Nie było jeszcze na polskim rynku wydawniczym pozycji książkowych poświęconych disco polo. Aż nagle odchodzący rok 2019 przyniósł dwie! Jedną z nich jest „Polski bajer” Moniki Borys, a o drugiej jeszcze będzie okazja napisać. Wydawać by się mogło, że ten najpopularniejszy gatunek muzyczny, lubiany przez szefa TVP Jacka Kurskiego, a ćwierć wieku temu przez promujących kandydatów do Belwederu – Waldemara Pawlaka i Aleksandra Kwaśniewskiego – już dawno powinien znaleźć swoje miejsce w jakimś zwartym opracowaniu, lecz nic z tego. Z jednej strony disco polo jest bowiem zmorą i koszmarnym snem polskiego inteligenta, z drugiej masową rozrywką zauważoną czas jakiś temu przez uczelniane elity. Wahadło poglądów na ten gatunek muzyki wychyla się więc dość mocno: od pogardy po podziw (co z tego, że ironiczny?). Brakuje jednak środka. Wychodzi toteż na to, że ten dźwiękowy banał rodzi w społeczeństwie prawdziwie gorące spory, na które od kilku lat dodatkowo nałożyła się polityka. Bowiem, zdaniem wykształconych elit, miłość do disco polo łączy się z miłością do programów socjalnych partii rządzącej, zaś niechęć naznacza wyborców innych sił, które chcą jawić się jako europejskie i postępowe. „Polski bajer” próbuje więc jakoś okiełznać ten spór i wychodzi z założenia, że polska odmiana muzyki dyskotekowej jak mało która dziedzina sztuki mówi o dzisiejszej Polsce, ale przede wszystkim o tej z okresu transformacji ekonomicznej.

Disco polo powstało bowiem na początku lat 90. XX wieku i swoją genezę czerpało z twórczości wykonawców polonijnych takich jak Mały Władzio czy Polskie Orły. Patrzyło również w kierunku ludowych przyśpiewek, piosenek weselnych, biesiadnych czy nawet harcerskich, nie zapominając jednak, że produktem ma być muzyka disco. Disco polo to nazwa, która podobnie jak italo disco miała odróżnić rodzimą odmianę tanecznych dźwięków od całej reszty. Początkowy etap tej twórczości był, zdaniem Moniki Borys, pionierski i nieokrzesany. Sam po lekturze jej książki pozwoliłem sobie odsłuchać kilkanaście wspomnianych przez nią piosenek. Niektóre z nich były kuriozalne, a niewielka część ocierała się nawet o groteskę. Słuchając przecież tej wczesnych utworów, można natknąć się nawet na gitarowe solówki, będące domeną rocka, nie twórczości dyskotekowej. Wśród pionierskich discopolowców odnaleźć można nie tylko Akcent czy Milano, by wymienić tych najbardziej znanych również dzisiaj, ale Krzysztofa Krawczyka i Bogdana Smolenia, którzy mając na swoim koncie kariery w PRL, próbowali odnaleźć się w nowej dla rzeczywistości. Mamy również w tych szczenięcych latach disco polo niezwyczajne wolty stylistyczne, jak przemiana artystyczna Piotra Czai, który z blackmetalowego wokalisty w zespole Bundeswehra stał się słodkim dyskotekowym piosenkarzem w kapeli Cin Cin. O tym ostatnim autorka jednak nie pisze, a szkoda.

Nie pisze również o Braciach Figo Fagot, mimo że część swojej książki poświęca współczesnym parodiom tej muzyki. A omawiając rzeczone zjawisko artystyczne, stawia przede wszystkim tezę, że było ono lustrem, w którym odbijała się polska transformacja ustrojowa. Przede wszystkim ta nieudana jej część, czyli przaśny kapitalizm Januszów biznesu. Disco polo było bowiem muzyką, w której odzwierciedlały się lęki i marzenia Polaków wczesnych lat 90. Chcieliśmy być bogaci jak na Zachodzie, jeździć do ciepłych krajów czy jeść wykwintne potrawy, a oto dystans do tego wszystkiego się zmniejszył. Dlatego, tłumaczy Monika Borys, w teledyskach do utworów dyskotekowych, tak wiele egzotyki. Stąd „Egipskie noce” Shazzy czy palmy i krótkie gacie pląsających chłopaków na planach wielu obrazów filmowych kręconych do tanecznych piosenek. Autorka do zjawiska tego podchodzi w sposób antropologiczny, co stanowi jednocześnie i wadę, i zaletę „Polskiego bajeru”.

Zasadniczą wadą tej publikacji jest więc jej przekombinowanie interpretacyjne. Monika Borys chciałaby zauważyć w tej muzyce więcej, niż w niej w zasadzie jest. Osobiście mam wrażenie, jakby według niej była ona jedyną twórczością, która opisywała nasze zmagania z transformacją. A co z punk rockiem, który do połowy lat 90. świetnie sobie radził, co z wczesnym rapem, który pozwolił młodym gniewnym spod klatek schodowych na wielkich osiedlach na zbiorową identyfikację? Przede wszystkim jakoś fałszywie brzmi tutaj ta nuta antropologii kulturowej, jakby na granicy nadinterpretacji. Do tego dochodzi myśl, że disco polo jest w zasadzie czymś więcej niż było i jest: niezwykle prostą muzyką do tańca. Zaletą jest za to poważne podejście do zjawiska, które traktowane było do tej pory po macoszemu. Nie dlatego, że jest wartościowe – tu stawiam się po stronie krytyków disco polo jako muzycznego chłamu – ale dlatego, że faktycznie mówi coś o naszych zbiorowych gustach i definiuje nas jako naród o pochodzeniu chłopskim, nie szlacheckim, jak chciałaby większość, która się tej wiejskości wstydzi.

Według autorki, disco polo, przede wszystkim to wczesne, było mirażem i złudą, którą ta nazwała mianem tytułowego bajeru. Bajerować znaczy bowiem obiecywać pewien fałsz, pewną fatamorganę, wiedząc, że nie będzie można jej podarować. Muzyka ta stanowiła więc obietnicę nie do spełnienia. W realnym świecie nie będzie księżniczek z bajki czy walizek pełnych dolarów, nie będzie ciepłych krajów i egzotycznych przygód miłosnych na plaży, nie będzie dziewcząt uroczych jak modelki w teledyskach. Ale w czasie biedy i niepewności wszyscy potrzebują marzeń i nadziei na lepszą przyszłość.

Monika Borys, Polski bajer. Disco polo i lata 90., wyd. WAB, Warszawa 2019, ss. 284.

W niedawnym wywiadzie z Magdaleną Rigamonti Jakub Żulczyk stwierdził, że zwiedzając Watykan, był tak przytłoczony emanującym z niego złem, że w Kaplicy Sykstyńskiej musiał posłuchać sobie black metalu. Od razu przypomniał mi się kolega ze studenckich lat, który w święto Bożego Ciała próbował odstraszać procesję, puszczając na całą pydę wymalowanych blackmetalowych klaunów. Pisze o tym gatunku nie bez przyczyny, bo jeden z drugoplanowych bohaterów najnowszej powieści Jakuba Żulczyka – „Czarnego słońca” – ma ksywkę Burzum, a postać główna, jadąc samochodem z małoletnim Jezusem i Matką Boską, tupie nóżką do „Transilvanian Hunger” – czwartej płyty Darkthrone. Nie przewidziało się szanownym czytelnikom, powtórzę więc raz jeszcze. Bohater główny powieści – pseudonim Gruz – podróżuje z Panem Jezusem oraz Jego Matką. I uprzedzam lojalnie, bo robię to po raz pierwszy. W tekście tym będą spoilery, bo „Czarne słońce” nie jest warte niczyjej lektury. Postaram się więc zdradzić kilka zagadek, aby broń Boże, nie trzeba było po tę książkę sięgać.

Przykro mi tym bardziej, że do tej pory twórczość Jakuba Żulczyka ceniłem i niejednokrotnie chwaliłem na tym blogu. Nie przeszkadzał mi wulgarny język ani ukazywanie przemocy. Sądzę bowiem, że autor do dzisiaj, o czym świadczą niektóre partie „Czarnego słońca”, zachował wybitny słuch literacki i jak mało kto ma talent do realistycznych dialogów oraz czuje mowę potoczną. W tej kwestii nic się nie zmieniło, bowiem powieść ta iskrzy się od świetnych powiedzonek, celnych obserwacji socjologicznych czy kąśliwego dowcipu. Żulczyk okłada kułakiem młodych metalowców (bardzo dobry epizod z blackmetalowymi mizantropami w trasie koncertowej), hipsterski rap dla panienek z dobrego domu, polską klasę polityczną lub neonazistów. Te epizody czyta się niczym kompletnie niepoprawne politycznie artykuły z podziemnych gazetek. A dawno nie miałem w ręku żadnego zina. Nie jest więc tak, że chcę teraz wziąć „Czarne słońce” i z automatu dokonać jego spalenia na stosie. Chociaż jestem zdania, że jakiś indeks ksiąg zakazanych powinien jednak istnieć. Zwłaszcza po lekturze tej właśnie powieści.

Przede wszystkim „Czarne słońce” jest bezapelacyjnie najgorszym utworem napisanym przez Jakuba Żulczyka. Jego grzechem pierwszym jest dojmująca nuda. Kiedy przyzwyczai się już do wulgarnego słownictwa, nagromadzenia przemocy niczym w grach komputerowych dla pryszczatych nerdów, antyreligijnych bluźnierstw oraz jadu strzykającego w kierunku wartości narodowych i katolickich, dochodzi się do wniosku, że oprócz tego zestawu atrakcji niczego specjalnego tam nie ma. No, są może jeszcze sceny seksu gejowskiego między głównymi bohaterami – członkami nacjonalistycznej bojówki. Fakt, sporo autor poświęca uwagi na opisywanie męskich narządów płciowych, masturbacji („walenie konia” to chyba najczęstsza fraza), ale i seksu damsko-męskiego. Drugim więc grzechem jest mentalne gówniarstwo tej powieści. Niczym mój kolega z dawnych lat, Jakub Żulczyk szokuje, jakby chciał dać upust swojej nienawiści do Kościoła katolickiego. Niestety, nie zauważa tego, że takie nagromadzenie makabry i bluźnierstwa nie przynosi pożądanego efektu. Wręcz przeciwnie, jego powieść zaczyna przypominać nieśmieszny żart pijanego wujka, który po raz kolejny beka przy posiłku, nie wiedząc, że w ten sposób nie robi już na nikim wrażenia.

Grzechem trzecim jest tendencyjność tej prozy, chociaż trzeba przyznać, że mogło być gorzej. Oto bowiem tłem powieści jest Polska z niedalekiej przyszłości, rządzona przez krzyżówkę Jarosława Kaczyńskiego i ojca Tadeusza Rydzyka (pseudo Ojciec-premier) oraz episkopat. Kraj nasz wyszedł z Unii Europejskiej, nie przyjął uchodźców, na których można teraz polować, trawiony jest przez potworne upały (globalne ocieplenie) i w końcu jest gospodarczą oraz społeczną ruiną. Politycy ogłosili Jezusa Chrystusa królem Polski, a mieszkańcy wpadli w religijny amok. W świecie tym grasują nazistowskie bojówki, premier jest pedofilem i mordercą dzieci, a ministrem wychowania jest demoniczna zakonnica. Przyznać trzeba, że bardzo to wszystko przewidywalne i mało wiarygodne. Główny bohater w końcu przechodzi przemianę wewnętrzną, a jej początkiem jest wizja Treblinki zesłana na niego przez powieściowego Syna Bożego. Tu komentarz jest chyba zbędny. Do tej tendencyjności dodać muszę jeszcze miałkość fabuły, która z początku zapowiada się nawet obiecująco, ale od połowy utworu stacza się w dziwaczne i nieprawdopodobne epizody, które kończą się totalną destrukcją świata.

I w końcu czwartym grzechem „Czarnego słońca” jest jego nihilizm. Proszę sobie jednak nie myśleć, że jest on w jakikolwiek sposób sugestywny. Poziom tego nihilizmu przypomina świat wewnętrzny nastoletniego buntownika, który jednocześnie marzy o apokalipsie, Ragnaroku, Szatanie, paleniu kościołów, ale gdzieś tam na dnie jest de facto małym zapłakanym gnojkiem, któremu roi się idylliczna rzeczywistość. A w niej wszyscy kochają się tak mocno niczym w ostatniej księdze „Pana Tadeusza”. Poziom przemyśleń wewnętrznych narratora oraz postaci do złudzenia przypominającej autora (Żulczyk stosuje zabieg, w którym rzekomo ujawnia się jako twórca powieściowej rzeczywistości) to, niestety, poziom tekstów metalowych, bardzo dalekich od zrozumienia złożoności świata. Nihilizm ten, co czyni go chyba tak nieznośnym, jest łączony w powieści z tanim moralizatorstwem. Wiecie, faszyzm prowadzi do zbrodni, a religia i nacjonalizm to zło. I aby to zło pokazać, wykreowano świat, w którym pokazuje się cały katalog perwersji. Bo przecież czytelnik jest za głupi, aby pojąć, do czego prowadzi faszyzm, i trzeba mu w naturalistyczny sposób pokazać tortury, śmierć i zboczenia seksualne. Za chwilę okaże się, że komu się to wszystko nie podoba, jest agentem Watykanu, faszystą, zwolennikiem Hitlera oraz religijnym fanatykiem dyszącym żądzą mordu na uchodźcach.

Jakub Żulczyk, Czarne słońce, wyd. Świat Książki, Warszawa 2019, ss. 508.

Raban to hałas, raban to wywracanie do góry nogami zastanego porządku, w końcu raban to rewolucja. Ale „Raban” to również tytuł zbioru reportaży o współczesnym Kościele. Zbiór ten ma pokazać, że poza obskuranckim i konserwatywnym polskim katolicyzmem istnieje ten prawdziwy obraz chrześcijaństwa, który słucha papieża Franciszka, wstawia się za biednymi i robi raban. Ewentualnie wstaje z kanapy, bo do tego również zachęca biskup Rzymu. Na okładce postać podobna do Franciszka rysuje na murze pacyfki, a z drugiej strony krótka recenzja Szymona Hołowni, ikony Kościoła otwartego. Z dużym prawdopodobieństwem można więc orzec, co znajdzie się w środku, że autor Mirosław Wlekły będzie chciał przedstawić oblicze Kościoła jako instytucji charytatywnej. Tak jest w istocie, jednak obraz ten jest bardziej niepokojący, niż niektórzy czytelnicy się spodziewają. Domyślam się również, jakie recenzje zdobył „Raban” w postępowo-katolickiej prasie. Pewnie doceniły ją „Znak” i Tygodnik Powszechny” – pisma, które nie wiedzieć dlaczego, wciąż nazywane są katolickimi. Jakie to wszystko przewidywalne. Na czym więc polega tytułowy raban?

Aby go opisać, autor wybrał się w niejedną podróż. Odwiedził ojczyznę papieża – Argentynę, ale i Wielką Brytanię czy Belgię. Był również na Bliskim Wschodzie. Każda podróż zamknęła się w oddzielnym tekście, który ma ambicje pokazać obraz katolicyzmu odległy od jego rzekomego oblicza w Polsce. Fałsz jednak pojawia się w jednym z pierwszych fragmentów, w których rozmówca Wlekłego dziwi się, że w naszym kraju nie ma… wspólnot charyzmatycznych. Pozostałe zaś to propagandowa pieśń, w której żongluje się słowami „biedni” oraz „wykluczeni”. Istnym popisem propagandy jest ostatni reportaż, opisujący Birmę, w którym w rzeczywistości o Kościele nie ma prawie nic. Na początku autor opisuje wstrząsające wydarzenia z 2008 roku, kiedy potężny cyklon spustoszył kraj; zginęło wówczas kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Reportaż ten jest oskarżeniem zachodniego świata o spowodowanie katastrofy klimatycznej, czym wpisuje się w obwiązującą walkę na froncie gretyzmu-leninizmu. Manipulacja grubymi nićmi szyta, obliczona na wymuszenie nowych podatków, bo tylko o to chodzi w tych wszystkich klimatycznych harcach. A przyklaskuje im papież Franciszek, z którego encykliki „Laudato si” zaczerpnięto cytaty ilustrujące ten tekst.

Nie to jest jednak najgorsze, chociaż trudno winić autora, że wybrał sobie takich rozmówców. Najbardziej dobitnym elementem jego tekstów jest fakt, że prawie każdy z nich gloryfikuje inną herezję. I tak przykładowo jeden z bohaterów reportażu o Kościele argentyńskim, ksiądz Paco Olveira, wypowiada słowa: mówią nam: on umarł na krzyżu, by nas zbawić. To kłamstwo. On umarł w obronie biednych. Zabili go możni tamtych czasów. Cały tekst jest więc pochwałą teologii wyzwolenia, herezji, która dawno już została potępiona przez Watykan, dzisiaj jednak tylnymi drzwiami wciska się na rzymskie salony. Rzeczony ksiądz sutanny nie nosi, bo po co, a w jego skromnie umeblowanym pokoju wisi plakat Che Guevary. Ani razu również nie odnosi się do życia duchowego; odnosi się wrażenie, że chrześcijaństwo jest dla niego równoznaczne z działalnością charytatywną, bez jakichkolwiek odniesień do jego założyciela. Inny z kolei problem porusza tekst poświęcony Anglii oraz Stanom Zjednoczonym. To naturalnie LGBT. Autor i jego rozmówcy przedstawiają łzawy i sentymentalny obraz kochających się gejów i lesbijek, którzy chcieliby należeć do Kościoła. Sęk w tym, że nikt im tego nie broni. Jednak bohaterowie reportażu dwoją się i troją, aby tę oczywistość, jaką jest potępienie w Biblii stosunków homoseksualnych, zrelatywizować. Takie były czasy – mówią i dodają, że te dzisiejsze są zupełnie inne i że trzeba towarzyszyć, rozeznawać, a w końcu zaakceptować.

Mniej oczywistą część „Rabanu” stanowią jednak rozdziały dotyczące Czech i Libanu. Ten pierwszy kraj, jako ofiara komunistycznej walki z Kościołem katolickim, szczególnie doświadczył prześladowań osób wierzących, włącznie z hierarchią. Wówczas, w opozycji do Kościoła państwowego, narodził się ten podziemny, w którym potajemnie wyświęcano kapłanów, a nawet biskupów. Bohaterowie reportażu twierdzą, że święcenia te objęły nawet trzy kobiety, ale trudno ten fakt zweryfikować. W każdym razie rezultatem tej dramatycznej sytuacji jest istnienie tajnie wyświęconych księży, którzy po odzyskaniu wolności nie chcieli zgodzić się na oficjalne powtórzenie ceremonii. To mało znany fakt, który pokazuje, że w porównaniu do Czechosłowacji, Kościół w PRL cieszył się o wiele większą swobodą. Natomiast tekst dotyczący Libanu w zasadzie nie zawiera żadnych kontrowersji, bo chodzi w nim o pomoc uchodźcom z Syrii. Warto jeszcze wspomnieć o reportażu opisującym Belgię, w którym bohaterem głównym jest pochodzący z Kamerunu kapłan organizujący w kościele wspólne posiłki dla chrześcijan i muzułmanów. Robi to, kierując się jednością i tolerancją religijną, więc nawet nie próbuje nawracać niekatolików.

Dietrich von Hildebrandt w „Koniu trojańskim w mieście Boga” napisał, że prawda zawsze powinna być przed jednością. Natomiast w odwrotny sposób zachowuje się większość z opisanych w „Rabanie” postaci. Porażające jest, że są oni katolickimi duchownymi. Próżno szukać u nich jakichkolwiek odniesień do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Skupiając się na biednych, wykluczonych, uchodźcach, ateistach i innowiercach, nie głoszą im Chrystusa, ale udzielają pomocy doraźnej, a w przypadku tych, którzy kontestują chrześcijańską moralność, głaszczą po głowach, mówiąc: róbta, co chceta. „Raban” wydaje się więc głosić fałszywą tezę, jakoby Kościół w Polsce nie pomagał, co więcej, nie robił tego nigdy przedtem. Wlekły zdaje się sugerować, że pomoc biednym i wykluczonym zawsze musi odbywać się kosztem prawdy katolickiej, że dopiero, gdy głosi się herezje, jest się prawdziwym miłosiernym Samarytaninem. A przecież przykłady Alberta Chmielowskiego czy Jana Bosko pokazują jasno, że to nieprawda. Po co więc wyszła ta książka?

Mirosław Wlekły, Raban! O Kościele nie z tej ziemi, wyd. Agora, Warszawa 2019, ss. 393.

Unia Europejska, jaka jest, każdy widzi. Rozrośnięta do granic absurdu biurokracja, socjalizm i obyczajowa urawniłowka. A podobno kiedyś było inaczej. Gdy powstawała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, mowa była tylko o gospodarce, nie o aborcji, eutanazji czy prawach małżeńskich dla gejów i lesbijek. Skoro miało być tak pięknie: prawicowo i normalnie, skąd dzisiaj te aberracje? Skoro ojcowie założyciele Unii – Jean Monnet i Robert Schuman – mieli poglądy konserwatywne, a ten drugi jest nawet kandydatem na ołtarze, skąd dzisiaj we wspólnocie europejskiej pomysły rodem z Dantego? Zagadkę tę trudno rozwikłać, jeśli patrzy się na świat zgodnie z obowiązującą narracją, która rzeczonych ojców założycieli traktuje jak świętych. A co, jeśli prawda jest nieco inna? Może tak naprawdę Monnet i Schuman mieli na myśli inne cele? Może wcale nie byli tacy święci, a kandydowanie Schumana do panteonu to kolejny dowód na nienormalność, która zapanowała we współczesnym Kościele katolickim? Jak wytłumaczyć fakt, że na przestrzeni kilkudziesięciu lat szlachetne założenia zmieniły się w ich przeciwieństwo? Nie da się zrobić tego inaczej, jak tylko raz jeszcze dokładnie przyjrzeć ojcom założycielom, tym razem bez różowych okularów.

Dokonał tego Philippe de Villiers, francuski pisarz i polityk, który wiele garniturów wytarł w paryskim oraz brukselskim parlamencie. Będąc śmiertelnym wrogiem ujednolicania wspólnoty europejskiej w jedno scentralizowane państwo, przyjrzał się źródłom jej powstania i życiorysom jej architektów. Efektem jego pracy jest fascynująca opowieść zatytułowana „Kiedy opadły maski”. Gros jej treści stanowi wiwisekcja poglądów politycznych oraz działań Schumana i Monneta, z której wynika, że obu panów znajdowało się jak najdalej od cnoty, którą nazywamy honorem. Otóż Robert Schuman podczas II wojny światowej dekował się po klasztorach, aby broń Boże nie dać Niemcom cienia podejrzeń o wspieranie ruchu oporu. Jego katolicyzm zaś można porównać do wiary otwartych katolików z koła poselskiego Znak; jako żywo staje przed oczami Tadeusz Mazowiecki. Z pochodzenia był Luksemburczykiem, a po ukończeniu studiów prawniczych sprawy prowadził w języku niemieckim. Do tego ocierał się o pacyfistyczne i demokratyczne kręgi katolickie, co z pewnością ukształtowało jego poglądy. W I wojnie światowej walczył po stronie niemieckiej, chociaż słowo „walczył” wydaje się użyte mocno na wyrost. Potem zaś przyjął obywatelstwo francuskie. Jest więc bardzo prawdopodobne, że w ten właśnie sposób ukształtował się kosmopolita, nieprzywiązany do żadnej ojczyzny, za to zafascynowany europejską federacją.

Podobnie Jean Monet, Francuz z pochodzenia, już we wczesnej młodości objawiał kosmopolityczne inklinacje. Zafascynowany Anglią, wyjechał do Londynu w interesach. Tam zajmował go biznes, a historia, sztuka i literatura śmiertelnie nudziły. Pierwszą wojnę przeżył, opływając w bogactwo i prowadząc szeroko zakrojone działania handlowe. Potem wyjechał za Ocean, gdzie z kolei zafascynował się Stanami Zjednoczonymi do tego stopnia, że przez niektórych nazywany był amerykańskim bankierem. W czasie II wojny światowej i pod jej wpływem wpadł na pomysł, że likwidacja narodów zagwarantuje światu trwały pokój. Od tego czasu robił wszystko, aby urzeczywistnić swoją ideę. Został emisariuszem Roosevelta, a De Gaulle, z którym spotykał się w czasie wojny z ramienia amerykańskiego rządu, miał go za sprzedawczyka.

Co w tym wszystkim najciekawsze, to fakt, że projekt Unii Europejskiej, oczywiście nie pod tą nazwą, okazuje się w książce De Villiersa projektem amerykańskim, zrealizowanym za amerykańskie pieniądze. Dowodzą tego setki dokumentów, w tym przelewy pieniężne i listy słane w obie strony. Rewelacje te rzucają zupełnie inne światło na genezę i dzisiejszy kształt wspólnoty i każą poważnie zastanowić się nad intencjami ich twórców. Oto bowiem dwóch kosmopolitów i konformistów, wynarodowionych i wewnętrznie wyjałowionych, to ci sławetni ojcowie założyciele, o których ciepłe słowa padają dzisiaj także z ust eurosceptyków. Ci ostatni powinni więc przeczytać to, co Philippe de Villiers ma im do powiedzenia.

Lecz nie tylko o Monnecie i Schumanie możemy przeczytać w jego publikacji. Drugą jej część stanowi analiza działalności i ideologicznego projektu Unii Europejskiej. Jest ona przedstawiona jako niezdolny do zreformowania się twór, który posiada podstawy antychrześcijańskie i antynarodowe. Pisze autor: poddano nas niezwykle niebezpiecznemu doświadczeniu, które prowadzi do powstania wielokulturowego anty-społeczeństwa i odcięcia nas od naszych korzeni. Taka Europa jest falsyfikatem, oszustwem, staje się spłaszczona, porusza się bez busoli, a z jedności europejskiej pozostaje jedynie nazwa. Przeznaczeniem obywateli Europy staje się rola konsumentów rzeczy i praw oferowanych na planetarnym rynku, gdzie spotyka się cała ludzka masa. Europa proponuje takim obywatelom życie bez narodu, bez rodziny, bez godności, bez ziemi i bez nieba. De Villiers zauważa tutaj dwie trucizny cywilizacyjne, które aplikowane są europejskim narodom przez unijnych mocodawców. Pierwszą z nich jest multikulturowość, która – zgodnie z poglądami Monneta – roztapia nacje w wielkim tyglu. Po to więc kult migranta, skwapliwie odprawiany także przez Watykan i papieża Franciszka. Drugą zarazą jest zamazanie granicy między mężczyzną a kobietą, która dzieje się za sprawą ideologii gender, oraz między zwierzęciem a człowiekiem, które pozwala przerywać życie ludzkie przed narodzeniem. Jednym słowem, znów kłania się John Lenin, który wita nas wszystkich w Babilonie.

Philippe de Villiers, Kiedy opadły maski, tłum. W. Golonka, wyd. De Reggio, Warszawa 2019, ss. 278.

Widzieliście „Polowanie” w reżyserii Thomasa Vinterberga? Film opowiada o fałszywym oskarżeniu, które omal nie kończy się dla głównego bohatera tragicznie. Akcja dzieje się w małym skandynawskim miasteczku, którego mieszkańcy wiedzą o sobie wszystko i żyją w surowym protestanckim etosie, narzucającym emocjonalny chłód. Ich relacje normowane są również przez polityczną poprawność. Jednak to prawie że patologiczne społeczeństwo wydaje się spajać jeszcze jedna zasada, której do niedawna nie byłem w stanie nazwać. Dzisiaj, po lekturze najnowszej książki Filipa Sprintera, wiem, że chodzi o prawo Jante, czyli specyficzny kodeks zachowań, które dotyczą specyficznie ujętej równości. Zasada ta, sformułowana przez Aksela Sandemose, norweskiego literata o duńskim pochodzeniu, w jego najsłynniejszej powieści „Uciekinier przecina swój ślad”, wydaje się definiować relacje międzyludzkie w państwach skandynawskich. Stereotypowy chłód i niechęć do obcych to tylko niektóre z symptomów tego charakterystycznego zbioru prawideł. Chociaż miłość Szwedów do nielegalnych imigrantów zdaje się trochę temu przeczyć, ale z drugiej strony afekt do politycznej poprawności może być silniejszy niż prawo Jante. Springer, do tej pory piszący o Polsce, wyruszył do Danii w ślad za tym enigmatycznym zestawem norm.

Efektem tej podróży jest „Dwunaste: nie myśl, że uciekniesz”, którego tytuł wprost odnosi się do jedenastu punktów prawa Jante. Jego nazwa bierze się od fikcyjnej mieściny sportretowanej przez Sandemose w jego słynnym utworze. Autor powieści norm tych nie wymyślił, ale je ponazywał, mając smutne doświadczenia życia na prowincji, gdzie wszyscy wszystkich znają, a ich życie jest poukładane do tego stopnia, że mali chłopcy wiedzą, że z pewnością pójdą w ślady swoich ojców i będą pracować w miejscowej fabryce. Sandemose wyjechał z miasta, aby powrócić do niego już jako znany pisarz. Tropem opisanego przez niego prawa pojechał polski autor. Znalazł w sumie niewiele, ot strzępki informacji na temat Duńczyków, a najważniejszego z nich, zafascynowanego Jante, nie udało mu się odszukać. Stworzył więc sobie postać fikcyjną, co jest najbardziej dyskusyjną częścią tego reportażu. Tym bardziej, że Ole jest najważniejszym bohaterem. I może się nie znam, ale drażni mnie przekraczanie kolejnych granic w prozie dokumentalnej. Od kiedy polski reportaż stracił dziewictwo, po ujawnieniu, że Kapuściński zmyślał, jego adepci coraz częściej, miast dbać o cnotę, udają się do domów uciechy i ochoczo, jawnie bądź w ukryciu, konfabulują, dopowiadają lub po prostu fantazjują. A krytycy pieją z zachwytu. Bez tego całego kontekstu, którym jest celowe zamazywanie granic między fiction a non-fiction, te fabularne wstawki Springera są po prostu nieciekawe.

Na szczęście autor „Dwunastego…” jest na tyle dobrym pisarzem, że póki co jego najsłabsze wydawnictwo i tak jest warte lektury. Przede wszystkim z powodu portretu zbiorowego Skandynawów, który może ostudzić co bardziej naiwnych, którym wydaje się, że emigracja do Szwecji czy Norwegii jest pochwyceniem Pana Boga za nogi. Otóż nie jest, a przede wszystkim za sprawą chłodu, a nawet emocjonalnego zimna. Skandynawia nie jest również dla tych, którzy lubią rywalizację i chwalenie się własnymi osiągnięciami. Wystarczy popatrzeć na nasze nowobogackie domy, z których każdy musi być wyjątkowy, oraz na kult świadectw z paskiem czy średniej powyżej pięciu. Rodzima mentalność kmiecia, który oderwał się od pługa i teraz chce wszystkim udowodnić, że ma najlepszy wóz, najwspanialszy dom i najcudowniejsze dziecko przynoszące ze szkoły same szóstki, w Danii, Szwecji czy Norwegii nie mogłaby rozkwitnąć. Po drugiej stronie Bałtyku leży bowiem druga strona medalu, równie trudna do zaakceptowania jak nasza pycha społeczeństwa na dorobku.

Atutem prozy Springera jest również umiejętność wykreowania, a raczej oddania specyficznego skandynawskiego klimatu, może nie do końca zgodnego z opinią fanów norweskiego black metalu, ale równie chłodnego i nieprzyjaznego, co potęgują fotografie duńskiego miasteczka, zrobione przez samego autora. Czuć w nich depresyjną atmosferę rodem z filmów Bergmana, dodatkowo wzmocnioną przez wieczorną porę. Na ulicach pustki, w oknach światła, jednak brak w nich firanek i zasłon, co każe zapytać o poziom prywatności. Wracamy więc do prawa Jante, którego ostatni punkt brzmi: myślisz, że nic o tobie nie wiemy? Podczas lektury w pokoju robi się jakby zimniej, a my cieszymy się, że urodziliśmy się pod inną szerokością geograficzną. Skandynawię pozostawmy Skandynawom, bo to w zasadzie inna planeta. Szkoda tylko, że Springer tematu nie pogłębił i niepotrzebnie skupił się na tworzeniu fikcji, bo czytanie o tak innych ludziach i odmiennej mentalności naprawdę kształci.

Filip Springer, Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz, wyd. Czarne, Wołowiec 2019, ss. 259.

O tym, że E. Michael Jones jest świetnym pisarzem, nie trzeba przekonywać nikogo, kto serce ma po prawej stronie. Autor ten zasłynął przecież monumentalnym „Libido dominandi”, które opisywało i analizowało kilka wieków demontażu moralności seksualnej. Napisał także „Zdeprawowanych modernistów”, w których obnażył życiorysy znanych i uznanych, stawiając tezę, że ich dorobek artystyczny i intelektualny był pokłosiem erotycznych zboczeń. W końcu jest twórcą trzytomowego „Jałowego pieniądza”, będącego krytyką lichwy uchodzącej za kapitalizm, oraz „Gwiazdy i krzyża”, która to pozycja wzięła pod lupę dzieje Żydów po Chrystusie. Nietrudno się więc domyślić, że z takim zestawem poglądów nie jest ulubionym autorem amerykańskich profesorów i studentów. Po ostatniej jego publikacji, która wyszła w Polsce niedawno, nakładem nieocenionego wydawnictwa Wektory, do swoich wrogów zaliczy go z pewnością spora część hierarchii kościelnej i kleru, nie tylko w USA, ale wszędzie tam, gdzie wkroczył postęp. Jego „Rebelia” jest zapisem trudnych zmagań Kościoła katolickiego z Babilonem, mianem którego określa się współczesny świat. Książka ta, można powiedzieć, zaczyna się tam, gdzie kończyło się „Libido dominandi”, czyli już po zmianach obyczajowych XX wieku, które wydały na świat i hipisów, i radykalne feministki.

Aby naszkicować tło, które jest niezbędnym kontekstem do opisania współczesności, Jones cofa się wpierw do wieku XIX, który dość wyraźnie określił swój sekularystyczny charakter. To wówczas polityka kulturkampfu, prowadzona przez Bismarcka, pokazała masom, że Kościół katolicki musi być prześladowany. Innym punktem zwrotnym, na który autor zwraca uwagę, jest Sobór Watykański II, który wprowadził do Kościoła zamęt i dał asumpt do poluzowania obyczajów w jego łonie. Nawet wówczas, gdy czyniono to wszystko wbrew oficjalnych pism, duch otworzenia się na świat, ułatwił przedstawicielom kleru i wiernym na przeprowadzanie oddolnych rewolucji. Tu jako przykład pojawia się Jean Cordova, zakonnica, która po wstąpieniu do klasztoru rychło dowiedziała się, że nie musi chodzić już na mszę, za to powinna brać udział w sesjach psychologicznych, które rozbudzają jej seksualność. Inną siostrą, która pod wpływem nowych tendencji straciła wiarę, była Mary Bejamin, która „dzięki” wstąpieniu do zakonu odkryła „miłość” lesbijską. To wszystko działo się z błogosławieństwem przełożonych.

Kryzys ten objął również duchownych, czego dowodem stała się spora liczba skandali pedofilskich oraz nieskrywane praktyki homoseksualne. W tym kontekście autor podkreśla dobitne znaczenie rewolucji obyczajowej lat 60., której skutki odczuwalne są aż do dzisiaj. Widzi w niej złowrogie cienie markiza de Sade, oświeceniowego zboczeńca, który wśród różnej maści artystów i historyków ma jednak dobrą prasę, oraz Wilhelma Reicha, architekta seksualnej rewolty, równie plugawą postać co francuski libertyn. Równie ważnym problemem dla Michaela Jonesa jest wojna o media, która zaostrzyła się wraz z liberalizacją tak zwanego kodeksu producenckiego. Ten zbiór przepisów, obowiązujący przez lata w Hollywood, utrzymywał amerykańską kinematografię w dość konserwatywnych ramach. Jego złamanie uruchomiło lawinę, która spowodowała, że Kościół przegrał kulturową bitwę. O jej wyniku przesądziły również skandale seksualne, odpowiednio pompowane i wyolbrzymiane przez media, chociaż nikt nie może zaprzeczyć, że nie miały miejsca. Seks w kulturze stał się wabikiem tak mocnym, że głos katolików stał się dla większości niesłyszalny, a kto go słyszał, najczęściej ignorował.

Kulturowa rewolucja zainfekowała ostatecznie nawet katolickie uczelnie, co zdaniem Jonesa jest szczególnym obrazem tego dramatu. Bowiem sól, która straci smak, nadaje się tylko do wyrzucenia. Teologia wykładana na tych uniwersytetach przestała być katolicka, zaś zwyczajną sytuacją stały się pochwały dla antykoncepcji czy aborcji i jawnie głoszone herezje. Znany w kościelnych kręgach USA ksiądz Richard McBrien w swoich publikacjach zaczął wprost przeciwstawiać się katolickim prawdom i to przy milczącej zgodzie hierarchii. Uznał, że katolik może sobie wybrać to, w co będzie chciał wierzyć, i to, czego będzie przestrzegał, a reszty, jak w przypadku wyboru dań z karty w restauracji, może nie zamawiać. Popierał chociażby aborcję i nie widział niczego złego w praktykach homoseksualnych.

Tutaj dochodzimy do sedna, a głównymi winowajcami, zdaniem Michaela Jonesa, są wolność religijna i dialog. O tym ostatnim autor pisze tak: dialog jest nieudanym eksperymentem. Nie miał on żadnych korzeni w tradycji. W prawie każdej kwestii, której dotyczył, wiązał się z tym, że biskupi poświęcali dla niego Ewangelię. Trudno się z autorem nie zgodzić, tym bardziej, że jego tezy są zbieżne z poglądami innego konserwatywnego krytyka zmian w Kościele katolickim, niemieckiego filozofa Dietricha von Hildebrandta ("Koń trojański w mieście Boga", "Spustoszona winnica"). Obaj piszą zgodnie, że spora część hierarchii zapomniała o starej zasadzie św. Augustyna: nienawidź błędu, kochaj błądzącego, zmieniając ją w istocie w swoje przeciwieństwo.

E. Michael Jones, Rebelia. Kościół katolicki i kulturowa rewolucja, wyd. Wektory, Wrocław 2019, ss. 240.

Większość środkowo czy wschodnioeuropejskich dyktatorów, w porównaniu do ich afrykańskich kolegów, blednie. Gdzie Husakowi czy Jaruzelskiemu do takiego Roberta Mugabe z Zimbabwe czy Isajasa Afewerkiego z Erytrei? A przecież i tak narzekaliśmy na to, co działo się u nas. Gdybyśmy jednak zechcieli popatrzeć na naszą rzeczywistość najnowszej historii z pewnego oddalenia i nabrać do niej dystansu, polecam wybrać się w intelektualną podróż do Afryki i zacząć ją od dekolonizacji. Ta ostatnia zyskała, zwłaszcza w świetle hipisowskich marzeń lat 60., swoją kolorową legendę, jednak prawda o niej jest trochę bardziej zagmatwana i ponura. Fakt, że z państw Czarnego Lądu poznikały rządy białego człowieka, wcale przecież nie oznacza poprawy losu Afrykańczyków. Najczęściej wręcz przeciwnie, ich życie radykalnie się pogarsza. Jakie czynniki mają wpływ na tę specyficzną sytuację? Otóż, jednym z nich są nienaturalnie wytyczone granice, w poprzek istniejących wcześniej plemion i ludów. Jedno z najkrwawszych żniw spowodowanych takimi uwarunkowaniami mieliśmy w latach 90. w Rwandzie. A przecież to nie wszystko. Z drugiej strony wyzwoliciele i bojownicy o supremację czarnej rasy w Afryce najczęściej okazują się chorymi na władzę maniakami, którzy w dodatku są zafascynowali ideologią komunistyczną.

Cały ten proces opisuje Paul Kenyon w „Ziemi dyktatorów”, niezwykle ciekawym kompendium wiedzy na temat losów Afryki w XX i XXI wieku. Począwszy od Libii, w której rządził zabity już kilka lat temu pułkownik Muamar Kaddafi, aż po ascetyczny i przerażający reżim w Erytrei, autor snuje ciekawą opowieść, w której Czarny Ląd stał się tytułową ziemią, na której leje się krew poddanych, a świry u władzy gnębią poddanych i boją się o własne życie. Przyznać muszę, że książka jest brawurowo napisana i dawno nie czytałem tak dobrze skonstruowanej pozycji z pogranicza historii i polityki. Grzechem głównym autorów tego typu publikacji jest często sztywny i hermetyczny język, natomiast Kenyon, mając doświadczenie dziennikarskie i odpowiedni warsztat, tak zbudował swój tekst, że czyta się go jak wartką powieść. Nie tylko chodzi tutaj o kompozycję, ale przede wszystkim o język, który korzysta z najlepszych reportażowych wzorców, wcale nie obniżając wartości merytorycznej „Ziemi dyktatorów”. Autor pisze obrazowo, wykorzystując swoją ogromną wiedzę oraz gdzieniegdzie wyrażając osobiste opinie. To wszystko robi wrażenie erudycyjnego wykładu, nie teoretyka, ale praktyka, który nie tylko w Afryce bywał, ale i mnóstwo na jej temat przeczytał.

Dzięki temu możemy się przyjrzeć dzieciństwu opisywanych postaci, poznać okoliczności, w jakich ci bohaterowie dorastali, oraz idee, którym ulegali. Wszystkich łączyła niechęć do kolonializmu, a większość była ludźmi wykształconymi, niejednokrotnie na uczelniach zachodnich. Wszyscy byli utopistami i w mniejszym czy większym stopniu pragnęli stworzyć swoim obywatelom rajskie warunki. Ale, jak wiadomo, utopia realizuje się zawsze jako dystopia, w Afryce zaś wyjątku od tej zasady nie było. Libia, która miała stać się państwem sprawiedliwości, została prywatnym folwarkiem Kaddafiego. Kongo, doświadczone przez belgijskie ludobójstwo pod koniec XIX wieku, miało z kolei zostać bogatą republiką, w której zapanuje dobrobyt. Jej dyktator – Mobutu Sese Seko – już postarał się, aby tak się nie stało. Ten groteskowy władca rąbał również tysiące hektarów lasu, aby wybudować luksusowy pałac, na który fundusze znalazł z wydobycia diamentów. Nazywany Wersalem z dżungli kompleks budynków był wyrazem kompleksów nikłego moralnie człowieka, który musiał posuwać się do terroru, aby zdobyć posłuch w swoim państwie.

Dyktatorzy ci czerpali więc swoje dochody z eksploatowania złóż naturalnych: złota, diamentów, ropy naftowej a nawet kakao. Naturalnie, czerpią je nadal, co nie przeszkadza międzynarodowym korporacjom i wielkiemu biznesowi. Tym stykom przedsiębiorczości oraz władzy autor również poświęca baczną uwagę. Pokazuje, jak biały człowiek co prawda wycofał się z tworzenia w Afryce polityki, ale nie zrezygnował z działalności gospodarczej, która daje o wiele większe profity niż rządzenie krajem. I chociaż teza Kenyona jest może za ostra, to daje odpowiedni ogląd sytuacji, bowiem z dóbr Czarnego Lądu korzystamy wszyscy. Z drugiej strony jednak to nie biali tworzą groteskowych satrapów i nie oni są odpowiedzialni za ich absurdalne i zbrodnicze decyzje: morderstwa, prześladowanie obywateli, przenoszenie stolic do rybackich wiosek czy przywłaszczanie majątku państwowego.

Biali nauczyli Afrykańczyków, czym jest komunizm i wiążąca się z nim dyktatura, natomiast ci drudzy dołożyli do niego plemienną mentalność i okrucieństwo. Okazali się pojętnymi uczniami, którzy niejednokrotnie przerośli swoich mistrzów, rujnując państwa i zmieniając je w obozy koncentracyjne, jak chociażby w Erytrei. Jeśli więc kolonizacja była pomyłką historii, to co powiedzieć o dekolonizacji, która spowodowała o wiele poważniejsze skutki? Czy biały człowiek zrobił większy błąd, eksploatując Afrykę i zajmując rdzenne tereny jej mieszkańców, niż wtedy, gdy sobie poszedł i dał zielone światło rewolucjonistom, romantycznym bohaterom walki o wolność i subtelnym intelektualistom wyuczonym na europejskich uczelniach?

Paul Kenyon, Ziemia dyktatorów. O ludziach, którzy ukradli Afrykę, tłum. J. Gilewicz, wyd. UJ, Kraków 2019, ss. 479.

Nie znam nikogo, komu udałoby się dotrzeć do Norylska. Nie dlatego, że to daleko. W końcu to największe miasto leżące za kołem podbiegunowym. Powód jest inny: trzeba mieć specjalną przepustkę. W tym właśnie mieście, zaliczanym do jednych z najbrzydszych na świecie, kwitnie przemysł oparty na wykorzystaniu rzadkich metali. Stąd tajemnica państwowa i utrudnienia przy wjeździe. A jak już się tam dostanie, można wdychać cała tablicę Mendelejewa, bo Norylsk to nie tylko miasto bardzo brzydkie, ale jeszcze porządnie zanieczyszczone. Udała się ta sztuka Michałowi Milczarkowi, o którym nie wiedziałem nic, dopóki nie przeczytałem jego debiutanckiej książki. Jeszcze zanim zacząłem czytać, rzuciłem okiem na okładkę i wyjątkowo irytujący blurb autorstwa Ziemowita Szczerka. Tego ostatniego nie poważam, bo mu wartości narodowe przeszkadzają; jego pochwała debiutu Milczarka zapaliła mi więc czerwoną lampkę. Nie, żebym się zraził, bo jednak zacząłem lekturę z nadzieją na ciekawą literacką przygodę. Na końcu jednak musiałem przyznać, że oprócz bardzo dobrych zdjęć niewiele w głowie zostało.

„Donikąd” miał być w zamyśle reportażem. A może dziennikiem z podróży? Może esejem? Pamiętnikiem? Trudno powiedzieć, bo najbliżej mu do tak zwanego reportażu gonzo, który zdarzało się też uprawiać chwalcy Milczarka – Szczerkowi. Polega on z grubsza na wzmocnieniu subiektywizmu i środków wyrazu, za pomocą których czytelnika się bulwersuje. Jeśli więc rzeczona publikacja jest gonzo, to wiele tłumaczy. Jeśli bowiem autor nie ma nic do powiedzenia, to zaczyna eksperymentować. Albo dorabia sobie gębę kogoś, kto łamie konwencje i wychodzi z ciasnych ram reportażu. Robi tak Mariusz Szczygieł, którego ostatnich rzeczy nie da się czytać. Zrobił tak też Michał Milczarek, po którego tekście spodziewałem się czegoś więcej. Tym bardziej, że odwiedził nie tylko wymieniony wyżej Norylsk, ale i Workutę, i Magadan czy Dudinkę. Zjeździł ogromne połacie Sybiru, rozmawiał z ludźmi, widział to i owo, a rezultat wyszedł mu dość nijaki. Szkoda tym bardziej, że z jego słów wynika wieloletnia pasja do północnej Rosji, która zaczęła się już w dzieciństwie. Zawsze go ciągnęło tam, gdzie pozornie niczego nie ma, gdzie jest paskudnie, zimno i postsowiecko. Kierunek nietypowy, ale właśnie dzięki temu liczyłem na pogłębione spojrzenie na sprawę.

Zamiast tego otrzymujemy osobiste notatki z podróży, które rozczarowują swoją miałkością. Nawet gdy natrafiamy na ciekawe fragmenty – obserwacje księżycowych krajobrazów lub rozmowy z ludźmi – zaraz wszystko ginie w słownej wacie. Autor wielokrotnie powtarza, zaznaczając swoje zdziwienie, że tam, gdzie pojechał, zakrzywia się czasoprzestrzeń czy zieje taka pustka, jakiej wcześniej nie doświadczył. Te ciągłe powroty do takich sformułowań po prostu irytują. Wkurza również ton lekkiej ironii, który unosi się nad całością książki. „Donikąd” wpisuje się bowiem w pisanie o Rosji z pogardą i poczuciem wyższości. Milczarkowi nie chce się zajrzeć pod powierzchnię; wystarcza mu pobieżna obserwacja. Fakt, że słowem operuje świetnie i nieraz udaje mu się stworzyć sugestywny opis surowej Północy czy oddać klimat jakiejś obyczajowej scenki, ale co z tego, jak to jego samego jest tej prozie najwięcej. Autor pisze więc przede wszystkim o sobie, o tym, co sam czuje, co sam przeżywa. Czasem rzuci wulgaryzmem, aby podkreślić swoją irytację lub zdziwienie, ale częściej po prostu pustkę i zakrzywianie odmienia przez przypadki. Słucha samego siebie bardziej niż ludzi, których spotyka. Czy w Workucie lub w Norylsku jest jakieś życie? Czy ludzie stamtąd mają jakieś pasje, czy coś ich dręczy, coś zachwyca? W końcu, co robią, aby zabić nudę? Aby otrzymać odpowiedzi, trzeba zrobić coś więcej niż spędzić z plecakiem kilka dni w jednym miejscu. To, co nie udało się Milczarkowi, wyszło doskonale Marcinowi Michalskiemu i Maciejowi Wasielewskiemu w „81:1” – zbiorze reportaży z Wysp Owczych.

Pisanie o Rosji udaje się również Wojciechowi Grzelakowi, Maciejowi Jastrzębskiemu, Krystynie Kurczab-Redlich czy Jackowi Mateckiemu. Jaki znaleźć klucz do ich powodzenia i tym samym do fiaska autora „Donikąd”? Może wiek? W końcu całą czwórkę łączy doświadczenie komunizmu w Polsce. Może dłuższy pobyt czy w końcu większa wiedza ogólna? Mam więc wrażenie, że taką książkę, jaką jest debiut Michała Milczarka, można by napisać o każdym miejscu na świecie, podmieniając jedynie niektóre realia. A szkoda, bo widać w niej pewien potencjał: plastyczny język czy fragmenty narracji, z których chciałoby się wyciągnąć o wiele więcej. W końcu kierunek podróży, jaki obrał autor, jest na tyle intrygujący, że domaga się głębszej, dłuższej i ciekawszej opowieści, w której autorskie „ja” nie przesłoni opowieści innych ludzi.

Michał Milczarek, Donikąd. Podróże na skraj Rosji, wyd. Czarne, Wołowiec 2019, ss. 269.

Oświecenie jest najbardziej fatalnym okresem, który przydarzył się kulturze europejskiej. W Polsce jest ponadto czasem, gdy w tragiczny sposób zakończyła się nasza państwowość, w rezultacie czego I Rzeczpospolita została złożona do grobu na 123 lata. Grabarzem Polski był oczywiście ostatni król – Stanisław August Poniatowski, władca, który ze zrozumiałych powodów nie ma dobrej prasy, chociaż są i tacy, którzy próbują go bronić, chociażby z powodu jego zasług na polu kulturalnym. Do najbardziej zajadłych krytyków króla Stanisława należy przedwojenny publicysta Karol Zbyszewski, znany chociażby z artykułów zamieszczanych przez niego w narodowym periodyku „Prosto z mostu”. Zbyszewski władcy nie oszczędza, nazywając go Kluchosławem. Rozumiem jego wzburzenie, bo osobiście również Poniatowskiego nie poważam, a argumenty za jego działalnością na rzecz ludzi kultury i sztuki uważam za chybione. Zresztą sam Zbyszewski sposób myślenia obrońców króla porównuje do tych, którzy morderców rodziców pochwalą za ładne fiołki na ich grobie. Autor poświęca ostatniemu władcy Polski studium zatytułowane „Niemcewicz od przodu i tyłu”; głównym bohaterem jest w nim autor „Powrotu posła”, a tuż zza niego wyziera pomadowana facjata króla Stanisława per Kluchosława.

O „Niemcewiczu od przodu i tyłu” pierwszy raz usłyszałem na studiach od dr. T. Chachulskiego, który starał się nas studentów pierwszego roku zainteresować epoką Stanisławowską. Trudne było to zadanie, gdyż literatura oświeceniowa jest po prostu nudna. Przy okazji przewalania osiemnastowiecznego gruzu dowiedziałem się o rzeczonej pozycji, aby na długie lata o niej zapomnieć. Wpadła mi w ręce dopiero ostatnio, a jej lektura pozostawiła niezapomniane wrażenia. Gdyby w 1939 roku, czyli w momencie publikacji, istniało pojęcie hejtu czy mowy nienawiści, z pewnością rzuciłyby się na autora tabuny rozwścieczonych obrońców tolerancji i upiekły go na wolnym ogniu w swoich postępowych mediach. Zbyszewski bowiem od samego początku nie bierze jeńców i jasno określa swój stosunek nie tylko do króla, ale do wszystkich oświeceniowych elit. Jego zdaniem, to ludzie albo sprzedajni, jak Poniatowski, Rzewuski czy Szczęsny Potocki, albo w najlepszym przypadku naiwni i łatwowierni. Do tych drugich zalicza autor tytułowego bohatera. Jako żywo, sytuacja Polski przypomina na łamach „Niemcewicza…” dzisiejsze losy – jak mówi Stanisław Michalkiewicz – naszego nieszczęśliwego kraju.

Co ciekawe, „Niemcewicz od przodu i tyłu” był planowany jako rozprawa doktorska Zbyszewskiego. Tak się jednak nie stało, ponieważ szanowne gremium uniwersyteckie zarzuciło autorowi, że jego praca nie spełnia kryteriów naukowości. Brakuje w niej przypisów, a w dodatku napisana jest językiem nader publicystycznym. Zbyszewski zirytował się na dane mu dictum i we wstępie napisał, co sądzi o środowisku naukowym. A państwo się orientują, co to jest profesor? To człowiek, który wie dużo rzeczy, które trzeba wiedzieć lepiej od niego, żeby wiedzieć, że on nic nie wie. Jeżeli słowa te dotyczyły profesorów przedwojennych, o wiele lepiej przecież wykształconych niż dzisiejsi, to tym bardziej pasują do wielu współczesnych wtajemniczonych w arkana wiedzy uniwersyteckiej. Szczególnie na kierunkach humanistycznych. Zbyszewski podobnie cięty jest, gdy opisuje oświeceniowe elity, w tym i Niemcewicza, i Poniatowskiego. Czyni to w porządku chronologicznym, dzieląc książkę na krótkie rozdziały, w których opisuje żywot poety i dramatopisarza na tle burzliwych dziejów ostatnich lat polskiej państwowości.

Znamienne jest też, że czytając „Niemcewicza od przodu i tyłu”, zaczynamy od gromkiego śmiechu, bo przecież jego soczysty język, nieoszczędzający nikogo i niczego, taką właśnie funkcję pełni. Jednak im dalej postępujemy w lekturze, tym częściej śmiech zamienia się w smutek. Bo tak naprawdę książka to smutna, tak jak smutne jest przegranie Polski w politycznych targach, co stało się udziałem naszego ostatniego władcy. Ironia i sarkazm wynikają w niej z bezsilności autora wobec zdrady części elit i indolencji ich reszty. A to powoduje, że tak naprawdę nie ma się z czego śmiać, chyba że przez łzy.

Karol Zbyszewski, Niemcewicz od przodu i tyłu, wyd. Zysk i ska, Poznań 2013, ss. 470.

Od kiedy Zygmunt Freud zaciągnął na kozetkę pierwszego pacjenta, narodziła się współczesna psychologia. Ta, oznaczająca w starożytnej Grecji naukę o duszy, dziedzina filozofii, zmieniła się w nowoczesną naukę, która do dziś dzień stanowi najtwardsze jądro każdego uniwersyteckiego programu nauczania o ludzkim wnętrzu. Również od kiedy Pablo Picasso namalował pierwszy kubistyczny obraz, zmieniła się bezpowrotnie historia sztuki. Twórcy i publiczność zauważyli, że nie trzeba odzwierciedlać rzeczywistości, ale że można ją do woli deformować. Z kolei gdyby nie pewna książka Margaret Mead, być może rewolucja seksualna nie miałaby miejsca. Gdyby autorka nie przedstawiła mieszkańców Samoa jako wyzwolonych erotycznie szlachetnych dzikusów, jej idee nie zostałyby podchwycone przez dużą część młodzieży zachodniego świata. Co łączy więc te trzy przypadki? Pioniera nowoczesnej psychologii, rewolucyjnego malarza i słynną antropolog? Otóż, wziął je pod lupę konserwatywny amerykański pisarz E. Michael Jones i zdemaskował. Zdaniem autora, zarówno Freud, Picasso i Mead stworzyli swoje dzieła za sprawą nieuporządkowanego życia erotycznego. „Zdeprawowani moderniści” to więc książka o tym, w jaki sposób łamanie szóstego przykazania wpływa na głoszone idee. A jest to wpływ większy, niż nam się wydaje. 

Jest to więc główna teza „Zdeprawowanych modernistów”. Każda z omówionych przez Jonesa postaci borykała się z własnym grzechem i tej walki nie wygrała. Stąd porzucanie wiary przez niektóre z nich, stąd również podporządkowywanie głoszonych zasad własnemu duchowemu zamętowi. Zjawisko to widać doskonale na przykładzie malarstwa Picassa. Autor zauważa w jego procesie twórczym interesującą zależność: malarz, będąc lubieżnikiem i mizoginem, wiązał się z coraz młodszymi kobietami (naturalnie, posiadał również żonę, którą więc regularnie zdradzał). Na początku każdego związku jego portretowanie rzeczywistości zbliżało się do poetyki realistycznej, a przynajmniej do jako takiego naśladowania świata. Natomiast gdy już nudził się kolejnymi podbojami i zaczynał ze swoimi kobietami walczyć, wracał znów do deformacji. Autor zauważa więc w tym przypadku prosty mechanizm, który wprost wywodzi się od erotycznego pożądania (albo – jak w drugiej fazie związków Picassa – od wstrętu).

Margaret Mead z kolei ukazana jest jako pospolita intelektualna oszustka, której teorie na temat seksualnego wyzwolenia ludów Samoa nie mają żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Autorka „Dorastania na Samoa” nie przeprowadziła żadnych badań, spędziła tam kilka tygodni, podczas których nawet nie rozmawiała z autochtonami, ponieważ… nie znała miejscowego języka. Za to jej brednie do dzisiaj funkcjonują jako podstawa studiów antropologicznych. Równie mocno bredził Freud, którego koncepcja kompleksu Edypa, rzekomo tłumacząca wszystkie zachowania człowieka, wzięła się z jego pożądania do własnej szwagierki. Oczywiście pożądanie to zostało spełnione, jak na otwarty i nowoczesny umysł przystało. Michael Jones zadaje więc między wierszami pytanie: jaką wartość mają teorie i twórczość oparte z jednej strony na seksualnych aberracjach ich twórców, a z drugiej – na jawnym fałszu, gdyż przypadki Freuda i Mead pokazują, że w ich sytuacji wszystko, co wymyślili, było jedynie wyobrażeniem. „Zdeprawowani moderniści” są więc mocnym głosem oskarżycielskim w kierunku współczesnej nauki i każą patrzeć na psychologię oraz antropologię kulturową nie jak chcieliby ich przedstawiciele – nauki ścisłe, ale niewarte funta kłaków rojenia zwane współczesną humanistyką.

„Zdeprawowani moderniści” nie skupiają się jednak tylko na tych trojgu. Ich bohaterami są na przykład Alfred Kinsey, wyjątkowy degenerat, którego biografia wskazuje na uprawianie seksu z dziećmi, czy lokalne uniwersyteckie gwiazdki z młodości autora – Stanley Fish i Jane Tompkins. Michael Jones miał to szczęście, albo nieszczęście, że jako student rzucony był w sam środek rewolucji kulturalnej roku 1968. Miał wówczas dwadzieścia lat, więc będąc młodym człowiekiem, uczestniczył w kampusowo-uczelnianym życiu młodej lewicy. Alfred Kinsey był zaś jednym z jej idoli. To on właśnie sfałszował badania, z których wynikało, że przeciętny Amerykanin jest bardziej zboczony, niż wydaje się społeczeństwu. Przeprowadził kilkanaście tysięcy wywiadów dotyczących życia seksualnego, zaś fałszerstwo polegało na tym, że jego rozmówcami byli przede wszystkim homoseksualiści, bywalcy burdeli czy prostytutki. Mając takie źródła informacji, mógł z łatwością przekonać społeczeństwo, że niestandardowe zachowania seksualne są zjawiskiem częstym, więc w zasadzie pożądanym i chwalebnym.

„Zdeprawowani moderniści” to ciekawe studium pewnej choroby, która nieleczona zdecydowała o zepsuciu dzisiejszego świata. Jest nią grzech przeciwko szóstemu przykazaniu i to na wielu różnych płaszczyznach. Myśliciele i artyści, których opisał amerykański autor, mieliby z pewnością wiele w tej kwestii do powiedzenia. Ich moralność pozostawiała wiele do życzenia, a tezy, które głosili, były konsekwencją ich wyborów etycznych, a nawet estetycznych, jak w przypadku Pabla Picassa. Wedle starej zasady złe drzewo nie może rodzić dobrych owoców, jedynie zatrute, tak jak twórczość intelektualna bohaterów niniejszej publikacji.

E. Michael Jones, Zdeprawowani moderniści. Nowoczesność jako usprawiedliwienie seksualnej amoralności, tłum. J. Morka, wyd. Wektory, Wrocław 2013, ss. 264.