Justyna Kopińska miała w zeszłym roku swoje pięć minut. Wielokrotnie nagradzana, rozpytywana przez dziennikarzy, nie schodziła z łam pism i przestrzeni internetu. Pisali o niej blogerzy, dziennikarze mediów papierowych, mówiły radio i telewizja. A wszystko to z powodu zbioru jej reportaży zatytułowanego „Polska odwraca oczy”. Przyznam, mam problem z tym tytułem, bowiem sugeruje on, że nasz kraj ma jakieś specjalne predyspozycje do zła istniejącego w przestrzeni publicznej. Problem ten powiększa się, gdy okazuje się, że medium, w którym pracuje Justyna Kopińska, w stopniu przypominającym paranoję szaleńca piętnuje większość przejawów polskości i tradycji. I nie wiem, na ile ten krótki zbiór tekstów zbliża się już do literatury tendencyjnej udającej reportaż, w której przoduje wyżej wspomniane medium, a na ile hołduje dziennikarskiej rzetelności. W każdym razie zbiór tematów, który podejmuje autorka, jest dość szeroki i dotyczy wielu problemów: sądownictwa, Kościoła katolickiego, systemu opieki zdrowotnej, relacji rodzinnych czy więziennictwa.

Niektórzy mogą autorkę kojarzyć z siostrą Bernadetą, która na początku pojawiła się jako bohaterka główna jej reportażu publikowanego w „Dużym Formacie”. Reportaż ten wpisywał się idealnie w grupę docelową czytelników periodyku oraz idealnie przedstawiał wątki tak chętnie poruszane przez dziennikarzy, którym nie jest wszystko jedno: zły Kościół, biedne dzieci oraz przemoc i seksualne nadużycia. Nie mówię, że to nieprawda, tym bardziej, że sprawa jest doskonale udokumentowana i zamknięta prawomocnym wyrokiem sądu. Problemem jest co innego: jednostronny obraz rzeczywistości. Przyznać trzeba, że Kopińska jest dociekliwa i czuje misję. Pisze o sprawach bulwersujących, nierzadko doprowadzając do ich dalszego ciągu. Poświęca karty swoich tekstów młodzieży maltretowanej w jednym ze szpitali psychiatrycznych, przestępcom, których nie udało się zresocjalizować, czy molestowaniu seksualnemu w rodzinie. Są to krótkie reportaże, sprawnie napisane, bez literackich ambicji, suchym i rzeczowym stylem relacji prasowej. Czytając je, pojedynczo albo wszystkie z rzędu, zostajemy zbulwersowani, dotknięci, wkurzeni nawet, na rzeczywistość. Na Kościół, szkołę, sądownictwo, służbę zdrowia, wymiar sprawiedliwości, policję – wiele by wymieniać.

Jednak później pojawiają się dwie wątpliwości. Pierwsza: czy tak wygląda cała Polska? Ile już mieliśmy reportaży i książek poświęconych patologii polskiej prowincji? Ile z nich okazało się sfabrykowanych albo przesadzonych, nie mnie osądzać. Drugą wątpliwość można zapisać zdaniem twierdzącym: zło w społeczeństwie to nie tylko polska specyfika. To samo jest za naszą zachodnią, południową czy wschodnią granicą, albo na drugiej półkuli. W tym kontekście tytuł zbioru staje się coraz bardziej drażniący. Bo czy winą Polski jest istniejące w niej zło? Da się jednak znaleźć w książce Kopińskiej sporo dobrych tekstów, chociaż dziwi nieco aż tak wielka kakofonia pochwał. Najlepszym z nich jest „Beethoven z Murzasichla” – historia niezwykle uzdolnionego niepełnosprawnego chłopca, którego historia jest i bulwersująca, i dająca nadzieję. A zakończenie reportażu jest skomponowane według najlepszych filmowych prawideł: dopiero w samym finale poznajemy najważniejszy szczegół historii, dzięki któremu staje się ona w pełni zrozumiała. Reszta pod względem poetyki jest poprawna: Kopińska nie jest wcale pisarką genialną. Jedynie porusza mocną tematykę, poruszając się w sensacyjnych obszarach „Detektywa” i starego „Ekspresu Reporterów”. Czyta się więc dobrze to, co napisała, ale „Polska odwraca oczy” nie jest ani syntezą dotyczącą naszego kraju, ani nie przedstawia uniwersalnej prawdy o nim. Tytuł myli i wprowadza fałszywy ton, ale nie od dziś wiadomo, że są w Polsce gazety, które Polski nie lubią.

Natomiast zdecydowanie najsłabszym tekstem jest utrzymany w konwencji listu reportaż o księdzu – geju. Napisany według zasad antyklerykalnej propagandy, stanowi wyciskacz łez dla zwolenników tezy o złym Kościele i nadwrażliwych jednostkach, które w nim nie wytrzymują. Słuchajcie, drodzy dziennikarze, którym nie jest wszystko jedno, ksiądz Jacek Międlar pasuje do tej definicji jak ulał. Może poświęcicie mu któryś ze swoich empatycznych tekstów, które litują się nad uchodźcami, gejami i prostytutkami, a więc bohaterami wrażliwej społecznie lewicy?

Drażni mnie jeszcze jedno i nie jest to tylko grzech Justyny Kopińskiej. Wystarczy bowiem przejrzeć kilkanaście numerów „Dużego Formatu” czy „Polityki”, by dowiedzieć się, jakich tematów absolutnie nie może poruszać postępowy reporter. Ma pisać o dobrych gejach, złym Kościele, dobrych uchodźcach, złych nacjonalistach, dobrych rowerzystach i złych fabrykantach. I to według lewackiej logiki jest wyrazem odwagi oraz bezkompromisowości. Natomiast leżą nieporuszone tematy faktycznie odważne: terroryzm wśród uchodźców, molestowanie seksualne w „rodzinach” homoseksualnych, prześladowanie chrześcijan w liberalnej demokracji, cenzura i brak pluralizmu na Zachodzie etc. Macie jaja, aby poświęcić im choć chwilę uwagi?

Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, wyd. Świat Książki, Warszawa 2016, ss. 231.

Jestem ciekawy, czy kiedykolwiek doczekamy się książki o Jerzym Owsiaku. I to nie hagiografii, w której bohater zostanie ogłoszony narodowym świętym, a krytycznej biografii. I im dłużej obserwuję to, co dzieje się wokół człowieka w czerwonych spodniach, coraz bardziej wątpię w to rozwiązanie. Podobne wątpliwości można było mieć dwadzieścia lat temu w stosunku do Marka Kotańskiego, który na przełomie lat 80. i 90. pełnił podobną społeczną rolę co dzisiaj Jerzy Owsiak. Był idolem młodzieży, dyżurnym autorytetem zapraszanym do audycji radiowych oraz telewizyjnych. Był też megalomanem, który sądził, że wokół niego kręci się cały świat. A że pod koniec życia się nawrócił, wypadł z łask liberalnych i libertyńskich głosicieli względności prawdy. Od jego śmierci minie w tym roku równo piętnaście lat, więc emocje, które budził Marek Kotański, są dzisiaj o wiele mniejsze. I pewnie dlatego jego biografia nie rozpali ogólnopolskiej dyskusji. Nie odezwą się dyżurni oburzacze, że oto szarga się świętości. Przypomnę na marginesie, że spora część bohaterów III RP nie doczekała się do dzisiaj porządnego opracowania biograficznego. Gdzie jest niepisana na kolanach książka o Mazowieckim? Gdzie jakakolwiek biografia Geremka? Cóż, pozostaje Kotański.

Jak w każdej klasycznej opowieści o życiu, autor zaczyna od dzieciństwa bohatera. I oto dowiadujemy się, że Marek Kotański wyrastał w cieniu wielkiego ojca (który, nota bene, przeżył jego tragiczną śmierć na drodze), który był profesorem japonistyki i charyzmatyczną osobowością. Od samego więc początku główna postać książki Przemysława Bogusza stawiała na sławę. Początkowo w gronie najbliższych kolegów, potem zaś w Monarze, którego była założycielem. Patrząc na wczesne zdjęcia Kotańskiego z czasów licealnych, widzimy pewnego siebie młodzieńca, który pozuje z uniesioną głową niczym postać stojąca na pomniku. Miał więc Kotański potrzebę błyszczenia w towarzystwie; miało być o nim głośno. Dzisiaj z pewnością prowadziłby vloga, albo publikował tysiące „filmów” na snapczacie. Wówczas musiał zadowolić się analogową fotografią i kawałami robionymi w gronie kolegów. Bogusz staje się dowodzić, że ta narcystyczna osobowość Kotańskiego jest kluczem do zrozumienia powodzenia jego działań społecznych. Twórca Monaru zdawał się również rozumieć to, co dzisiaj w biznesie jest kwestią naturalną. Mianowicie, że promocja własnej osoby staje się promocją jej działań i bez pokazywania twarzy i odmiany nazwiska przez przypadki nie jest się w stanie rozpropagować nawet najbardziej szlachetnego przedsięwzięcia.

Główną częścią tej biografii, bo i stanowiła ona główną część życia Kotańskiego, jest działalność bohatera w Monarze: pionierska w całym bloku wschodnim. Do lat 70. przecież problem narkomanii oficjalnie nie istniał, a gdy się pojawił, był rozwiązywany metodami z epoki kamienia łupanego, które nie dawały żadnych rezultatów. Kotański był w swoich kontrowersyjnych działaniach nowością, zresztą improwizował, opierając się na intuicji. I to ona okazała się strzałem w dziesiątkę, bo w końcu uzależnieni od narkotyków zaczęli wychodzić na prostą. To oni stawali się terapeutami, którzy do dzisiaj pomagają ćpunom wyjść z nałogu. Ale życie Kotańskiego to nie tylko Monar, to również pomoc chorym na AIDS oraz bezdomnym. Każda z tych akcji była głośno komentowana w mediach, wiele z nich budziło burzliwe emocje społeczne. Tak działo się przecież z chorymi na AIDS.

Kontrowersją opisywaną w „Kotanie” jest także życie osobiste bohatera. Autor, co prawda, nie pisze wiele o żonie i córce Kotańskiego, ale zwraca uwagę na jego trudne cechy charakteru, między innymi emocjonalną niestabilność i skłonność do wysługiwania się innymi ludźmi, również przy naginaniu prawa. Zdaje się też mówić, że być może gdyby nie te przypadłości, nie udałoby się bohaterowi jego biografii osiągnąć tego wszystkiego. Czytając tekst, często zadawałem sobie pytanie o motywację Kotańskiego. Ile w niej było autentycznej chęci pomocy wykluczonym ze społeczeństwa, a ile z narcystycznej chęci błyszczenia? Przecież twórca Monaru potrafił śledzić doniesienia prasowe na swój temat i cieszyć się, że po raz kolejny przeczytał w gazecie swoje nazwisko. Natomiast, im dalej od jego śmierci, tym powyższe pytanie jest mniej ważne. Tak jak inne pytanie – czy mnie kochasz – które Kotański zwykł zadawać swoim współpracownikom, oczekując z nich strony wdzięczności i miłości.

Przemysław Bogusz, Kotan. Czy mnie kochasz?, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2016, ss. 318.

Gdyby powstał ranking najbardziej znienawidzonych peerelowskich profesji, na pierwszym miejscu z pewnością znalazłby się esbek. Zaraz po nim na podium stanąłby cenzor, czyli pracownik Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk. Utożsamiany był najczęściej z niespecjalnie inteligentną maszynką do wycinania tekstów, którą z łatwością można było zrobić w balona. Walory intelektualne miał więc na poziomie przeciętnego pracownika UB/SB. Jednak czy taka wizja zgodna jest z rzeczywistością? Czy faktycznie urzędnik cenzury był tym niedouczonym, nieraz tępym obywatelem, którego byle szarpidrut z Jarocina mógł wyprowadzić w pole? Cóż, jeśli wierzy się, że Lech Wałęsa obalił komunizm, a Okrągły Stół był triumfem demokracji, można również uwierzyć w głupotę i cenzorów, i funkcjonariuszy tajnych służb. Jednak taka wiara niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Bo to cenzorzy znali prawdziwą wersję polskiej historii: uczyli się o Katyniu, o Jałcie, znali prawdziwe oblicze miłującego pokój Związku Sowieckiego. Bo im więcej wiedzieli, tym skuteczniej mogli usuwać niewygodne frazy.

Zjawisko cenzury poznajemy dzięki Błażejowi Torańskiemu, autorowi „Knebla”. Jego książka zawiera zapis dwudziestu rozmów, które autor przeprowadził z ludźmi kultury i – na deser – z dwoma przedstawicielami tego specyficznego urzędu. Te dwa wywiady są niezwykle symptomatyczne, ponieważ ukazują dwie postawy. Jedną – wallenrodyczną, a drugą – uległą wobec władzy. Bohaterem pierwszej z wymienionych rozmów jest Tomasz Strzyżewski, który wywiózł na Zachód tak zwaną książkę zapisów, czyli szereg tajnych instrukcji cenzorskich. Pracując w urzędzie, Strzyżewski przepisywał ręcznie wiele stron tekstu, aby w odpowiednim momencie uciec z nimi do Szwecji. Drugim z byłych cenzorów jest pracujący w opolskim urzędzie Eugeniusz Kaniok, który podjął współpracę z cenzurą ze względów bytowych, mając na utrzymaniu niepełnosprawną córkę. Pierwszy z nich nie tłumaczy się, drugi – snuje łzawe opowieści. Strzyżewski nie uważa się, co prawda, za bohatera, ale podobnie jak Kukliński ryzykował długoletnim więzieniem. Za to Kaniok rozmywa swoją odpowiedzialność i lawiruje w półprawdach. Złapany na kłamstwie tłumaczy się jeszcze gęściej, czym pogrąża się w oczach czytelnika. Te dwie niedługie rozmowy są historią Peerelu w pigułce, nie tylko bowiem odnoszą się do omawianego zjawiska, ale przedstawiają sekwencje przeróżnych decyzji i ludzkich dramatów.

Osiemnaście pozostałych wywiadów to, jak wspomniałem, rozmowy z artystami tworzącymi w Polsce Ludowej. Są wśród nich poeci, rysownicy, prozaicy, reżyserzy, kompozytorzy, a nawet lekarze. Najciekawszą konkluzją wynikającą z lektury tych wywiadów jest fakt, że w niewolniczym systemie to nie cenzura była zjawiskiem najbardziej godzącym w wolność słowa. Była ona przecież ostatnim ogniwem łańcucha, który zaczynał się na autorze i prowadził przez kolegium redakcyjne. To właśnie autocenzura była największym problemem, gdyż twórca czy dziennikarz musiał ograniczać swoją wolność już na poziomie wyboru tematów. Kwestia ta prowadzi do zadania pytania o współczesność? Dziś, co prawda urzędu cenzorskiego nie ma, ale istnieje i autocenzura, i kolegium redakcyjne. Rozmówcy Torańskiego zgodnie przyznają, że największym problemem było samoograniczanie się. A częstotliwość przemilczania tematów trudnych w dzisiejszych czasach jest sprawdzianem dla liberalnej demokracji, która egzamin z wolności słowa po prostu oblewa. Bo co to za wolność, w której nie wolno podawać tożsamości etnicznej sprawców zamachów, albo nie dopuszcza się do głosu lekarzy mających inne poglądy na temat homoseksualizmu niż jedynie słuszne?

Rozmowy te są w dodatku zapisem przeróżnych gier, które twórcy z cenzurą podejmowali. Co charakterystyczne, im bardziej chwiejna osobowość, tym większe zasługi sobie przypisuje. Okazuje się bowiem, że hołubiony przez PRL Andrzej Rosiewicz, śpiewający w Opolu, bez problemu wydający płyty w czasach, w których dostęp do rozrywki był reglamentowany, w swojej opinii był niezłomnym artystą wyklętym. Zaś jego umizgi do Michaiła Gorbaczowa były w jego opinii demonstracją postawy antykomunistycznej. Obnażają się niektórzy, nie ma co! Prawda jest przecież okrutna: wszyscy, którzy tworzyli w Polsce Ludowej, musieli iść na mniejsze lub większe kompromisy. Czyje więc w tym zwycięstwo? Twórców, którym nie pozwolono powiedzieć całej prawdy czy systemu, który niewygodne dla siebie treści zatrzymał? Nawet występ w Jarocinie był rodzajem kompromisu z systemem, a co dopiero regularne publikowanie książek, płyt, filmów czy artykułów prasowych w PRL. Miał rację Mojżesz, który do Ziemi Obiecanej nie wpuścił nikogo, kto pamiętał niewolę. Babilon zawsze pozostanie Babilonem, a osobiście wolę przyznanie się do winy niż nieszczerą bohaterszczyznę. „Knebel” jest więc wartościową pozycją, nie tylko dlatego że przedstawia niedostatecznie jeszcze opisany problem cenzury w PRL, ale ukazuje wycinek duszy człowieka ukąszonego przez niewolę, który jeszcze dzisiaj próbuje się wybielać.

Błażej Torański, Knebel. Cenzura w PRL-u, wyd. Zona Zero, Warszawa 2016, ss. 279.

Lubicie Manilla Road? Zaczytujecie się w Lovecrafcie? To pozostańcie przez chwilę, bo obie swoje pasje odnajdziecie na debiutanckim albumie Eternal Champion. Zespół pochodzi z USA (i bardzo dobrze!), ze stolicy Teksasu, gdzie króluje country, ale do tej stylistyki raczej się nie zbliża. Hołduje za to barbarzyńskiemu heavy metalowi i takim właśnie tekstom, w których potwory z opowiadań H. P. Lovecrafta spotykają się z wojownikami od Roberta Howarda. Zresztą rzut oka na okładkę nie pozostawia wątpliwości: ta płyta raczej nie spodoba się redaktorom zasłuchanym w falsety nadwrażliwych brodaczy z akustycznymi gitarami (szczerze nie cierpię takiej stylistyki, a widok takiego Devendry Banharta powoduje wzmożone refleksje na temat gender). Na łamy hipsterskich serwisów nie ma więc co liczyć, chociaż kto wie, co temu towarzystwu się w przyszłości spodoba? Jeśli polubili black metal (przynajmniej deklaratywnie), to może kiedyś polubią muzyczny odpowiednik Conana Barbarzyńcy.

Jeśli tęsknicie więc za tym, aby Manowar wydał w końcu porządny album, jeśli cenicie sobie nosowy wokal Marka Sheltona, jeśli robi na was wrażenie epicki charakter muzyki Warlord i przebojowość wczesnego Omen, możecie rozglądać się za „The Armor of Ire”. Co więcej, nikt nie mówi, że Eternal Champion odcinają kupony od starego grania, chociaż patrzą w stronę prawdziwego barbarzyńskiego metalu. Swoimi kompozycjami przypominają raczej zespół Sumerlands, którego debiut już zdarzyło mi się na tym blogu recenzować. Najbliżej chyba tej muzyce do Warlord, głównie ze względu na fakt, że heavymetalowy szkielet utworów został połączony z wpływami doom metalu. A Warlord na „The Holy Empire” zrobili właśnie coś podobnego. Najdalej zaś panom z Eternal Champion od Manowar. Ci pojawili się jedynie jako pewne luźne skojarzenie, nie bezpośrednia inspiracja. Muzyka Manowar, zwłaszcza na późniejszych albumach była bowiem nieznośnie napuszona i udawała więcej, niż mogła zaoferować. Eternal Champion grają zaś niezwykle naturalnie, brzmią akustycznie (kolejny to przykład, że nie trzeba uciekać się do komputerów), a ich muzyka nie jest tak patetyczna.

Ten krótki album, który nie trwa nawet czterdziestu minut, rozpoczyna najwolniejszy na płycie kawałek „I am the Hammer”, któremu najbliżej do doom metalu, a jego marszowy, powolny rytm i minorowe melodie kreują odpowiednią atmosferę. Ta zaś jest chyba najważniejszym składnikiem „The Armor of Ire”. Nawet w szybszych fragmentach albumu, takich jak „The Cold Sword” czy w utworze tytułowym ten specyficzny klimat nie znika. Dzięki temu zabiegowi blisko debiutowi Eternal Champion do debiutu Sumerlands. Do tych bardziej nastrojowych utworów należy chociażby „Invoker”, który łączy balladowe zwrotki z mocniejszym refrenem. Warto zwrócić również uwagę na ostatni (poza instrumentalną kodą) numer „Sing a Last Song of Valdese”. Takiego heavy metalu utrzymanego w poważnym nastroju nie gra się wiele, więc tym bardziej należy docenić ten niezwykle udany album. Do jego mocnych punktów zaliczam również wokale. Odpowiedzialny za nie Jason Tarpey śpiewa nosowo, nieco w stylu Marka Sheltona, jednak ma większe możliwości i w bardziej różnorodny sposób układa swoje partie. Fakt ten owocuje naprawdę niebanalnymi melodiami, których na większości heavymetalowych albumów próżno by szukać: uroczystymi, ale i elegijnymi, prosto ze świata dark fantasy. Tak się gra i śpiewa w świecie Conana Barbarzyńcy.

Eternal Champion mają do zaoferowania bardzo dużo: marszowe gitary, potężne bębny, mocne wokale i całe tony posępnego, wojowniczego nastroju. Ale to nie wszystko, bo da się usłyszeć na „The Armor of Ire” sporo oryginalności. Sam gatunek jest podobno wyeksploatowany do cna, ale co w takim razie zrobić z tą płytą? Zespół tak umiejętnie zaaranżował i skomponował te osiem utworów, że mimo wyraźnie słyszalnych wpływów album ten jest sam w sobie czymś nowym, podobnie jak już dwukrotnie wspomniany w tej recenzji debiut Sumerlands. Może więc hipsterzy zlecą się do niego jak muchy do lepu? Na zachętę powiem wam, brodaci przyjaciele, że Eternal Champion to zespół tak offowy, że ani razu nie zagrał na Offie.

Eternal Champion, The Armor of Ire, No Remorse Records 2016.

Gdyby wszyscy pisali o epoce staropolskiej tak, jak czyni to Jacek Kowalski, większość uczniów poznawałaby ją z wypiekami na twarzy. Natomiast przeciętnemu Kowalskiemu kojarzy się ona z końmi, paleniem czarownic (zespoły metalowe nawet śpiewają o tym piosenki), a bardziej wykształconemu ćwierćinteligentowi z sarmatyzmem, który utożsamia się z katolicką nietolerancją. Liczba półprawd i przekłamań dotyczących epoki staropolskiej jest wręcz porażająca, okazuje się bowiem, że większość ludzi nie wie na jej temat kompletnie nic! A ich spojrzenie na kulturę szlachecką jest wprost wywiedzione z oświecenia i składa się z wielu nieprawdziwych, przeinaczonych informacji. Czy chciałbyś Czytelniku, aby w XXV wieku, czyli pięćset lat po naszej epoce, mówiono o nas, żeśmy słuchali zespołu Akcent, jeździli pijani nad morze i głosowali na Zbigniewa Stonogę? A tak samo mówi się o kulturze sarmackiej: że to twór pijanych warchołów, którzy tylko jeździli na polowania, czym doprowadzają dziś do płaczu Adama Wajraka i „obrońców” Puszczy Białowieskiej. Należy więc przyklasnąć Jackowi Kowalskiemu, który na staropolszczyźnie zna się jak mało kto, że wziął i napisał – do tego niezwykle przystępnym językiem – „Sarmację” i obalił kilkadziesiąt mitów, które pokutują nie tylko wśród gawiedzi, ale również ludzi mieniących się wykształconymi.

„Sarmacja. Obalanie mitów” ma strukturę gawędy, czym nawiązuje do znanego gatunku literackiego tak chętnie podejmowanego przez Sarmatów. Dzięki prostemu, żywemu i nieraz dowcipnemu językowi czyta się tę pozycję jak mało które historyczne opracowanie. Te bywają najczęściej pisane w pogardzie dla przeciętnego czytelnika i najeżone są milionami przypisów. „Sarmacja” zaś adresowana jest nie tylko dla fachowca, ale przede wszystkim dla każdego. Jako tekst popularnonaukowy może sobie pozwolić na żywą metaforę czy obrazowe porównanie, a jako gawęda ma na celu przede wszystkim zainteresowanie odbiorcy. Dzięki tym prostym, wydawałoby się, zabiegom nawet laik nieobeznany w kulturze staropolskiej może się w niej zakochać. I nie wpisuje się książka Kowalskiego w postkolonialny obraz Polski jako państwa opresyjnego wobec chłopów, Kozaków i mniejszości narodowych. Podobnie jak „Winni” Dariusza Walusiaka, która próbuje odejść od gnojenia Polaków za II wojnę światową, „Sarmacja” demontuje szereg mitów, z powodu których jako społeczeństwo zaczęliśmy się wstydzić naszej historii. Bo nie mamy się czego wstydzić, a jeśli mamy jakieś grzechy na sumieniu, to podobne albo nawet mniejsze niż państwa zachodnie, które we własnej propagandzie historycznej są bez winy.

Fakt, że Jacek Kowalski obala antysarmackie mity, nie oznacza od razu, że tworzy obraz staropolszczyzny idealnej. To byłoby zbyt banalnym i – nie da się ukryć – błędnym rozwiązaniem. W żadnym miejscu publikacji autor nie pisze, że byliśmy aniołami, a że system demokracji szlacheckiej (który wcale demokracją nie był, co Kowalski udowadnia) był systemem idealnym, a nawet utopijnym. Nie przeczytamy w „Sarmacji”, żeśmy byli bez grzechu, ale dowiemy się przede wszystkim, że obraz Polski szlacheckiej wymaga wprowadzenia odcieni szarości. Banał, można by powiedzieć, ale powtarzają go przecież głowy uznawane za mądre. Tak rozprawia się między innymi autor z socjologiem Janem Sową, który za upadek Polski i Polaków wini przede wszystkim religię katolicką, upatrując w niej źródeł wszelakiej nietolerancji. Natomiast dla niektórych bolesny może okazać się fakt, że to nie polscy katolicy, a ci z Zachodu, łącznie z protestantami, mają na sumieniu o wiele więcej przewin. Okazuje się także, że to nie my od Francuzów uczyliśmy się higieny, ale w czasach, gdy w Paryżu szczało się po ścianach pałacu królewskiego, w Polsce potrzeby fizjologiczne załatwiało się pod chmurką.

Obraz Polski, jaki rysuje się z kart „Sarmacji”, nie jest więc wcale obrazem zacofanym. Może pod względem technicznym i gospodarczym zostawaliśmy krok w tyle, ale w kwestii szacunku do mniejszości religijnych i narodowych to właśnie Zachód mógłby się wiele od nas nauczyć. Kowalski, pisząc o tym wszystkim, nie moralizuje, nie oburza się na poziom niewiedzy rodaków, ale operuje ciekawostkami i detalami, za ich pomocą obalając mity związane z naszą staropolską historią. Okazuje się między innymi, że zdanie o koniu, którym udowadnia się rzekomą głupotę twórcy „Nowych Aten” – Benedyktowi Chmielowskiemu – zostało przez powojennych edytorów tej późnobarokowej encyklopedii wyjęte z kontekstu i pozbawione sensu. Pisze Kowalski o religijności Sarmatów, o ich literaturze i obrzędowości, o mentalności, również o wydarzeniach historycznych i polityce, wszędzie znajdując wartości, i jak rzekłby klasyk – plusy dodatnie. Plucie na historię jest łatwe i może to robić każdy akademicki niedouk, fanatyk postkolonializmu czy kosmopolita w przebraniu zatroskanego publicysty. Natomiast trud poznania prawdy bierze się z faktów, które najczęściej nie mają nic wspólnego z ideologiami.

Jacek Kowalski, Sarmacja. Obalanie mitów: podręcznik bojowy, wyd. Zona Zero, Warszawa 2016, ss. 398.
Po  podsumowaniu muzycznym pora na przyjrzenie się najciekawszym pozycjom z literatury faktu, które ukazały się w roku 2016. Tradycyjnie, jak dotąd, dominuje Wydawnictwo Czarne, które reprezentują aż cztery książki. Jednak zapowiedzi wydawnicze oficyny nie napawają optymizmem; mam wrażenie, że firma zwolniła obroty. Pozostałe sześć pozycji reprezentuje sześć różnych wydawnictw: Zona Zero (dawna Fronda), Znak, Vesper, Kagra, Karakter i 3S Media. W roku 2016 dowiedzieliśmy się również, że ponad 60 % Polaków nie przeczytało ani jednej książki, co powinno dawać do zastanowienia. Z drugiej strony może faktycznie lepiej nie czytać niczego, niż obcować z arcydziełami celebrytów, którzy udają, że mają coś do powiedzenia? Zapraszam zatem do lektury!


Kościoły, o których wspomina Dennis Covington, to najczęściej małe wspólnoty, leżące z dala od uczęszczanych szlaków. To również budynki przerobione z dawnych stacji benzynowych, albo na wpół zrujnowane świątynie, w których hula wiatr. Wrażenie robi z pewnością prowizoryczność, prymitywizm i brzydota opisywanych miejsc. Nie ma w nich miejsca ani na barokowy przepych czy gotycką surowość katolicyzmu. Co więcej, nawet nie spotkamy się w nich z elegancką ascetycznością luteranizmu. Kościoły snake handlers to paskudne miejsca, w których gra się hałaśliwą muzykę i wpada w trans. Po co jeszcze zdobne portyki, ołtarze i święte obrazy. Taka brzydka świątynia jest nawet bliższa autochtonom, którzy w ciągu własnego życia również nie mają czasu na obcowanie z wyższą kulturą.


W marcu 2016 roku, 33 lata po tragedii ukazuje się – już w innych realiach historycznych – reportaż Cezarego Łazarewicza. „Żeby nie było śladów” – bo taki nosi tytuł – jest z jednej strony rekonstrukcją wydarzeń, które miały miejsce bezpośrednio po morderstwie Przemyka, jak i procesu sądowego, w czasie którego skazano niewinnych sanitariuszy. Z drugiej zaś strony jest ten tekst spojrzeniem pod powierzchnię zdarzeń i dotyczy losów samego zamordowanego, jego matki, czy świadków związanych ze sprawą. Nie ma w nim natomiast wypowiedzi Kiszczaka i Jaruzelskiego. Obaj nie żyją, a i tak nie wiemy, czy zechcieliby mówić. Odpowiedź nasuwa się sama. Zważywszy na fakt, że zwłaszcza Czesław Kiszczak, ówczesny minister spraw wewnętrznych PRL, ręcznie sterował całym procesem, wydaje się, że miałby wiele ciekawego do powiedzenia.


„Tajemnice watykańskich proroctw” starają się więc balansować pomiędzy zdrowym sceptycyzmem a naturalnym dla prostej wiary przeświadczeniem o prawdziwości cudów i wizji. Autor konfrontuje przeciwne sobie stanowiska badaczy i ekspertów, opisując takie zjawiska jak relikwie, objawienia maryjne, Całun Turyński, opętania diabelskie, cuda oraz proroctwa. Zbiór sześciu rozdziałów obszernie charakteryzujących wymienione wyżej zagadnienia zdaje się z grubsza kompletować najważniejsze kategorie zjawisk nadprzyrodzonych spotykanych w Kościele katolickim. Zamieszczone w nich wypowiedzi zainteresowanych ekspertów oscylują, jak wspomniałem powyżej, pomiędzy podejściem sceptycznym, a irracjonalizmem.


Diagnozę rozpadu Republiki Francuskiej widać w wielu tekstach, a jednym z nich są „Emiraty francuskie” Bogdana Dobosza, autora, który od ponad dwudziestu lat współpracuje z tygodnikiem „Najwyższy Czas!”. Przywołana we wstępie teza o początkach śmierci Francji w momencie rewolucji znajduje potwierdzenie w tym, co pisze autor. Co więcej, wskazuje on na absurdalne resetowanie historii w oficjalnym jej przekazie. I tak, dzieci i młodzież nie uczą się już ani o Ludwiku XIV, ani o Napoleonie. Przyjemność ta spotkała z pewnością również Karola Młota. W Kościele francuskim nie obchodzi się już wspomnienia Joanny d’Arc. To tak, jakby w naszych szkołach nie uczyć niczego o Chrobrym i Sobieskim.

6. Jacek Kowalski - Sarmacja. Obalanie mitów

Gdyby wszyscy pisali o epoce staropolskiej tak, jak czyni to Jacek Kowalski, większość uczniów poznawałaby ją z wypiekami na twarzy. Natomiast przeciętnemu Kowalskiemu kojarzy się ona z końmi, paleniem czarownic (zespoły metalowe nawet śpiewają o tym piosenki), a bardziej wykształconemu ćwierćinteligentowi z sarmatyzmem, który utożsamia się z katolicką nietolerancją. Liczba półprawd i przekłamań dotyczących epoki staropolskiej jest wręcz porażająca, okazuje się bowiem, że większość ludzi nie wie na jej temat kompletnie nic! A ich spojrzenie na kulturę szlachecką jest wprost wywiedzione z oświecenia i składa się z wielu nieprawdziwych, przeinaczonych informacji.


W poszukiwaniu kodu kulturowego tamtych lat autorka „Duchologii polskiej” sięga nieraz po zjawiska tyle osobliwe, co zupełnie zapomniane, jak jakieś efemeryczne zespoły discopolowe, czy chałupnicze tłumaczenia powieści fantastycznych. Zauważa mimowolny surrealizm i kamp, również w modzie na wahadełka, różdżki, przepowiednie czy hipnozy Kaszpirowskiego. Nie dworuje sobie jednak wzorem młodzieńców zafascynowanych muzyką alternatywną i estetyką kiczu lat 80., ale stara się zrozumieć, co się wówczas działo. Bo era polskiej duchologii, przypadająca na czas między 1988 a 1994 rokiem, w zasadzie znikła z naszych ulic.


Szansę tę daje „Legenda żeglujących gór”, niezwykły ni to reportaż, ni to relacja z podróży po Italii i jej austriackim, szwajcarskim i słoweńskim pograniczu. Autor porusza się szlakiem alpejskim i zamiast robić rzecz oczywistą, nie zagląda w znane turystom i użytkownikom internetu miejsca. Odwiedza za to zapadłe mieściny, na wpół opustoszałe wioski, w których zatrzymał się czas, i wdaje się w rozmowy z ludźmi, o których współcześni Rzymianie po prostu nie wiedzą. Jest przy tym dość krytyczny wobec własnego społeczeństwa, twierdząc, że zerwało ono więź z naturą i zafascynowało się współczesnym pędem do kariery i sukcesu. Można w tym wyczuć naturę lewicowca i owszem, Paolo Rumiz nie ukrywa swoich przekonań politycznych, ale czyni to na tyle subtelnie, że w efekcie nie zniechęca do lektury konserwatywnego czytelnika.


Oddać trzeba autorowi szacunek, że udało mu się nakłonić do zwierzeń kilkudziesięciu radiowców z różnych pokoleń, wśród których znajdziemy i Marka Gaszyńskiego, i Marka Niedźwieckiego, i Bogdana Fabiańskiego, ale i Przemysława Popiołka, i Bartosza Donarskiego czy Piotra Wierzbickiego. Wypowiadają się na łamach książki również Roman Rogowiecki, Grzegorz Brzozowicz, Maciej Chmiel, Hirek Wrona, Przemysław Thiele, Paweł Sito i wielu innych, również muzyków z metalowych i rockowych składów. Te złote czasy radia, jak trzeba by powiedzieć za Woody Allenem, stają się w opowieściach rozmówców Lisa wiekiem świetności, do których ci powracają z nostalgią. W takim przypadku zawsze trzeba sobie zadać pytanie, na ile ta nostalgia odnosi się do czegoś faktycznie dobrego, a na ile jest ględzeniem starych dziadów, że kiedyś to, panie, było lepiej.


Jako że Wiesław Weiss jest znawcą muzyki rockowej, dużo uwagi poświęcił na muzyczne pasje Tomasza Beksińskiego, czego do końca nie widziała Magdalena Grzebałkowska. Na kartach książki bohater jest maniakiem muzyki, ale również filmu. Z jednej wizyty w Londynie potrafi przywieźć kilkadziesiąt kaset wideo. Posiada obszerną płytotekę, która – co ciekawe – po jego śmierci została przewieziona do radiowej Trójki i leży tam do dziś w zapyziałym magazynku, rozparcelowana w kilku kartonach. Fakt ten mówi więcej o dziedzictwie Beksińskiego, niż niejedna mądra analiza psychologiczna. Bowiem radiowiec żył w świecie wykreowanym przez piosenki zbójeckie. Nawet nie książki (jak Gustaw u Mickiewicza), bo tych – jak opowiada u Grzebałkowskiej jedna z jego kobiet – w zasadzie nie czytał.


Nie było na naszym rynku wydawniczym jeszcze książki tak uważnie przypatrującej się mormonom i mormonizmowi jak „Pod sztandarem nieba” Jona Krakauera. W tym na poły reportażu, a na poły opracowaniu historycznym autor przypatruje się nie tylko narodzinom nowej amerykańskiej religii, ale jej rozwojowi, a co więcej – licznym schizmom, które charakterystyczne są dla każdego wyznania. Jest autor agnostykiem, który na końcu tekstu wyznaje swoje zwątpienie, z tego chociażby powodu jest chłodny w opisywaniu faktów. Ani nie widzi działalności diabła w konkurencyjnym wobec chrześcijaństwa ewangelikalnego kościele, ani nie opisuje gorąco, od wewnątrz, ale bez dystansu, dziejów mormonizmu. Jedna i druga strona będzie miała więc za złe autorowi, że ten zbyt chłodno opisał ten nowy, intrygujący laika ruch religijny.

W pierwszym dniu nowego 2017 roku zapraszam do zapoznania się ze ścisłą dwudziestką najlepszych płyt minionych już dwunastu miesięcy. Tak się złożyło, że dominuje w niej muzyka metalowa, ale nie jest ona jedynym gatunkiem, który zagościł w tym podsumowaniu. Pamiętajcie jednak, że ten osobisty ranking nie każdemu musi przypaść do gustu; zachęcam więc do komentowania.

 20. Testament - Brotherhood of the Snake

Podsumowanie rozpoczyna nowy album Testament, który pokazuje lekką zwyżkę formy w stosunku do poprzednich wydawnictw zespołu. A na nich nie było czego słuchać. „Brotherhood of the Snake” to wciąż amerykański thrash metal, tym razem bez ballad, ale i deathmetalowych ciągotek. Szczęściem dla tej płyty są po prostu dobre piosenki i słyszalna radość grania. Przeszkadza tylko plastikowe brzmienie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.


19. Fuath - I

Fuath to Andy Marshall, czyli jednoosobowy projekt z Wielkiej Brytanii. Okładka debiutanckiej płyty zwiastuje albo jakieś hipsterskie niesłuchalne plumkanie w stylu Bon Iver, albo black metal. I ten drugi wariant jest doskonale słyszalny. Debiut Fuath zawiera cztery długie transowe utwory, w których słychać przede wszystkim leśne granie. Vemod czy wczesny Ulver to dobre tropy. 



18. Metal Church - XI

Powrót Mike’a Howe’a do kapeli był dobrym pomysłem, ponieważ na swoim jedenastym albumie Amerykanie z Metal Church brzmią świeżo, w niepowtarzalny sposób łącząc motywy heavymetalowe z mocniejszym thrashem. Śpiew Howe’a jest, jak za starych lat, zadziorny i mocny, same utwory dzielą się na szybkie petardy oraz bardziej rozbudowane, bardziej epickie kompozycje.



17. Helstar - Vampiro

Dziesiąty album Helstar nie tylko utrzymuje poziom poprzednich krążków grupy, ale dodatkowo go podnosi. Na „Vampiro” zespół powrócił do wątków z klasycznego „Nosferatu”, czyli Drakuli i jego wesołych przygód. Muzyka kapeli jest niezwykle intensywna, mroczna, a w dodatku mało melodyjna, co czyni ten album jednym z bardziej udanych heavymetalowych wydawnictw tego roku.  



16. Katatonia - The Fall of Hearts

Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek zespół ten wejdzie do podsumowania, ale jak widać, zdarzają się czasem dobre zmiany. Katatonia nadal smęci, ale w muzyce zespołu zagościła długo niesłyszalna witalność. To już nie tylko łagodny rock dla żegnających się z nadzieją, ale również bardziej rozbudowane utwory, w których więcej się dzieje. Nie chcę pisać o progresywności, bo to słowo ma złą prasę.
15. Trees of Eternity - Hour of the Nightingale

Nad debiutem Trees of Eternity unosi się widmo tragedii, ponieważ wokalistka kapeli – Aleah – zmarła w tym roku na raka. Muzyka zawarta na „Hour of Nightingale” to klimatyczny doom metal z damskim wokalem, co z definicji powinno ją wykluczyć z tego rankingu. Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że trzonem zespołu jest gitarzysta Swallow the Sun, czyli kapeli grającej najbardziej wieśniacki doom metal na tej planecie. Natomiast pierwsza i ostatnia płyta Trees of Eternity to muzyka niezwykle elegancka, stonowana i bardzo smutna. 

14. Wovenhand - Star Treatment

Kilka lat temu pojawiła się krótkotrwała moda na tę kapelę, ale zgasła tak samo szybko jak zabłysła. Lider zespołu, David Eugene Edwards, już od kilku lat konsekwentnie zmienia swoją muzykę, która z akustycznej, gotyckiej americany ewoluuje w jej połączenie z mocniejszym rockiem. A mnie się takie hałaśliwe oblicze Wovenhand bardzo podoba, bo przywołuje nie tylko uroki amerykańskiej prowincji, ale i surowość sali koncertowej.


13. Flotsam and Jetsam - Flotsam and Jetsam

Melodyjny thrash metal, który uprawia ta amerykańska kapela, to wciąż, jak się okazuje, dobry materiał, z którego uszyć można świetny album. Tym bardziej, że tym razem zespół bardziej śmiało poczyna sobie w thrashowej materii, a niektóre utwory są najostrzejsze od czasów debiutanckiej płyty. Nie ma tu oczywiście mowy o powrocie do przeszłości, ale jest za to mocne przełożenie akcentów, z posępnego heavy/power metalu na żywiołowy thrash.


12. Death Angel - The Evil Divide

Death Angel skreśliłem już osiem lat temu, po “Killing Season”. Zespół nagrywał kolejne nudne i jednostajne płyty, na których nic mnie nie interesowało. Stąd „The Evil Divide” to nie lada niespodzianka: pełen werwy, zróżnicowany, świetnie zagrany i zaaranżowany thrash metal, który nie tylko nie nudzi, ale powoduje, że najchętniej wraca się do tej płyty raz po raz. 



11. Krypts - Remnants of Expansion

Drugi album tych fińskich deathmetalowców jest wyraźnym krokiem w kierunku atmosfery. Zespół zwolnił tempo, dociążył brzmienie, zredukował melodie do minimum, czym spowodował, że przez słuchacza przetaczają się kolejne ciężąrówki gruzu. Jeśli do tego dodamy jeszcze atmosferę, która przywołuje pustkę wszechświata, powstanie bardzo dobry deathmetalowy strzał. Szkoda tylko, że taki krótki. 


10. Blood Incantation - Starspawn

Podobnie jak płyta z pozycji 11, debiut Blood Incantation jest bardzo krótkim albumem. Jak się okazuje po kontakcie ze „Starspawn”, można grać techniczny death metal, który pozbawiony jest wszelkich grzechów tego gatunku, a przede wszystkim plastikowego brzmienia. Kapela brzmi bardzo naturalnie, a to, co wyprawia się w tych utworach, prowokuje pytania o granice muzycznej wyobraźni. 


9. Schrottersburg - Ciało

Drugi album płockich nowofalowców to kontynuacja debiutu, ale w bardziej ascetycznym nurcie. Z zimnej muzyki kapeli znikły wszystkie ozdobniki i niepotrzebne melodie. Pozostał za to sam rytm, który kojarzy się z „Pornography” The Cure. Do tego miarowy puls basu i oszczędna praca gitary przepuszczonej przez maszynkę do robienia echa. Bardzo dobry kierunek, w którym liczy się przede wszystkim trans.


8. Eternal Champion - The Armor of Ire

Jeśli heavy metal ma przetrwać, to dzięki zespołom takim jak Eternal Champion. Zero tandetnych melodii, zero europejskiego brzmienia, zero grania do piwa. Ci Amerykanie grają gdzieś na pograniczu epickiego doomu i klasycznego heavy, dzięki czemu ich muzyka zaskakuje nietypowymi rozwiązaniami oraz bardzo wojowniczą atmosferą. Tu się nie stawia włosów na żel, ale filozofuje się za pomocą młota.



7. Sumerlands - Sumerlands

Podobny styl uprawia również kolejny debiutant, czyli Sumerlands. Ich album również zaskakuje i również nie zawiera niczego, co kojarzy się z europejskim, a zwłaszcza niemieckim metalem. Zespół nie gra topornych piosenek dla tępych odbiorców, ale łączy heavy metal z doomem, a nawet słyszalnymi przez niektórych wpływami gotyckiego rocka. Osobiście ich nie słyszę, ale być może jest coś na rzeczy.



6. High Spirits - Motivator

I znów heavy metal, ale tym razem przechodzący płynnie w hard rock i przywołujący nostalgię za latami 80. Chris Black, twórca i animator tego w zasadzie jednoosobowego projektu, postanowił ożywić ducha klasycznego amerykańskiego grania i udało mu się to jak mało komu. „Motivator” ma w sobie sporo elementów kiczu, ale wykorzystanych świadomie, co kojarzy mi się z podobnymi eksperymentami ze świata filmu.


5. Voivod - Post Society

Skoro dziś nagrywa się albumy trwające po pół godziny, dlaczego pominąć pięcioutworową epkę nagraną przez Voivod? Zespół dzisiaj jest na fali wznoszącej i znów nagrywa muzykę, która znalazła się na jego klasycznych albumach jak „Dimension Hatross” czy „Nothingface”. „Post Society” to pięć utworów technicznego, trudnego w odbiorze metalu, który łączy w sobie odważne struktury utworów, punkową energię oraz chłodną, kosmiczną atmosferę.

4. David Bowie - Blackstar

“Blackstar” okazał się pożegnalnym albumem Bowiego, co było dość dużym zaskoczeniem, gdyż artysta skrywał przed światem swoją chorobę nowotworową. Bowie pożegnał się ze światem w najlepszy z możliwych sposobów: nagrał album ambitny, niekomercyjny, pełen odniesień do muzyki awangardowej jak free jazz czy ambient. Nie jest to jednak muzyka, która operuje formą bez treści, artysta nagrał bowiem album, który umiejętnie połączył odważne poszukiwania z przystępną formą.

3. Khemmis - Hunted

Khemmis to młody zespół z USA, który już na swoim debiucie pokazał, w jaki sposób grać doom metal. Muzycy czerpią z tradycji Black Sabbath, spoglądają w stronę bagien Luizjany (sludge) oraz zadłużają się u Candlemass (epicki doom metal). Dzięki temu połączeniu okazało się, że w doom metalu nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Dodatkowym atutem „Hunted” są bardzo melodyjne i podniosłe partie wokalne.


2. Fates Warning - Theories of Light

Miejsce drugie należy się amerykańskim muzykom z Fates Warning, którzy udowadniają, że metal progresywny można grać po pierwsze, bez instrumentów klawiszowych, po drugie, bez karkołomnych solówek, a po trzecie bez eksponowania własnego ego. „Theories of Light” to album, który nie zadowoli fanów Dream Theater, ale z pewnością przyniesie sporo radości słuchaczom klasycznego heavy metalu. Bo metal na tej płycie to główny element.


1. New Model Army - Winter

Peleton zamykają weterani postpunka i nowej fali, New Model Army, którzy pokazują, że wartością w muzyce rockowej jest dzisiaj dojrzałość. Młode zespoły nie buntują się przeciwko niczemu, ale grają w talent show, lukę zajmują więc pokolenia ich rodziców. „Winter” to ścieżka dźwiękowa do upadającej cywilizacji europejskiej, która łączy w sobie punkową energię, folkową wrażliwość, naturalne, nieskażone komputerami brzmienie i ambitne poszukiwania muzyki alternatywnej. Nie ulega wątpliwości, że zajmuje ona w pełni zasłużone pierwsze miejsce.

Nigdy nie wgłębiałem się specjalnie w twórczość Lou Reeda, nie wiem nawet, czy z powodów artystycznych, czy po prostu nie było mi po drodze. Naturalnie, wiem od dawna, kim był artysta, i wcale nie chodzi mi o wydany wspólnie z Metalliką album „Lulu”. Zdaję sobie również sprawę, że Velvet Underground – kapela, w której Reed debiutował – to ważne zjawisko na popkulturowej scenie. Jednak, sięgając po amerykańskich bardów piosenki, zawsze wolałem Johnny’ego Casha, który wydawał mi się mniej zblazowany od jego nowojorskiego kolegi. Ta moja ignorancja być może uratowała mnie przed szokiem, który wiąże się z lekturą biografii rzeczonego artysty, wydaną przez młode wydawnictwo Kosmos Kosmos, prowadzone przez Kazimierza i Karolinę Staszewskich (skądś znamy to pierwsze nazwisko, prawda?). Brak więc jakiegokolwiek emocjonalnego stosunku do Lou Reeda, ani negatywnego, ani pozytywnego, okazał się dobrym kluczem do obiektywnej lektury „Zapisków z podziemia”. Potraktowałem ją nie jako życiorys idola, doskonale znanego z muzyki, ale jako biografię ciekawego człowieka, żyjącego w jeszcze ciekawszych czasach, bo tak widzę lata 60. i 70. ubiegłego stulecia, szczególnie w Stanach Zjednoczonych.

A były to lata burzliwego  rozkwitu kontrkultury, erupcji rockandrolla i rewolty hipisowskiej. Znajomość historii każe patrzeć na tę romantyczną epokę z dużą dozą krytycyzmu, jednak nie zmienia to faktu, że były to lata interesujące. Bohater główny „Zapisków z podziemia”, w tamtym okresie rozpoczynający karierę artystyczną, do idei hipisowskich odnosił się jednak z dużą rezerwa. Bardziej niż noszenie kwiatów we włosach i protestowanie przeciwko wojnie, interesowały go intelektualne aspekty życia. W swoich tekstach do końca życia pozostał nadwrażliwym erudytą, który za maską okrucieństwa ukrywał miękkie wnętrze. Bardziej niż uliczne protesty interesowała go intelektualna atmosfera salonu skupiającego przyjaciół Andy’ego Warhola i samego malarza. Tam czuł się dobrze, do czasu, kiedy nie skłócił się z samym mistrzem. Tę kłótliwość nosił w sobie od początku do końca życia, a jedynym jego harmonijnym związkiem było małżeństwo z Laurie Anderson, do którego doszło już w podeszłym wieku artysty. Wcześniej dopuszczał się i zdrad, i rękoczynów, i grubego słowa. W życiu prywatnym był bowiem skrajnym egoistą i hedonistą, ale czego spodziewać się po stereotypowym artyście?

Czytając „Zapiski z podziemia”, miałem wrażenie obcowania z artystą modernistycznym, przeniesionym w czasie o niemal stulecie. Bohema, do której należał Reed, jest przecież identyczna w każdym czasie i skupia niedopasowanych do świata nadwrażliwców, którzy zamiast nad sobą pracować, woleli dusić się we własnym sosie i poklepywać po plecach. Skoro więc świat ich nie rozumiał, sami nie mieli obowiązku z tym światem koegzystować. Życie Reeda było więc wypadkową tych idei. Istnym cudem jest fakt, że artysta przeżył siedemdziesiąt lat ostrych ekscesów alkoholowych, narkotycznych i seksualnych. W każdym obszarze nadużywał i stąpał po krawędzi. Czytając opisy balang, w których uczestniczył, nie sposób nie poczuć niesmaku. To jednak nie wszystko. Reed w dodatku nie szanował ludzi, z którymi współpracował, był apodyktyczny i niesprawiedliwy w osądach. Znamienne są powtarzające się w książce opinie osób, które poczuły ulgę po zakończeniu współpracy z tak trudnym partnerem. Kolejnym negatywnym aspektem życia Lou Reeda, o którym wspomina autor, było jego nieuregulowane życie erotyczne, w tym biseksualizm.

Jednak biografia ta nie skupia się na skandalach, chociaż od nich nie stroni. Dużą rolę gra w niej muzyka, co jest naturalne. W końcu mówimy o wokaliście, gitarzyście, kompozytorze oraz autorze tekstów piosenek. Ta część życia Reeda jest tutaj opisana bardzo sprawnie, ale czasem dość skrótowo. Poznajemy artystę jeszcze przed założeniem Velvet Undergound, potem autor przedstawia krótkie losy zespołu, a najwięcej uwagi poświęca karierze solowej muzyka. Ta zaś obfitowała w wiele rozczarowań, zrywanych kontraktów płytowych, kiepskich recenzji i determinacji. Rozczarowania wiązały się ze słabą sprzedażą albumów i złymi recenzjami. Wydając kolejną płytę, Reed liczył na odmianę losu, jednak ten był dla niego niespecjalnie łaskawy. Tylko kilka razy udało mu się odnieść sukces, z którego byłby zadowolony. W USA pozostawał artystą niszowym, a największe triumfy odnosił w Europie, zwłaszcza we Włoszech. Do jego fanów należał chociażby Vaclav Havel, nieżyjący już pierwszy prezydent Czech. Ciekawym faktem jest również historia powstania eksperymentalnego albumu Reeda – „Metal Machine Music”, będącego kamieniem milowym w rozwoju hałaśliwej awangardy. Potrzebując wywiązać się z kłopotliwego kontraktu, muzyk potrzebował jeszcze jednego albumu. Jako że nie miał pomysłów, postanowił się odwołać do żartu. Więcej nie zdradzę, natomiast śmieszny jest dzisiejszy zachwyt nad „Metal Machine Music”, któremu ulegają fani głębokiej alternatywy.

„Zapiski z podziemia” są więc interesującym i dobrze napisanym (problemem jedynie są przecinki, ale to kwestia korekty) tekstem biograficznym, który można poznać bez większej znajomości twórczości Lou Reeda. Ten zaś ukazuje się na kartach książki jako naprawdę niegrzeczny chłopiec, jednocześnie antypatyczny i fascynujący, bo złożony z wielu sprzeczności. Te pokomplikowane losy przedstawione są na szerokim tle kulturowym współczesnych Stanów Zjednoczonych. I na koniec warto zaznaczyć, że nierzadko zdarza się, aby książka poświęcona muzyce rockowej posiadała indeks osobowy. W tym przypadku się pojawił, za co wydawcy należą się dodatkowe brawa.

Howard Sounes, Lou Reed. Zapiski z podziemia, tłum. J. Mackiewicz, wyd. Kosmos Kosmos, Warszawa 2016, ss. 494.

Czy można wydać trzy płyty z rzędu i wszystkie świetne? Jeśli jest się Chrisem Blackiem, jest to możliwe. Sztuki takiej dokonał High Spirits, zespół, w którym Black obsługuje gitary, bas, perkusję i śpiewa, czyli robi absolutnie wszystko. Ale kto zna zespoły takie jak Nachtmystium, Pharaoh i Dawnbringer, wie, że człowiek ten nie stroni od różnych stylów muzycznych. Ale jego zainteresowania to głównie heavy i black metal, więc style dość od siebie odległe. Najbardziej eklektycznym jego zespołem jest bardzo interesujący Dawnbringer, natomiast High Spirits to hołd dla hard rocka i heavy metalu lat 80. Wyraźnie słychać w tej muzyce echa Thin Lizzy, Skorpions, wczesnego Def Leppard czy Saxon, a nawet łagodniejszych dźwięków opisywanych jako AOR (adult oriented rock – rock dla dziadów a la Foreigner). Wydany pięć lat temu debiutancki album „Another Night” okazał się nie lada sensacją na metalowej scenie, chociaż w zapatrzonym w ekstremalne dźwięki naszym kraju furory nie zrobił. Co więcej, gdy duża część europejskiego heavy metalu granego przez stare kapele brzmi obecnie sztucznie za sprawą zbyt skompresowanego dźwięku, High Spirits jest ożywczym spirytusem w natłoku skisłego, śmierdzącego siarą wińska.

W starej Europie liczą się przede wszystkim zespoły familijne, czyli Sabaton, Avantasia lub Hammerfall, grające i dla młodzieży, i dla jej rodziców, dla których heavy metal to kwadratowe brzmienie i disneyowskie melodie. Nie od dzisiaj wiadomo, że za Oceanem gra się po prostu lepiej, może to kwestia przestrzeni, którą oferuje ten ogromny kraj. High Spirits wpisuje się więc w ten naturalnie brzmiący, melodyjny heavy metal i hard rock. Słuchając trzeciego albumu zespołu, zatytułowanego „Motivator”, trudno zresztą określić granicę, gdzie jedna stylistyka się kończy, a druga zaczyna. Bardziej hardrockowy jest z pewnością niezwykle przebojowy „Do You Wanna Be Famous”, za to pierwszy po krótkiej introdukcji kawałek „Flying High” to stuprocentowy heavy metal! Z kolei „Haunted By Love” zaczyna się miarową perkusją i dudniącym basem w stylu Judas Priest z początków lat 80. skrzyżowanym z Def Leppard. High Spirits jest więc wehikułem czasu, który wiezie swoich słuchaczy wprost do początków ósmej dekady lat 80., gdy jeszcze nikomu nie śniło się o death metalu, a kapele thrashowe kupowały pierwsze instrumenty. Trzydzieści lat temu Chris Black z kolegami wypełniałby stadiony, dziś gra w swojej niszy, w której czuje się pewnie i nie potrzebuje rozgłosu.

A dlaczego „Motivator” jest tak dobrym albumem? Z tych samych powodów co „Another Night” i „You Are Here” – poprzednie płyty kapeli. Każdy utwór zawarty na najnowszym krążku mógłby być przebojem, każdy jest bardzo melodyjny i chwytliwy, każdy również zaskakuje wykonawczym luzem i radością grania. Tu nie trzeba udowadniać swojej awangardowości, ani ścigać się w biegu po sławę i pieniądze, tu gra się płynący prosto z serca hard & heavy. Brzmi to wszystko naturalnie i szczerze, bo nie wpisuje się w żadną obowiązującą modę. Dźwięk na albumie jest żywy, pozbawiony komputerowego wspomagania, chociaż nie mam pojęcia, jakich zabawek użyto w studiu. Nawet gdyby nagrywano z użyciem elektroniki, fakt ten nie przeszkadza, bo w ogóle go nie słychać. Piosenki brzmią więc niezwykle energicznie, a krótki czas trwania albumu (niewiele ponad pół godziny) powoduje, że chętnie słucha się go kilka razy z rzędu.

Tradycyjny heavy metal podobno nie ma już nic do zaoferowania. Owszem, jeśli liczy się na starych wyjadaczy z wymienionych na początku kapel, tak to pewnie wygląda. Inaczej sprawa ma się z High Spirits. Tutaj, niczym na okładce „Motivatora”, lot dopiero się zaczyna.

High Spirits, Motivator, High Roller Records, 2016.

Miesiąc temu jeszcze nic nie wiedziałem o zespole Khemmis. Nie wiem, jaki wniosek z tej informacji wyciągnie czytelnik, ale jestem przekonany, że zdecydowana większość tych, którzy patrzą w tej chwili na te słowa, również nic o tym zespole nie wie. A to poważny błąd. Na ile poważny, ocenić można po zetknięciu się z muzyką kapeli. Tę zaś tworzą czterej panowie z Denver w Stanach Zjednoczonych. Grają doom metal, a na swoim koncie mają dwie płyty, z których pierwsza ukazała się rok temu. W październiku zaś ujrzał światło dzienne następca debiutu „Absolution” – „Hunted”. Ja jednak dowiedziałem się o tym wszystkim zupełnie przypadkowo, z internetów. Przeglądając jutuba, natknąłem się bowiem na podpowiedź zilustrowaną wyjątkowo barwną, komiksową okładką. Ci, którzy zainspirowani obrazkami, sięgali po płyty, wiedzą, o czym piszę. Im bardziej ciekawy obraz, tym bardziej niebanalnej spodziewamy się muzyki. Chociaż często to prawo zawodzi, w przypadku Khemmis sprawdziło się, i to z nawiązką. Jasne, że ilustracja przedstawiająca starego dziada i towarzyszące mu kościotrupy na koniach nie zwiastuje poezji śpiewanej, więc przygotowany byłem na spotkanie z muzyką metalową.

Jak wspomniałem już we wstępie, zespół Khemmis gra doom metal. I słysząc doom metal, najczęściej podpowiadamy w myślach: Black Sabbath i Candlemass. Kapele inspirowane przez zespół Iommiego zwykle przemycają bluesowe nawiązania, a ich muzyka spowita jest narkotyczną atmosferą. Te zaś, które za swoich mistrzów obrali Szwedów z Candlemass, skupiają się z kolei na kreowaniu podniosłej atmosfery, natomiast ich utwory mają charakter minorowych pieśni. I tak w uproszczeniu trzeba by nakreślić dwa główne nurty tradycyjnego doom metalu. Khemmis zachwycił zaś faktem, że nie mieści się jednoznacznie po żadnej ze stron. Jak się okazuje, można zrobić na tyle duży rozkrok, aby połączyć rockową naturalność Black Sabbath z wystudiowaną elegancją Candlemass, przy czym nie brzmiąc jak inne grupy inspirujące się wyżej wymienionymi kapelami.

Gdy Khemmis zaczyna grać w średnich tempach, bardziej przypomina zwolnione o połowę Thin Lizzy, niż ponurą gromadkę Black Sabbath. Gitarowe riffy, chociaż ciężkie i naturalnie brzmiące, różnią się nieco od toporności wygrywanych przez Tony’ego Iommiego. Główna różnica bierze się z faktu wykorzystywania ornamentyki dźwiękowej, tak charakterystycznej dla pierwszej z wymienionych kapel. Efekt jest bardzo ciekawy, szczególnie gdy na tle ciężkich riffów gitara prowadząca zaczyna grać harmoniczne, złożone z dwudźwięków solówki. Natomiast gdy zespół zwalnia tempo, serwując ponure pieśni, nie skręca w stronę heavymetalowych melodii, a raczej wciąż pozostaje w rejonach melodyki bardziej rockowej, a nawet klasycznej. Te drobne, wydawałoby się, zabiegi powodują, że Khemmis jest grupą oryginalną, mimo że wciąż porusza się w bardzo wąskim gatunku muzycznym, jakim jest doom metal.

Na omawiany materiał składa się pięć utworów, które trwają niewiele ponad czterdzieści minut, co w doom metalu jest normą. Nikt tutaj nie zamierza się spieszyć, więc do wysłuchania całego albumu potrzeba cierpliwości oraz chęci zostania z muzykami dłużej niż radiowe trzy minuty. Głównym atutem, oprócz intrygującej muzyki, o której było przed chwilą, jest wokal Phila, który – podobnie jak na ostatnio recenzowanym przeze mnie debiucie Sumerlands – nie pieje falsetem, osiągając wysokie rejestry. Głos wokalisty jest naturalny: ani przesadnie wysoki, ani niski, potrafi jednak zabrzmieć przejmująco. Phil śpiewa, jak to mówią, pełną piersią, co nadaje hymnicznym utworom kapeli wyjątkowo szlachetnego charakteru. Potrafi także na tle dość prostych gitarowych riffów położyć trudne i niebanalne linie melodyczne, dzięki którym utwory kapeli są tak wyjątkowe. Niekiedy, we fragmentach „Candlelight”, „Three Gates” i „Beyond the Door”, pojawiają się agresywne partie, których w porównaniu do debiutanckiego albumu jest zdecydowanie mniej. I chyba dobrze, bo dzięki temu „Hunted” brzmi spójnie. Na „Absolution” bowiem dominował sludge wymieszany ze stonerem, tutaj akcent położony został jednak na klasyczny doom metal.

Poprzednie zdanie nie świadczy jednak wcale, że „Absolution” był złym albumem. Wręcz przeciwnie, ostatnio nieczęsto się zdarza, aby kapela wydała rok po roku dwa bardzo dobre krążki. Jednak „Hunted” w porównaniu z debiutem brzmi bardziej tradycyjnie, czego dowodem jest ograniczenie wrzeszczących wokali do minimum. W rezultacie drugi album Khemmis jest jednym z jaśniejszych punktów na scenie metalowej w bieżącym roku. Aby się o tym przekonać, nie trzeba wiele. Wyłączcie w końcu na chwilę nową Metallikę (którą oceniam coraz niżej) i odważcie się wejść w świat Khemmis. Zostaniecie tam na dłużej, a stary mag z okładki przyśni się wam niejeden raz.

Khemmis, Hunted, 20 Buck Spin, 2016.