Jak połączyć powiastkę tendencyjną z polską wersją reportażu gonzo? Trzeba być Jackiem Hugo-Baderem i napisać „Strażników wolności”. Ten „najbardziej brawurowy z polskich reporterów”, jak reklamuje go blurb wydrukowany na tylnej okładce, swój najnowszy tekst poświęcił sceptycznym reakcjom na pandemię Covid-19. Niestety, po lekturze tego wydawnictwa, opublikowanego przez związaną z „Gazetą, której imienia wymawiać nie wolno” oficynę Agora, okazuje się, że to bardzo kiepski tekst. To nawet nie jest reportaż, a jeśli ktoś byłby skłonny w taki sposób określić „Strażników wolności”, to niezwykle słaby. Tak się składa, że znam wszystkie poprzednie książki autora, więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć: ta jest najsłabsza.

Mamy zatem do czynienia nie tyle z tekstem reporterskim, co z paszkwilem na wszystkie osoby, które nie kupowały oficjalnej narracji związanej z niedawno zakończoną epidemią, oraz te, które zdecydowały się nie wakcynować eksperymentalnym preparatem. Pojawiają się więc w tym tekście takie postacie jak Pospieszalski, Płaczek, Hałat, Basiukiewicz, a także pewien lekarz z Białegostoku, którego personaliów autor nie zdradza. Opisując ich postacie i poglądy, Hugo-Bader nie stara się nawet na minimum zawiesić swojego sądu. Patrzy maślanymi oczami w obiektyw, zawiesza głos, wzrusza ramionami, czaruje ministrancką powierzchownością – pisze o Grzegorzu Płaczku. Takich uwag do fizjonomii rozmówców jest w „Strażnikach wolności” mnóstwo. Cóż, skoro autor nie potrafi znaleźć merytorycznych argumentów, stosuje te ad personam. Co do swojego zdania, kopiuje oficjalne rządowe komunikaty i kasandryczne słowa ekspertów, którzy jeszcze dwa lata temu wychodzili z każdego medium. Szkoda, że nie zacytował magika, który przed Bożym Narodzeniem 2021 roku stwierdził, że albo twardy lockdown na Święta, albo miliony Polaków umrą. Jakoś nie umarli, a gdy kilkadziesiąt dni później zaczęła się wojna na Ukrainie, cały kowidowy cyrk skończył się jak ręką odjął, bo przecież trzeba było przyjąć uchodźców.

Wydaje się więc, że Hugo-Bader nieco przestrzelił; „Strażnicy wolności” ukazali się już po rzeczonej inwazji. Ta jednak pokrzyżowała szyki kowidiańskim kasandrom. Gdyby nie atak Putina, zupełnie inaczej brzmiałyby słowa ostatniego rozdziału zatytułowanego „Wypad”. To swoisty kuriozalny manifest niewolnika, który nie może zrozumieć, że nie wszyscy chcą żyć w świecie Orwella: I nie zasłaniaj się, moja siostro i mój bracie Polaku, ustawą o RODO, że podczas sprawdzania paszportu covidowego twoja wolność, a także ta ustawa zostaną naruszone, bo wcale nie musisz go pokazywać, tylko, sorry – wypad z tej knajpy, nie macie wstępu do kina i kościoła, nie wchodzicie do pociągu, autobusu, samolotu... Po prostu – wypad! Tak to już jest z tymi libkami z Czerskiej, trochę poskrobać, a wyjdzie brunatna farba.

Jacek Hugo-Bader, Straźnicy wolności, wyd. Agora, Warszawa 2022, ss. 317.


Zaczyna się od spektakularnego odkrycia: pewna partia polityczna chce zdobyć władzę! Potem mamy opisy zakulisowych działań, kopania dołków jeden pod drugim, usuwania i przywracania, a przede wszystkim żądzy rządzenia. No coś takiego! Kto by pomyślał? Konfederacja wybiera się po sukces parlamentarny! Nie może być! Przecież inne partie tego nie robią i pełne są szlachetnych idealistów! I oczywiście pan Marcin Kącki przechodził z tragarzami, wydając swój tekst („Chłopcy. Idą po Polskę”) kilka tygodni przed rozpoczęciem kampanii wyborczej. To czysty przypadek, a pan reportażysta kierował się zapewne pobudkami z gatunku tych szlachetnych. No wiecie, że faszyzm nie przejdzie oraz osiem gwiazdek i Konfederację.


Kącki już raz, o czym zdołałem się przekonać, był autorem paszkwilu. Mowa o „Białymstoku”, w którym postawił tezę, że stolica Podlasia to czarna dziura, do której wpadli wszyscy polscy antysemici i homofobi. Teraz próbuje po raz kolejny (po drodze były jeszcze wycieczki wrażliwego pana pisarza do Poznania i Oświęcimia, ale nie czytałem) tej samej sztuczki. Przy czym jest niczym inna wrażliwa osóbka – pani reżyser o nazwisku brzmiącym prawie tak samo jak marka sera. Oboje bowiem swoimi ostatnimi wypocinami przekonają tylko wiernych wyznawców, a część niezdecydowanych, za sprawą toporności przekazu propagandowego, zwróci się ku krytykowanej przez nich opcji.

Co więcej, muszę pana redaktora zmartwić, że „Chłopcy”, mimo wielkiego wytężania się, szydery i ironii, nigdy nie staną się dziełem Charliego LeDuffa, ani innych mistrzów amerykańskiego reportażu. Może sobie pan pisarz gonzować, ile fabryka dała, a efekt będzie zbliżony do internetowych wpisów na jakichś sokach z buraka lub w innych gadzinówkach. Co więcej, chaotyczna struktura jego książki (z której połowa opowiada o Korwinie) nigdy nie stanie się syntezą dotyczącą nielubianej przez niego partii. Autor, aby przywalić Konfie, odkurza przebrzmiałe już zjawiska internetowe jak Wykop, red pill, incele, staje również na uszach, próbując powiązać omawianą siłę polityczną z amerykańskimi zamachami dokonywanymi przez sfrustrowanych samotników. Zupełnie przypadkowo przywołuje również znaną piosenkę Kelthuza o Korwinie, bulwersując się jej pierwowzorem, tak jakby obce było mu pojęcie ironii. Kpi w dodatku z problemów współczesnych mężczyzn i nie ukrywa swojego poparcia dla postulatów skrajnej lewicy. Trudno więc jego najnowszą książkę nazwać reportażem; jest to raczej kompilacja kilku losowo dobranych tematów, które nawet nie ujawniają żadnych nowych faktów. Nic bowiem, czego dowiadujemy się o podwójnym życiu Korwina, nie stanowi tajemnicy.

Ci, którzy uważają, że zagraża nam prawicowa dyktatura, z pewnością po „Chłopców” sięgną i stwierdzą, że to bardzo dobra i ważna książka. Może nawet jakaś Julka uroni łzę nad biednymi kobietami, którym Konfa chce uniemożliwić aborcji. Nie zmienia to jednak faktu, że najnowsze dziełko pana Kąckiego to miałka i niezborna opowieść o wyimaginowanym faszyzmie, napisana na polityczne zamówienie i chcąca wpłynąć na wynik październikowych wyborów.

P.S. Oczywiście pan dziennikarz pisze „w Ukrainie” oraz „naukowczyni”. Stwierdza również, nie wiem, w jakim celu, że „ze słuchania heavy metalu” się wyrasta.

Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę, wyd. Znak, Kraków 2023, ss. 386.


Wyobraź sobie, Szanowny Czytelniku, że trafił ci się nagły pobyt w szpitalu, który musi skończyć się skomplikowaną operacją. Leżysz zatem w łóżku, a do sali wchodzi lekarz dyżurny i proponuje dwie możliwości. W pierwszej zabieg będzie wykonywał doktor, który na studiach nie szczędził czasu na naukę i zdał egzamin na ocenę bardzo dobrą, w drugiej – taki, który kończył demokratyczną akademię medyczną, a w niej nie było ani ocen, ani egzaminów. Dyplom dostawali wszyscy. Teraz druga sytuacja: jedziesz ciężarówką z maksymalnym obciążeniem i musisz przejechać przez rzekę. Do wyboru masz dwa mosty: jeden, zaprojektowany przez zdolnego inżyniera, który w małym palcu ma matematykę i fizykę, a w dodatku już na studiach wyróżniał się kreatywnością, i drugi. Ten z kolei stworzył kolektyw inżynierski składający się z osób, których zdolności matematycznych nikt nie badał. Akademia, na której uzyskali dyplomy, nie stawiała ocen i jako wykładowców zatrudniała socjologów i politologów, zamiast fachowców od nauk ścisłych. Banalny wybór, prawda?

Nie dla Mikołaja Marceli, którego „Selekcje” kupiłem, zachęcony uprzednio przez jutubera Krzysztofa Maja, którego zdarzało mi się oglądać i z którym (coraz rzadziej) zgadzam się w wielu kwestiach. Rzeczony twórca internetowy niejednokrotnie przedstawiał Marcelę jako wizjonera, a jego książkę jako niezwykle nowatorską i odważną wizję opowiadającą, jak powinna wyglądać edukacja. Bo z tą ostatnią jest źle. Problem w tym, że nie jestem postmodernistą, a Maj i Marcela to postmoderniści w ścisłym tego słowa znaczeniu. W związku z tym kwestia prawdy, dyscypliny czy kanonu jest dla nich zupełnie zbędna. Widać to doskonale po omawianej pozycji, w której autor ma ochotę skonstruować jakąś pluszową edukację, zakładając, że wszyscy uczniowie to nadwrażliwe śnieżynki, którym jakakolwiek presja kończy się traumą. To tak, jakby nauka nie wymagała żadnego wysiłku. A przecież wymaga sporej ilości „przemocy” (mówił i pisał o tym nieoceniony ś.p. Krzysztof Karoń); bez zmuszania się bowiem rzadko kiedy Kraków zbudowano. Chyba że chodzi w tym wszystkim o to, aby przyszłe pokolenia dostały za darmo jakieś guano-studia, potem dochód podstawowy, konsolę do VR i narkotyki do łapy, a światem zarządzać będzie wąska, naturalnie, wykształcona elita. Marcela uważa również, za Janem Jakubem Rousseau, że ludzie z natury są dobrzy i szlachetni, a psuje ich między innymi szkoła. Z tego względu wpisuje się w utopistyczne koncepcje, które już dawno zostały obalone. Boli również autora, że uczniowie są w szkole oceniani. Pyta więc Marcela, komu to potrzebne, tak jakby nie wiedział, że człowiek jest oceniany przez całe życie i to na wielu płaszczyznach.

Książka Marceli stanowi więc przypis do pomysłów Klausa Schwaba i jego izraelskiego akolity – Harariego. Ukształtowani według opisywanych w niej wzorców edukacyjnych obywatele będą podatnymi na manipulację idiokratami z kieszonkowych miast, wierzącymi w każdą medialną bzdurę i grającymi w gry. Wszak kolega i wierny giermek autora – wspomniany już wyżej Maj – uważa, i to zupełnie na serio, że to właśnie gry komputerowe wymagają największych umiejętności. Co tam książka, to dobre dla elit, plebs ma pykać w gierki i stulić twarz. Po to właśnie powstają takie książki jak „Selekcje”.

Mikołaj Marcela, Selekcje: jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat, wyd. Znak, Kraków 2021, ss. 308.


Na Islandii jest super. Jedna z ulic w Reykjaviku jest wymalowana w kolory tęczy, ksiądz (czy pastor) machaniem pozdrawia paradę równości, chłopcy mogą trzymać się za ręce i nikt im nic nie powie, są wysokie podatki, wszyscy są serdeczni i uśmiechnięci, jest sporo imigrantów i tak dalej, i tak dalej. Ilekroć stykam się z tak zwaną polską szkołą reportażu, wydaje mi się, że już gorzej nie można. Kolejne spotkanie z tą literaturą pokazuje, że dno jest muliste, więc granica, za którą widnieje, przekroczona została jeszcze bardziej. Taka przypadłość to cecha „Islandii i Polaków” napisanej przez dwie autorki, byłe dziennikarki gazety, której nazwy wymawiać nie wolno. A wszystko to publikuje wydawnictwo „katolickie”.

 

„Islandia i Polacy” to banalne czytadło, które aspiruje do bycia rzeczowym reportażem, a staje się, wbrew czy zgodnie z wolą piszących, folderem reklamowym Islandii oraz folderem antyreklamowym Polski. Bo wiecie, w Polsce są wąsate janusze, wszyscy smutni, strefy wolne od LGBT, nielubiana partia u władzy, rozwrzeszczane bachory i prawo dość mocno uniemożliwiające ich zabijanie. A na Islandii, panie kochany, eutanazja, aborcja, narkotyki, pani premier u władzy, fajne zespoły, czyli dolce vita. Wszystkie teksty, z których składa się ta książka, poza jednym, to pean ku czci tego północnego państwa. Każdy z nich pomija trudności, z jakimi musi mierzyć się imigrant, i przedstawia życie w obcym kraju jako niemal bezproblemowe. Dobór rozmówców jest więc jednostronny i chociażby z tego powodu trudno potraktować „Islandię i Polaków” jako rzetelne źródło informacji. Skoro wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi, to gdzie ci, którym się nie udało? Owszem, funkcjonują niekiedy jako niechciane tło, rzucające wulgaryzmami, pracujące na budowach. Jeden z bohaterów z przekąsem stwierdza, że jego rozmówca wcale, ach wcale nie zwiedza Islandii, jak on hipsterzyna z otwartym umysłem, bo kładzie rury i nie ma czasu, a poza tym jest zimno i wieje.

 

Książka ta wpisuje się więc jako kolejny dowód na to, że polska lewica brzydzi się robotnikami, którzy brzydko pachną, przeklinają i z pewnością nie słuchają Sigur Ros. I pewnie boją się zaryzykować. Zaryzykować boją się też ci, którzy zostają w Polsce, bo każdy, kto tu żyje, ten frajer. Takie tezy kolejny dowód na odklejenie lwiej części lewej strony politycznego sporu od rzeczywistych problemów. Zamiast trudu imigranta, utrzymującego rodzinę w Polsce, zapieprzającego za najniższe stawki, mamy trud dwóch chłopaków, którzy będąc jeszcze w kraju, nie mogli trzymać się w parku za ręce. A na Islandii mogą! I to jest sukces na miarę naszych możliwości oraz dowód na to, że Polska wuje, a Islandia pany.

 

Aleksandra Kozłowska, Mirella Wąsiewicz, Islandia i Polacy. Historie tych, którzy nie bali się zaryzykować, wyd. Znak, Kraków 2023, ss. 390.

 


Andrzej Bursa napisał w jednym ze swoich wierszy, że ma w dupie małe miasteczka. Nie wiem, co poeta miał wtedy na myśli, ani co chciał przez to powiedzieć. Być może w ten sposób wyraził swój bunt przeciwko prowincjonalności niewielkich ośrodków miejskich. W końcu to nie metropolie, w których na każdym rogu mamy teatr, filharmonię czy inną operę, a w dodatku wszyscy się znają. Ciekawe, co napisał by dzisiaj, bo oprócz tej (jego zdaniem) wady, pojawiła się kolejna, wiążąca się z upadkiem przemysłu oraz kryzysem demograficznym. Bywa bowiem tak, że w małych miastach co czwarta, a nawet co trzecia osoba jest emerytem, i na poprawienie tego trendu się nie zanosi. Nieduże ośrodki nie przyciągają młodych ludzi, którzy w większości wyjeżdżają z nich na studia, po których zostają w większych miejscowościach, albo za granicę. Mówi się w tym kontekście o miastach upadłych lub wymierających, a tej sytuacji na imię zapaść. Prognozy są nieubłagane – nieduże ośrodki skazane są na jeszcze większy kryzys społeczny. Pisze o tym w swojej drugiej książce reporterskiej Marek Szymaniak.


W „Zapaści”, bo taki tytuł nosi to wydawnictwo, pochyla się nad kondycją małych miast i wyciąga przeróżne wnioski. Nie wszystkie jednak bywają tak pesymistyczne. Na wstępie nie sposób nie porównać tego zbioru tekstów z innym, opartym na podobnej konstrukcji, reportażu. Mam tu na myśli „Miasto Archipelag” Filipa Springera. Z tym że autor skupił się w nim na życiu w ośrodkach, które po reformie samorządowej z 1997 roku przestały być stolicami województw. „Zapaść” w większości, poza Przemyślem, skupia się na miastach mniej znanych i ważnych. Pojawiają się w niej między innymi takie nazwy jak Nowa Ruda, Chełmno, Bartoszyce, Grajewo, Hajnówka czy Krasnystaw. Marek Szymaniak, inaczej jak Springer, przyjął problemowy układ swoich reportaży, więc miasta te wracają nieraz w kolejnych tekstach. W ten sposób można spojrzeć, w jaki sposób nawarstwiają się różne problemy. Najważniejszy jest upadek przemysłu i bezrobocie, i to od nich autor zaczyna opowiadać swoje historie. Znamienny jest schemat, w której do połowy lat 90. lokalne fabryki i zakłady działają w miarę prężnie. Potem natomiast, niczym jeździec bez głowy, pojawia się Janusz Lewandowski oraz NFI (Narodowe Fundusze Inwestycyjne). Bohaterowie „Zapaści” opowiadają, że cały ten proceder rzekomego ratowania firm był niczym więcej jak instytucjonalną kradzieżą, która spowodowała, a przynajmniej przyspieszyła ich upadek. Stałym pejzażem większości tych miasteczek pozostają więc ruiny zakładów przemysłowych. Fakt ten, niczym mantra, powraca we wszystkich reportażach, które dotyczą transformacji ustrojowej dokonanej w ostatniej dekadzie XX wieku.

Lecz nie tylko na te problemy zwraca uwagę autor. Jego rozmówcy, a chętnie oddaje im głos, mówią także o smogu, betonowaniu centralnych placów, wycince drzew czy lokalnych układach uniemożliwiających, na wzór rosyjski czy białoruski, funkcjonowanie niezależnego dziennikarstwa. Symbolicznie, to właśnie dwa ostatnie teksty skupiają się na tym problemie, stanowiąc niejako odautorski komentarz dotyczący przecież jego profesji. Wynika z niego, że prasa nie potrzebuje dzisiaj niezależnych żurnalistów, bo nawet jeśli nie jest wydawana przez samorządy lokalne (patologia, z którą w Polsce nikt nic nie robi), to i tak zależna jest od miejscowych przedsiębiorców, którzy w odpowiednim momencie mogą wycofać reklamy i skazać każdy tytuł na klęskę.

Jednak, jak wspomniałem wcześniej, pojawiają się w tych reportażach pewne jasne punkty. Spora część ich bohaterów to ludzie, którzy wrócili, po latach, albo z większych ośrodków, albo z zagranicy. I nawet jeśli ich zarobki są w tym momencie mniejsze (a potrafią być naprawdę niskie, na przykład urzędniczka na rękę dostaje 1.900 złotych!), niższe są też koszty życia czy kupna mieszkania. Ten pozytywny aspekt to, moim zdaniem, najważniejszy sygnał płynący z „Zapaści”. Istnieją bowiem jeszcze ludzie, którym chce się wracać do małych miast, i nawet jeśli nieraz narzekają, a to na zanieczyszczenie powietrza, a to na służbę zdrowia, ich lokalny patriotyzm jest silniejszy. Jednak złudzeń nie pozostawia co innego: bez zmian systemowych, a w kwestii małych miast zmarnowano cały czas po 1989 roku, i tak będą się one wyludniać i starzeć. A siłaczy i siłaczek może w pewnym momencie zabraknąć.


Marek Szymaniak, Zapaść. Reportaże z mniejszych miast, wyd. Czarne, Wołowiec 2021, ss. 244.


Obecnie death metalu słucham mało, z grindcore'a jedynie Napalm Death, ale nie zawsze tak było. Gdy zaczynałem swoją przygodę z ciężkim graniem w 1990 roku, w krótkim czasie, zaczynając od heavy metalu, poprzez thrash metal, dotarłem do gatunku, który odrzucił mnie swoją intensywnością. Jednak wystarczyło kilka miesięcy, abym wsiąkł w takie granie. Death, Obituary, Entombed, Edge of Sanity, Morgoth, Asphyx – zasłuchiwałem się w te kapele. Do żadnej subkultury nie należałem, nie nosiłem się na czarno, nie obchodziła mnie też ani ideologia, ani środowiskowe zasady głoszące, czego warto słuchać, a czego nie. Z tej przyczyny nie przeszedłem fascynacji wątpliwym jakościowo Cannibal Corpse czy nieinteresującym mnie z przyczyn lirycznych Morbid Angel. Słuchałem po prostu muzyki, mając w głębokiej pogardzie jakieś kulty czy uniformizację. Zresztą za chwilę odkrywać zacząłem zupełnie inne dźwięki, a death metal stał się jednym z lubianych przeze mnie stylów w muzyce. Z przyjemnością jednak sięgnąłem po „Oblicza śmierci” Alberta Mudriana, które są najobszerniejszym kompendium wiedzy na temat narodzin oraz ewolucji death metalu. Jest to drugie, uzupełnione wydanie; pierwsze ukazało się około dziesięciu lat temu i nosiło tytuł „Wybierając śmierć”.


Dla kogoś, kto chociażby otarł się o tę stylistykę, jest to pozycja obowiązkowa. Jednak nie tylko dla niego. Każdy, kto słucha szeroko pojętej muzyki rockowej czy popularnej i mieni się jej fanem, winien zapoznać się z tą pozycją. Dla tych, którzy siedzą w takich lub podobnych dźwiekach, będzie to uzupełnienie bądź usystematyzowanie odpowiedniej wiedzy, a ci, którzy lubują się w odmiennej muzyce, będą w stanie zajrzeć do świata, który być może jest hermetyczny, ale za to niezmiernie ciekawy. Death metal bowiem (jak i grindcore) powstał w latach 80. jako produkt ewolucji muzyki metalowej i punkowej. Z jednej strony mieliśmy thrash oraz początki black metalu, z drugiej crust punk – stylistycznie przecież nie tak odległy od tych najbardziej hałaśliwych form muzyki metalowej. To z nich wyewoluował death metal, początkowo tworzony przez zbuntowanych nastolatków, którzy z szokowania uczynili sobie znak rozpoznawczy. Szokowała sama muzyka, niebezpiecznie zbliżając się do zgiełku, szokowały teksty, poruszające tematy bulwersujące oraz skrajne. Szokowały w końcu wokale: bulgoty, wrzaski czy jęki potępieńców. Niektórzy, jak John Tardy z Obituary, młodzieniec o wyglądzie zagubionego chłopca z długimi włosami, wydawał z siebie krzyk godny najbardziej przerażającego zombie polującego na zwierzynę.

I jak to zwykle bywa, początki były najciekawsze i najbardziej twórcze. Najlepsze płyty w tym gatunku powstały w latach 1988-1993, o czym świadczy liczba tych wybitnych, ponadczasowych albumów, wytyczających ścieżki naśladowcom. Potem nastąpił przesyt tego typu graniem oraz kryzys, a zdaniem autora death metal wrócił na prawidłowy tor gdzieś około 1998 roku. Nie do końca się z tym zgodzę, bo uważam, że kryzys oraz uwiąd twórczy trwał nieco dłużej, gdzieś do początków XXI wieku. Z drugiej jednak strony późniejsze albumy ojców założycieli nie były już tak dobre jak ich juwenilia. A powroty po latach, jak At the Gates czy Carcass, były niczym strzał z kapiszona. Autor widzi to jednak inaczej; dla niego większość reaktywacji klasycznych grup deathmetalowych to pozytywne zjawiska owocujące w dodatku bardzo dobrą muzyką. Jest tak faktycznie w przypadku Napalm Death, których ostatnie albumy, wydane w obecnym stuleciu, przewyższają wszystko, co kapela nagrała wcześniej. Jednak ten brytyjski zespół nigdy się nie rozwiązał; w ich przypadku nie ma więc mowy o chwytaniu za instrumenty po kilku czy kilkunastu latach przerwy.

„Oblicza śmierci”, rzecz jasna, nie skupiają się tylko na tych najpopularniejszych zespołach. Autor opisuje w nich scenę brytyjską, amerykańską, holenderską, szwedzką i fińską, co stanowi spore uzupełnienie w stosunku do pierwszej edycji książki. Można by rzec z kolei, że brak tutaj sceny niemieckiej (Morgoth, Dark Millennium, Torchure), francuskiej (Massacra, Misanthrope, Supuration), greckiej (Nightfall, Septic Flesh), a nawet południowoamerykańskiej. Nie czynię z tego braku zarzutu, bo można by tak wymieniać w nieskończoność. Wolę skupiać się na tym, co zostało opisane, a te kilkaset stron druku oraz mnogość czarno-białych zdjęć to jakość sama w sobie. Nie jest to rozdział zamknięty, bo po pierwsze, wciąż trwa, a po drugie, im dalej w las, tym więcej drzew.


Albert Mudrian, Oblicza śmierci. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore'u, tłum. J. Kozłowski, wyd. In Rock, Czerwonak 2020, ss. 571.


Rafał Księżyk to bardzo dobre pióro i szkoda, że tak mało pisze o muzyce. Jego artykuły prasowe czy wywiady zawsze dobrze mi się czytało, a to dlatego, że nie tylko biegle posługiwał się barwną polszczyzną, ale miał niebanalny gust. Nie przeszkadzało mi, że często go nie podzielałem, bo pisał na tyle zajmująco, że jego narracja wciągała. Tym bardziej ucieszyłem się, że w zeszłym roku wyszła jego książka zatytułowana „Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993”. Nie dość, że okres ten obejmuje mój pobyt w liceum, co więcej, wiąże się z transformacją z kogoś, kto słuchał muzyki nowofalowej i new romantic, w człowieka lubującego się w ciężkim metalowym łomocie. Przy tym wszystkim nie byłem jednak ortodoksem i dość szybko mój gust stał się bardzo eklektyczny, a ponadto zawsze interesowałem się, co w piszczy w muzycznej trawie, jeśli nawet nie była to moja trawa. Stąd wszystkie nazwy i nazwiska, które przytacza Księżyk, są mi doskonale znane, a dzisiaj duża ich część ma swoje odwzorowanie w mojej płytotece.


„Dzika rzecz” nie jest jednak tylko opowieścią o muzyce. Co najbardziej sobie cenię w tego typu literaturze, to fakt szerokiego kontekstu kulturowego. Ten zaś, z uwagi na transformację polityczno-gospodarczą, był dość interesujący. Zmieniające się błyskawicznie realia gospodarcze, upadki tysięcy firm i zakładów przemysłowych, hiperinflacja czy terapia szokowa Balcerowicza znalazły swoje odbicie w muzyce, tekstach, a także mentalności ówczesnych twórców i fanów. Czasy faktycznie były dzikie, zarówno jeśli chodzi o kapitalizm, jak i kwestie obyczajowe. W początkach lat 90. wolno było więcej. W Telewizji Polskiej pojawiały się libertyńskie programy dla młodzieży, a nocą szaleli Konjo i Skiba, porażając widzów sporą dawką absurdu i groteski. Dzisiaj – nie do pomyślenia. Nawet gdy rządziła AWS, w TVP pojawiały się ciekawe, prowokujące treści kulturalne. Nie jak obecnie, disco polo oraz sylwestry z upudrowanymi trupami. Twórczy ferment tamtych czasów owocował rewelacyjnymi płytami jak „Legenda” Armii, „Cosmopolis” Brygady Kryzys, debiut Kazika (czy ktoś w końcu wznowi jego dwa pierwsze wydawnictwa?) czy zespołu Kinsky. Wulkanami twórczej energii byli T. Love, Kult, Houk, a także bardziej awangardowe grupy jak Bóm wakacje w Rzymie lub Kormorany, piszący muzykę do spektakli teatralnych. Ten ferment był kontynuacją tego, co działo się w latach 80., ale już bez ograniczającej cenzury.

Czteroletni okres opisany w książce jest również specyficzny dlatego, że polska muzyka rockowa (i okolice) stanęła wówczas obiema nogami między radosnym tworzeniem w podziemiu a komercjalizacją. Za kilka lat po tych dzikich czasach pozostały jedynie wspomnienia i jednorodna papka serwowana przez komercyjne radia. W tym czasie w mediach naprawdę wiele przechodziło, również w tych prywatnych. Prezentowana była różna muzyka. Sam pamiętam jak w okolicach 1994 roku w Toruniu powstało Radio Gra, w którym redaktor Mariusz Składanowski prezentował Alternatywną Listę Przebojów, a sama stacja grała odważnie i niekomercyjnie. Dzisiaj to rozgłośnia jak każda inna, z niezapamiętywalnym muzakiem zamiast ambitnych dźwięków.

Autor opisuje również kluby muzyczne, w tym jedno z bardziej znanych miejsc – warszawskie Fugazi. Co ciekawe, ale dla tamtych czasów znamienne, klub ten miał problemy z mafią. W końcu upadł, również z tego właśnie powodu. Upadło również wiele innych miejsc, większość kapel się rozpadła, a ówcześni muzycy poszli inną drogą. Pozostała jednak barwna historia i sporo ciekawych dźwięków, nawet jeśli dzisiaj niektóre z nich się zestarzały i nie robią takiego wrażenia. „Dzika rzecz” zagląda więc w czasy o wiele bardziej kolorowe niż dzisiaj, pełne niespodzianek, ciekawej muzyki i grającej ją naiwnych freaków. Muzyka ta w większości nie była jeszcze produktem komercyjnym, chociaż – o paradoksie – grały ją największe stacje radiowe i telewizyjne w Polsce.


Rafał Księżyk, Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, ss. 397.


To, co czasem nie udaje się w powieści, zdaje egzamin w krótszych formach. Ostatnio niezbyt pochwaliłem tekst Wojciecha Kudyby, „Imigranci wracają do domu”, któremu zarzuciłem snujstwo i mało ciekawą treść. Powieść-obrazek to bowiem za dużo, natomiast opowiadania stworzone w tej konwencji bywają przekonywające. I teraz z kolei nieco cieplejszych słów skieruję do zbioru (a może zbiorku) opowiadań rzeczonego autora, wydanego pod tytułem „Kamienica”. Wydaje się, że Kudyba lepiej czuje się w krótszych formach, podobnie jak Wojciech Chmielewski. Obaj są zadłużeni u Marka Nowakowskiego, mistrza opowiadania, całe życie związanego z Warszawą. Obu interesuje codzienne życie zwykłych ludzi, obaj również unikają w swojej prozie awangardowych udziwnień czy obrazoburstwa i dobrze na tym wychodzą. W rezultacie „Kamienica” daje się czytać. Co więcej, nie jest to stracony czas.


Wojciech Kudyba, opisując banał, nie wchodzi na szczęście w publicystyczny ton, chociaż mógłby, bo pierwszy tekst w zbiorku nosi tytuł „Kamienica wyczyszczona na glanc”. Ten bulwersujący temat, którym jest wyrzucanie ludzi z mieszkań, nazwany w mediach czyszczeniem, aż się prosi o emocjonalne przegięcie czy piętnującą złoczyńców groteskę. Udało się autorowi uniknąć każdej z tych pułapek; jego opowiadanie jest intymne, wyciszone, a przede wszystkim oddaje głos bohaterom. Dzięki takiemu rozwiązaniu z łatwością można wyrobić sobie zdanie, przy czym nie jest ono narzucone przez pisarza. W tekście tym poznajemy całą galerię postaci wyrzuconych z tytułowego domu, a życie każdej z nich wydaje się osobnym światem.


Co jeszcze ciekawe, Wojciech Kudyba tworząc cztery odrębne teksty, będące innymi opowieściami, wrzuca do nich tych samych bohaterów. W ten sposób uzyskuje efekt trójwymiarowości, a tytuł zbioru zaczyna mieć nowy sens. Efekt ten jest podkreślony również tym, że każde opowiadanie ma inną główną postać, która w innym utworze może pojawić się tylko w epizodzie. Za pomocą takiej metody fabularnej każdy tekst wzbogaca naszą wiedzę o kolejne informacje dotyczące bohaterów „Kamienicy”. Lektura całości pozwala dopiero na domknięcie niektórych faktów i skompletowanie elementów układanki.

Te fabularne puzzle składają się z historii – jakby to powiedziała współczesna lewica – ludzi wykluczonych, wysuniętych poza nawias, w którym liczy się szybka kariera i życie zgodne z wytycznymi kolorowych magazynów wnętrzarskich. Głos ten, na szczęście dla tekstów, wybrzmiewa intymnie, spokojnie, bez deformacji świata przedstawionego. I pewnie dlatego jest tak szczery.


Wojciech Kudyba, Kamienica, Pewne Wydawnictwo, Kielce 2018, ss. 110.


W kwestii prozy Wojciecha Chmielewskiego mogę powiedzieć jedno: zaczytuję się w jego opowiadaniach, a za powieściami nie przepadam. Krótka forma nie potrzebuje tego, co obszerna fabuła, czyli sensownej, ciekawej akcji, niekoniecznie sensacyjnej, ale po prostu wciągającej. W opowiadaniu można zamieścić obrazek, impresję czy monolog wewnętrzny, który z racji krótkości formy będzie spójny i wciągający. Powieść natomiast żąda więcej, opowiedzenia dłuższej, ciekawej historii oraz przekonywających bohaterów. Co się stanie, gdy tego wszystkiego nie będzie? Może powstać rzecz, omawiana już przeze mnie, jaką jest utwór Wojciecha Kudyby „Imigranci wracają do domu”, czy „Jezioro Dargin” Wojciecha Chmielewskiego. O tym pierwszym pisałem, że cenię sobie jego krótkie formy, a dłuższe mnie nie przekonują. To samo mogę powiedzieć o drugim z nich.


Najnowsza powieść Chmielewskiego, rzeczone już „Jezioro Dargin”, jest typową inteligencką historią. Z hamletyzującym bohaterem, który, niczym postaci polskiego Romantyzmu, nie może sobie znaleźć miejsca na ziemi. Z gonitwą myśli i depresyjnymi stanami. W końcu z wielością odniesień muzycznych, zwłaszcza do wykonawców granych przez radiową Trójkę. Jest więc intelektualnie również pod tym względem. To kolejna spowiedź podstarzałego dziecięcia wieku, urodzonego, jak autor, pod koniec lat 60., załapującego się we wczesnej młodości na fascynację Solidarnością oraz antysystemowość. To również kolejny snuj, czyli literacki odpowiednik kina moralnego niepokoju, które charakteryzuje się tym, że bohater przez całą akcję nic specjalnego nie robi, tylko przegrywa w nierównej walce z systemem i cierpi. Spróbujcie dzisiaj obejrzeć któryś z wczesnych filmów Holland, Kieślowskiego czy Zanussiego. Nie da się już na to patrzeć bez zgrzytania zębami.

Podobny nastrój panuje w „Jeziorze Dargin”. Bohater powieści po śmierci przyjaciela wyjeżdża nad tytułowy akwen przemyśleć swoje dotychczasowe życie i dokonuje z nim rozrachunku. Banał? Oczywiście. W dodatku banalnie przedstawiony, chociaż bardzo dobrze napisany. To trochę jak proza Myśliwskiego, którego fenomenu zupełnie nie rozumiem, a jego powieści nudzą mnie śmiertelnie. „Jezioro Dargin” może nie nudzi aż do zgonu, bo jest o wiele krótsze – Chmielewski, w przeciwieństwie do jego starszego o pokolenie kolegi po piórze, zna umiar i nie tworzy sążnistej proustcczyzny na kilkaset stron. Nie jest to natomiast okoliczność aż tak łagodząca. Powieść ta jest bowiem nieciekawa i nie przynosi żadnego rozwiązania, nie licząc przypadkowego stosunku seksualnego na cmentarzu, który spowodował w bohaterze lekką odmianę nastroju. Cóż, nie każdemu jest dane spółkować z nieznajomą kobietą pośród grobów, skąd więc wiadomo, jak sytuacja ta jest w stanie podziałać na człowieka? Same przemyślenia wewnętrzne i muzyczne odniesienia, to jednak za mało, aby stworzyć interesującą powieść. Ta zaś wymaga pewnej historii, której tutaj zabrakło.

Wojciecha Chmielewskiego przedstawia się nieraz jako pisarza konserwatywnego, przywiązanego do wartości. Podobnie jak Krzysztofa Zanussiego. U obu słyszę jednak pewną fałszywą nutę. Oczywiście, generalnie ich twórczości pod względem moralnym nie sposób niczego specjalnego zarzucić, w końcu ich autorzy stają po jasnej stronie mocy. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a tam co jakiś czas pojawia się drobny element, jakaś pochwała grzechu, co lekko zgrzyta. Nie przemawia przeze mnie purytanin, po prostu od pewnej twórczości wymagam więcej, libertynizm pozostawiając libertynom.


Wojciech Chmielewski, Jezioro Dargin, wyd. Czytelnik, Warszawa 2021, ss. 220.


Im więcej słucham papieża Franciszka, tym jestem coraz bardziej zmieszany. Jego pontyfikat rozpoczął się świeckim „dzień dobry”, zamiast tradycyjnym katolickim powitaniem, odwołującym się do Pana Boga. A potem było jak w filmach Hitchcocka – po trzęsieniu ziemi napięcie wciąż rośnie. Z początku część prawowiernych katolików myślała, że dziwne wypowiedzi pontifeksa trzeba złożyć na karb złej woli dziennikarzy czy niedokładnych tłumaczeń. Natomiast od kiedy, po ogłoszeniu encykliki „Amoris laetitia”, Franciszek w liście do biskupów argentyńskich poparł ich zgodę na udzielanie komunii rozwodnikom żyjącym w nowych związkach, dłużej nie dało się pudrować faktu, że nauczanie papieża rozmija się zasadniczo z teologią katolicką. Jedyne twarde i tradycyjne opinie, jakie wypowiada dzisiaj biskup Rzymu, to te dotyczące aborcji. Z drugiej jednak strony Joe Biden utrzymuje, że podczas rozmowy z papieżem ten nazwał go „dobrym katolikiem”. A jakie poglądy na temat przerywania ciąży ma prezydent USA, wszyscy wiemy. Papieżem Franciszkiem, w związku z tym zamętem, interesuje się dzisiaj wielu katolików, którzy patrzą na Watykan z coraz większą dezorientacją. Jednym z bardziej zaniepokojonych, czemu niejednokrotnie dawał wyraz w swoich książkach, jest włoski dziennikarz Antonio Socci. W wydanej niedawno publikacji „Kościół czasu Antychrysta” kontynuuje swoją myśl.


Punktem wyjścia do rozważań o kondycji współczesnego papiestwa są dla niego dwa, dawno już wydane, dzieła. Pierwszym z nich jest „Krótka opowieść o Antychryście” Sołowiowa, drugą - „Władca świata” Bensona. Każda z nich patrzy na Antychrysta w podobny sposób, zgodny zresztą z biblijną egzegezą. Mianowicie, postać ta jest tyranem. Głosi też humanitaryzm, a jej idee oparte są na falsyfikacji Ewangelii, przez laika nie do odróżnienia od tych chrześcijańskich. W miejscu tym zapewne rodzi się pytanie, czy zdaniem autora, obecny papież mieści się w tej definicji. Odpowiedź Socciego jest negatywna – to nie Franciszek jest Antychrystem. Opinie, które przytacza autor, skupiają się raczej na tym, że papież jest pogubiony, i określają go jako kogoś bliższego działaczowi partyjnemu niż władcy ciemności. Kto nim w takim razie jest? Pytanie to zostaje wciąż aktualne, a autor nie wypowiada się na ten temat jednoznacznie. O czym w takim razie opowiada „Kościół czasu Antychrysta”?

Głównym problemem stawianym przez autora jest zamęt w Kościele katolickim. Kryzys ten ma swoje początki w modernizmie – herezji, która pojawiła się na przełomie XIX i XX wieku. W skrócie, idea ta zamienia miejsca człowieka i Boga, czyniąc tego pierwszego ważniejszego od Najwyższego. Taka zmiana akcentów, dla większości katolików dzisiaj zupełnie niezauważalna, powoduje, że Watykan zaprzestaje mówić o zbawieniu dusz, a wypowiada się o zmianach klimatycznych, przyjmowaniu uchodźców czy preparatach genetycznych, które rzekomo pomagają w walce z najmodniejszą chorobą świata. Książka ta zresztą powstała jeszcze przed programem sanitarnego terroru, zwanym dla niepoznaki pandemią, sądzę zatem, że Antonio Socci patrzy dzisiaj na Franciszka z jeszcze większą dozą krytycyzmu.

Kierowany przez niego Kościół, zdaniem autora, bardziej przypomina kolejną agendę Organizacji Narodów Zjednoczonych niż wspólnotę religijną, której cel powinien być przede wszystkim nadprzyrodzony. W opinii Socciego nauczanie Franciszka stoi również w jawnej sprzeczności z nauczaniem Jana Pawła II, bądź co bądź papieża posoborowego, więc legitymizującego ustalenia Vaticanum II. Czy więc taka wersja Kościoła katolickiego tworzy się po to, aby organizacja ta zachowała swoje istnienie w epoce Nowego Ładu, której początki właśnie się wykuwają? Przemiany dokonujące się w nauczaniu papieskim są zatem ukazane przez Socciego jako nierozerwalnie połączone z przemianami dokonującymi się w świecie. Narracja ta pokazuje, że Kościół katolicki, przynajmniej na szczeblu hierarchicznym, jest kolejną agendą globalistów. Istnieje natomiast druga prawda o Kościele, która każe Socciemu na końcu książki przyjąć optymistyczną postawę. Są nią słowa Jezusa Chrystusa, wypowiedziane do świętego Piotra o bramach piekielnych, które nie przemogą tej wspólnoty. Może dzisiejsza sytuacja, zdaje się pytać autor, to próba mająca przygotować świat do paruzji i test wiary.

Antonio Socci, Kościół czasu Antychrysta, tłum. M. Masny, wyd. AA, Kraków 2021, ss. 261.


Jedną z największych tragedii współczesności była rewolta młodzieżowa roku 1968, zwana inaczej rewolucją seksualną. Wówczas do głosu doszła radykalna lewica, która pod hasłami wolności i równości sięgnęła po władzę nad ludzkimi duszami. Ten przewrót, odbywający się w sporej części bezkrwawo i mający w kulturze romantyczne oblicze, był w rzeczywistości operacją na globalnej świadomości Zachodu. Patrząc globalnie, należałoby dodać, że był również konsekwencją wcześniejszych idei, sięgających przynajmniej do Oświecenia, które jako pierwsza epoka w dziejach świata, w sposób jawny i jednoznaczny odrzuciła Boga i religię chrześcijańską. Rewolta młodzieżowa była więc, jako konsekwencja „wieku rozumu”, równie bezbożna jak on sam. Czy powinien więc dziwić fakt, że do tego radykalnego ruchu przyłączyło się postępowe duchowieństwo? W końcu polskie Oświecenie również zostało wprowadzane rękami katolickich kapłanów.

 

Problemowi temu poświęca uwagę Yves Chiron w swojej publikacji „Rewolucja '68. Swąd szatana w Kościele”. Jej tytuł w bezpośredni sposób nawiązuje do znamiennych słów Pawła VI, wypowiedzianych już po Soborze Watykańskim II, gdy papież zauważył, że sporo spraw poszło nie tak. Ogłoszone na soborze aggiornamento, czyli otworzenie okna na świat, zaowocowało tym, że kilka lat później zaroiło się od ludzi Kościoła, którzy angażowali się w antykatolickie inicjatywy. Autor, opisując włączanie się „zwykłych księży” (skąd znamy to hasło?) w proces marksistowskiej pierekowki, koncentruje się przede wszystkim na Francji. Zwraca uwagę na opowiadanie się kapłanów katolickich za wyzwoleniem seksualnym, wyzwalaniem klasy robotniczej pod płaszczykiem komunizmu czy emancypacją młodzieży i upadkiem autorytetów. Wrogiem dla rewolucjonistów stał się wówczas mieszczanin, członek klasy średniej, który obwołany został wrogiem publicznym numer jeden przez zapatrzonych w Marksa i Fromma rebeliantów. Charakterystyczny dla ówczesnego francuskiego Kościoła stał się ruch księży-robotników, którzy poza sprawowaniem sakramentów (pytanie, czy z wiarą) zajmowali się przede wszystkim pracą w fabrykach oraz robotą ideologiczną.

Takie marksistowskie ukąszenie części katolickiego kleru wpisywało się w specyfikę tamtych czasów. Nierzadko organizowano „rekolekcje”, które bardziej koncentrowały się na sprawach politycznych niż duchowych. Ale czy dzisiaj Watykan nie zajmuje się tym samym? Papież Franciszek to przecież, bardziej niż duchowy przewodnik dbający o zbawienie dusz, aktywista lewicowy mający na uwadze kryzys klimatyczny, uchodźców czy magiczne eliksiry przeciwko najmodniejszej chorobie świata. Czy więc w tym świetle powinno dziwić nas ówczesne poparcie sporej liczby księży dla teologii wyzwolenia lub ruchów robotniczych? Znamienny jest także fakt, że ci sami kapłani, nawołujący do pokoju i emancypacji politycznej radykalnej lewicy, nie potępiali aktów przemocy związanych z demonstracjami w Paryżu oraz innych ośrodkach studenckich.

Wydarzeniem, które wywołało spory wstrząs u postępowych katolików, idących ręka w rękę z Marksem, było ogłoszenie przez Pawła VI encykliki „Humanae vitae”, w której papież przeciął pojawiające się tu i ówdzie spekulacje, że Kościół katolicki być może złagodzi swoją etykę seksualną. Napalone towarzystwo wolnomyślicieli roiło sobie bowiem, że jego sposób życia zostanie usankcjonowany przez Watykan. Niestety, tak się – ich zdaniem – nie stało. Wystarczyło poczekać jednak czterdzieści kilka lat i dzisiaj mamy to, co mamy. Nie trzeba głośno mówić. Sapienti sat. Warto więc przestudiować „Rewolucję '68” Chirona, ponieważ pozwala ona na zrozumienie przemian, które przewalają się jak walec również dzisiaj, nie oszczędzając Kościoła katolickiego (vide: droga synodalna).


Yves Chiron, Rewolucja '68. Swąd szatana w Kościele tłum. M. Żurowska, wyd. AA, Kraków 2021, ss. 286.


Nie lubię kina moralnego niepokoju – filmów Agnieszki Holland czy Krzysztofa Kieślowskiego. Męczą mnie inteligenckim etosem i wydumanymi problemami. Weźmy takie „Bez końca”. Główna bohaterka filmu traci męża i mimo iż ma dla kogo żyć, bowiem żyje jej kilkuletni syn, z premedytacją popełnia samobójstwo. Albo „Przypadek” - ten z kolei bohater cierpi, nawet uprawiając seks, a miłość to dla niego katorga. Literackim ojcem takich snujów (czyli filmów i powieści, w których bohater nic nie robi, a rozmyśla jedynie, łażąc wte i wewte) jest Stefan Żeromski, którego „Ludzi bezdomnych” najchętniej wrzuciłbym tam, gdzie Tomasz Judym wrzucił był niejakiego Krzywosąda. Nie lubię też powieści inteligenckiej, czyli literackiego odpowiednika kina moralnego niepokoju. Nudzi mnie, nie potrafię utożsamić się z bohaterem, nie ma dobrych dialogów, nie ma akcji. Tak dzieje się w powieści Wojciecha Kudyby „Imigranci wracają do domu”. Jej autor znany był do tej pory z publikacji naukowej i poezji, ale postanowił spróbować swoich sił w prozie. Wyszło jak w polskim filmie obyczajowym: dialogi niedobre, bohater bez tożsamości, a świat to smutne miejsce.


Jednym z grzechów jest acedia – czyli smutek pomieszany z rozpaczą i apatią. Przypomina depresję, a może nawet nią jest. Główny bohater powieści Kudyby, Karol Tracz (nie Janusz, to ważne), wydaje się dotknięty tą przypadłością. Powodu w zasadzie ma, został bowiem dotknięty amnezją, po której przypomina sobie dawne życie. A nie było to życie wesołe, wręcz powiedzieć trzeba, że dość smutne i szare, jak to życie imigranta, szczególnie w Niemczech. Fakt, gdybym miał mieszkać w Niemczech, też bym z pewnością był smutny. Tak naprawdę to Tracz wcale smutny nie był, ale po zdrowotnym wstrząsie, jadąc pociągiem i rozmawiając ze starszą kobietą (sam jest przecież niemłody) dochodzi do wniosku, że jego poprzednia egzystencja nie miała sensu. Coś tam projektował, zarabiał niemałe pieniądze, ale brak mu było przeżyć duchowych. Można powiedzieć, typowy imigrancki los, który zwykle zamyka się w schemacie praca – zarabianie kasy – wydawanie kasy. Tutaj jednak trzeba przestać sobie dworować, bo ilu z nas żyje w ten sposób. Tracz doszedł do wniosku, że wróci do Polski i zerwie z tym bezcelowym wzorcem.

Można było tę powieść rozegrać inaczej, bo temat – mimo swojego banału – dałoby się opowiedzieć o wiele ciekawiej. Sęk jednak w tym, że „Imigranci wracają do domu” to powieść przeciętna fabularnie. Bohater na dłuższą metę nie potrafi sobą zainteresować, a jego wspomnienia zaczynają przypominać magmę, w której próżno szukać jakiejś twardszej skały. To klasyczny, sentymentalny polski inteligent, który po prawie że skończonej karierze zawodowej okazał się przegrywem. Otwiera się przed nim jakaś nowa możliwość, ale jest ona skażona kieślowszczyzną i zanussizmami. Wszystko to opisane jest jednak dobrą polszczyzną, bo autor – na swoje szczęście – potrafi składać zdania, a pod względem formalnym jego proza jest elegancka i wysmakowana. Tak samo jak filmy Kieślowskiego, w których, poza walorami zewnętrznymi, próżno szukać jakichś bardziej wartościowych treści, a przede wszystkim fabularnego mięcha.

Wojciech Kudyba, Imigranci wracają do domu, PIW, Warszawa 2018, ss. 182.


Dawno już nie czytałem żadnej pozycji dotyczącej Korei Północnej. Mam w swojej kolekcji kilkanaście zbiorów reportaży, wspomnień, w końcu tekstów geopolitycznych, dotyczących tego regionu, ale od kilku dobrych lat nie znalazłem niczego, co wzbogaciłoby moją wiedzę. Pojawiają się, co prawda, coraz to nowe teksty, utrzymane zazwyczaj w sensacyjno-wspomnieniowym klimacie, ale każdy z nich powiela ten sam schemat. Zdaję sobie sprawę (o ile, rzecz jasna, nie są to reportaże pisane zza biurka), że za wszystkimi utworami tego typu kryją się ludzkie dramaty, jednak od literatury oczekuję czegoś więcej, zwłaszcza od literatury faktu. Tym bardziej, że konkurencja nie śpi, czasu coraz mniej, a czytać trzeba. Stało się jednak tak, że w ręce wpadły mi wspomnienia Masaji Ishikawy wydane przez Znak pod tytułem „Za mroczną rzeką”. Cóż, po długiej przerwie od tej tematyki postanowiłem się z nimi zmierzyć.

 

Od razu należy rozdzielić dwie kwestie. Co innego może dać ta książka komuś, kto dopiero zaczyna interesować się Koreą Północną, a co innego osobie, która już sporo na ten temat czytała. Początkujący adept tematyki dziwnego systemu politycznego znajdzie w „Za mroczną rzeką” sporo informacji na temat reżimu Kimów, a przede wszystkim zetknie się z niewyobrażalną dla sytych ludzi Zachodu nędzą i ludzką tragedią. Główny bohater i narrator tych wspomnień opowiada bowiem, że wybierając ucieczkę z tego kraju, zostawił w nim całą rodzinę. A jak kończą rodziny uciekinierów, wie każdy, kto chociaż powierzchownie interesuje się tą tematyką. Jest niemal pewne, że ludzie ci trafiają do obozów pracy o reżimie porównywalnym do sowieckiego i nazistowskiego. Chociażby dlatego książka ta ma swój ciężar emocjonalny, z którym warto się zmierzyć. Druga sprawa to brak jednoznacznego happy endu, rzecz znamienna we wspomnieniach północnokoreańskich uchodźców. Targają nimi wyrzuty sumienia z powodu, że zostawili na pastwę losu swoje rodziny, a ponadto mają oni problemy z adaptacją w nowym środowisku. To ostatnie często nie chce mieć z nimi do czynienia. Wszystko zaś powoduje, że uciekinierzy z KRLD wcale nie są do końca pewni słuszności swoich decyzji.

Inną kwestią są jednak walory poznawcze. Osobiście nic mnie w tych wspomnieniach nie zaskoczyło, ani nie zdziwiło. Jest to kolejna pozycja książkowa zbudowana według tego samego schematu fabularnego, który – jak wspomniałem powyżej – przypomina budowę filmu bez szczęśliwego zakończenia. Może tylko jedna rzecz jest tutaj nowa – mianowicie Ishikawa (nazwisko jak najbardziej japońskie) nie jest Koreańczykiem, a urodził się w Japonii. Do Korei Północnej sprowadził – go i całą rodzinę – ojciec, zindoktrynowany przez swoich kolegów, którzy naopowiadali mu bzdur na temat raju na ziemi. My, tutaj w Europie, znamy skądś ten schemat: tak samo, jak muchy do lepu, zlatywali się do Związku Sowieckiego przeróżni intelektualiści, szukając w nim paradisum dla ludzi pracy. Potem zazwyczaj kończyli śmiercią albo długoletnią katorgą w łagrach.

„Za mroczną rzeką” to więc kolejne wspomnienia kolejnego uciekiniera z Korei Północnej, które nie pozostawiają złudzeń co do natury systemu panującego w tym państwie. Lektura to smutna, zmuszająca do refleksji nad ludzką kondycją, zwłaszcza dla początkujących. A także dla tych, którzy mają jeszcze złudzenia, że człowiek jest w stanie zbudować raj na ziemi.


Masaji Ishikawa, Za mroczną rzeką, tłum. J. Kukian, wyd. Znak Horyzont, Kraków 2021, ss. 268.


Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy śledzeni. Nie tylko dzięki kamerom monitoringu w każdym niemal miejscu, nie tylko przez kamery w telefonie lub laptopie, a także przez lodówki, pralki i dziecięce zabawki. Jesteśmy śledzeni i, co najgorsze, zgadzamy się na to, nie protestując. W końcu warto zapłacić cenę za to, że w internecie wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Ale czy na pewno wszystko? Właśnie tu leży pies pogrzebany. Najbardziej popularna wyszukiwarka, czyli Google, ma z tyle wspólnego z wyszukiwarką co preparaty genetyczne przeciwko kowidowi ze szczepionkami starego typu. Zadać należy więc pytanie, kto szuka i kto znajduje odpowiedzi. Z pewnością nie jest to pojedynczy człowiek wpisujący frazę w swoim telefonie. Bo nie chodzi tutaj o znajdowanie informacji (które i tak dostajemy starannie wyselekcjonowane), ale czegoś zupełnie innego. To nie jednostka z telefonem czy komputerem szuka informacji, to ona staje się informacją. A szukający są ukryci w cieniu. Wszystko natomiast rozbija się o pieniądze, które zdobywa się, sprzedając na rynku nasze zachowania w sieci, te realne i te przewidywalne.

Pamiętacie jeszcze grę „Pokemon Go”? Kilka lat temu świat oszalał na jej punkcie. Tysiące, i to nie tylko młodych, ludzi uganiało się po miastach w poszukiwaniu tych japońskich stworków. Były wszędzie: w bankach, na prywatnych posesjach, w knajpach, szkołach i na uczelniach. Kto był wówczas szukającym, a kto szukanym? Nie, to nie goniący pokemony człowiek szukał, i to nie bohaterowie kreskówek byli szukani. To system szukał nas samych. Wystarczyło umieścić wirtualną rzeczywistość w pobliżu popularnej restauracji, a ta zaczynała zwiększać dochody. Największym beneficjentem tego systemu był właściciel gry, który wykorzystał dane behawioralne, aby je zmonetyzować. Odpowiednie ustawienie pokemonów na mapie służyło zwiększaniu zysków firm, które ustawione były przy trasie, a najwięcej zarabiał ten, kto wytyczył odpowiednią drogę. Gra ta pokazała więc, że człowiek jest istotą, która zgodzi się na największe głupstwo (bo czym w końcu jest gonitwa za nieistniejącymi stworzeniami), aby tylko zaangażować własne emocje.

Gra ta to tylko jeden z licznych sposobów eksperymentowania na ludzkich zachowaniach, a te eksperymenty są podstawą systemu, który autorka Shoshana Zuboff nazywa kapitalizmem inwigilacji. Stawia przy tym tezę, że największe firmy sieciowe jak Google, Facebook czy Amazon, służą zdobywaniu naszych danych behawioralnych. Poprzez rozwiniętą sieć sztucznej inteligencji oraz czujniki w urządzeniach elektronicznych są w stanie dowiedzieć się o nas o wiele więcej, niż my świadomie o sobie wiemy. Tutaj ważny jest każdy szczegół: na jakie punkty ekranu patrzymy, gdzie dłużej, a gdzie krócej przytrzymujemy wzrok, jak wodzimy kursorem. Przy czym sztuczna inteligencja operuje na mikrosekundach, stąd jej analizy są niezwykle dokładne. Według autorki, człowiek w tym systemie staje się produktem, który poddawany jest drobiazgowej obróbce, a potem sprzedawany reklamodawcom, którzy mogą w ułamku sekundy skierować do nas spersonalizowany przekaz.

Kapitalizm inwigilacji jest, według autorki, systemem bezprecedensowym. W tej obszernej książce Shoshana Zuboff dokładnie to pokazuje, dowodząc, że znane nam totalitaryzmy oraz inne systemy niewolące człowieka są czymś zupełnie innym. Tutaj stoimy za to przed nowym wyzwaniem, a wizja, która nas czeka, to nie „Rok 1984”, a raczej „Nowy wspaniały świat”, czyli opresyjna rzeczywistość, która prawie wszystkim się podoba, bo jej niewolniczy charakter nie jest odczuwalny. „Wiek kapitalizmu inwigilacji” został napisany jeszcze przed pseudopandemią koronawirusa, ale czyta się go tym bardziej interesująco, im więcej wiemy o czasach, które stworzyli nam psychopaci w typie Gatesa czy Schwaba. Szczególnie cenne są w tym kontekście mechanizmy manipulacji behawioralnej, czyli dotyczącej ludzkich zachowań, którym od prawie dwóch lat poddał się cały zachodni świat.

Z jednym tylko nie jestem w stanie zgodzić się z autorką, która zauważa kluczową rolę mediów społecznościowych w dezinformacji. Generalnie jestem zdania, że największe fake newsy tworzą oficjalne media i ci, którzy rzekomo demaskują fałszywe wiadomości. Wcale nie są to filmiki z żółtymi napisami i legendarne ruskie fabryki trolli. Autorka twierdzi więc, że social media to rozsadniki ekstremizmów, szczególnie prawicowych. Tutaj każdy, kto wie, jakie treści blokowane są na fejsie, rozumie, że to nieprawda. To jednak drobna rysa w tym monumentalnym dziele, które jest jedną z najważniejszych książek traktujących o naszych czasach. Bez jej lektury zrozumienie teraźniejszości jest niemożliwe.

Shoshana Zuboff, Wiek kapitalizmu inwigilacji, tłum. A. Unterschuetz, wyd. Zysk i ska, Poznań 2020, ss. 831.


Adin, dwa, tri… Wielu z nas pamięta jeszcze słynne seanse Anatolia Kaszpirowskiego, nadawane w telewizji w burzliwych czasach transformacji ustrojowej. Gromadziły one przed odbiornikami wielomilionową publiczność i były jednym z najchętniej – obok brazylijskich seriali i „Dynastii” – oglądanych programów. Wytworzyła się więc swoista kultura Kaszpirowskiego, aby nie powiedzieć – kult. Ale to nie wszystko. Rosyjski hipnotyzer był równie chętnie wpuszczany do kościołów, gdzie uprawiał swoje gusła; podobne rzeczy wyprawiał wówczas Clive Harris. To zblatowanie się polskiego Kościoła katolickiego z podejrzanym czarownikiem może dziwić tym bardziej dzisiaj, bo sam zainteresowany nie wypowiada się w najlepszym tonie ani o chrześcijaństwie, ani o Jezusie Chrystusie. Taki jednak mieliśmy wówczas klimat – po prezbiteriach i salkach parafialnych kręcili się bioenergoterapeuci, różdżkarze (w tym księża), wahadełkowcy i inni pomniejsi guślarze, zamawiający swoje czary i łapiący na nie naiwnych. Jak to się więc stało, że Anatolij Kaszpirowski zyskał taką popularność? Próbuje na to odpowiedzieć Gabriel Michalik, tytułując swoją książkę „Sen o wszechmocy”.

Cała opowieść rozpoczyna się w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, gdzie bohater reportażu praktykował jako psychiatra. Bardzo szybko wpadł w konflikt z innymi lekarzami, czego powodem były niestandardowe metody leczenia pacjentów. Od początku więc słynny hipnotyzer, zanim nim został, przejawiał skłonności do nonkonformizmu. Od początku również żywo interesował się wpływaniem na innych ludzi. Jeszcze wcześniej zaczął trenować boks, co nauczyło go kontrolować swoje ciało i jego reakcje na różnorakie bodźce. Tutaj od razu chciałoby się wprowadzić sensacyjny wątek szpiegowski, który wielu podnosi – według niego Kaszpirowski miał być agentem KGB czy GRU. Autor zbija te argumenty, ale z drugiej strony nikt nie wie jak było. Biografia tego człowieka jest dziurawa niczym szwajcarski ser i obfituje w tyle białych plam co życie typowego bohatera romantycznego. Michalik próbuje więc rozeznać się w jego życiorysie, co rusz natrafiając na ślepe uliczki i fałszywe flagi. Jedno wiadomo – Kaszpirowski jest (wciąż żyje, o czym niektórzy nie mają pojęcia) człowiekiem tajemniczym, niechętnie dzielącym się swoim życiem.

Udało się autorowi uchwycić mało charakterystyczny rys osobowości swojego bohatera, mianowicie sporą chimeryczność – Kaszpirowski często zmienia zdanie, przeczy sam sobie, a także obraża się na dociekliwych dziennikarzy. Wydaje mi się, że to ważniejsze, niż mogłoby się wydawać. W połączeniu z nietypowymi zdolnościami hipnotyzera stanowi ciekawy punkt wyjścia do dalszych rozważań nad tym intrygującym ale i irytującym człowiekiem. Kwestia jego paranormalnych zdolności, stanowi w tej książce, to rzecz oczywista, jedno z głównych zagadnień. Autor nie rozstrzyga, czy faktycznie były prawdą, czy tylko sprytną szarlatanerią. Istotnie, Kaszpirowski raz zaskoczył prawie wszystkich, znieczulając na odległość pewną pacjentkę, która w rezultacie, nie czując bólu, była operowana w szpitalu specjalistycznym, kilkaset kilometrów od miejsca, z którego nadawał hipnotyzer. Wszystko zaś oglądała za pośrednictwem telewizji, w sali operacyjnej. Równie ciekawe, ale bardziej znane, były fenomeny obserwowane na bezpośrednich z nim spotkaniach. Ludzie mdleli, wpadali w trans, padali na ziemię – robili dokładnie to samo, co na spotkaniach z charyzmatykami, sądzącymi, że posiedli moc Ducha Świętego.

Ta moc była z Polakami przez kilka lat, a potem ucichła, bo społeczeństwo na dorobku zajęło się nieco innymi sprawami. Również podnosił się powoli stopień sceptycyzmu wobec tego typu zjawisk. Okazuje się jednak, że Kaszpirowski działa do dzisiaj, szczególnie w Kazachstanie i w Izraelu, czyli tam, gdzie mieszka jeszcze wielu Rosjan. W samej federacji jest niemile widziany, co zdaniem Gabriela Michalika zadaje kłam tezie o jego agenturalności. Człowiek ten wciąż wykorzystuje swoje rzekome zdolności paranormalne, ale jego popularność jest o wiele mniejsza niż trzydzieści lat temu. Stanowi to znak czasów, które potrzebowały cudotwórców, którzy tu i teraz potrafią człowieka uzdrowić i dać mu nadzieję na lepszą przyszłość. Dzisiaj na takie usługi jest o wiele mniejsze zapotrzebowanie, ale kto wie, co będzie działo się w przeciągu najbliższych lat, kiedy uderzy nas kryzys gospodarczy spowodowany błędnymi decyzjami polityków, spowodowanymi przez fałszywą pandemię.

Adin, dwa, tri… Historia Kaszpirowskiego, opisana w „Śnie o wszechmocy”, jest więc bardzo interesująca, ale pozostawia sporo niedosytu. Nie jest to winą autora, który dwoił się i troił, aby ze skąpego materiału ułożyć kompletny obraz. Przyczyny tego stanu rzeczy należy szukać w samym bohaterze, który przedstawiał sprzeczne wersje wydarzeń, a o niektórych zabronił autorowi pisać. Jest więc pewne, że sporo tajemnic zabierze ze sobą do grobu, w tym tę dotyczącą jego współpracy z tajnymi służbami oraz prawdziwą rolą, jaką pełnił w Europie środkowej na przełomie dwóch ostatnich dekad XX wieku. Bo że nie był to tylko biznes, ale operacja psychologiczna, ćwierkają od dawna niejedne wróble.

Gabriel Michalik, Kaszpirowski. Sen o wszechmocy, wyd. Agora, Warszawa 2020, ss. 327.


Pisanie o Żydach wiąże się z jednym zasadniczym ryzykiem. Jeśli nie pisze się o nich na kolanach, będzie się oskarżonym o antysemityzm. Tym ostatnim jest już nawet krytyka polityki państwa Izrael. Antysemicki jest również Nowy Testament, a więc całe chrześcijaństwo. Najbardziej zaś katolicyzm, mimo histerycznego ekumenizmu i padania na twarz. Za antysemicką została swego czasu uznana „Historia Żydów” Paula Johnsona, znanego brytyjskiego historyka, autora niemniej ważnych „Intelektualistów”. Rzeczą oczywistą jest więc fakt, że za antysemicką została zapewne uznana rozprawa Michaela Jonesa „Gwiazda i krzyż”, która w amerykańskim oryginale nosi zupełnie inny tytuł, mianowicie „The Revolutionary Jew and His Impact on World History”. Z tego tytułu wynika jasno, że autor skupiał się będzie na związkach narodu żydowskiego z rewolucjami i przewrotami, które wybuchały na przestrzeni dwóch tysięcy lat – od buntu przeciwko Rzymianom po zburzeniu Świątyni, po rewoltę obyczajową XX wieku. Ten ostatni problem Jones często porusza w swoich tekstach, nie dziwi więc, że znalazł się on również w „Gwieździe i krzyżu”.

 

Polski tytuł sugeruje, że książka niniejsza opowiadać będzie o relacjach żydowsko-chrześcijańskich i po trosze tak jest, wszak do XIX wieku włącznie można naszą cywilizację nazwać właśnie tym mianem. Sprawa komplikuje się w XX wieku i przyspiesza po II wojnie światowej, II Soborze Watykańskim i rewolucji młodzieżowej przełomu lat 60. i 70. poprzedniego stulecia. W dodatku pozycja ta jest skrócona niemal o połowę w stosunku do oryginału, co tłumaczy wydawca. „Gwiazda i krzyż” porusza bowiem wiele wątków amerykańskich, które, jego zdaniem, mogłyby być niezrozumiałe dla polskiego czytelnika. Nie mnie oceniać, jak byłoby naprawdę, natomiast te prawie pięćset stron historii dość wyczerpująco opisuje wzajemne relacje między diasporą żydowską a resztą świata. Relacje te od początku były trudne i burzliwe, czego nie ułatwiały – z jednej strony – nieufność wobec obcych, a z drugiej – wyraźna izolacja Żydów od reszty. Powodem, zdaniem Michaela Jonesa, jest Talmud. Zresztą judaizm talmudyczny, nie tylko w opinii tegoż autora, jest religią nowszą niż chrześcijaństwo, pisze o tym na przykład ks. Waldemar Chrostowski. Religia ta powstała na bazie judaizmu starotestamentalnego, ale w opozycji do chrześcijaństwa, co jest niezwykle istotne. A Talmud, jako zbiór przepisów organizujących drobiazgowo życie religijnych Żydów, pełen jest lapsusów – mówiąc łagodnie – dość nietolerancyjnych wobec wyznawców Chrystusa. Stąd elitaryzm oraz izolacjonizm tego narodu.

Michael Jones, pisząc swoją publikację, miał na uwadze nie tylko rewolucyjne zaangażowanie Żydów, ale również ich częsty akces do tajnych stowarzyszeń jak Różokrzyżowcy, Iluminaci i masoneria. Zresztą te trzy mocno inspirowały się mistyką hebrajską, przede wszystkim Kabałą. Związek ten jest w zasadzie nierozerwalny. Późniejsza rewolucja francuska czerpała z dorobku wolnomularstwa, przede wszystkim w walce z religią Jezusa Chrystusa. W pewnych momentach książki, chociażby wymienionych przed chwilą, nieraz traci się z oczu głównych bohaterów. Dzieje się tak również podczas omawiania przedrewolucyjnych intryg i spisków angielskich Wigów, mających na celu destabilizację sytuacji politycznej na kontynencie europejskim. Wówczas głównym tematem przestają być Żydzi, ale przede wszystkim Szkoci i Anglicy. Mam więc wrażenie, że ten główny problem czasami mimowolnie znika z kart tej pozycji.

Inną nierozerwalnie związaną z tym narodem cechą jest mesjanizm. Żydzi, którzy nie uznali Chrystusa, są zdaniem pisarza, zdeterminowani, aby poszukiwać mesjasza. Na początku czynili to w łonie swojej religii, a potem im bardziej postępowała ich laicyzacja, tym chętniej przenosili się w tym kontekście na płaszczyznę polityki. I tak, na początku XIX wieku wielu Żydów upatrywało politycznego zbawcy w Napoleonie, a za sto lat zbawicielem miała stać się ideologia komunistyczna. Na tym jednak nie koniec, bo rewolucja jest jak rower – co powiedział Che Guevara – musi wciąż jechać, bo inaczej się przewróci. Wiek XX to zmiany obyczajowe lat 60. i 70. oraz podmiana na rynku idei – mianowicie zastąpienie trockizmu neokonserwatyzmem. Autor ma w tym względzie ciekawe spostrzeżenia, bo stwierdza, że jedna i druga polityczna idea są swoimi bliźniaczymi siostrami.

Warto sięgnąć po „Gwiazdę i krzyż”, tym bardziej, jeśli interesuje nas nie tylko historia Żydów, ale mechanizmy powstawania rewolucji – tych na papierze, w sferze idei, i tych jak najbardziej namacalnych i pełnych zapachu prochu. Czy jednak jest to książka antysemicka? Nie sądzę. Jones napisał ją z perspektywy katolickiej, rozgraniczając szacunek do człowieka przy jednoczesnej krytyce jego działań. Przecież absurdem i brakiem logiki jest sądzić, że istnieją na świecie narody wybrane, których działania nie powinny podlegać ocenie.

Michael Jones, Gwiazda i krzyż, tłum. J. Morka, wyd. Wektory, Sadków 2007, ss. 440.


Masoneria liczy sobie już ponad trzysta lat. Jej powstanie zbiegło się nieprzypadkowo z początkami Oświecenia, które z kolei wydało z siebie, pod sam koniec, Wielką Rewolucję Francuską. Epoka ta, jak żadna inna, inspirowana była ideami wolnomularskimi, do których, oprócz wolności, równości i braterstwa, zalicza się także tolerancję. Można więc powiedzieć, że epoka rozumu i masoneria to jedno. Obie jednym głosem wypowiadają się chociażby na temat religii katolickiej, obie na piedestale stawiają człowieka, który w myśl ich idei jest w stanie osiągnąć maksymalny rozwój duchowy oraz intelektualny, jeśli tylko porzuci religijne przesądy. Do czego prowadzi porzucanie tych ostatnich, niejeden raz pokazała historia kilku ostatnich wieków. W każdym razie idealistyczna legenda wolnomularstwa głosi, że to organizacja (wcale nie tajna) filantropijna oraz filozoficzna, której celem jest ukształtowanie nowego człowieka, a ten ma być obdarzony wieloma pozytywnymi przymiotami. Masoneria, zarówno w rycie francuskim, jak i szkockim, zdaje się, że na stałe weszła do krajobrazu politycznego i społecznego liberalizmu. Jednak dla niektórych systemów politycznych była konkurencją, stąd walka z nią w Związku Radzieckim i hitlerowskich Niemczech.

Z kolei we Francji, gdy nastał gabinet marszałka Petaina, zwany również rządem Vichy, dla masonerii francuskiej nadeszło kilka chudych lat. Można na ten rząd patrzeć tak jak większość, jak na władzę kolaboracyjną, współpracującą ze zbrodniczym reżimem. Ale można również spróbować wyrobić sobie zgoła inna opinię, która zauważy niuanse i szarości, które zwykle pojawiają się w takich sytuacjach. Te kilkadziesiąt miesięcy to również próba walki z lożami masońskimi, co ocenić trzeba jednoznacznie pozytywnie. Walka ta nie zniszczyła lóż nad Sekwaną, jedynie pozwoliła na wnikliwe przyjrzenie się ich działalności, jak zwykle utajnionej. Przy okazji, co zapewne bardziej zainteresuje czytelnika francuskiego, poznaliśmy wiele nazwisk, które miały w swym życiorysie wolnomularskie epizody. Niektóre nawet dość długotrwałe. Dominują wśród nich socjaliści i liberałowie, co nie powinno nikogo dziwić. W końcu swój ciągnie do swego.

A skąd to wszystko wiemy? Otóż, w latach 1941-44 w Vichy ukazywał się miesięcznik „Dokumenty  Masońskie”, redagowany przez Bernarda Fay. Człowiek ten, będący również zwolennikiem restauracji monarchii, był po II wojnie więziony, a następnie w 1951 roku uciekł z kraju. W czasopiśmie tym ukazywały się demaskatorskie teksty, ujawniające niewygodne fakty z życia wielu adeptów masońskiej religii, a także i takie, które ujawniały sekrety organizacyjne oraz filozoficzne tej organizacji. Wartość historyczna tych materiałów jest bezcenna, a ich wyselekcjonowany wybór został przedstawiony polskiemu czytelnikowi w „Archiwach masonerii francuskiej” wydanych przez nieocenioną oficynę Wektory. Mamy więc nie lada okazję, aby zajrzeć za kurtynę nie tylko wolnomularstwa, ale słabo znanego okresu historii Francji, który kojarzy się jedynie z kolaborancką władzą. Fakt, że rzeczywistość tamtych lat była bardziej skomplikowana, przeziera z kart omawianej książki. Rządy marszałka Petaina były, zdaniem autorów zebranych artykułów, ratunkiem przed socjalizmem, który przed II wojną światową działał destruktywnie na francuskie życie społeczne i gospodarcze.

Zebrane w „Archiwach masonerii francuskiej” teksty pod kątem faktograficznym są dość zróżnicowane. Pierwszą grupę stanowią artykuły, które przybliżają masońską symbolikę i filozofię, dość zbieżną z okultyzmem oraz kabałą, a także nawiązującą do oświeceniowych idei. Inną jest zbiór tekstów, w których autorzy omawiają strukturę organizacyjną wolnomularstwa. Czytelnik dowie się z nich również o wpływie tajnych struktur na historię ostatnich dwóch wieków, a także przyjrzy się francuskim ludziom władzy, którzy masonerii oddali swoje całe dorosłe życie. Ocena autorów jest jednoznacznie negatywna; widza oni w wolnomularstwie ogromne zagrożenie oraz przyczynę historycznego i politycznego zła. Stąd blisko już do spekulacji oraz spiskowych teorii. Jedną z nich jest śmierć Rasputina i rodziny cara Mikołaja II interpretowana jako rytualne morderstwo. Autor opracowania przedstawia sugestywne poszlaki, które każą przyjrzeć się tym dwóm mordom jako czemuś więcej, ale wydaje się, że w swoich dywagacjach idzie za daleko i podkłada gotową tezę pod argumenty. Z drugiej jednak strony czy taki obrót wydarzeń nie mógłby być możliwy. W takiej sytuacji warto pozwolić sobie na wątpliwości dotyczące oficjalnej wersji zdarzeń. „Archiwa masonerii francuskiej” są więc ciekawym źródłem, które próbuje zakryć wiele białych plam, z którymi mamy do czynienia zawsze, gdy mowa o wolnomularstwie.

Archiwa masonerii francuskiej, tłum. M. Masny, wyd. Wektory, Wrocław 2020, ss. 429.

Lewiatan to biblijny potwór morski, oznaczający również diabła. Lewiatan to również tytuł rosyjskiego filmu wyreżyserowanego przez Andrieja Zwiagincewa. I dwa te, oczywiste dla mnie skojarzenia, wiążą się z debiutancką powieścią Marcina Cieleckiego. Autor jest mi znany już z tomu esejów „Miasto wewnętrzne”. Jego szkice zawarte w wymienionym przed chwilą tomie pokazały, że w prozie czuje się nieźle i pisząc ją, wychodzi obronną ręką. Jednak eseje to nie powieść, a moim zdaniem łatwiej stworzyć dobry szkic niż dłuższy utwór epicki. Ten pierwszy nie musi mieć wartkiej akcji, a wystarczą mu jedynie erudycja i piękna polszczyzna. W literaturze fabularnej potrzeba jednak czegoś więcej – mianowicie znajomości życia i słuchu, szczególnie do dialogów. Z tego właśnie powodu sporej części beletrystyki współczesnej nie daje się czytać. A jak sprawa wygląda z „Archipelagiem Lewiatana”? Czy go również nie da się czytać?

Zacznę może od dostojewszczyzny. Gdyby sam autor nie podrzucał takich tropów, uznałbym je za zbyt banalne skojarzenie. No, ale skoro Marcin Cielecki to robi, czuję się usprawiedliwiony. Kanwą fabularną jego powieściowego debiutu jest zbrodnia. Od początku wiemy, kto zabił, i jest to główny bohater – Bartek Ostrowski. Wiemy również, kto zginął, chociaż w miarę lektury dowiemy się więcej. Ukryty jest za to motyw, a gdy już go poznamy, trudno nam odrzucić przeświadczenie o słuszności tego morderstwa. „Archipelag Lewiatana” zdaje się więc manipulować czytelnikiem i na tym pierwszym poziomie nie pozostawia złudzeń. Brutalny czyn dokonany przez głównego bohatera, opisany z dużą dawką przemocy, jest odpowiedzią na inny brutalny czyn. Czy gorszy? Tu również powieść Cieleckiego przypiera nas do muru i jedyną sensowną odpowiedzią wydaje się potwierdzenie. Czy jednak tak jest naprawdę? Raskolnikow zabił, bo czuł wewnętrzny przymus bycia młotem Boga na ziemi. Czy to samo czuje Ostrowski? Postać Dostojewskiego w końcu udaje się na katorgę i tam próbuje przyjąć do siebie światło Ewangelii. Natomiast u bohatera „Archipelagu Lewiatana” próżno szukać dążenia do pokuty i ekspiacji. Ten czuje się jak Bóg, a czytelnik chętnie przyznaje mu rację.

Przestrzenią, w której rozgrywa się większa część powieści, jest klasztor. To tam udaje się bohater po dokonaniu zabójstwa. To tam próbuje przeczekać i nieraz umiera ze strachu, podejrzewając wszystkich dookoła o to, że za chwilę wydadzą go policji. W końcu zabił z zimną krwią i w brutalny sposób. Klasztor ten budzi skojarzenia z innym rosyjskim obrazem kinowym, mianowicie z „Wyspą” Pawła Łungina. Znów jednak z tą różnicą, że film traktuje o odkupieniu, natomiast zbiór wysp Marcina Cieleckiego to utwór o braku poczucia winy i braku odpowiedzialności za wyrządzone zło, chociaż ten, który zginął z ręki głównego bohatera, uczynił rzecz jeszcze gorszą. W przestrzeni sacrum, gdzie toczą się kolejne dni, Ostrowski, poznaje szereg postaci, z którymi próbuje wchodzić w relacje. Jest butny, ale i zamknięty w sobie, co nie dziwi, wszak chce się ukryć. W dawnych czasach klasztory stawały się azylami dla zbrodniarzy; w powieści tej uświęcone miejsce pełni podobną rolę. Zresztą kolejne jej rozdziały noszą tytuły kolejnych modlitw Liturgii Godzin. Czyżby życie bohatera było modlitwą? Jeśli tak, czym może być modlitwa człowieka, który uznał się za Boga i uzurpuje sobie prawo do oczyszczania ziemi ze zbrodniarzy? Taki to Dexter świata moralnego niepokoju?

Debiutancką powieść Marcina Cieleckiego jest więc próbą zmierzenia się z tematem winy i kary, a jest to próba udana. Autor pokazał, że potrafi stworzyć sugestywną sytuację, w której, jako czytelnik, muszę zadać sobie kilka ważnych pytań. Czy jednak „Archipelag Lewiatana” daje gotowe odpowiedzi? Zostawia raczej w poczuciu dyskomfortu, bo z jednej strony rozgrywa się w przestrzeni sakralnej, a z drugiej bohater zabawił się w Boga. Po trzecie, mimowolnie mu kibicujemy. Tu trzeba zadać pytanie najważniejsze. Gdzie leży główny problem? Czy to przerażający czyn zwyrodnialca, na który jedyną odpowiedzią była brutalna zemsta? Czy może my współcześni jesteśmy już tak przeżarci modernizmem (a to matka wszystkich herezji), że zło w imię dobra nie budzi naszego moralnego sprzeciwu?

Marcin Cielecki, Archipelag Lewiatana, wyd. JanKa, Pruszków 2020, ss. 399.


Religia i władza to dwie rzeczywistości, które we współczesnej Rosji lubią się przenikać. Tak było zresztą od zawsze, z przerwą na komunizm, chociaż w czasie panowania tego ostatniego trudno powiedzieć o całkowitym zaniku cerkwi prawosławnej. Ta została raczej przejęta przez sowieckie władze i wykorzystywana jako wentyl bezpieczeństwa, przy jednoczesnym panowaniu tak zwanego ateizmu naukowego. Dzisiaj sprawa wygląda nieco inaczej, i chociaż Rosjanie nie są przesadnie wierzącym społeczeństwem, istnieją wśród nich niewielkie grupy, które swoje prawosławie traktują poważnie. Władza zaś lubi podkreślać, że troszczy się o religię i w oficjalnych wystąpieniach często podkreśla swój związek z chrześcijaństwem. Jakiś czas temu na rubieżach naszej prawicy pojawiła się koncepcja Władimira Putina jako katechona, który rzekomo stanowi przeciwwagę dla zdegenerowanego Zachodu, a sama Rosja miałaby zostać trzecim Rzymem i dopełnić czasów. Ten ostatni pomysł nierzadko wybrzmiewa wśród rosyjskich prawosławnych, którzy – podobnie jak część polskiej prawicy – uznaje Rosję za forpocztę chrześcijańskiej awangardy, będącej znakiem sprzeciwu wobec tak zwanej Gejropy.

Takim właśnie ludziom przygląda się Albert Jawłowski, czego skutkiem jest świeżo wydane „Miasto biesów”. Punktem wyjścia dla autora staje się osobliwa pielgrzymka, której celem jest miejsce kaźni ostatnich Romanowów, czyli pewien loch w Jekaterynburgu. W tym właśnie miejscu komuniści zgładzili carską rodzinę i jak mówią niektórzy rosyjscy zwolennicy spisków, było to morderstwo rytualne. Sam spotkałem się z tą koncepcją podczas lektury „Archiwów masonerii francuskiej”, ale szczerze mówiąc, nie jestem specjalnie do niej przekonany. To raczej legenda, mająca dodać jeszcze więcej dramatyzmu do tej i tak tragicznej historii. Jej happy endem, jeśli można tak rzec, jest beatyfikacja cara Mikołaja II. Tutaj widać właśnie ten styk polityki i religii, który każe zastanowić się mocno nad rosyjskim prawosławiem. Toteż Jawłowski wybiera się do Rosji i próbuje zadawać pytania, wykorzystując dogodną sytuację, którą jest wspomniana powyżej peregrynacja. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że zadaje je dość nieśmiało, bo zamiast chóru głosów świadków otrzymujemy monolog autora, z rzadka jedynie przerywany wypowiedziami kogoś z zewnątrz.

W ten sposób „Miasto biesów”, zamiast być reportażem, staje się analizą współczesnego rosyjskiego życia politycznego, społecznego i religijnego. Przyznać trzeba, że miejscami dość ciekawą, ale jednak pozostawiającą niedosyt, bo nie tego spodziewał się czytelnik. Przez większość tekstu Albert Jawłowski pisze jednak jak rasowy akademik, który na swojej alma mater odebrał solidne teoretyczne wykształcenie, a w dodatku pozbył się przesądów, a nabawił lewicowo-liberalnego światopoglądu. Nie różni się w ten sposób od całej reszty, co przekłada się na banalność „Miasta biesów”. Nie potrafi autor wyjść poza stereotypy, które każą pisać mu o religijnych maniakach, wschodnich szurach oraz biednych, zapóźnionych cywilizacyjnie Rosjanach, wierzących w jakieś niestworzone banialuki o świętym carze i potężnym Putinie. Gdy poza nie wychodzi, poświęca karty swojej publikacji burzliwym dziejom Rosji za czasów panowania Borysa Jelcyna, ewentualnie przedstawia nieznane polskiemu czytelnikowi meandry współczesnej polityki. Gdy z kolei pisze o ludziach, wychodzi z niego poczucie wyższości, a narracja oscyluje wokół motywu foliarstwa. Owszem, ciekawe jest to foliarstwo, ale autorowi zabrakło z jednej strony empatii, a z drugiej bezstronności.

Czasem nawet nie kryje irytacji spowodowanej tym, że musi rozmawiać z jakąś nawiedzoną kobietą, której poglądów się domyśla, a życia prywatnego nie jest ciekawy. Tak się nie robi reportażu, chyba że w „Gazecie Wyborczej”. Wydaje się więc, że autor pojechał do Rosji z gotową tezą, jak uniwersytecki mądrala, który wszystko wie i wszystko już widział. Na skutek takiego podejścia do tematu, został on w dużej mierze zmarnowany, bo przefiltrowany przez jego osobiste poglądy polityczne i religijne. Rozumiem, że kult Mikołaja II może śmieszyć, że bawić mogą konferencje naukowe, na których omawia się niestworzone teorie historyczne, rozumiem również, że podobnie jak bawić, mogą te zjawiska irytować. Zwłaszcza kogoś, kto już jedną nogą stoi na zachodzie Europy, gdzie nie wierzy się już w nic, nie tylko w Mikołaja II. Gdzie z kościołów robi się burdele i restauracje. Nie zamierzam tutaj powiedzieć, że Rosja jest idealną przeciwwagą Zachodu, czy idealizować tego kraju. Mam jednak wrażenie, że autor „Miasta biesów”, zetknąwszy się z czymś dziwnym, co wymyka się postępowemu racjonalizmowi, stracił orientację i, zamiast oddać głos swoim bohaterom, wolał mówić za nich jako ten mądry pan, który zawsze ma więcej do powiedzenia od tępych dzikusów.

Albert Jawłowski, Miasto biesów. Czekając na powrót cara, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, ss.247.


Jarosław Jakubowski to pisarz wszechstronny, chociaż w pierwszej lidze nieobecny. Jednak kto ma go znać, ten zna. Kojarzą go przede wszystkim miłośnicy dramatu współczesnego, chociażby z takich adaptacji jak „Generał” czy „Licheń Story”. Jednak to nie jedyne pole, na którym autor uprawia swoją twórczość. Jest także autorem powieści kryminalnej, tomu opowiadań grozy, prozatorskich miniatur, a w końcu całkiem niezłej, klasycyzującej poezji. I chociaż nie jest tak „kościółkowy” jak Wencel czy Dakowicz, stoi obiema nogami po jasnej stronie mocy. Ubiegły rok, który był dla rynku wydawniczego niezbyt szczęśliwy, przyniósł najnowszy tekst tego koronowskiego pisarza. To współczesna powieść obyczajowa, nosząca znajomy tytuł – „Hejter”. Hejterom jednak, którzy myślą, że Jakubowski chciał wypłynąć na ostatnim filmie Jana Komasy, uświadamiam, że tytuł tej powieści był już wiadomy na jesieni 2017 roku. Jej losy były burzliwe, co opisuje blurb zamieszczony na ostatnim skrzydełku okładki. Mianowicie, nie było chętnych do jej wydania, co autor poczytuje za decyzję polityczną. Cóż, pewnie tak było, ponieważ dzisiaj wszystko jest polityką. Trzeba się tylko ustawić po odpowiedniej stronie i wydać można nawet zapiski na papierze toaletowym. Jeśli nie, cóż, nie mamy pańskiego płaszcza.

„Hejter” ukazał się więc w bólach nakładem niewielkiej bydgoskiej oficyny Bibliotekarium. W związku z tym nie będzie dostępny w wielkich sieciach księgarskich i pewnie od razu trafi do literackiego czyśćca. Czy szkoda? No właśnie, jestem zmuszony stwierdzić, że powieść ta nie przypadła mi do gustu. I to nie z powodów, dla których z pewnością odrzuciłby ją literacki salon warszawski XXI wieku. Ten stwierdził, ustami wydawnictw, odsyłając tekst z odmową wydania, że jest w niej zbyt dużo polityki i Smoleńska. Owszem, ten ostatni pojawia się w „Hejterze”, ale dosłownie na kilku stronach. Polityki też nie jest zbyt wiele – główny bohater – Artur Niewiadomski – nie ukrywa swoich zapatrywań na świat, ale nie czyni tego zbyt nachalnie. W tej sferze przydałoby się jednak zastąpić część sformułowań bardziej aluzyjnym językiem, po to, aby zyskać na uniwersalności przekazu. Najnowsza proza Jarosława Jakubowskiego nie porwała mnie z zupełnie innego powodu, a jest nim unoszący się nad nią duch pewnego francuskiego pisarza.

Michel Houellebecq, bo o nim mowa, pojawia się już w krótkim motcie powieści, a potem pozostaje z nami aż do końca lektury. Z Houellebecqowskiej gliny wydaje się ulepiony protagonista – Niewiadomski. To pisarz w średnim wieku, żałosny i użalający się nad sobą, przegrywający życie, trochę abnegat, trochę pijak, jak również bohater, który mógłby wcielić się w którąś z ról w kinie moralnego niepokoju. To jedno, co mi w tej powieści ciąży, ale nie jest to najpoważniejszy problem. Tym jest seks, którego w „Hejterze” pełno i to w naturalistycznym wydaniu. Gdyby to była jedna bądź dwie sceny, rozcieńczyłyby się w całości. Nie jest tak jednak; co chwilę – szczególnie w części pierwszej – pojawiają się pornograficzne opisy, ukazane w sposób obrzydliwy i odpychający. To właśnie główny element tego ducha, którym przepojone są utwory Michela Houellebecqa. Nie rozumiem, skąd u pisarzy, uważających się i uważanych za konserwatywnych, tyle pornografii. Rozbudowane łóżkowe sceny, w dodatku pokazane z odpowiednią dawką turpizmu, można przecież spotkać i u Wildsteina, i u Ziemkiewicza czy Chmielewskiego. To chyba szerszy i mało zbadany problem, który moim zdaniem można powiązać z posoborową duchowością katolicką.

Gdyby „Hejter” był powieścią słabą od początku do końca, na wszystkich polach, machnąłbym na niego ręką. Żal mi jednak, że całkiem niezły pomysł i dobrze poprowadzona akcja zostały zepsute cyckami, waginami i penisami w przeróżnych konfiguracjach. Bo przecież struktura utworu od początku wydaje się nieść w sobie pewien koncept. „Hejter” zaczyna się niczym szkatułkowa opowieść, wstępem prowadzonym przez narratora gdzieś pod koniec XXI wieku. O tym przyszłym świecie nie wiemy zbyt wiele, poza informacją, że jest naprawdę źle. Otwiera się więc przed czytelnikiem przestrzeń do dywagacji. Bardzo szybko jednak przenosimy się do początku XXI wieku, w którym pojawiają się już znane problemy. Polityczne, społeczne czy religijne. Najważniejszym w powieści jest jednak wątek autotematyczny, bo to pisanie wydaje się główną kwestią poruszaną przez autora. Jest to pisanie przynoszące sukces, ale tylko w wymiarze materialnym. Duch natomiast głoduje, nie mając się czym nakarmić. Tej pustki nie jest w stanie wypełnić pieniądz, dom na prowincji czy często uprawiany seks.

„Hejter” jest również powieścią o pewnym śledztwie. Na pierwszy plan, poza Arturem Niewiadomskim, wysuwa się wiec jego śledczy cień - komisarz Kutera. Ich rozgrywka do pewnego stopnia przypomina grę między Raskolnikowem a Porfirym Pietrowiczem. W końcu „Hejter” to powieść z kluczem, w której możemy się dopatrzeć śladów realnego życia literackiego, zarówno tego w błysku fleszy, jak i w zapomnieniu. Bohater główny przypomina nieco samego autora, chociaż nie tylko, widzę w nim odniesienia do Łukasza Orbitowskiego czy Szczepana Twardocha. Z kolei pechowy fotografik o pseudonimie Gruby kojarzyć się może z Wiktorem Żwikiewiczem, bydgoskim pisarzem science fiction – obaj są przedstawicielami autentycznej cyganerii. którzy pomieszkuja w ruderach i klepią biedę. Powieść Jarosława Jakubowskiego ma więc sporo mocnych stron, a miłośnicy Houellebecqa powinni ją zaakceptować w całości, włącznie z naturalistycznym seksem. W mojej jednak opinii ten ostatni sporo popsuł, niczym łyżka dziegciu w beczce miodu.


Jarosław Jakubowski, Hejter, wyd. Bibliotekarium, Bydgoszcz 2020, ss. 279.