polyvinyl Records 2016.

Gdybym w czasach debiutu Mayhem pomyślał, że kiedyś black metal stanowić będzie temat publikacji historycznych czy rozpraw naukowych, musiałbym chyba popukać się w głowę. Ten najbardziej rebeliancki z podgatunków metalu był wówczas wrogiem publicznym numer jeden, przynajmniej w pewnych kręgach. Nie pamiętam również, kiedy recenzję jakiejkolwiek blackmetalowej płyty zamieścił „Tylko/Teraz Rock”. W każdym razie mamy rok 2016, a na polskim rynku ukazuje się trzecia pozycja książkowa, która traktuje o tym zjawisku artystycznym. Nie jest to dużo, ale zważywszy na fakt, że kiedyś dywagacje na temat rozpraw poświęconych tej muzyce były bajkami science fiction, można się z tego cieszyć. Black metal bowiem, jak żadna inna forma muzyczna, rozpalał dyskusje, budził kontrowersje, protesty i powodował oskarżenia o burzenie porządku publicznego. I nie były to reakcje bezpodstawne, chociaż takie same budził kilkanaście lat wcześniej punk rock. Przy czym, wyrażając skłonności do bójek i autodestrukcji za pomocą alkoholu i narkotyków, punkowcy nie przekroczyli granicy wykroczenia. Przestępstwa zaś, do których należały morderstwa i podpalenia, były na początku renesansu black metalu częstym zjawiskiem na początku lat 90. Autor, Dayal Petterson, opisując zjawisko black metalu, nie ulega jednak pokusie sensacyjności, ale przede wszystkim skupia się na tym, co najważniejsze. Na muzyce.

Pisząc o black metalu, zazwyczaj dzieli się jego rozwój na pierwszą i drugą falę. Do pierwszej z nich zalicza się Venom, Hellhammer/Celtic Frost, Mercyful Fate i Bathory – zespoły, które pod względem muzycznym były od siebie dość odległe. Druga z nich, umownie rozpoczęta od premiery „A Blaze in the Northern Sky” Darkthone, dźwiękowo stanowi, przynajmniej w latach 90., dość jednorodny konglomerat. Tyle ujęcie tradycyjne, jednak Patterson stara się znaleźć między tymi falami pewne punkty pośrednie, co mu się jak najbardziej udaje. Naturalnie więc „Black metal. Ewolucja kultu” rozpoczyna się od przedstawienia sylwetek zespołów tworzących pierwszą falę tego zjawiska. Zatem czytelnik zapoznaje się z hołubiącym rockandrollowy styl życia zespołem Venom, którego satanizm był wyłącznie pozą artystyczną. Z drugiej strony pojawia się traktujący poważnie tę niebezpieczną tematykę zespół Mercyful Fate, w postaci wokalisty Kima Bendixa Petersena (znanego szerzej jako King Diamond). Jednak między tymi sytymi kotami pojawia się niepokojąca postać Toma Fischera dorastającego w patologicznej szwajcarskiej rodzinie, który opuszczony przez ojca i matkę dorastał sam, borykając się z agresją równolatków. Ten to właśnie zakompleksiony i słaby fizycznie nastolatek założy Hellhammer, zespół, z którego w latach 80. wszyscy się śmiali, dziś za to oceniany jako jedna z najważniejszych formacji dla tworzącego się nowego gatunku muzycznego.

Zresztą młody wiek jest również wspólnym mianownikiem dla pozostałych omawianych w tekście zespołów, niezależnie od ich pochodzenia. Czy to w Norwegii, Szwecji, Grecji, czy Polsce – buntownicze i bluźniące w tekstach kapele zakładali piętnasto- czy szesnastolatkowie. Ludzie po dwudziestce byli w tym środowisku rzadkością. I tutaj pojawić się powinno pytanie dotyczące genezy tego zjawiska. Jak to się stało, że w sytej, bezpiecznej i świeckiej Norwegii pojawiły się pierwsze zespoły blackmetalowe, w tak radykalny sposób atakujące chrześcijaństwo i wiązane z czynami kryminalnymi, do których należało chociażby spalenie kilkunastu protestanckich kościołów? Nie daje autor satysfakcjonującej odpowiedzi na tę kwestię. Może brakuje mu dystansu, aby spojrzeć na to zjawisko okiem socjologa? Może brakuje mu również wiedzy humanistycznej, aby wyjść poza zaklęty krąg przedstawiania kolejnych sylwetek zespołów, i spróbować ocenić black metal w jakimś szerszym kontekście? Bo nie przekonują mnie gadki muzyków o rzekomo opresyjnej roli religii w Norwegii. To absurd taki, jak stwierdzenie, że w Korei Północnej panoszy się kapitalizm.

Natomiast gdy potraktować „Ewolucję kultu” jako swoisty przewodnik po muzyce kilkudziesięciu zespołów blackmetalowych, stwierdzić trzeba, że książka ta swoją rolę spełnia więcej niż dobrze. Nawet odbiorca, który orientuje się w scenie metalowej, może niejednokrotnie dotrzeć do ciekawych, a dotychczas mało znanych faktów. Ta drobiazgowość stanowi więc jeden z atutów omawianego opracowania. Patterson nie unika pisania o skandalach, natomiast przede wszystkim omawia twórczość zespołów w kontekście biograficznym i artystycznym. Nie goni za plotką, ani nie tworzy niedorzecznych teorii, które pojawiały się we „Władcach chaosu” – pierwszej na polskim rynku publikacji dotyczącej black metalu. Można natomiast potraktować jako dyskusyjny dobór niektórych zespołów; zabrakło bowiem kilkunastu ważnych kapel, natomiast z niektórych omówionych tu wykonawców można by bez żalu zrezygnować (Cradle of Filth, Dimmu Borgir, Trelldom). Usprawiedliwienie tego faktu można jednak widzieć w tym, że „Ewolucja kultu” jest pierwszym wydawnictwem autora: Patterson wydał już parę innych pozycji poświęconych temu muzycznemu zjawisku.

I na koniec akcent polski i kilka kropel dziegciu. Jako, że autor publikacji poświęca kilka rozdziałów polskiemu black metalowi, rodzimy czytelnik ma szansę na zapoznanie się ze spojrzeniem na tę scenę z zewnątrz. Widać zatem, że opisując polskie podziemie, Patterson zbyt mocno akcentuje obecność NSBM (black metalu propagującego narodowy socjalizm), przy zupełnym pominięciu twórców, którzy nie sięgali do ideologii III Rzeszy. Taka wizja jest, co tu dużo mówić, nieprawdziwa. A granice konfabulacji osiąga autor, pisząc: choć Norwegia nie jest może najbardziej życzliwym krajem na świecie w odniesieniu do imigrantów, Żydzi, czarnoskórzy i inne mniejszości nie spotykają się tam z takim samym poziomem ekonomicznej dyskryminacji, nękania przez policję i drastycznej przemocy, jak w większości krajów Europy Wschodniej. Cóż, na muzyce Patterson się zna, ale w kwestiach społecznych i politycznych (nazizm to dla niego prawica!), reprezentuje poziom typowego niedouczonego kuca z Przystanku Woodstock.

Dayal Patterson, Black metal. Ewolucja kultu, tłum. B. Donarski, wyd. Kagra, Poznań 2016, ss. 485.

Bat for Lashes powinna być znana miłośnikom ambitnej alternatywy. Ta brytyjska, o pakistańskim pochodzeniu, wokalistka, wydała właśnie czwarty album zatytułowany „The Bride”. O ile dwa pierwsze albumy. wydany dziesięć lat temu „Fur and Gold” i późniejszy o trzy lata „Two Suns”, były intrygującymi dziełkami, to od poprzedniego wydawnictwa – „The Haunted Man” – Bat for Lashes popadła w kryzys. Jego objawem jest też najnowsza płyta wokalistki, zatytułowana „The Bride”. Po raz pierwszy artystka próbowała zmierzyć się na niej z albumem koncepcyjnym, zawierającym jedną spójną opowieść. I cóż, taka się tutaj pojawia, a dotyczy tytułowej panny młodej, która jadąc na ślub, traci narzeczonego w wypadku samochodowym. Trudno wybrnąć z tak przesadzonej koncepcji, samemu nie popadając w przesadę. Wydumana historia, mająca wyciskać łzy z oczu słuchaczy, zderza się tutaj z równie wydumaną i nieciekawą muzyką. A grzechem głównym „The Bride” okazuje się nuda.

Ta ostatnia jest skutkiem dość odważnego odejścia od rytmu. W większości utworów ten pojawia się dość nieśmiało, albo nie jest podkreślony wcale. W rezultacie otrzymujemy różnorodne plamy dźwiękowe, podkreślane przez charakterystyczne i znane już z poprzednich albumów dźwięki harfy. Taka koncepcja, znana już z wydawnictw sygnowanych w latach 80. logiem wytwórni 4AD, nie wystarczy, aby nagrać intrygujący album. Bo faktycznie, da się wychwycić na „The Bride” wątki i rozwiązania słyszane już wcześniej, chociażby w projektach takich jak His Name is Alive czy This Mortal Coil (na przykład w „Land’s End”). Same inspiracje nie gwarantują jednak dodatniej wartości płyty. Co charakterystyczne dla Bat for Lashes, nadal słychać w jej muzyce surrealistyczną atmosferę amerykańskiej prowincji, żywcem wyjętą z twórczości Davida Lyncha. Najlepszym przykładem takiego utworu jest „Sunday Love”, który mógłby znaleźć się na pierwszych dwóch albumach artystki. Słychać w nim i żwawszy rytm, i w końcu jakąś interesującą melodię. A to przecież już piąta piosenka na płycie!

Przyznać trzeba jednak, że sama oprawa instrumentalna jest dość ambitna. Na płycie pojawiają się różne instrumenty. Oprócz obowiązkowej harfy, często słychać gitarę basową, która podkreśla przestrzeń utworów. Często pojawia się fortepian, który nadaje neoklasycznej atmosfery, a niejednokrotnie usłyszeć można rozmyte plamy syntezatorów, tak że brzmienia akustyczne łączą się z elektronicznymi, co jest dziś znakiem rozpoznawczym tego typu muzyki alternatywnej. Przyznać również trzeba, że Bat for Lashes i tak robi ciekawszą muzykę niż hołubiona przez media Lana Del Rey. I niektóre dźwięki na „The Bride” mogą kojarzyć się z wymienioną wyżej wokalistką. Choć, aby być sprawiedliwym, dodać trzeba, że to raczej Del Rey inspiruje się Bat For Lashes. Dodatkowo da się na „The Bride” usłyszeć dość niepokojące dźwięki zbliżające muzykę artystki do ambientu, chociażby w „Widow’s Peak”. Tylko, że nadal nie można odeprzeć wrażenia nudy i pewnej pretensjonalności, której powodem są teksty: poetyckie, ale w złym tego słowa znaczeniu.

Od smutku i melancholii blisko więc do znudzenia. Za sprawą małego zróżnicowania utworów i mało ciekawych melodii „The Bride” w miarę słuchania coraz mniej zajmuje, a coraz więcej nuży. Nie pomijam faktu, że z pewnością taka była koncepcja tego albumu: miał być on smutny, melancholijny i rozpaczliwy. Ucierpiała na nim nie tylko tytułowa panna młoda, ale przede wszystkim muzyka, w której próżno szukać intrygujących rozwiązań z „Fur and Gold” czy „Two Suns”. Panną młodą nie ma się co przejmować, w końcu to tylko figura literacka, szkoda zaś dźwięków, które tchną banałem i do których nie chce się wracać.

Bat for Lashes, The Bride, Parlophone Records, 2016.