Grzegorz Brzozowicz - Resortowe dziecko rock'n'rolla. Pink Floyd to nuda


Scyzoryk, Scyzoryk – tak na mnie wołają Rogowiecki i Brzozowicz, co się na muzyce znają. To słowa Kazika wyśpiewane w tytułowym nagraniu z „12 groszy”. Tych dwóch dziennikarzy muzycznych wymienionych przez pierwszego rapera Rzeczypospolitej, jak Kazika reklamował ongiś jego wydawca, to jedne z bardziej wyrazistych osobowości polskiej prasy muzycznej i radia przełomu lat 80. i 90. Pierwszy znany był z promocji ciężkich brzmień, a potem w czasach raczkującego kapitalizmu – reklamowania płyt składankowych. Drugi z nich – Grzegorz Brzozowicz – był redaktorem „Non Stopu”, „Machiny”, promował twórczość Gorana Bregovica, był również pomysłodawcą projektów Yugoton i Yugopolis, popularyzujących w Polsce XXI wieku twórczość jugosłowiańskich zespołów rockowych. I to Brzozowicz właśnie jest przedmiotem tej recenzji, bo wydał właśnie zbiór (a raczej zbiorek) wspomnień zatytułowany „Resortowe dziecko rock’n’rolla”. Dlaczego Brzozowicz? Chociażby dlatego, że w środowisku funkcjonował dawniej jako specjalista od wsadzania kija w mrowisko, którego przeklinało wielu twórców. Warto za wstępie zaznaczyć, że jako jeden z niewielu żurnalistów na naszym rynku poznał się na twórczości Pink Floyd. Może dlatego nigdy nie był członkiem „Tylko Rocka” i jego późniejszej mutacji.

Bo czy tak szlachetne gremium mógłby zasilić ktoś, kto przyznaje się do tego, że na koncercie Pink Floyd po prostu zasnął? Wypowiedzenie takich słów w jakiejkolwiek grupie wiekowej grozi przecież ostracyzmem i przyklejeniem łatki muzycznego prymitywa. Wiemy już, że autor „Resortowego dziecka” nie kochał muzyki tak przecież hołubionej przez większość opiniotwórczych dziennikarzy i krytyków muzycznych w Polsce. W swojej książce daje wyraz zdziwienia faktem popularności przeciętnych – jego zdaniem – grup jak Budgie, Marillion lub Archive, przy jednoczesnej nieobecności w szerszym dyskursie twórców takich jak Bob Dylan, Frank Zappa, Dawid Bowie czy Lou Reed. Podobny zarzut czyni naszemu podwórku, na którym królują rzeczy takie jak Lady Pank, Perfect czy Budka Suflera, twórczość zaś Ayi RL lub Lecha Janerki znana jest nielicznym. Za ten stan rzeczy Brzozowicz oskarża dziennikarzy muzycznych właśnie. Zresztą wystarczy sięgnąć po jakikolwiek numer „Teraz Rocka” – niewiele się zmieniło.

Wspomnienia Grzegorza Brzozowicza dotyczą więc muzyki. Autor niewiele zdradza na temat życia prywatnego i ma do tego prawo. Zresztą, takich ekshibicjonistycznych biografii mamy w kraju na pęczki. Fanów i historyków muzyki rockowej interesować będzie właśnie kwestia dźwięków. Zaczyna autor od wspomnień z dzieciństwa i pobytu w Jugosławii, który – jak się okaże później – ukształtuje jego gust do końca życia. Może dlatego nie będzie zachwalał średniej klasy zespołów progresywnych, a zwróci się ku nowej fali, a pod koniec lat 80. zainteresuje się hip-hopem, który jeszcze dziś u wielu szacownych mentorów rocka budzi koszmary nocne. Po Jugosławii nadchodzi moment powrotu do Polski i tutaj autor zajmuje się klubem „Remont”, miejscem kultowym dla sceny muzycznej końca lat 80. Są to schyłkowe lata socjalizmu, a Brzozowicz opisuje je z dużą dozą sympatii, twierdząc, że na żadne kompromisy z władzą nie musiał chodzić. Czy tak było naprawdę, możemy się domyślić. Wspomnienia te zahaczają również o pionierskie lata budowy nowego systemu i przebudowę sceny muzycznej. Jednak ta druga część staje się mniej chronologiczna, a raczej skupia się na konkretnych tematach jak próba budowania radia od zera, zawiadywanie magazynami ilustrowanymi (w tym „Galą”!) i budowa marki Gorana Bregovica w Polsce.

Ta druga część książki robi więc wrażenie rwanej, niedopowiedzianej do końca, zaledwie naszkicowanej, i pozostawia czytelnikom spory niedosyt. Czuć, że Brzozowicz chciałby powiedzieć więcej o znielubionych przez siebie gwiazdach polskiej estrady, natomiast – jak się okazuje – dzisiaj wcale nie można mówić wszystkiego. Za komuny kwestie te ograniczał cenzor z nadania partyjnego, dziś czynią to wielkie korporacje. I jakkolwiek to brzmi lewacko, jest prawdą. Przecież fragmenty wywiadu z Borysewiczem czy opinie na temat Hołdysa dają się czytać między wierszami. I odnosi się wrażenie, że autor ma o granej przez nich muzyce zdanie jak najgorsze. Okazuje się również, że określenie „rolniczy rock” spopularyzowane przez Kazika zostało wymyślone przez Brzozowicza właśnie. I ciekaw jestem, co miałby autor do powiedzenia na temat dzisiejszej (i dawnej) twórczości kapel takich jak Ira, Elektryczne Gitary, Wilki, czy produkcji podpisywanych nazwiskami wypromowanymi w czasie telewizyjnych konkursów śpiewaczych. Niestety, za każdym rogiem kryje się zniesławienie.

Nie zabrakło w „Resortowym dziecku” również nostalgicznego porównywania muzyki dzisiejszej i tej dawnej. I to nawet nie o same dźwięki chodzi, ale o bunt, który ta za sobą niosła. Trudno się w tej kwestii z autorem nie zgodzić. Ani powrót płyty winylowej, ani lawinowy wzrost pojawiającej się muzyki nie zmieni faktu, że muzyka rockowa nie ma dzisiaj żadnego znaczenia dla kultury. Niczego nowego nie tworzy, nie idą za nią żadne zjawiska socjologiczne, nie pojawiają się nowe nurty. Czas rocka – zdaniem autora – przeminął, i trudno się z tym faktem nie zgodzić. Jak mówi w „Birdmanie” córka głównej postaci: to, co robisz, nie jest ważne. Ty nie jesteś ważny. Przywyknij od tego.

Grzegorz Brzozowicz, Resortowe dziecko rock’n’rolla, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2016, ss. 394.

0 komentarze:

Prześlij komentarz